Powieść obyczajowa
Dom po drugiej stronie jeziora
38,99 zł
24,21 zł
38,99
24,21
KUP TERAZ

Dom po drugiej stronie jeziora

Anna Bichalska
2 opinie
TAKŻE JAKO E-book icon
Liczba stron: 464
Oprawa miękka
ISBN: 9788327647023
Premiera: 2020-02-05
Opracowanie graficzne okładki: Emotion Media

Rok 1928. Do willi nad jeziorem w Błękitnych Brzegach przyjeżdża Maria, która ma objąć posadę guwernantki dwóch sióstr – Matyldy i starszej Adeli. Ale Maria ma także inny, ukryty cel. Chce rozwikłać pewną zagadkę z przeszłości. Nie wie jednak, że może okazać się to niebezpieczne. Nie tylko dla niej samej.

Rok 2017. Stary dom Matyldy położony nad brzegiem jeziora w Błękitnych Brzegach ma swoje tajemnice. Sekrety skrywa też Małgorzata, która pewnego letniego dnia wraz z kilkumiesięcznym niemowlęciem staje przed jego drzwiami. Ma za sobą bagaż trudnych doświadczeń i tylko jedną prośbę…
Losy kobiet skrzyżują się na dłużej. Połączy je między innymi zagadka śmierci Adeli, starszej siostry Matyldy, która zginęła jako dziecko niemal sto lat wcześniej. Zawartość skrytki znalezionej na strychu rzuca na jej śmierć nowe światło.

Prolog

Maria, sierpień 1929

Nie może zasnąć. Światło księżyca przesącza się przez okno, wyostrza myśli, odpycha sen. Maria odsuwa kołdrę i bierze kilka głębokich oddechów. W owalnym lustrze widzi swoją bladą twarz i szczupłą sylwetkę w haftowanej nocnej koszuli. Wygląda jak jedna z tych zjaw, o których tak lubiła opowiadać Adela. W jakimś stopniu zresztą jest nią, jest duchem, o czym dowiedziała się niedawno. Poznała tajemnicę, którą tak bardzo próbowano ukryć. Duchem stanie się też Adela ‒ a może już nim się stała?
Maria spogląda w okno. W oddali ciemnieje jezioro, a z ogrodu skąpanego w świetle księżyca pełzną niepokojące cienie. Maria otwiera na chwilę okno; chłodne, wilgotne powietrze owiewa jej twarz. Chyba zanosi się na deszcz. Podchodzi do szafy i wsuwa rękę do rozprutej podszewki płaszcza. Kluczyk na szczęście jest na miejscu. Wyłuskuje go spod podszewki, podchodzi do komody i otwiera szufladę. Stare blaszane pudełko po herbacie też jest na swoim miejscu. Ostrożnie unosi wieczko, czuje, że po raz kolejny musi przejrzeć zawartość pudełka. Nagle wydaje się jej, że za drzwiami słyszy jakieś dźwięki, jakby czyjeś wolne, ostrożne kroki. Pośpiesznie chowa pudełko z powrotem do szuflady, a potem zamiera przerażona, wsłuchując się w noc.
Nic. Cisza.
Ledwie się powstrzymuje, żeby nie rzucić się do walizki czekającej pod łóżkiem, spakować ją naprędce, wymknąć się ze śpiącego domu i uciec stąd jak najdalej. Wstaje i choć zrobiła to przed położeniem się, jeszcze raz sprawdza, czy przekręciła klucz w drzwiach. Zamknięte. Chowa kluczyk od komody pod podszewkę płaszcza. Oddycha z ulgą i wraca do łóżka.
Za nic nie może jednak zasnąć, wie już, że tej nocy nie zmruży oka. Nie po tym, co się stało. Znowu te myśli… Nie żyje. Adela nie żyje. Musi to sobie wciąż powtarzać, żeby uwierzyć. To ona, Maria, przyczyniła się do tego wszystkiego. Wciąż widzi idący pod wodę kształt, białą sukienkę i złocistorude włosy, które nikną w głębinach. Płynie ile sił, ale wie, że nie zdąży. Wie, że nie zdążą też inni. A później ta sama sukienka, skulony nieruchomy kształt, głęboki dół, złocistorude włosy niknące pod ziemią, deszcz zacinający w twarz jej i Wincentego. Wciąż nie może w to uwierzyć, choć przecież wszystko do tego zmierzało. Wydaje się to jednak zbyt nieprawdopodobne, niemożliwe. A przecież wiedziała, że tak się stanie. Nie dało się temu zapobiec, mimo że próbowała znaleźć inny sposób. Adela musiała zginąć.
Musi jak najszybciej wyjechać, zatrzeć za sobą ślady. Zastanawia się, jak wiele wiedzą inni. Czy ktoś się czegoś domyśla? Nikt nie może dowiedzieć się prawdy. Nie teraz, być może nigdy. Musi jeszcze wytrzymać. Odczekać trochę, żeby nie wzbudzić podejrzeń, a potem wyjechać. Wyjechać jak najdalej. To jedyne, co jej pozostało.

Rozdział 1

Małgorzata, sierpień 2017

Okolica jest piękna. Wzdłuż drogi, między domami, połyskuje w słońcu błękitna tafla jeziora. Jest początek sierpnia; termometr w samochodzie pokazuje trzydzieści jeden stopni, jest gorąco i parno. Ostatnio lato ciągle raczy nas upałami albo ulewami, jakby możliwe były tylko takie skrajności. Obserwuję drogę i rozglądam się z ciekawością. Czasami zastanawiam się, skąd biorą się niektóre nazwy miejscowości, nieraz dziwaczne, zabawne lub wręcz groteskowe. Błękitne Brzegi to jednak dobra nazwa. Pasuje do tego malowniczego zakątka.
Zerkam w lusterko. Zosia śpi spokojnie w foteliku, jej drobne ciałko jest rozluźnione. Mała uwielbia podróże, a dźwięk silnika i jednostajny ruch ją uspokajają. Usta ma lekko rozchylone, poruszają się jakby ssała przez sen. Niedługo skończy trzy miesiące. To nadal maleństwo, jednak przestała już być noworodkiem, staje się coraz bardziej ciekawska, coraz uważniej się we mnie wpatruje, świat coraz bardziej ją interesuje. Zapomniałam już, jak to jest, myślałam, że nigdy więcej nie będzie mi dane opiekować się tak małym dzieckiem. Życie jednak jest pełne niespodzianek. Niewiele pamiętam z czasu, kiedy Ida była taka mała. Minęło już prawie dwadzieścia lat. Teraz tak wiele się zmieniło. Kiedy się dowiedziałam o Zosi, kupiłam kilka książek o rodzicielstwie, godzinami siedziałam na stronach, forach i blogach parentingowych, żeby mieć o czymkolwiek pojęcie. Kremy, pieluszki, emolienty, szczepienia, pielęgnacja kikuta pępowinowego, sposoby na kolki, karmienie, przewijanie, odpowiednie mleko, smoczki. Utonęłam w tych informacjach na wiele dni, ale wiedziałam, że i tak nie dam rady się odpowiednio przygotować. To dziecko pojawiło się zbyt nagle, w dodatku, kiedy musiałam mierzyć się z czymś tak bolesnym i potwornym. Może zresztą nigdy nie da się do tego całkiem przygotować, niezależnie od okoliczności. Nie udało mi się też przecież z Idą, to była jazda bez trzymanki, upadki i wzloty. Macierzyństwo to rozpędzona kolejka górska, z której nie można wysiąść ani nawet na chwilę się zatrzymać. Z drugiej strony przygotowania, a później opieka nad małą zapełniały czas, pozwalały przetrwać. Może gdyby nie Zosia kompletnie bym się rozsypała i poddała. Może to dziecko było moim ratunkiem.
Ida… Znów pojawia się poczucie winy i ściska klatkę piersiową jak imadło. Gdybym była lepszą matką, prawdopodobnie TO nigdy by się nie stało. Byłaby tutaj teraz, biegała, śmiała się i rozmawiała ze mną, widziałaby jak rośnie Zosia. Biorę głęboki oddech. Nie chcę teraz o tym wszystkim myśleć. Psycholog, do której chodzę od dwóch miesięcy, twierdzi, że za dużo rozpamiętuję, że powinnam skupić się na działaniu, na tym, co mogę teraz zrobić, co zmienić. No i właśnie to robię, przyjechałam tu przecież w konkretnym celu.
Jadąc, zerkam na numery domów ulokowanych wzdłuż wąskiej drogi. Gdzieś tu powinien znajdować się dom Marcina i Leny, a obok – jej babci. Tylko Lena wie, co się stało. Poprosiłam ją, żeby nie mówiła o tym nikomu. Nawet gdyby miało to prowadzić do nieporozumień i niezręczności, ma milczeć jak grób. Nie chcę o tym rozmawiać, tłumaczyć, przeżywać po raz kolejny. Nie jestem jeszcze gotowa, żeby mówić o tym swobodnie.
Wreszcie widzę dwa bliźniaczo podobne domy, stojące blisko siebie, rozdzielone niskim płotem, który wygląda jakby był w trakcie rozbiórki. Numery się zgadzają, to tutaj. Dom Leny. A jednak nie zatrzymuję się, jadę wolno dalej, coś mnie przyciąga do zakrętu, który widzę w oddali. Prawdopodobnie tam znajdę dom tej kobiety. Matylda. Jak ją właściwie powinnam nazwać? Naprawiaczka lalek? Uzdrowicielka zabawek? Lekarka od zabawek? Tak ją nazywali w jakimś artykule, który znalazłam w jednym z lokalnych serwisów internetowych. Lena twierdzi, że to niezwykła kobieta, przyjaciółka jej babci. Chcę tylko zerknąć, rzucić okiem na ten dom. Kiedy Lena o niej wspomniała, a później skojarzyłam, kim ona jest, kim musi być, uznałam to za niezwykły zbieg okoliczności, za zrządzenie losu. Nie jestem przesądna, ale nie wierzę, że to zwykły przypadek. Musi być w tym coś więcej, jakiś zamysł, jak w dobrze skonstruowanej fabule.
Okrążam jezioro. Domów jest z tej strony o wiele mniej, a przy linii brzegowej znajdują się prawie same drzewa i łąki. Wreszcie widzę kolejny budynek i wydaje mi się, że to musi być ten, którego szukam, ale zaraz okazuje się, że nie, musiałam się pomylić. Widziałam go przecież na zdjęciu, ten jest o wiele mniejszy, choć też wydaje się stary, najprawdopodobniej przedwojenny. Czytałam, że znajdowało się tu przed wojną kilka willi zamożniejszych mieszkańców Lipowic, z których korzystali głównie w cieplejszych miesiącach roku. Dom, którego szukam, stoi trochę dalej. Teraz go rozpoznaję, jeszcze z daleka. Duży, samotny, trochę posępny. Z trzech stron otacza go kamienny mur, porośnięty gdzieniegdzie pnączami. Od frontu kuta ciemna brama, która sprawia wrażenie nowej albo odnowionej. Mijam go wolno, starając się przez zamkniętą bramę dostrzec więcej szczegółów. Miga mi żwirowa aleja obsadzona z obu stron drzewami, ławka, kamienny posąg porośnięty mchem, czerwona dachówka, balustrada balkonu porośnięta pnączami. Dojeżdżam do końca drogi i zawracam. W ostatniej chwili, kiedy mam ponownie minąć dom, podejmuję szybką decyzję i zatrzymuję się przy bramie.
Wysiadam z samochodu, starając się nie trzaskać drzwiami i z tylnego siedzenia wyciągam fotelik ze spokojnie śpiącą Zosią. Powinnam najpierw odwiedzić Lenę, tak byłoby łatwiej, jednak nie potrafię się powstrzymać. Czuję, że muszę wejść do środka. Ruszyć żwirową alejką, zastukać do drzwi. To silniejsze ode mnie. Zasuwka w żelaznej furtce ustępuje bez oporu i bez jednego skrzypnięcia. Stoję teraz na żwirowej alejce, nade mną górują stare drzewa o chropowatych, masywnych pniach, dalej zielenieje równo przycięty trawnik. Teraz mogę przyjrzeć się domowi dokładniej. Znajduje się na wprost mnie, jakby chciał stanąć ze mną twarzą w twarz. Jest duży, dwupiętrowy. Widzę ganek i dwie jasne kolumny, wykusz, lukarny i okna ze zdobnymi obramowaniami. Gdybym pisała powieści grozy, ten dom mógłby być inspiracją. Jest w tym coś niepokojącego i hipnotyzującego. Nie wzbudza jednak we mnie strachu, raczej ciekawość i dziwną nostalgię. Czuję coś znajomego, bliskiego, jakbym była tu już wcześniej. Ruszam alejką, żwir chrzęści pod butami, w koronach drzew ćwierkają ptaki. Czuję się trochę jak Alicja w krainie czarów, jakbym po otwarciu furtki znalazła się w innym świecie, w świecie z przeszłości, tkwiącym gdzieś poza czasem. Wchodzę na ganek i staję przed masywnymi, rzeźbionymi drzwiami z niewielką szybką. Wydają się bardzo stare, choć są zadbane, odmalowane. Stawiam fotelik z Zosią obok donicy z czerwonymi różami. Kwiaty są piękne, wypielęgnowane, płatki przywodzą na myśl aksamit. Czuję ich ciężki, słodki zapach.
Widzę przycisk dzwonka, ale jest też kołatka. Wyobrażam sobie, że to, czego użyję, co wybiorę, przesądzi o tym, co zobaczę za drzwiami. Dzwonek – ciągle będę w teraźniejszości, w zwykłym świecie. Kołatka – przeniosę się do przeszłości jak podróżnik w czasie. Nie mogę się powstrzymać, żeby nie zastukać najpierw kołatką. Jest ozdobna, koloru miedzi, przyjemnie chłodna w dotyku. Odczekuję chwilę, ale nic się nie dzieje. Może nikogo nie ma w domu. Nie brałam pod uwagę takiej opcji, a jest przecież możliwa. Zastanawiam się czy użyć teraz dzwonka, ale nie wiem, czy nie zabrzmi to zbyt napastliwie, postanawiam więc jeszcze trochę odczekać. W końcu za drzwiami mieszka staruszka, nie przybiegnie w podskokach. Poza tym coś we mnie sprzeciwia się użyciu dzwonka, jakby to miało przełamać czar, który roztoczył wokół ten budynek, obedrzeć go z tajemniczości, sprawić, że przestanę czuć się jak podekscytowane dziecko. W końcu słyszę kroki. Ktoś przekręca klucz w zamku. Po chwili na progu staje niewysoka, szczupła staruszka z włosami koloru mleka, upiętymi starannie do góry, ubrana w prostą, pastelową letnią sukienkę. Na nogach ma białe eleganckie sandały. Patrzy na mnie pytająco. Jej oczy są duże, jasnoniebieskie i bystre.
– Dzień dobry – odzywam się po chwili. – Pani Matylda? – pytam, choć raczej nie spodziewam się tu nikogo innego.
– Tak. We własnej osobie. – Posyła mi lekki uśmiech, choć wygląda na trochę zaskoczoną. Wydaje się nastawiona przyjaźnie, ale wyczuwam pewien dystans, może powściągliwość. Raczej nie należy do ekstrawertyków. Domyślam się tego, bo mnie samej bliżej do introwertyka.
– Nie przeszkadzam? Czy mogłabym z panią chwilę porozmawiać? Mam pewną sprawę. Jestem znajomą Leny – dodaję, żeby nie wyjść na intruza.
– Ach, Leny, trzeba było tak od razu. – Wyciąga do mnie rękę. – Miło mi panią poznać pani…
Podaję jej dłoń, zauważam, że zerka przelotnie na blizny.
– Małgorzata – mówię, odwzajemniając uścisk.
Przygląda mi się uważniej i chyba dopiero teraz zauważa fotelik ze śpiącą Zosią stojący obok.
– Och, widzę, że nie jest pani sama! – Podchodzi do fotelika i zagląda do środka. Zosia śpi z jedną ręką uniesioną do góry i przytkniętą do twarzy, jakby się zadumała. – Śliczne to pani maleństwo – mówi lekko przyciszonym głosem. – To dziewczynka?
– Tak, ma na imię Zosia.
– Z daleka pani przyjechała? – Patrzy na mnie pytająco, z namysłem. Pewnie zastanawia się, o co może mi chodzić. – Nie wygląda pani na tutejszą.
– Z Białegostoku. Jechałyśmy trochę ponad godzinę. Ale Zosia lubi jazdę samochodem, więc to żaden problem.
Nie chcę tłumaczyć, że właściwie stamtąd też nie jestem. Że w pośpiechu zostawiłam za sobą stolicę i przyjechałam na Podlasie. To wymagałoby wyjaśnień, a ja nie mam na to siły.
– Wprawdzie niedługo miałam wychodzić, ale mogę zostać jeszcze trochę, to nic pilnego.
Robi mi się głupio. Chyba podświadomie zakładałam, że staruszka w tym wieku będzie całymi dniami siedzieć na ławeczce przed domem podpierając się laską i dumać o minionych latach. Pani Matylda nie pasuje jednak do tego stereotypu babuni. Ma w sobie wciąż jakąś żywotność, przenikliwość, energię.
– Proszę, wejdźcie – zaprasza mnie.
W sieni natychmiast witają nas trzy ciekawskie koty. Jeden jest bury, drugi czarny, a trzeci tricolor. Zawsze lubiłam koty, ale nigdy żadnego nie miałam. Najpierw, kiedy byłam dzieckiem, mama się nie zgadzała, później, kiedy wyszłam za mąż i miałam już swoją rodzinę ‒ ze względu na alergię Adama.
Pani Matylda prowadzi mnie chłodnym, zaciemnionym korytarzem i po chwili wchodzimy do jasnego salonu. Jej ruchy i gesty mają w sobie jakąś elegancję, ale są jednocześnie naturalne i niewymuszone. Koty ocierają się o moje nogi, obwąchują z ciekawością fotelik, trącają różowymi nosami bose, pulchne stópki Zosi, która dalej spokojnie śpi, nieświadoma zaciekawienia, jakie wzbudziła. Potrafi tak spać kilka godzin kamiennym snem.
Rozglądam się z zaciekawieniem po salonie. To mieszanina starego z nowoczesnym, co tutaj wcale się nie gryzie, ale współgra i dopełnia. Jasna nowa kanapa, stara komoda i okrągły stolik z ciemnego drewna, modne zasłony, miękki puszysty dywan, na którym kładzie się z zadowoleniem jeden z kotów, czarny, ten który wygląda na najmłodszego i wydaje się najbardziej ciekawski. Dwa fotele przy wyjściu na taras, kolejny stolik. Na jednej ze ścian przy oknie wisi kilka fotografii, głównie czarno-białych.
– Proszę sobie usiąść – mówi pani Matylda.
Zajmuję miejsce na jednym z foteli przy oknie. Obok stawiam fotelik samochodowy z Zosią. Koty natychmiast znów go obwąchują, po chwili jednak szary wskakuje na fotel, trójkolorowy sadowi się na kanapie, a czarny znika za otwartymi drzwiami na taras.
– Chce pani coś do picia? Kawy, herbaty?
– Nie chcę robić kłopotu, to zajmie właściwie chwilę, a wiem, że się pani śpieszy.
– To naprawdę nie problem. Nie śpieszy mi się aż tak bardzo. Właściwie wybierałam się do babci Leny. Mamy takie swoje spotkania. – Uśmiecha się. – Można powiedzieć, że zloty starych czarownic.
– Ja też wybieram się do Leny. Nie byłam tam jeszcze. Wprawdzie miałam jechać tam od razu, ale…
– O, widzi pani! – woła z entuzjazmem. – Świetnie się składa. Wybierzemy się razem. Dojście tam i tak by potrwało, a jeśli pani zgodzi się mnie podwieźć, zaoszczędzę trochę czasu. – Patrzy na mnie pytająco. – To jak, napije się pani czegoś, pani Małgorzato? Może coś zimnego, sok? – Wachluje się ręką. – Strasznie dziś parno.
– Wystarczy szklanka wody, jeśli to nie problem.
Pani Matylda znika w kuchni, która łączy się częściowo z salonem. Przyglądam się fotografiom na przeciwległej ścianie. Muszą być jeszcze sprzed wojny. Uśmiechnięte twarze, szykowne stroje, na kilku rozpoznaję ten dom, na innym dwójka dzieci – dwie dziewczynki, na następnym matka z niemowlęciem, na jeszcze kolejnym portret mężczyzny o surowym spojrzeniu. Szukam znajomej twarzy i chyba dostrzegam ją wśród osób na grupowym zdjęciu. Ale może mi się tylko wydaje, może to wcale nie jest ta twarz?
Po chwili wraca pani Matylda, w rękach trzyma dwie szklanki. Jedną z wodą, drugą z sokiem. Odrywam wzrok od zdjęć, nie chcę żeby zauważyła, że się im przyglądam. Jeszcze nie zdecydowałam, czy wyznam jej prawdę, może powinnam zrobić to od razu, ale czuję opór, nie wiem jak to przyjmie. Poza tym nie po to tu przyszłam.
– Może wyjdziemy na taras? – proponuje. – Taka piękna pogoda…
– Tak, przyjemnie będzie posiedzieć na zewnątrz.
Na tarasie stoją trzy fotele i okrągły stolik. Siadam na jednym z foteli. Pani Matylda stawia szklanki na stoliku i podchodzi do drzwi tarasu.
– Zaraz wracam – mówi. – Przyniosę coś jeszcze.
Rozglądam się z ciekawością. Taras jest częściowo zadaszony, balustradę oplatają zielone, gęste pnącza, w donicach wiszą i stoją barwne kwiaty, gdzieś niedaleko ćwierkają ptaki. Z tarasu roztacza się piękny widok, trochę przesłonięty przez drzewa. Na wprost wije się szeroka aleja, ciągnąca się aż do położonego w oddali jeziora, które prześwieca przez drzewa i krzewy. Po bokach widać węższe alejki, ocienione ławeczki, staw, altankę i fontannę. Czuję się jak w rajskim zakątku. Zosia kręci się przez chwilę w foteliku, a później znów zasypia ‒ to znak, że prawdopodobnie niedługo się obudzi.
Po chwili starsza pani wraca, niosąc na talerzu cały stos pięknie udekorowanych babeczek, tartaletek i ciasteczek.
– Wyglądają przepysznie. – Patrzę na nie z podziwem. Choć w ostatnich miesiącach mam kiepski apetyt, wszystko wydaje się bez smaku, a jedzenie ledwie przechodzi mi przez gardło, na ich widok ślina napływa mi do ust, mam ochotę ich spróbować. – Gdzie można dostać takie cuda?
– W miasteczku jest cukiernia. – Pani Matylda siada przy stoliku. – Chatka Baby Jagi.
– A tak… – przypominam sobie. – Lena wspominała mi coś o tym. Chyba należy do jej babci?
– Prawdę mówiąc, należy do nas trzech – do Florentyny, do mnie i do Celiny, jeszcze jednej równie starej czarownicy. Te akurat przygotowałam sama. Lubię je ozdabiać, to mnie odpręża.
Zawieszam rękę nad talerzem i zastanawiam się, który z wypieków wybrać. W końcu decyduję się na babeczkę. Odgryzam kawałek – jest miękka, puszysta. Przy kolejnych kęsach ze środka wypływa krem czekoladowy, który rozpływa się w ustach.
– Przepyszna – mówię szczerze.
– Cieszę się, że pani smakuje, proszę spróbować też innych.
Upijam kilka łyków wody, a pani Matylda obraca w dłoni szklankę z sokiem i patrzy na mnie wyczekująco. Na pewno zastanawia się po co tu jestem.
Sięgam po kolorową torbę z rzeczami Zosi. Grzebię w niej chwilę, odsuwając na bok mokre chusteczki, pieluchy i ubranka na zmianę. Wreszcie wyjmuję tekturowe pudełko w kwiaty. Otwieram je. Lalka leży tam jak w małej trumience i przygląda mi się pełnymi wyrzutu niebieskimi oczyma.
– Słyszałam, że zajmuje się pani naprawą i odnawianiem zabawek – mówię.
– Tak, można powiedzieć, że to coś w rodzaju nieszkodliwego bzika. – Mruga porozumiewawczo.
Wyjmuję lalkę z pudełka i kładę na stoliku.
– Właśnie w tej sprawie przyszłam.

Książka jest niezwykle wciągająca, sentymentalna, wzruszająca oraz magiczna i życiowa. Przypomina, że wiara może przenosić góry, na wszystko przyjdzie czas i nic nie dzieje się bez przyczyny.
Polecam z całego serca.

Książka zrobiła na mnie ogromne wrażenie, zachwyciła i oczarowała, a nawet trafiła do mojego top 10 roku 2019. Więc chyba oczywiste, że jej nowej powieści nie mogłam odpuścić, prawda?

'Dom po drugiej stronie jeziora" to rewelacyjna, intrygująca powieść o tajemnicach rodzinnych, życiowych dylematach i zmaganiu się z trudną przeszłością. Zmusza do refleksji, gdyż autorka bawi się z czytelnikiem wciągając w fascynującą łamigłówkę. W posiadłości w Błękitnych Brzegach znajdziecie nie tylko ciekawe, zawiłe losy bohaterów, ale także dobrze rozpisaną, urzekającą historię pełną dramatów i jednostkowych tragedii.

     Niewiarygodnie zagmatwana historia z rozlicznymi wątkami, w której mnożą się tajemnice i niewiadome została przemyślana w najdrobniejszych szczegółach. Autorka z każdą kolejną stroną swej powieści intryguje, zdumiewa i fascynuje. Wspaniale połączyła przeszłość z teraźniejszością. Genialny pomysł na fabułę świadczy o bogatej wyobraźni autorki, ale też ogromnym talencie pisarskim. Anna Bichalska zadbała o wiarygodność swoich bohaterów, dobre dialogi,  idealnie dobraną scenerię na tło wydarzeń. Bardzo podoba mi się w książkach, gdy wszyscy bohaterowie są "jacyś", gdy autor przedstawia nam dokładnie wszystkie sylwetki, a nie tylko głównych bohaterów. Tutaj dokładnie potrafimy wyobrazić sobie jaka była Matylda, czy Małgorzata, ale także Wandzia, Aniela czy Ignacy. Bohaterowie mają swoją osobowość, sposób bycia i bagaż doświadczeń. Nie brakuje tu też silnych emocji, które przejawiają się na różnych płaszczyznach czasowych. Gdy poznajemy wszystkie szczegóły tej historii odczuwamy ulgę, ale też smutek, poczucie głębokiej straty i żałość. Myślę, że finał tej opowieści zaskoczy niejednego czytelnika. Mnie zaskoczył.

Powieść, która porywa, intryguje, zaskakuje i fascynuje już od pierwszych stron. Która wyzwala morze emocji, nakłania do wielu refleksji, pozwala odkryć to, co cenne, a ukryte między wierszami. Zabiera w długą, niezwykłą, sentymentalną i pełną rozmaitych uczuć podróż, która pozostaje w pamięci. To opowieść, która pozostawia po sobie trwały ślad, pozwala dostrzec to, co najważniejsze w życiu, a w pewnym sensie też zrozumieć zachowania i postawy ludzkie. Niewątpliwie to historia wartościowa i warta uwagi, albowiem porusza niebywale istotne zagadnienia.
.
Śmierć, choroba, wypadek, niedomówienia, smutne wspomnienia, niepewność, lęk, skomplikowane relacje rodzinne, rozstania, tęsknota, poczucie winy i żalu, przyjaźń, miłość i nieustannie powracające obrazy z przeszłości. To tylko namiastka tematów podjętych przez Annę Bichalską w książce „Dom po drugiej stronie jeziora”. Książce, po którą zdecydowanie warto sięgnąć. Dlaczego? Bo to jedna z lepszych powieści obyczajowych ostatnich miesięcy.

Kochani, już dawno nie czytałam tak dobrej książki. Cały czas trzyma nas w napięciu, dodatkowo pojawiają się nowe fakty, nowe zwroty akcji. Nie mamy tu podanego wszystkiego od razu na tacy, do każdej informacji, do każdej zagadki musimy dojść.

Jest to opowieść pełna ciepła i miłości, a do tego bardzo życiowa i jak najbardziej realistyczna. Autorka ma bardzo lekki styl co sprawia, że książkę czyta się z wielką przyjemnością i bardzo szybko, bo fabuła jest bardzo ciekawa.

Tę książkę czyta się po prostu dobrze i chce się ją czytać dalej. Smutno mi było, gdy historia się skończyła. To było moje pierwsze spotkanie z panią Bichalską, ale na pewno nie ostatnie. Jestem zachwycona, że odnalazłam kolejną dobrą polską pisarkę.

Dom po drugiej stronie jeziora wywołuje mnóstwo emocji. Smutek, żal, wzruszenie, szczęście... Uwielbiam, gdy coś wciąga mnie i nie pozwala się oderwać, a gdy jeszcze mocno mnie porusza... Wtedy już jestem zakochana. Świat potrzebuje więcej takich książek, w których to ludzie są najważniejsi i ich uczucia.

Trudno mi ułożyć coś spójnego odnośnie tej książki, ponieważ sprawia ona, że odlatuję. Myślę o tym domu nad jeziorem, siostrzanej rozłące, miłości matki do swojego dziecka i wcale nie chcę wracać do rzeczywistości. Jeśli sięgniecie po tę lekturę (do czego Was zachęcam), mam nadzieję, że poczujecie się tak samo jak ja!

Jestem pełna podziwu nad intrygą wymyśloną przez Annę Bichalską. Mimo wielu postaci oraz wątków występujących w książce, przy całej swej zawiłości, wszystkie elementy układanki wskakują na odpowiednie miejsce, jednocześnie zaskakując mnie coraz bardziej z każdą kolejną stroną. W życiu nie wpadłabym sama na rozwiązanie i właśnie to podobało mi się w tej pozycji najbardziej. Przy ilości różnorakich pozycji, które pochłaniam, ciężko mnie zadziwić, a jednak autorce się to udało.

"Dom po drugiej stronie jeziora" okazał się dla mnie powieścią urzekającą. Fabuła ma w sobie to "coś" co powinna mieć każda dobra powieść. Dodatkowo po skończeniu czytania odczułam niedosyt. Doświadczyłam ogromnego żalu, że to już koniec i muszę pożegnać się z bohaterami. Tak, dla mnie zdecydowanie powieść zasługuje na polecenie.

Jest to moje pierwsze spotkanie z twórczością autorki, ale napewno nie ostatnie. Ta powieść urzekła mnie od pierwszych stron tak bardzo, że nie chciałam jej kończyć. Czytałam w czystym skupieniu i dałam się porwać tej pięknej i wzruszającej powieści.

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ

AnnieK
2020-02-24

Lubię sięgać po książki obyczajowe polskich autorów. Mam nawet kilka ulubionych, po których książki sięgam ślepo. Nie czytam wtedy nawet opisu, a i tak wiem, że historia przypadnie mi do gustu. Kiedy zobaczyłam książkę Anny Bichalskiej pod tytułem „Dom po drugiej stronie jeziora" to moją uwagę przyciągnęła okładka. Z jednej strony dosyć prosta, z drugiej mająca coś w sobie, co spowodowa...
@nataliicodziennosc
2020-02-23

Mam świadomość, że wszystkiego w tej fabule aż nadto, bo i nieszczęść, i bohaterów, i zagadek. Ale właśnie to wszystko daje nam urokliwą historię i uważam, że ta książka to przyjemny reprezentant swojego gatunku. Nie ma lukru, miłość jest "przy okazji", i to wcale nie w stylu komedii romantycznych, są za to rodzinne tragedie i zagadki do rozwiązania. Historia rodziny opisana w książce dz...