Romans Historyczny
Ocalona
11,99 zł
14,99
KUP TERAZ

Ocalona

brak opinii
Liczba stron: 272
ISBN: 9788327630582
Premiera: 2017-05-12

Kapitan Kit North przeszedł długą drogę do odkupienia. Z siejącego postrach pirata stał się wzorowym oficerem marynarki i od lat robi wszystko, aby zmyć grzechy młodości i odzyskać dobre imię. Choć wreszcie może powrócić do Anglii, przyjmuje jeszcze jedną, ostatnią misję. Ma schwytać osławionego pirata o pseudonimie La Voile.

 

Zadanie okazało się łatwiejsze, niż sądził. Jego załoga przechwyciła okręt, a La Voile zginął w walce. Ku zaskoczeniu kapitana na okręcie odnaleziono również kobietę. Kit od razu uznał ją za ofiarę piratów i wziął ją pod swoją opiekę.

 

Nie przypuszczał, że nieznajoma nie była wcale więźniem, a misja pochwycenia La Voile’a wcale się nie zakończyła…

Margaret McPhee

Mała Margaret McPhee dużo czasu spędzała w swoim własnym,wyimaginowanym świecie. Jej rodzina zawsze powtarzała, że z tego wyrośnie. Teraz McPhee stąpa twardo po ziemi, ale w duszy pozostała romantyczką, co stara się przekazać swoim czytelniczkom.

Pierwsze dwa rękopisy McPhee były wielokrotnie odrzucane przez wydawców, ale nie poddała się. I słusznie, bo kolejne powieści przyniosły jej ogromny sukces i uznanie w świecie autorów romansów.

Morze, lśniące jak jedwab, miało odcień czystego turkusu. Grzbiety fal skrzyły się, niby oprószone kryształkami. W górze rozpościerał się ogrom bezchmurnego błękitu, spotykany jedynie w tej części świata. Była dopiero dziesiąta, ale słońce już prażyło, wybielając dębowe deski pokładu małego pirackiego żaglowca – „Kojota”.

Kate Medhurst czuła rozgrzane drewno pod bosymi stopami i wdzięczna była za cień ciemnej płachty, rozpiętej nad częścią tylnego pokładu – a także za ożywczą morską bryzę. Ciemne wstążki jej słomkowego kapelusza tańczyły na wietrze, a czarne muślinowe spódnice otulały jej nogi. Ale ona nawet tego nie zauważyła. Całą jej uwagę pochłaniał statek, który właśnie pojawił się w oddali.

Nagle z góry dobiegło złowieszcze krakanie – rzecz raczej niespotykana pośrodku oceanu.

– Kruk na maszcie. To znak, że nasze szczęście się odmieni – rzucił jeden z mężczyzn na pokładzie. Kate znała te przesądy, jak wszyscy na tym statku, lecz nie dotknęła czoła jak oni, chcąc odpędzić zło. Nie wierzyła w coś takiego jak zły omen, wiedziała jednak, że ludzie morza są z natury zabobonni.

– Tak, na lepsze – powiedziała – o ile ten statek jest wart zachodu.

Przez lunetę obserwowała kurs czarnego statku handlowego, zmagającego się z wiatrem, po czym złożyła ją i odwróciła się do stojącego obok niej Tobiasa. Był to mężczyzna wysoki, mierzący ponad metr osiemdziesiąt, o ogorzałej twarzy ze spłaszczonym, wielokrotnie złamanym nosem – pamiątką po licznych pijackich burdach. Spod trójgraniastego kapelusza opadały mu na ramiona długie, skołtunione warkocze, z wplecionymi koralikami i pęczkami piór. Ubrany w spłowiały surdut, stanowił ucieleśnienie wyobrażeń o kapitanie pirackiego statku. Miał też odpowiedni do tego temperament.

Nie przestawał wpatrywać się w kruka złym wzrokiem.

– Płynie pod brytyjską banderą, ale nie widzę nazwy. – Kate tym razem skierowała swoje słowa do starszego mężczyzny po jej lewej stronie. Sunny Jim, krzepki, o spalonej na mahoń skórze, miał na łysej głowie wypłowiałą bandankę. Kiedyś musiała być czerwona, ale teraz przy jego opalonej twarzy i karku wydawała się bladoróżowa. – Może ty coś widzisz? – Podała mu lunetę, marszcząc brwi, gdyż znała nazwy wszystkich brytyjskich statków, jakie kiedykolwiek atakowała.

            Sunny Jim zasępił się bardziej niż zazwyczaj i dla zachowania pozorów podał lunetę Tobiasowi.

– Jeszcze nie, proszę pani.

– Czy nazwa ma jakieś znaczenie? – zapytał Tobias.

– Pewnie nie – odparła Kate, choć zaniepokoiło ją to bardziej niż czarne ptaszysko na czubku masztu.

Na widok statku Tobias uśmiechnął się szeroko, demonstrując braki w uzębieniu. Jego złoty kolczyk zalśnił w słońcu, a złociste refleksy zatańczyły na wytatuowanym karku oraz szyi.

– Ładny – syknął.

– Niewątpliwie maruder z handlowego konwoju, który płynął tędy o świcie – powiedziała.

– Został z tyłu, sam jak palec, bez żadnej ochrony. – Sunny Jim prawie się uśmiechnął. – Ojoj. Nie możemy go tak zostawić, prawda?

– Nie zostawimy! – zakrzyknął Tobias. – Poderżniemy gardła tym Angolom.

– Nie zrobimy tego. – Kate wymieniła spojrzenia z Sunny Jimem.

– Jest pani dla nich zbyt łagodna – burknął Tobias.

– Łagodna? Ani trochę – zaprzeczyła. – Wszystko im zabierzemy. A przy życiu pozostawimy ich po to, by mogli zaświadczyć wszem wobec, jakie są amerykańskie morza. To wystarczy. To i wstyd, z jakim będą nas wspominać.

– A jeżeli się nie zgodzę? – rzucił butnym tonem.

– Znowu? Ostatnio często się ze mną nie zgadzasz. Ale nie czas teraz na takie dyskusje. Porozmawiamy o tym po powrocie do Tallaholm. A na razie jesteś na moim statku, pod moim dowództwem, i będziesz robił, co ci każę.

– Tak? Kiedy tyle ludzi myśli, że to ja jestem kapitanem „Kojota”? – Przysunął się do niej, próbując ją zastraszyć.

– Chyba słyszysz, łachudro. – W głosie Sunny Jima zabrzmiała złowieszcza nuta, gdy sięgał po kordelas. – Zapamiętaj sobie, Tobiasie Malhone, że jesteś tu nikim. Na statku mamy tylko jednego kapitana – i nie jesteś nim ty. Jeżeli kapitan mówi, że dosyć już tego, to znaczy, że dosyć. Zrozumiano?

Tobias skinął ponuro głową.

– Wedle życzenia, kapitanie – powiedział, akcentując pogardliwie ostatnie słowo.

 Spojrzała mu twardo w oczy.

– Naprawdę chcesz mi dziś sprawiać kłopoty, Tobias?

Tobias patrzył na nią przez długą sekundę, po czym prychnął:

– Nie. Dzisiaj nie.

Rozumiała, co miał na myśli. Jednak wkrótce problem przestanie istnieć, o czym Tobias nie mógł wiedzieć.

– Wobec tego do dzieła. Ich kadłub jest głęboko zanurzony pod wodą.

– Wiozą ciężki ładunek – stwierdził Sunny Jim.

– To jest to, co lubimy. – Kate przeniosła wzrok na Tobiasa. – Spróbujmy ulżyć im choć trochę, żeby mogli łatwiej dogonić resztę.

– Tak jest, kapitanie – powiedział cicho Tobias, tym razem bez cienia cynizmu. Uśmiechnął się pod nosem, po czym głośno zwrócił się do mężczyzn. – Do roboty, chłopcy! Bierzemy się do tego nadzianego Anglika.

Wokół rozległy się okrzyki aprobaty, a potem mała, lojalna załoga rzuciła się do lin. Kate obserwowała akcję ze swojego miejsca pod daszkiem, a Tobias stał z przodu, wydając polecenia. Czarne żagle załopotały na wietrze i szkuner przyspieszył.

– Flaga na maszt! – rozkazała Kate i uśmiechnęła się, gdy „Kojot” pomknął ku swej ofierze.

 

Kit Northcote lub kapitan North, bo tak go teraz nazywano, złożył lunetę i schował ją do kieszeni spłowiałego skórzanego surduta, który należał niegdyś do prawdziwego pirata.

– Zbliżają się – rzucił ze wzrokiem wbitym w statek w oddali.

– Czy to La Voile? – zapytał wielebny doktor Gabriel Gunner, jego przyjaciel.

– Ma brązowy kadłub z czarnym paskiem i amerykańską flagę… a także flagę La Voile’a.

– Przedstawiającą czaszkę z wygiętą szablą, ociekającą krwią, zamiast uśmiechniętych ust. La Voile ma artystyczny gust. Trzeba mu oddać sprawiedliwość.

– Ode mnie dostanie coś więcej, kiedy tu przypłynie.

Gunner roześmiał się.

– Kapitana czeka w pełni zasłużona niespodzianka. Brytyjski handel już dość ucierpiał na jego działalności. Czy sądzi, że w nieskończoność będzie mu to uchodziło płazem?

 – Myślę, że dokładnie tak to widzi.

– Mówi się, że to przez La Voile’a pływa teraz o jedną piątą brytyjskich statków mniej. Jak to w ogóle możliwe? – zapytał Gunner. Był wysoki i zaskakująco szczupły jak na człowieka, który spędził wiele lat na morzu. Twarz miał obsypaną piegami, oczy jasnoniebieskie, o szczerym spojrzeniu, a jego smukłe palce z równą precyzją posługiwały się modlitewnikiem, co skalpelem czy lunetą.

– La Voile uderza szybko i celnie. Zabiera to, co chce, z ładunku, pozostawiając statek i załogę nietkniętą, co jest pewną nowinką w świecie piratów. La Voile jest też bystry. Atakuje jedynie łatwe cele, pozostawiając innym wielkie, dobrze strzeżone jednostki. Wynajduje maruderów, pozostających w tyle za każdym konwojem. I oczywiście wystarczająco sprytny, by nie dać się pojmać, mimo usilnych starań Królewskiej Marynarki.

– No to mamy szczęście – stwierdził Gunner.

– O tak, wielkie szczęście – zgodził się Kit i pomyślał o astronomicznych sumach, jakie mieli zainkasować za tę akcję.

Statek La Voile’a, „Kojot”, przestał tymczasem być plamką na horyzoncie.

– Rzeczywiście jest szybki – powiedział Gunner.

– Prawie tak szybki jak my – przyznał Kit.

Gunner uśmiechnął się.

– No to jak? Zabijemy go czy weźmiemy żywcem?

– Bierzemy żywcem – odparł Kit. – Nagroda będzie wyższa. Chcą go sami powiesić, dla przykładu. Masz się obchodzić łagodnie z tym amerykańskim piratem, wielebny ojcze Gunner.

– Skoro pan nalega, kapitanie North.

Mężczyźni wymienili ironiczne uśmiechy.

Załoga biegała tymczasem po pokładzie, pozorując paniczną próbę ucieczki. Wyglądało to tak, jakby usiłowali postawić żagle. Brytyjska flaga łopotała na maszcie w promieniach karaibskiego słońca.

 – Wszystko gotowe? – zapytał Kit.

– Tak, zgodnie z twoją instrukcją.

Kit wyjął z kieszeni lunetę i raz jeszcze popatrzył na zbliżający się statek o czarnych żaglach.

 – To ciekawe – mruknął, nastawiając ostrość na trzy postacie przy sterze, pod czarną płachtą. – Wygląda to, jakby się kłócili o kobietę.

– O kobietę? – Gunner skrzywił się z niedowierzaniem.

– Co więcej, wyglądającą przyzwoicie.

– Zakładniczka?

– Nie jest ani związana, ani zakneblowana.

– Czyli została porwana – orzekł Gunner.

– To bardziej prawdopodobne. – Kit dostrzegł, jak wyższy mężczyzna wychyla się groźnie ku kobiecie, po czym obaj piraci sięgają po szable.

– Czy La Voile to jeden z nich?

– Tak myślę. Sam zobacz. – Kit podał Gunnerowi lunetę.

– O ile mniej nam zapłacą za martwego?

– Znacznie mniej.

– Przekonałeś mnie, choć nie mogę zaprzeczyć, że wolałbym osobiście umoczyć szablę w jego krwi.

Obaj mężczyźni stali obok siebie na pokładzie „Kruka”, czekając, aż La Voile wpadnie w pułapkę.

 

Na widok kapitana brytyjskiego statku Kate przebiegł dziwny dreszcz. Coś w twardym spojrzeniu jego ciemnych oczu przypominało jej irytujący wzrok kruka, który jeszcze przed chwilą siedział na szczycie masztu. Uczucie niepokoju osaczyło ją niby zła aura. Przecież to tylko atak, jak każdy inny, powiedziała sobie, szukając wzrokiem dział, choć już wcześniej widziała przez lunetę, że ich nie ma.

– Ani jednej armatki – odezwał się Tobias, jakby czytał w jej myślach. – Żadnych prób oporu. Poddadzą się, ta banda angielskich tchórzy. A ja myślałem, że choć raz stoczą z nami porządną bitwę! – Zdegustowany, splunął na pokład.

 – A co mieliby zrobić, gdy wycelowaliśmy w nich działa? Nie bądź głupi, Tobias. Bądźmy im wdzięczni, bo ich rozsądek ułatwia nam zadanie.

Armatki „Kojota” o długich lufach zawsze robiły wrażenie na brytyjskich szkunerach. Dzięki temu „Kojot” mógł podpłynąć bliżej i sczepić się z zaatakowaną jednostką przed przerzuceniem drewnianych pomostów. Ten bezimienny statek nie był żadnym wyjątkiem.

Kate patrzyła, jak jej ludzie schodzą po drabinach, by zniknąć w ładowni statku. Jedyne, co mieli zrobić, to wybrać sobie łupy i przenieść je na pokład. Zawsze tak robili. To równie łatwe, jak odebrać dziecku cukierka. Mimo to Kate znów ogarnął ten zaskakujący niepokój.

Zlustrowała wzrokiem pokład szkunera, nie znajdując niczego niezwykłego, po czym znów spojrzała na kapitana. Coś w jego wyglądzie nie dawało jej spokoju, choć nie potrafiła określić co. Przyjrzała mu się uważniej. Szczupłej budowy, miał wyrobione mięśnie jak ktoś, kto całe lata przepracował fizycznie. Poznała to po sposobie, w jaki spłowiały surdut leżał na jego szerokich ramionach.

Włosy miał ciemne, a jego opalenizna przybrała złotawy odcień, typowy dla kogoś, kto spędzał wiele czasu na morzu. Koszula i krawat pod surdutem były czarne jak u pirata. Skórzane spodnie ciasno opinały muskularne nogi, a buty, niegdyś brązowe, spłowiały pod wpływem słońca i soli, przybierając nieokreślony kolor.

Mężczyzna był już rozbrojony, a ostrze szabli młodego Johna Rishleya zastygło o włos od jego piersi, na wypadek gdyby ktoś spośród załogi szkunera zdecydował się stawić opór. John okazał się cennym nabytkiem dla załogi „Kojota”, a jednak Kate wolałaby, aby do zatrzymania samego kapitana Tobias wybrał kogoś z większym doświadczeniem.

Znów spojrzała kapitanowi w oczy – i znowu dreszcz przebiegł jej po plecach. Nie wyglądał na kogoś, kto boi się o swoje życie. Nie dostrzegała w nim cienia strachu. Jego zrelaksowana poza wydawała się nazbyt swobodna, a spokój wręcz nienaturalny. Natomiast jego zimne, nieugięte spojrzenie zwiastowało realne niebezpieczeństwo.

– Coś jest nie tak – zwróciła się do Tobiasa. – Zabierz stamtąd naszych ludzi.

– Co…? Do diabła, kobieto, wszystko jest, jak należy. – Tobias spojrzał na nią, jakby postradała zmysły.

– Rób, co mówię – nalegała.

Przeszył ją wściekłym spojrzeniem, by z jawną niechęcią wydać na końcu rozkaz. Niestety – za późno. Wszystko zmieniło się w ciągu sekundy. Na pokładzie szkunera rozpętało się piekło. Brytyjczycy wyciągnęli broń. Walczyli szybko i nieustępliwie, z wprawą przewyższającą umiejętności załogi „Kojota”. Ledwie się zaczęło, a już było po wszystkim. Poszło im tak łatwo, że w ciągu minuty jej ludzie znajdujący się na pokładzie szkunera jak jeden mąż leżeli na deskach, twarzą w dół – oprócz Johna Rishleya, który stał się nagle żywą tarczą. Miał odgiętą do tyłu głowę, a ciemnooki kapitan z odzyskaną szablą w ręku trzymał mu ostrze na gardle.

– Dobry Boże! – Na ten widok krew zastygła Kate w żyłach.

Naraz reszta Brytyjczyków wyłoniła się z dolnego pokładu i ładowni szkunera, prowadząc tych, którzy zeszli na dół, by zgarnąć łupy – związanych i zakneblowanych.

Kate nigdy dotąd nie znalazła się w podobnym położeniu i niestety nic już nie mogła zrobić, by pomóc swojej załodze. Tymczasem kapitan brytyjskiego okrętu przeszedł przez ten sam pomost, po którym niczego nie podejrzewająca załoga „Kojota” wtargnęła na pokład jego statku. Za nim kroczył wysoki, chudy blondyn w sutannie z koloratką, a przed nim John Rishley.

– Od kiedy to do swoich pirackich ekscesów dodałeś także uprowadzanie kobiet, La Voile? – zwrócił się kapitan do Tobiasa. Mówił jak człowiek wykształcony, głosem cichym i wyzutym z emocji.

A więc oni myślą, że zostałam porwana? – Kate otworzyła usta, aby powiedzieć mu prawdę, ale Tobias ją uprzedził.

– Kim ty jesteś, do cholery, żeby mnie przepytywać? – warknął, odgrywając rolę kapitana, za którego się coraz częściej uważał.

W tym samym momencie kruk sfrunął ze swego stanowiska na maszcie i wylądował na ramieniu brytyjskiego kapitana. Mężczyzna nawet okiem nie mrugnął, a ptak rozsiadł się zadowolony, jakby to było jego miejsce. W blasku słońca czarne pióra mieniły się na niebiesko.

Kate zamarło serce. Od razu powinna była się domyślić, kim jest ten człowiek.

 – North – wykrztusiła. Wiedziała, co to oznacza dla niej i jej załogi. Stał przed nimi bezwzględny łowca piratów.

– Boże, zmiłuj się nad nami – wyszeptał Sunny Jim.

Kate usłyszała pomruk swoich ludzi, zobaczyła strach w ich oczach; ktoś zaczął się głośno modlić.

Ciemne oczy kapitana znów spoczęły na niej z uwagą. Duma nie pozwalała jej odwrócić wzroku.

– Do pani usług, madame. – Skłonił się lekko, po czym zwrócił się do Tobiasa. – Uwolnij tę kobietę.

Tobias parsknął śmiechem.

– Możesz ją sobie wziąć… o ile opuścisz mój statek.

– Oczywiście, że opuszczę twój statek. – North uśmiechnął się w złowieszczy sposób. – To ty jesteś La Voile?

– Tak, La Voile to ja.

– To dobrze – powiedział North – bo nie chciałbym zabrać niewłaściwego człowieka.

– Nigdzie z tobą nie pójdę!

North mocniej przycisnął ostrze do szyi Rishleya.

– Mam mu poderżnąć gardło na twoich oczach? A może jednak poddasz się, żeby go oszczędzić?

Kate zagryzła wargi, aby stłumić okrzyk. Serce biło jej jak szalone. Sięgnęła pod ukryty pod spódnicą sztylet, ale Sunny Jim chwycił jej dłoń.

– Nie rób tego! – wyszeptał wzburzony. – Niech myśli, że zostałaś porwana. Stawka jest zbyt wysoka, Katie.

– A podcinaj sobie. Droga wolna! – Tobias zarechotał, wyraźnie podniecony. Spojrzał na lśniącą klingę, w której odbijało się słońce, po czym nagle wywinął młynka szablą i rzucił się na Northa, wrzeszcząc: – Nie poddam się, ty angielski psie!

 – Nie! – krzyknęła Kate, świadoma, że za jego szaleńczą szarżę Rishley zapłaci życiem.

Reszta potoczyła się bardzo szybko. John Rishley został pchnięty w ręce innego Anglika, a North zbił uderzenie i jednym pchnięciem przebił na wylot Tobiasa, który osunął się na pokład. Kate widziała powiększającą się ciemną plamę na jego piersi i rosnącą kałużę krwi na wyszorowanym pokładzie.

Zapadła cisza. Wszyscy zamarli bez ruchu. Kate patrzyła na Tobiasa. W jego otwartych, martwych oczach malowało się osłupienie.

Ksiądz, prawdopodobnie zastępca Northa, przykucnął przy nim i przytknął mu palce do szyi.

– Niestety, trup – powiedział cicho. Zamknął mu oczy i odmówiwszy modlitwę, wstał.

– Szkoda, ale i tak go zabieramy. – North dał znak głową.

Czterech brytyjskich marynarzy chwyciło zwłoki Tobiasa i przeniosło je na pokład szkunera.

Wzrok Northa spoczął na ręce Sunny Jima, wciąż ściskającej przegub Kate.

– Uwolnijcie ją. Dalej popłynie z nami.

– A jak nie, to co? – zapytał Sunny Jim.

– Wybijemy was wszystkich, co do jednego.

Nikt w to nie wątpił. Każdy, kto żeglował po tych oceanach, słyszał o słynnym Łowcy Piratów.

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ