Thriller / Sensacja / Kryminał
Gra o wszystko
37,99 zł
23,59 zł
37,99
23,59
KUP TERAZ

Gra o wszystko

Molly Bloom
1 opinia
TAKŻE JAKO E-book icon
Liczba stron: 320
Oprawa miękka
ISBN: 9788327635105
Premiera: 2018-01-08
Tłumaczenie: Danuta Fryzowska
Opracowanie graficzne okładki: Emotion Media

Fascynująca historia pokerzystki, która poznała od podszewki podziemny świat hazardu.

Molly Bloom, dziewczyna z małego miasta w Kolorado, od dziecka marzyła o wielkim świecie. Pragnęła czerpać z życia pełnymi garściami, bez nakazów i ograniczeń.
Dzięki pokerowi wspięła się wyżej niż sięgała jej wyobraźnia. Organizowała nielegalne rozgrywki dla takich gwiazd Hollywood jak Leonardo diCaprio i Ben Affleck, poznała ludzi z pierwszych stron gazet – milionerów, sportowców i polityków.
Zbiła fortunę, ale gdy uwierzyła, że już zawsze będzie się pławić w luksusie, trafiła na godnego siebie przeciwnika – rząd Stanów Zjednoczonych.
Zapomniała, że życie to też gra, często równie nieprzewidywalna jak poker. Dobra passa nie trwa wiecznie, a im wyższy szczyt zdobędziesz, tym boleśniejszy może być upadek na samo dno.

Reardon wręczył mi ostateczną listę graczy, których miałam zaprosić. Widniało na niej dziewięć nazwisk, w większości tych samych co ostatnio. Postanowiłam dowiedzieć się o nich jak najwięcej.

 

1. Bob Safai, magnat na rynku nieruchomości. Był pewny siebie i w zależności od tego, jak mu szła gra, potrafił być czarujący albo strasznie niesympatyczny. W zeszłym tygodniu widziałam, jak ubliżał krupierom i różnym rywalom. Dla mnie był bardzo miły, ale coś mi mówiło, że lepiej mu nie podpaść.

2. Todd Phillips, scenarzysta i reżyser, którego najnowszy film Kac Vegas stał się już ikonąszczeniackiego humoru.

3. Phillip Whitford, przystojny i dobrze ułożony arystokrata, który opływał w obrzydliwe wręcz bogactwa i był chyba najlepszym graczem przy stole. To on mi podszepnął, żeby nie zagadywać aktywnych graczy, oraz dodawał mi otuchy przyjaznym uśmiechem. Czułam, że mam w nim sprzymierzeńca.

4. Tobey Maguire był mężem Jen Meyer, córki szefa wytwórni Universal. Pomimo drobnej postury, był wielką gwiazdą filmową, i jeśli wierzyć chłopakom, drugim najlepszym pokerzystą.

5. Leonardo DiCaprio, chyba najbardziej rozpoznawalny aktor na świecie. Był nie tylko nieziemsko przystojny, ale też niesamowicie utalentowany. Miał jednak dość dziwny styl gry, zupełnie jakby nie obchodziło go to, czy wygra, czy przegra. Pasował większość rąk i słuchał muzyki na wielkich słuchawkach.

6. Houston Curtis jako jedyny odstawał od reszty towarzystwa. Nie dorastał ani w bogatej, ani w uprzywilejowanej rodzinie. Był producentem trywialnych programów z gatunku reality, prezentujących na przykład amatorskie nagrania walk domorosłych zapaśników. Osławił się tym, że jako dziecko nauczył się grać w karty i przyjechał do Hollywood bez centa przy duszy. Wyglądało na to, że przyjaźnił się z Tobeyem.

7. Bruce Parker był już po pięćdziesiątce. Słyszałam, jak mówi, że zaczynał od handlu trawką. Wreszcie wykorzystał swoje doświadczenie w prowadzeniu biznesu i wspiął się w hierarchii zarządzania na sam szczyt jednej z najstarszych i największych firm z branży golfowej. Podobno zarobił na sprzedaży miliardy dolarów i pomógł wprowadzić spółkę na giełdę.

8. Reardon, o którym wiedziałam więcej, niż chciałam.

9. Mark Wideman, którego jeszcze nie poznałam, był przyjacielem Phillipa i w tym tygodniu miał zasiąść po raz pierwszy przy pokerowym stole.

 

Tym razem napisanie wiadomości do graczy przyszło mi znacznie łatwiej. Wiedziałam już, kim byli i czego się można po nich spodziewać. Kliknęłam „Wyślij” i tak jak poprzednio, natychmiast posypały się odpowiedzi o treści:

Wchodzę w to.

Kto gra?

Nie mogłam się już doczekać wtorku.

 

***

 

W weekend pojechałam moim zdezelowanym dżipem grand cherokee do domu towarowego Barneys. Z pewnym zakłopotaniem oddałam kluczyki parkingowemu, nieprzyjemnie świadoma, że moje auto nie pasowało do otaczających je lśniących i eleganckich mercedesów, beemek, ferrari oraz bentleyów.

Gdy weszłam do środka, przestałam się krępować i ruszyłam prosto do działu z obuwiem. Rozejrzałam się po nieskazitelnych ekspozycjach. Po raz pierwszy w życiu było mnie stać na to, co tylko chciałam. Czułam się jak dziecko w sklepie ze słodyczami.

– Czy mogę w czymś pomóc? – spytał nienagannie ubrany sprzedawca, patrząc krzywo na moje znoszone klapki.

– Tylko się rozglądam – odpowiedziałam, ignorując jego snobizm.

– Może coś zaproponuję? – nalegał.

– Czemu nie! – przytaknęłam radośnie.

Przymierzywszy dziesięć par butów, zdecydowałam się na klasyczne czarne czółenka od Louboutina.

– Czy równie dobrze dobiera pan sukienki? – zapytałam sprzedawcę.

– Proszę za mną – odparł z uśmiechem, widząc, jak kładę na ladę tysiąc w gotówce za buty. Gdy potrząsnęłam kiesą, stał się dla mnie milszy. – Przedstawię pani moją koleżankę z czwartego piętra – oświadczył.

Nazywała się Caroline. Idąc u jej boku, czułam się tak, jak zapewne czuł się mój wóz zaparkowany wśród tych wszystkich szykownych aut. Dobrze wiedziałam, że prezentowałam się dość niechlujnie. W Barneys roiło się od idealnie wystylizowanych kobiet, które chyba nigdy w życiu nie miały kiepskiej fryzury. Ja byłam ubrana w dżinsy, japonki i bluzę. Włosy miałam związane w niedbały kucyk i schowane pod czapką z daszkiem z logo Denver Broncos. Z tego wszystkiego najgorsza była rażąca w oczy podróbka torebki Prady, którą kupiłam od ulicznego sprzedawcy gdzieś w centrum Los Angeles.

– W czym mogę pomóc? – zapytała.

– Szukam sukienki, w której nie będę przypominać siebie – stwierdziłam ze śmiechem

Też się roześmiała, po czym spytała:

– Ma być do pracy? Na randkę? Na przesłuchanie?

– Przy tych cenach mam nadzieję, że na każdą z tych okazji.

– Coś wybiorę, a tymczasem proszę się rozgościć. – Skinęła w stronę dużej, tonącej w pluszu przymierzalni. – Zanim wrócę, proponuję zdjąć czapkę, związać włosy w kok i włożyć nowe buty.

Tak zrobiłam.

Po chwili wróciła z kilkoma cudownymi sukienkami.

– Proszę przymierzyć wszystkie – poleciła.

Wcisnęłam się w czarną strukturalną sukienkę z kolekcji Dolce & Gabbana, która uniosła mi biust, wyszczupliła talię i podkreśliła tyłek. Istne czary!

– Skąd się wzięło to ciało? – zachwyciła się Caroline, gdy wyszłam z przebieralni, i zaprowadziła mnie do trzyczęściowego lustra. W tej kreacji wyglądałam nie tylko elegancko, ale też seksownie.

Jak mogłam jej nie kupić, nawet za taką cenę? Ta sukienka odmieniła mnie tak samo jak makijaż od Valerie.

– Czyli seksowną mamy z głowy. Znajdziemy jeszcze coś klasycznego i będziesz mogła się pożegnać z dawną sobą – oświadczyła mniej oficjalnym tonem.

Uśmiechnęłam się wesoło.

Przymierzyłam obcisłą, granatową kreację od Valentino, która uwydatniła wszystkie moje atuty, przy czym nie była zbyt wyzywająca.

Stylizację dopełnił sznur pereł Chanel.

– Jesteś naprawdę dobra w swoim fachu – stwierdziłam z uznaniem.

Caroline uśmiechnęła się.

– W takim razie poproszę o kartę kredytową i nie będę już potrzebna.

– Och – stropiłam się, wyjmując zwitek setek. – Mam tylko gotówkę.

Na twarzy Caroline pojawiło się rozczarowanie. Zrobiło mi się przykro. Wiedziałam, że wzięła mnie za call girl.

– Zaraz wrócę z rachunkiem. – Ton jej głosu nadal był przyjazny, tylko trochę chłodniejszy. Zaczęłam przebierać się w stare ciuchy, gdy znów pojawiła się w przymierzalni.

– Nie powinnam tego robić, mogę przez to stracić pracę. Ale polubiłam cię i widziałam już, jak to miasto niszczy młode dziewczyny.

– Caroline, uwierz mi, nie jestem dziewczyną na telefon ani nikim w tym stylu. Po prostu poszczęściło mi się w pokera. Nie kłamię.

Uśmiechnęła się.

– To świetnie. Obawiałam się innej odpowiedzi.

– Proszę, to moja wizytówka. Zadzwoń, jeśli będziesz czegoś potrzebowała – odparłam, odwzajemniając uśmiech. – Dzięki, że tak uczciwie podeszłaś do sprawy, choć mogłaś mieć przez to kłopoty.

Wyszłam z Barneys z naręczem nowych strojów i uśmiechem od ucha do ucha.

 

Wreszcie nadszedł wtorek i tym razem Reardon pozwolił mi wyjść z pracy o rozsądnej porze, miałam zatem czas, żeby przebrać się w nową sukienkę.

W drodze do domu zadzwonił szef jednego z nocnych klubów, w których pracowałam. Gdy tylko mogłam, nadal dorabiałam po godzinach.

– Cześć, T.J. Co słychać?

– Potrzebuję cię na wieczorną zmianę. – W jego głosie słychać było zniecierpliwienie. Każdy, kto pracuje w tym biznesie, za dnia jest strasznie zrzędliwy.

– Nie mogę. – Po raz pierwszy mu odmówiłam.

– Więc chyba nie zależy ci na pracy – stwierdził ostrym tonem. – W tym mieście są miliony dziewczyn gotowych za nią zabić.

Pomyślałam o tym, ile zgarnęłam w zeszłym tygodniu za pokera. W jeden wieczór zarobiłam więcej pieniędzy niż przez miesiąc pracy w klubie. Nabrałam zatem głęboko powietrza i oświadczyłam:

– W takim razie zadzwoń po jedną z nich, bo ja odchodzę.

Z szoku odebrało mu mowę. Podziękowałam mu grzecznie za daną mi szansę i rozłączyłam się.

Wiedziałam, że postąpiłam lekkomyślnie. Nie miałam gwarancji, że moja przygoda z pokerem to stabilne zajęcie, przecież mogła szybko się skończyć, ale zamierzałam ciągnąć to tak długo, jak się da. Poza tym poczułam się cholernie dobrze, rzucając tę niewdzięczną, poniżającą pracę kelnerki.

 

Pojawiłam się na miejscu w nowych butach i sukience – wybrałam tę seksowniejszą.

– Fiu, fiu, popatrz no! – wykrzyknął z uznaniem Diego, odbierając ode mnie siatki z alkoholem. – Możesz dziś liczyć na dobre napiwki.

– Przesadziłam? – zapytałam niepewnie.

– Skąd, wyglądasz seksownie. À propos napiwków, to co zamierzasz z tym zrobić?

– Z czym?

– Z napiwkami – powtórzył. – Mnie coś skapuje cały czas w trakcie gry. Widziałem, że tobie dają na koniec gotówkę. Zawsze lepiej się na tym wychodzi, jeśli dostajesz żetony. Jeśli chcesz, możemy się dzielić zyskami. Pół na pół.

Musiałam to dobrze przemyśleć. Widziałam, jak gracze po wygranym rozdaniu rzucali żetony na środek stołu. Logika podpowiadała mi, że dziesięciu kolesiów dających napiwki przez kilka godzin gry przekłada się na sporo forsy. Niemniej jednak Reardon dał jasno do zrozumienia, że moja pieniężna gratyfikacja była jedynym sposobem na otrzymanie ponownego zaproszenia.

– Zobaczymy, jak pójdzie dzisiejszy wieczór, i dogadamy się po wszystkim. – Chciałam się najpierw przekonać, ile faktycznie zarabia.

– Okej – przytaknął z uśmiechem.

W tej samej chwili do pokoju wkroczył Reardon.

– A niech mnie! – rzucił ze śmiechem. – Nawet niezła z ciebie dupa. – W jego ustach był to największy komplement, na jaki mogłam liczyć.

Skarciłam go spojrzeniem.

Reardon popatrzył na bufet.

– Wypas! – stwierdził i wgryzł się w kanapkę. W tłumaczeniu: świetnie się spisałam z wyborem przekąsek. Prawda była taka, że nauczyłam się tego wszystkiego od Reardona, który gustował tylko w najlepszych produktach, na przykład kaca zajadał kawiorem. Od czasu, gdy rzucił we mnie bajglami z Pink Dot, wiele się zmieniło. Przez to ciągłe bieganie po jedzenie i deski serów, które Reardon zamawiał do biura, stałam się bardziej wyczulona na luksusowe towary.

Houston wszedł spokojnym krokiem i mocno mnie uściskał.

Podałam mu dietetyczny snapple o smaku malinowym.

Następny zjawił się Bruce Parker, a tuż za nim wparował Todd Phillips. Obaj byli czymś rozbawieni.

– Z czego się tak śmiejecie, świrusy? – zagadnął ich Reardon, przybijając z nimi pięści. Panicznie bał się zarazków, dlatego ze względów sanitarnych zamiast ściskania dłoni wolał przybijać żółwika. Oczywiście zapominał o swojej fobii, kiedy chodziło o łóżkowe podboje.

– Przed chwilą Parker zaliczył na parkingu ręczną robótkę – wyjaśnił Phillips.

– Była ładna i chciała tylko pięć stów, więc stwierdziłem, że to na szczęście – skwitował ze śmiechem.

– Ostro! – skwitował Reardon i skinął z uznaniem głową.

Dopiero wtedy zauważyli, że stoję obok wciśnięta w kąt.

– Przepraszam, słońce – zafrasował się Todd.

– Molly nie takie rzeczy słyszała. W końcu pracuje dla mnie – zripostował Reardon, bagatelizując sprawę.

Potwierdziłam skinieniem głowy i przywołałam na twarz miły uśmiech.

– Twojemu chłopakowi nie przeszkadza, że nosisz takie sukienki i zadajesz się z takimi draniami jak my? – zapytał Todd.

– Ja nie mam… – zaczęłam, ale przestali się mną interesować, bo właśnie weszli Tobey i Leo. Wszyscy trochę się speszyli i zaczęli dziwnie zachowywać, oczywiście poza Reardonem, który przybił żółwika z Leem i burknął:

– Co tam, cwaniaczku?

Podczas gdy reszta graczy obległa Lea, Tobey podszedł do Diega i wręczył mu shuffle mastera. Shuffle master to warta siedemnaście tysięcy dolarów maszynka, która tasuje, a następnie losowo wybiera talię do następnego rozdania, przyśpieszając grę i gwarantując uczciwy przebieg każdej rozgrywki. W zeszłym tygodniu Tobey oznajmił chłopakom, że bez niej nie siada do stołu.

Później przybył Bob Safai. Tydzień temu otrzymał od Diega to, co inni gracze określili jako „bad beat”. Oznaczało to, że Bob miał znacznie mocniejszy układ niż jego przeciwnik, a mimo to przegrał. Patrzyłam, jak w złości rzuca kartami w Diega.

Diego wyjaśnił mi później, że statystycznie Bob powinien wygrać. To była sytuacja na dwa outy – tylko dwie karty mogły uratować skórę jego rywalowi i dać mu zwycięstwo. Gdy Tobey je trafił, Bob wpadł w furię. Spiorunował Diega wzrokiem i zarzucił mu, że oszukiwał przy tasowaniu. Dlatego byłam wdzięczna za to, że tym razem Tobey przyniósł tasownik i że to nie ja byłam krupierem.

– Witaj, piękna – rzucił Bob, gdy odbierałam od niego kurtkę. Widziałam, jak wodzi wzrokiem po pokoju. Nawet on czuł się lekko oszołomiony w towarzystwie Lea.

Phillip Whitford przyszedł ze swoim kumplem Markiem Widemanem. Mark z kolei przyjaźnił się z tenisistą Pete’em Samprasem, który podobno również grywał w pokera na wysokie stawki. Wideman był dobrym graczem, ale obiecał, że spróbuje ściągnąć Samprasa, co na pewno zwiększyłoby zainteresowanie grą.

Gdy Whitford mnie zobaczył, zagwizdał z uznaniem i ucałował moją dłoń.

Zarumieniłam się i spuściłam wzrok, ciesząc się każdą chwilą jako jedyna dziewczyna pośród tych wszystkich przystojnych mężczyzn sukcesu.

Nagle ponad szmerem rozmów rozległ się dźwięczny głos Reardona:

– No to gramy!

 

Goście zajęli miejsca, a pomieszczenie wypełniły spokojne melodie Franka Sinatry, furkot tasownika do kart, dźwięk przerzucanych żetonów i radosne przekomarzanki graczy. Kiedy się rozkręcili, trudno było za nimi nadążyć. Uzupełniali stacki, czyli kwoty posiadane przy stoliku, w błyskawicznym tempie, i wchodzili za wszystkie żetony. Phillip wyjaśnił mi w jednej z nielicznych przerw, że to tak zwane zagranie all-in. Choć poker był dla mnie czymś nowym, patrzyłam jak urzeczona. Gra była nieprzewidywalna i dostarczała wiele emocji. Nie tylko mnie udzieliła się ta energia. Diego rozdawał karty z prędkością światła. Gracze założyli się dodatkowo między sobą o kolor flopa (czyli pierwszych trzech wspólnych kart wyłożonych przez Diega), a nawet zaczęli robić zakłady sportowe.

Siedziałam w rogu i bacznie się przyglądałam. Od czasu do czasu donosiłam jedynie drinki. Ci kolesie byli tak skoncentrowani na grze, że tak naprawdę zapomnieli o moim istnieniu. Wszyscy z wyjątkiem Phillipa, który wciąż przysyłał mi esemesy z pokerowymi ciekawostkami. Pisałam jak szalona na laptopie, skrzętnie dokumentując wszystko, czego się dowiedziałam.

Tymczasem Bob dzielił się ploteczkami z rynku nieruchomości, Wideman opowiadał o Samprasie, Tobey i Houston analizowali ręce pokerowe, Reardon wszystkich obrażał, próbując wytrącić rywali z równowagi, Phillips rzucał dowcipnymi sloganami, a Leo siedział ze słuchawkami na uszach, co pomagało mu się skupić. Bruce nawijał przez chwilę o dziewczynie, która zrobiła mu dobrze ręką za pięćset dolarów, a potem przeszedł do tego, jak się dorobił, zaczynając od handlu trawką w Hollywood.

Gdy nadeszła pora kolacji, zamówiłam jedzenie z restauracji Mr. Chow. Gracze nie byli zachwyceni tym, że musieli przerwać grę na posiłek. Zanotowałam sobie w myśli, żeby na przyszłość dostawić małe stoliki, by mogli jeść przy stole pokerowym. W trakcie kolacji podsłuchałam, jak Bruce pyta Phillipa o restaurację, do której mógłby zaprosić dziewczynę. (Domyśliłam się, że nie taką od ręcznej robótki).

– Znam idealne miejsce – wyrwałam się. – Restauracja Madeo. Bardzo romantyczna, a jedzenie jest wyśmienite.

– Świetny pomysł – stwierdził Bruce.

– Mam ci zarezerwować stolik? – spytałam.

Dzięki tym wszystkim rezerwacjom, które dokonywałam dla Reardona i jego ekipy, znałam kierowników sal we wszystkich topowych lokalach.

– Chętnie – przytaknął z uśmiechem.

– Napisz mi tylko na kiedy i wszystkim się zajmę.

– Dzięki, Molly. Jesteś najlepsza.

Przez ostatni tydzień sporo myślałam o tym, jak zbliżyć się do graczy i zwiększyć swoje szanse na to, że nikt mnie nie zastąpi. Reardon lubił, gdy załatwiałam za niego różne drobne prywatne sprawy, postanowiłam więc wypróbować tę metodę. Jednocześnie wiedziałam, że to musi wyglądać jak najbardziej naturalnie. Moja pomoc nie mogła być wymuszona. Czułam, że z Bruce’em mi się udało. Później w trakcie rozgrywki dostałam esemesa od Houstona, który pytał, czy mogłabym wkręcić jego i jeszcze jedną osobę na imprezę w pewnym hollywoodzkim klubie. Ponieważ znałam tam wszystkich promotorów i bramkarzy, nie miałam z tym żadnego problemu.

Po kolacji gra została wznowiona, i to pełną parą. Siedziałam w rogu i patrzyłam, jak Diego sprawnymi ruchami rąk przesuwa żetony i wykłada kolejne karty. Nie sposób było za nim nadążyć. Nagle hałas ucichł. Mark Wideman wstał i przespacerował się wokół stołu z dłońmi wbitymi w kieszenie.

Na środku stołu piętrzył się gigantyczny stos żetonów. Obiegłam wzrokiem graczy, sprawdzając, kto pozostał w rozdaniu.

Tobey.

Siedział z oczami utkwionymi w Marku, zagryzając wegańską przekąskę, którą przyniósł z domu.

Wszyscy czekali z zapartym tchem, aż Mark wykona ruch. Nie wiedziałam, co się dzieje, ale dało się wyczuć napięcie.

– Sprawdzam! – oświadczył wreszcie.

Tobey spojrzał na niego zszokowany.

– Sprawdzasz? – zapytał z niedowierzaniem.

– Tak – potwierdził Mark. – Mam cię?

Próbowałam zliczyć w myślach te wszystkie żetony, ale były dosłownie wszędzie.

– Masz mnie – przyznał Tobey i przesunął karty w kierunku Diega, poddając rozdanie. – Niezłe karty, stary – uśmiechnął się do Marka i natychmiast przeniósł wzrok na mnie, świdrując mnie spojrzeniem.

Po chwili wysłał mi esemesa:

Kim jest ten koleś?

Szybko odpisałam:

Mark Wideman. Adwokat.

Rozumiem.

Coś mi podpowiadało, że znalazłam się w opałach.

Rozpoczęła się kolejna rozgrywka. Ilekroć Reardon uczestniczył w rozdaniu – i teraz także Tobey – wstrzymywałam oddech. Znałam Reardona wystarczająco dobrze, by wiedzieć, że jego ekscytacja grą nie potrwa długo, jeśli będzie ciągle przegrywał. Oczywiście zadowolenie Tobeya też było ważne. Pod koniec wieczoru obaj byli do przodu, jednak z każdą trzymającą w napięciu sekundą, która przybliżała ich do ostatniego rozdania, czułam się coraz bardziej wyczerpana emocjonalnie. Mimo to cieszyłam się każdą minutą spotkania, które dobiegło końca o trzeciej w nocy.

Gracze zaczęli kolejno wychodzić. Pomogłam im z kurtkami i biletami parkingowymi, ucałowałam ich symbolicznie i/lub uściskałam na pożegnanie, i od każdego dostałam sowite wynagrodzenie w formie gotówki bądź żetonów. Byłam im niezmiernie wdzięczna. Czułam, że jest tego więcej, niż zasłużyłam. Najhojniejsi okazali się Phillip, Houston i Bruce, którzy sypnęli naprawdę sporymi sumami, ale każdemu z graczy podziękowałam równie serdecznie. O dziwo Tobey, który wygrał najwięcej, zostawił najmniejszy napiwek.

Gdy wszyscy wyszli, Diego i ja usiedliśmy przy stole i podliczyliśmy cały nasz utarg. Piętnaście tysięcy dolarów. Po siedem i pół na głowę.

– Tak jest zawsze? – spytałam zszokowana.

– Nie. – Zachichotał. – Takiej gry jeszcze nie widziałem.

– Diego – wyszeptałam. – Siedem i pół tysiąca dolarów! To jakiś obłęd!

– Dalej noś takie kiecki – zażartował.

Poszłam za bar i nalałam dwa kieliszki szampana.

– Trzeba to oblać – stwierdziłam, wznosząc toast: – Za równy, przyjacielski podział i partnerstwo!

– Tak jest! – zawtórował.

Nawet gdyby nasze napiwki nie zawsze dochodziły do takich kwot, miło było mieć wspólnika.

Dopiliśmy szampana w radosnej ciszy. Diego mieszkał z dala od Beverly Hills i pracował w okrytych złą sławą kasynach, obsługując graczy, których mogła zrujnować jedna pechowa karta. Teraz czuł się jak w raju, tak samo, a nawet bardziej niż ja.

– Mam nadzieję, że to będzie trwało wiecznie – odezwałam się po kilku minutach.

– Nic nie trwa wiecznie, zwłaszcza w hazardzie – stwierdził roztropnie.

Wyparłam te słowa z pamięci. Słyszałam jedynie głos mamy, która każdej nocy, tuląc mnie do snu, powtarzała:

- Skarbie, możesz mieć wszystko, co chcesz, jeśli się bardzo postarasz.

Być może nie tak to sobie wyobrażała, ale właśnie tego chciałam i zrobiłabym wszystko, co w mojej mocy, by tego nie stracić.

Po przeczytaniu muszę stwierdzić, że bardzo chętnie obejrzę film, opowiadający o losach Molly, który według recenzji jest warty polecenia, ale tego póki co nie wiem. Wiem natomiast, że książka jest warta uwagi. To, że została napisana przez główną bohaterkę pozwala nam odczytywać wszystkie emocje, które są doskonale opisane. Charakteryzacja każdej z postaci jest zwięzła, ale oddaje cechy osobowości i zachowanie. W samej fabule możemy natknąć się na nazwiska sław, o których każdy z nas słyszał nie raz, co pozwala łatwiej wyobrazić sobie, jak wielkie wydarzenia Molly organizowała i jakie życie wiodła.

Cieszę się, że zdecydowałam w pierwszej kolejności sięgnąć to "Grę o wszystko" w wersji książkowej. Jeszcze bardziej, że już wkrótce będę mogła porównać ją z ekranizacją. Jeśli film w dalszym ciągu jeszcze przed Wami, to polecam zrobić to samo. Na tę chwilę mogę powiedzieć jedno - powieść Molly Bloom jest świetna!

Książkę czyta się bardzo szybko i sprawnie. Napisana jest w lekki i przystępny sposób. Jednak jak dla mnie zabrakło tutaj ciut więcej szczegółów, takich smaczków, które by dodały więcej pikanterii całej opowieści. Książkę Molly Bloom z powodzeniem można przeczytać w jeden wieczór. Będzie to mile spędzony czas z lekką opowieścią idealną do czytania przed snem.

Polecam przeczytanie wszystkim tym, którzy mają cele i dążą do nich. Jest to niezwykła opowieść o sile człowieka, który bardzo czegoś chce i robi wszystko, żeby to zdobyć. Jeżeli wasze marzenia są legalne, to śmiało możecie brać przykład z postawy Molly :)

Życie Molly to świat, w którym gra się po to, żeby wygrać. Albo stawiasz duże pieniądze albo nie grasz. Rozgrywki pokera, przeplatają się z odpoczynkiem w jacuzzi najdroższych hoteli w LA. Czy jesteś na to gotowy? To jak, wchodzisz czy pasujesz?

To wszystko jest napisane, może nie w rewelacyjnym i trzymającym w napięciu, ale bardzo przystępnym stylu, tak że nawet laicy pokera powinni połapać się w wszelkiego rodzaju niuansach. Po lekturze nadal mam ochotę na zapoznanie się z wersją kinową i to chyba najlepiej świadczy o tej publikacji.

"Gra o wszystko” nie zawiodła mnie i dostałem kawał porządnej lektury. Jest to książka ciekawa, przeznaczona dla osób, które chcą poznać nieco lepiej życiorys Molly Bloom. Podczas czytania nie nudziłem się, a postać niesztampowej hazardzistki jak najbardziej da się lubić i czyta się o jej losach z dużym zaciekawieniem. Spirala zagrożenia nakręca się, a historia głównej bohaterki potrafi miejscami wzbudzić ciarki na całym ciele. Serdecznie polecam.

To jest naprawdę ciekawa i wciągająca opowieść, nawet... jeśli mało wiarygodna.

W dodatku książka wypełniona jest szeregiem pokerowych określeń, które mimo krótkiego i bardzo ograniczonego wyjaśnienia, z czasem mieszają się ze sobą. Wiele razy musiałam cofać się w czytaniu, żeby zrozumieć co autorka miała na myśli. 
 
Ale poza tym, to opowieść która przywodzi na myśl spotkanie dwóch bliskich przyjaciółek, z których jedna zwierza się drugiej ze swojego pełnego przygód życia. Pod względem stylu to książka lekka i wciągająca od pierwszej strony, mimo że właściwie od początku czytelnik spodziewa się, jak to wszystko się zakończy. 
                Na początku tego roku premierę w Polsce miał film "Gra o wszystko", w którym w rolę Molly Bloom wcieliła się zjawiskowa Jessica Chastain. Sama nie miałam jeszcze okazji go zobaczyć, ale myślę że filmowa wersja historii królowej pokerowego świata może być pełna wrażeń. Widzieliście? Macie ochotę obejrzeć? Ale pamiętajcie, najpierw książka, potem film! 

Muszę przyznać, że ,,Gra o wszystko" jest fenomenalna. Została podzielona na kilka rozdziałów, których nazwy wiążą się z terminami gry w pokera. Poznajemy historię dziewczyny, która z każdym rokiem pozornie pnie się ku górze. Jak sama jednak zauważa, im wyższa pozycja, tym upadek staje się boleśniejszy. Ciekawi, jaki los czeka Molly Bloom? A może już widzieliście film? Z chęcią poznam Wasze wrażenia!

„Gra o wszystko” to opowieść o sławie, wielkich pieniądzach i zepsuciu. Jeżeli jeszcze nie widzieliście filmu, polecam najpierw zapoznać się z książką, która jest naprawdę dobrą i ciekawą nowością z literatury faktu na polskim rynku wydawniczym. Molly Bloom – „księżniczka pokera” gwarantuje Wam doskonałą lekturę na najbliższe wieczory. 

Gdybym miała opisać książkę trzema słowami, napisałabym: fascynująca, pouczająca i wciągająca. Historia, którą normalnie uznałabym za zwykłą fikcję literacką, a jednak zdarzyła się naprawdę. Molly Bloom osiągnęła szczyt w środowisku tak dynamicznym, tak wymagającym i nie poddawała się mimo kolejnych kłód rzucanych jej pod nogi. Można powiedzieć, że rosła w siłę przez te wszystkie przeszkody. Jej opowieść naprawdę mnie porwała i żałuję tylko, że w epilogu nie została wyjaśniona jeszcze jedna, ważna kwestia, której chciałabym poznać rozwiązanie. Tak czy inaczej mogę powiedzieć, że jeśli szukacie zaskakującej, niebanalnej i ciekawej historii, która jest jednocześnie oparta na faktach, to nie czekajcie, tylko dowiedzcie się więcej o Molly Bloom i jej Grze o wszystko.

Widać, że autorka włożyła swoje serce w jak najszczersze przelanie samej siebie na postać w książce. Pozostałe postaci, mimo, że czasem były przerysowywane, były wykreowane bardzo wiarygodnie. 
Książka zawiera się w spójną, prostą całość z bijącym po oczach przekazem kobiety, która ujawniła  swoje całe życie i większość sekretów. Poprawnie spisany życiorys, który pokazuje, że życie jest jak gra - raz jesteśmy na szczycie, raz na dnie. 
Gra o wszystko to kawał świetnej książki-pamiętnika, napisanej przez dziewczynę, która zaczęła się bawić w niezbyt czystą grę i została wyrolowana. Pokazuje przede wszystkim, jak pieniądze zmieniają ludzi oraz uświadamia, że nic nie trwa wiecznie, zwłaszcza dobra passa.
 

Molly Bloom jest intrygującą postacią, a co najważniejsze niezłą pisarką. Moim zdaniem książka jest świetnie napisana i genialnie wciąga w niebezpieczny świat hazardu. Fabuła iście filmowa, dlatego ekranizację wpisuję na listę DO OBEJRZENIA.
Nie spodziewałam się po tej książce aż tyle i jestem pod dużym wrażeniem. Stawiam wszystkie swoje dolary, których niestety jeszcze nie mam, że to Ci się spodoba.
Rozrywka z morałem - takie historie warto znać!
Forsa na stół i leć po książkę ;)

Podsumowując, „Gra o wszystko” to bardzo dobra, intrygująca i dająca do myślenia powieść. Jeśli szukacie czegoś nieszablonowego, czegoś wciągającego, to z całego serca polecam Wam powyższą książkę. Nie będziecie żałować. Pomimo tego, iż porównanie do „Wilka z Wall Street” jest,  moim zdaniem, zbyt wygórowane, uważam, że pozycja ta jest godna Waszej uwagi. 

Język użyty w powieści jest prosty, pozbawiony zbędnej wulgarności. Molly przedstawia swoją wersję wydarzeń, przytacza rozmowy tak, jak je zapamiętała. Zarówno zawodowy pokerzysta, jak i laik zrozumie wszystkie użyte pojęcia, a lektura okaże się czystą przyjemnością.
Mam ogromną słabość do książek posiadających filmową okładkę, która w tym wypadku idealnie oddaje ducha i wydźwięk powieści. Tłumaczenie jest bardzo płynne i przyjemne, nie ma także rażących literówek czy błędów.
Polecam tę książkę każdemu, kto chciałby poznać bezwzględny świat pokera oraz historię niesamowitej, silnej kobiety, pokerowej księżniczki z Miasta Aniołów.

Nie musicie grać w pokera, żeby przeczytać tę książkę. Jeśli po prostu chcecie poznać kobietę, która nie bała się postawić wszystkiego na jedną kartę, byleby dojść do celu, polecam tę powieść. Ja póki co będę musiała nadrobić film, jeszcze go nie widziałam, a podobno jest całkiem niezły.

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ

Kayla
2018-02-14

Molly Bloom to organizatorka gier pokerowych na najwyższe stawki, założycielka najbardziej ekskluzywnego, działającego nielegalnie klubu pokerowego w Stanach Zjednoczonych. Na własne oczy widziała, jak jeden z graczy w ciągu tylko jednej nocy przegrał milion dolarów i zapłacił następnego dnia. W grach, które organizowała w Los Angeles, a później również w Nowym Jorku brali udział najsły...