Powieść obyczajowa
Słońce po burzy
26,99 zł
0,00
KUP TERAZ

Słońce po burzy

brak opinii
ISBN: 9788327646903
Premiera: 2020-01-20
Opracowanie graficzne okładki: Emotion Media

Podobno nie wysiada się z pędzącego pociągu. Tę zasadę wyznaje zarówno Kuba Szpikulec, seryjny morderca, którego swoistym celem są prostytutki, jak i tropiący go funkcjonariusze z grupy zadaniowej. Ale Szpikulec to nie jedyne zmartwienie organów ścigania. Uwikłani w walkę z własnymi demonami policjanci robią co w ich mocy, by sprostać stawianym przed nimi wymaganiom. Nie cofną się nawet przed zawieraniem sojuszy z tymi, od których powinni trzymać się jak najdalej.

Mroczny i brutalny dreszczowiec. Już nigdy nie spojrzycie na Kraków tak samo... ani na polską policję.
Wojciech Chmielarz

Robyn Carr

Robin Carr jest autorką lubianych i cenionych powieści dla kobiet. Specjalizuje się w gatunku romans i romans historyczny.
Karierę pisarki rozpoczęła 25 lat temu, kiedy to nie mogąc znaleźć pracy w zawodzie, zajęła się czytaniem wszystkich gatunków książek ,aż stwierdziła, że spróbuje swoich sił w pisarstwie. Jak się później okazało, podjęła najlepszą decyzję, gdyż pisanie przyniosło jej dużo radości i okazało się być tym co chce robić w życiu. Robyn Carr ma dwójkę dorosłych dzieci, oraz aktywnie wspiera organizacje charytatywne.

Mel mrużyła oczy, usiłując coś dojrzeć w deszczu i mroku. Jechała krętą, wąską drogą przez lasy. W pewnym momencie poczuła, że prawe tylne koło bmw zjeżdża na pobocze i grzęźnie w błocie. Samochód stanął. Nacisnęła na gaz, ale nie mogła ruszyć, opona buksowała.

No to jestem załatwiona, pomyślała.

Zapaliła światło i spojrzała na komórkę. Straciła zasięg mniej więcej przed godziną, kiedy skręciła z autostrady w boczną drogę. Powadziła właśnie ożywioną dyskusję ze swoją siostrą, Joey, kiedy połączenie się urwało.

– Nie wierzę, że się na to decydujesz – mówiła Joey. – Myślałam, że jednak nabierzesz rozumu. To niepodobne do ciebie, Mel. Praca w takiej zapadłej dziurze! Nie jesteś dziewczyną z prowincji.

– Wszystko wskazuje na to, że będę. Podpisałam kontrakt, sprzedałam wszystko. Nie mam już odwrotu.

– Może jednak? Mogłabyś pracować w jakimś niewielkim prywatnym szpitalu. Przemyśl to jeszcze. – Potrzebuję radykalnej zmiany, a nie szpitala. Moim powołaniem jest odbieranie dzieci właśnie gdzieś w zapadłej, zapomnianej od Boga i ludzi dziurze, a ta kobieta mówiła, że Virgin River to mała, spokojna osada wśród lasów.

– Z dala od świata, w głuszy, gdzie nie ma nawet Starbucksa, żeby napić się kawy, i gdzie będą ci płacili jajkami oraz nóżkami w galarecie!

– Ale nikt mi nie będzie przyprowadzał pacjentek w kajdankach... Oj, wjeżdżam znowu w las i zaraz pewnie stracę zasięg.

– Będziesz żałowała. Zobaczysz. Nie rozważyłaś swojej decyzji, działasz pochopnie.

Na szczęście w tym momencie rzeczywiście straciła zasięg. Joey miała rację. Mel z każdym kilometrem ogarniały coraz większe wątpliwości. Po prostu nie wiedziała, czy dobrze robi, uciekając na kompletne odludzie.

Droga była coraz węższa, ulewa się nasilała. Dochodziła dopiero szósta, ale szosa tonęła w mroku. Gęste, wysokie drzewa nie przepuszczały nawet tych resztek światła, które przedzierało się jeszcze przez ołowiane chmury. Musiała być blisko celu, ale nie miała odwagi wysiąść z zabuksowanego samochodu i szukać domu nowej pracodawczyni. Gotowa jeszcze zabłądzić i wszelki ślad po niej zaginie.

Wyjęła z teczki zdjęcia. Miały jej przypomnieć, dlaczego wzięła tę pracę. Patrzyła na malutką osadę, domki o szalowanych ścianach, z gankami i mansardowymi okienkami, na staroświecki budynek szkoły, kościół, na malwy, rododendrony, kwitnące jabłonie i zielone łąki, na których pasły się owce. W osadzie była cukierenka, sklep wielobranżowy, niewielka biblioteka. I śliczna chatka w lesie, do której miała się wprowadzić. Było to służbowe mieszkanie przyznane w ramach rocznego kontraktu.

Osadę otaczały wspaniałe lasy sekwojowe, dalej zaczynały się łańcuchy górskie Trinity i Shasta. Setki kilometrów parku narodowego, prawdziwa głusza. Virgin River, płynąca szerokim, głębokim korytem rzeka, od której osada wzięła nazwę, pełna była łososi, jesiotrów i pstrągów. Część zdjęć przesłała jej Hope McCrea, inne ściągnęła z internetu i była przekonana, że to najpiękniejszy zakątek świata. Teraz ten najpiękniejszy zakątek świata tonął w deszczu, w ciemnościach oraz błocie.

Kiedy zdecydowała się wyjechać z Los Angeles, złożyła podanie w Rejestrze Pielęgniarek i urzędniczka wskazała jej Virgin River jako ewentualne miejsce zatrudnienia. Tamtejszy lekarz, mówiła, starzeje się i potrzebuje pomocy. Hope McCrea dawała domek i roczny kontrakt. Tyle mogło Mel zaofiarować Virgin River, w każdym razie na początek. Szukali pielęgniarki i położnej.

– Przesłałam już faks do pani McCrea z rekomendacją i pani CV – poinformowała ją urzędniczka w Rejestrze Pielęgniarek. – Proszę tam pojechać, porozmawiać, zobaczyć, czy spodoba się pani to miejsce.

Mel jeszcze tego samego wieczoru zadzwoniła do Hope McCrea, rozmawiała z nią przez godzinę, a potem zaczęła likwidować swoje gospodarstwo w Los Angeles. Po dwóch tygodniach ruszyła do Virgin River. Co prawda początkowo myślała o trochę większym miasteczku, jednak zdecydowała się.

Była zdesperowana. Nikt w Rejestrze Pielęgniarek i nikt w Virgin River nie domyślał się nawet, jak bardzo chciała uciec z Los Angeles. Od wielu miesięcy marzyła, by zacząć wszystko od nowa, żyć w ciszy. Nie pamiętała już, kiedy ostatnio przespała spokojnie noc. W wielkim mieście, gdzie jest tyle przestępstw, nieustannie czuła się zagrożona. Pójście do banku czy do sklepu stanowiło problem. Po prostu bała się, wszędzie zdawało się czyhać niebezpieczeństwo.

Pracowała w ogromnym szpitalu z trzema tysiącami łóżek i codziennie miała do czynienia z ofiarami przemocy, z przestępcami dowożonymi przez policję. Wpadła w depresję. Wracała z pracy i kładła się do pustego łóżka.

Przyjaciółki zaklinały ją, żeby się zastanowiła, czy powinna rzucać Los Angeles i wyjeżdżać gdzieś, gdzie diabeł mówi dobranoc. Chodziła na terapię grupową i indywidualną, w ostatnich miesiącach prawie codziennie odwiedzała kościół. Nic nie pomagało. Jedyne rozwiązanie, które widziała, to schronić się w jakimś spokojnym miejscu, gdzie ludzie nie zamykają drzwi domów i gdzie największym zagrożeniem może być wizyta głodnej sarenki w warzywniku. Prawdziwy raj, tak myślała.

Siedziała w samochodzie, oglądała zdjęcia i dochodziła do wniosku, że jest kompletną idiotką. Hope McCrea radziła jej, by zabrała tylko praktyczne ubrania, dżinsy, mocne buty, takie rzeczy. A ona co wzięła? Luksusowe buciki od Stuarta Weitzmana czy Cole’a Haansa, które kosztowały krocie. Dżinsy najlepszych firm, Rock and Republics, Joe’s, Luckys, 7 For All Mankind. Para takich dżinsów kosztowała od stu pięćdziesięciu do dwustu pięćdziesięciu dolarów. Wydawała trzysta na fryzjera, żeby ostrzygł ją i rozjaśnił włosy albo zrobił pasemka. Po latach głodnych i chłodnych w college’u, potem w podyplomowej szkole dla pielęgniarek, wreszcie zaczęła dobrze zarabiać i polubiła luksusowe rzeczy. W pracy nosiła się oczywiście skromnie, ale kiedy gdzieś wychodziła, mogła sobie pozwolić na dobry wygląd, odstrzelić się.

Łososie i sarenki będą pod wrażeniem. Bez wątpienia.

Przez ostatnie pół godziny przejechała zaledwie jedna ciężarówka. Hope McCrea nie uprzedziła jej, że tu takie kompletne pustkowie, no i jakże niebezpieczna, stromo pnąca się nad przepaściami i kręta szosa, tak wąska, że w niektórych miejscach samochody pewnie nie mogły się minąć. Poczuła niemal ulgę, kiedy zapadły ciemności, bo przynajmniej widziała światła nadjeżdżających z naprzeciwka pojazdów.

Jej bmw tkwiło w błocie, jednym kołem na poboczu. Westchnęła i sięgnęła po kurtkę leżącą w pudle na tylnym siedzeniu. Miała nadzieję, że Hope McCrea będzie przejeżdżać koło niej w drodze do chatki, w której miały się spotkać, bo inaczej spędzi noc w wozie. Z całego prowiantu zostały jej dwa jabłka, krakersy, jakiś serek, ale nic do picia. Po coli została tylko pusta butelka. Rano będzie ją trzęsło z braku kofeiny.

I żadnego Starbucksa w okolicy, tak jak powiedziała Joey. Mogła pomyśleć, żeby lepiej się zaopatrzyć na drogę.

Wyłączyła silnik, ale zostawiła światła, w razie gdyby ktoś nadjeżdżał. Jeśli nikt jej nie wyciągnie z błota, do rana akumulator się wyładuje. Oparła się o zagłówek i zamknęła oczy. Pojawiła się znajoma, tak bliska jej twarz. Mark. Czasami bardzo tęskniła za tym, żeby raz jeszcze go zobaczyć, zamienić z nim kilka słów. Zapomnij o tęsknocie, powiedziała sobie. Zapomnij, że chciałaś mieć kogoś, na kim mogłaś polegać, przy kim mogłaś budzić się rano.

– To już na zawsze, ty i ja.

Tak mówił.

Na zawsze trwało cztery lata. Miała teraz trzydzieści dwa i perspektywę samotnego życia przed sobą. Mark zmarł. Ona też czuła się martwa.

Ktoś zastukał w szybę. Nie wiedziała, czy przysnęła, czy tylko uciekła we wspomnienia.

Był to jakiś starszy pan z latarką w dłoni.

– Panienko, utknęłaś w błocie – stwierdził rzecz oczywistą.

Odkręciła szybę.

– Wiem przecież. Zniosło mnie na pobocze.

– Tylko czy to gówno ruszy?

Gówno! Akurat. Najnowsze bmw, jeszcze jeden luksusowy wydatek, żeby zapomnieć o samotności.

– Dziękuję za przenikliwą uwagę. Bez pana nie dowiedziałabym się o tym.

Patrzyła na siwe rzadkie włosy, wydatny nos i posrebrzone krzaczaste brwi, które podjechały do góry.

– Proszę siedzieć spokojnie. Mam linę, wyciągnę cię, dziecko. Pewnie jedziesz do pani McCrea.

Tego właśnie szukała, miejsca, gdzie ludzie znają się dobrze i wiedzą o sobie wszystko. Chciała mu powiedzieć, żeby uważał na błotnik, ale bąknęła tylko:

– Tak.

– To niedaleko. Zaraz tam dojedziesz.

– Dziękuję.

A więc jednak będzie mogła przespać noc w łóżku, w czystej, świeżej pościeli. Hope McCrea da jej coś do zjedzenia, o ile ma serce. Poczęstuje herbatą. Będzie miło i ciepło. Przytulnie. Zaśnie otulona miękką kołdrą. Bezpieczna. Już to widziała.

Samochód wyjechał z błota, był już na asfalcie, starszy pan odpiął linę i dał jej znak, by jechała za nim. Gdyby znowu utknęła, był gotów jej pomóc. Ruszyła posłusznie, chociaż błoto tak bryzgało spod kół jego samochodu, że prawie nie widziała drogi.

Po kilku minutach zamigał kierunkowskaz w furgonetce i zjechali w prawo. Podjazd był nierówny, pełen kolein, ale jakoś dotarła.

Co za buda!

Żaden śliczny domek. Z gankiem, i owszem, który jednak sprawiał wrażenie, jakby lada chwila miał runąć. Czarne od starości, liszajowate okiennice. Jedno okno zabite dyktą. Nie paliły się światła w środku, nie paliła się lampa na ganku, z komina nie unosił się dym.

Zdjęcia kłamały. Złapała je, nacisnęła klakson i wyskoczyła z samochodu, naciągając kaptur kurtki na głowę. Podbiegła do furgonetki. Starszy pan odkręcił szybę, spojrzał na nią zdziwiony.

– To na pewno domek Hope McCrea? – zapytała.

– Na pewno. – Gdy pokazała mu zdjęcie uroczej chaty ze stołem i fotelami w ogrodzie, coś mruknął do siebie, a potem oznajmił: – Kiedyś może tak to wyglądało, dawno temu.

– Nie uprzedzono mnie, że chata jest w takim stanie. Obiecano mi kontrakt na rok i domek. Mam pracować z doktorem, ale to...

– Doktor? – zdziwił się starszy pan. – Nie wiedziałem, że szuka kogoś.

– Tak. Starzeje się i mam mu pomóc przez rok, może dłużej. Okaże się.

– A pani kto?

Podniosła głos, przekrzykując plusk deszczu:

– Dyplomowana pielęgniarka i położna.

Wydawał się rozbawiony tą wiadomością.

– Naprawdę?

– Pan zna doktora, prawda?

– Tu wszyscy się znają. Powinnaś rozejrzeć się najpierw, zobaczyć, co i jak, dopiero potem decydować, czy chcesz zostać. – Raz mówił jej „pani”, potem przechodził na ty, a wcześniej nazwał „dzieckiem”.

– Pewnie ma pan rację. – Sięgnęła do torebki. – Chciałabym zapłacić za to, że mnie pan wyciągnął. Machnął ręką.

– Nie trzeba. Tutaj ludzie pomagają sobie po sąsiedzku, bez płacenia. – Uniósł białą brew. – No to się wrobiłaś – zauważył z uśmiechem. – Ten domek od lat stoi pusty. Ale nie będziesz nic płaciła za wynajem. Ha, ha. – W tym momencie światła nadjeżdżającego samochodu omiotły podjazd. – Oto i ona. Powodzenia. To ja znikam. – Z chichotem wsiadł do furgonetki.

Mel schowała zdjęcie domku do kieszeni i czekała w deszczu, aż podjeżdżające auto zaparkuje. Mogła schronić się przed ulewą na ganku, ale wyglądał, jakby lada chwila miał się rozpaść.

Terenówka robiła solidne wrażenie. Napęd na cztery koła, raczej nie utknęłaby w błocie, chociaż była okropnie zachlapana. Kobieta prowadząca dżipa zostawiła światła włączone, tak że oświetlały domek, i wysiadła. Siwa, około siedemdziesiątki, gęste włosy, okulary w czarnych oprawkach, zbyt dużych przy drobnej twarzy. Niska, najwyżej metr pięćdziesiąt pięć, w kaloszach. Odrzuciła niedopałek papierosa i uśmiechnęła się szeroko.

– Witam.

Mel znała już ten głos z rozmowy telefonicznej.

– Witam? – powtórzyła jak echo. – Witam? – Wyjęła zdjęcie. – Co to jest? Nie tego oczekiwałam.

– No, owszem – przyznała Hope McCrea z absolutnym spokojem. – Domek jest trochę zaniedbany, ale nie miałam czasu się nim zająć.

– Trochę zaniedbany? Pani żartuje. On się rozpada. To ruina. W pani prezentacji był śliczny. Uroczy.

– Nie uprzedzili mnie w pośrednictwie pracy dla pielęgniarek i położnych, że ma pani skłonność do dramatyzowania.

– A mnie nie uprzedzili, że pani opowiada bajki.

– Ta rozmowa nigdzie nas nie zawiedzie. Chce pani moknąć na deszczu czy może zdecyduje się wejść i zobaczyć, jak jest w środku?

– Najchętniej odwróciłabym się na pięcie, wsiadła do auta i odjechała, ale obawiam się, że w tym błocku nie zajechałabym daleko bez napędu na cztery koła. O tym, jakie tu macie drogi, też mogła mnie była pani uprzedzić.

Hope McCrea weszła na ganek, przekręciła klucz w zamku, a potem pchnęła z całych sił drzwi.

– Napuchły od deszczu – wyjaśniła i weszła do wnętrza.

Mel ruszyła za nią, stąpając niepewnie po deskach pochyłego ganku. Właścicielka zdążyła już zapalić światła i usiłowała strzepnąć kurz z serwety. Przesuwała krzesła, próbowała oczyścić klosze lamp stojących, poprawiać książki na regale. Wszystko naraz. Szalała, ale domek wyglądał po prostu strasznie, nie nadawał się do zamieszkania. Kanapa z wypłowiałym obiciem, nie lepsze fotel i kozetka. Nędzna półka na książki, skrzynia służąca za stolik do kawy. Mały aneks kuchenny oddzielony od tak zwanej bawialni blatem i niesprzątany od lat, kiedy ktoś tu robił ostatni obiad przed zamknięciem domu na cztery spusty. Otwarte drzwi lodówki, otwarty piekarnik oraz otwarte drzwiczki kredensu. W zlewie brudne naczynia, w szafkach brudne kubki i szklanki.

– Przepraszam, ale to nie do przyjęcia – oznajmiła Mel stanowczym tonem.

– Trochę zabałaganione.

– W piekarniku jest ptasie gniazdo! – wykrzyknęła.

Hope McCrea w zabłoconych kaloszach nachyliła się, wyjęła gniazdo z piekarnika i wyniosła je na podwórko. Wróciła, poprawiła okulary na nosie.

– Nie ma już gniazda – oznajmiła tonem pełnym wyrzutu, jakby Mel grała jej na nerwach.

– Nie zostanę tutaj. Jakiś starszy pan wyciągnął mój samochód z błota, potem pilotował tutaj, ale ten domek po prostu nie nadaje się do zamieszkania. W dodatku jestem głodna, nie mam nic do jedzenia... – Zaśmiała się głucho. – Pani zapewniała, że przygotuje zapas jedzenia na kilka

dni, do póki sama nie wybiorę się na zakupy. Miało być czysto... wysprzątane...

– Ma pani podpisany kontrakt. Musi pani zostać.

– Nie oczekuje pani chyba, że zaakceptuję to mieszkanie.

Hope podniosła głowę.

– Dach nie przecieka. To jednak walor.

– Dla mnie niewystarczający.

– Cholerna Cheryl Creighton miała tu posprzątać, ale wykręcała się przez trzy dni. Pewnie znowu pije, jak to ona. W samochodzie mam pościel. Zabiorę cię na kolację. – Gładko przeszła na ty. – Rano wszystko będzie wyglądało lepiej.

– Mogłabym zanocować gdzie indziej. Jest tu może jakiś pensjonat? Motel?

– Pensjonat? – zaśmiała się Hope. – A co to niby, kurort? Do motelu musiałabyś jechać przynajmniej godzinę, jeśli nie więcej w tym deszczu. Ja mam duży dom, ale żadnego wolnego pokoju. Strasznie zagracony. Będą go uprzątali po mojej śmierci. Kanapy nie mogłabym ci na pewno przygotować.

– Musi przecież coś być...

– Jo Ellen czasami wynajmuje pokój nad garażem, ale nie chciałabyś się tam zatrzymać. Jej mąż ma lepkie łapy. Od niejednej kobiety w Virgin River dostał w dziób. Położysz się do łóżka, Jo Ellen zdrowo zaśnie, a jemu coś wpadnie do głowy. Straszny babiarz.

Jezu, pomyślała Mel. Gdzie jak trafiłam? To jakieś koszmarne miejsce i z każdą chwilą wydaje się gorsze.

– Mam pomysł – mówiła dalej Hope. – Włączę kuchenkę i zrobię coś gorącego do jedzenia.

– A może pojechałybyśmy do cukierni czy tej waszej kawiarni, baru, jak tam go nazywacie?

– Od trzech lat już nie działa.

– Co? Przecież przysłałaś mi zdjęcia, jakbym mogła zjeść tam lunch czy kolację. Tak zrozumiałam.

– To wszystko nieistotne drobiazgi – zbyła ją Hope. – Wskakuj do samochodu i jedziemy. – Podeszła do lodówki, włączyła ją, ustawiła temperaturę, po czym zamknęła drzwiczki.

Lodówka ożyła z groźnym brzęczeniem. Mel nie chciała tego słuchać i uciekła do auta. Terenówka miała tak wysokie zawieszenie, że z trudem się do niej wspięła. Czuła się tutaj znaczniej bezpieczniej niż w domu, gdzie gospodyni usiłowała uruchomić właśnie bojler w łazience. Bała się, że to cholerstwo wybuchnie i będzie po niej.

Obejrzała się. Na tylnym siedzeniu leżały poduszki, koce, jakieś pudła. Dla niej zapewne. Hope McCrea chciała koniecznie urządzić ją w sypiącym się domu. Cóż, jeśli nie znajdzie noclegu, prześpi się w samochodzie. Jest kilka pledów, nie zamarznie. A o świcie...

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ