Powieść obyczajowa
Błękitna krew
34,99 zł
24,35 zł
34,99
24,35
KUP TERAZ

Błękitna krew

2 opinie
Liczba stron: 272
Oprawa miękka
ISBN: 9788327649362
Premiera: 2020-06-17

Księżniczka de Cordina, zmęczona życiem na świeczniku, postanawia uciec na kilka tygodni. Przemienia się w zwykłą Camillę MacGee. Zaszywa się w odludnej chacie, która należy do uderzająco przystojnego, ale wyjątkowo niesympatycznego archeologa Delaneya Caine’a. Początkowo ten mężczyzna ją drażni, z czasem odkrywa w nim jednak pociągające cechy i irytacja zmienia się w fascynację. Kiedy rodzi się między nimi uczucie, Camilla postanawia wyjawić Delaneyowi swoją prawdziwą tożsamość. Od tej pory nic już nie układa się po jej myśli…

Nora Roberts

Kryminały pisze jako J.D. Robb, ponieważ wydawca uważał, że nie powinna publikować tak dużo książek pod tym samym pseudonimem. Przez jakiś czas pracowała jako aplikantka sądowa. Zaczęła pisać, kiedy zamieć śnieżna uwięziła ja w domu z dwoma małymi synami, Danem i Jasonem. Kilka pierwszych rękopisów zostało odrzuconych, pierwszy doczekał się publikacji w 1981 roku. Dzisiaj ma na koncie ponad sto sześćdziesiąt powieści przetłumaczonych na dwadzieścia pięć języków. Uznawana za królową romansu, jest laureatką wielu literackich nagród, a jej książki zajmują czołowe miejsca na listach bestsellerów. Jest pierwszą autorką, którą przyjęto do Romance Writers of America Hall of Fame. Czytelnicy cenią ja za świetną konstrukcję powieści oraz umiejętne łączenie wątków romansowych i sensacyjnych. Wraz z drugim mężem, którego poznała, gdy robił dla niej półki na książki, mieszka w stanie Maryland. Jej hobby to ogrodnictwo..

PROLOG

Była księżniczką. Dobrze urodzoną, odpowiednio skoligaconą i starannie wychowaną. Nienaganną w obejściu, sposobie wysławiania się oraz manierach. Mogła śmiało uchodzić za wzór pewnej siebie, uroczej młodej damy. Prawdziwy ideał, na dodatek podany w efektownej oprawie.
Takich właśnie przymiotów oczekiwano od członków rodziny książęcej, zwłaszcza gdy występowali pu¬blicznie.
Księżniczka wiedziała o tym. Wielka impreza charytatywna w Waszyngtonie była wydarzeniem ze wszech miar publicznym, dlatego księżniczka starała się jak najlepiej wypełnić swe obowiązki. Z czaru¬jącym uśmiechem ściskała dłonie ludzi, którzy dzięki grubym portfelom kupili sobie przywilej otarcia się o wielki świat.
Co jakiś czas spoglądała na swą matkę, Jej Książęcą Wysokość Gabriellę de Cordina, która z godną pozaz¬droszczenia wprawą odgrywała swoją rolę. Zdawało się, że wszystko przychodzi jej bez wysiłku, ale księżniczka doskonale wiedziała, jak wiele ciężkiej pracy włożyły obie z matką w przygotowanie tej uroczy¬stości.
Widziała ojca – pełnego spokoju i wciąż bardzo przystojnego – oraz brata, który tego wieczoru pełnił rolę jej towarzysza. Obaj ze swobodą obracali się pośród tłumu gości, wśród których było wielu poli¬tyków oraz ludzi znanych i zamożnych.
Gdy nadszedł czas występów, Jej Książęca Wy¬sokość Camilla de Cordina zajęła swoje miejsce. Uczesana w misternie pleciony kok, pokazywała długą szyję, na której iskrzyły się szmaragdy. Czarna suknia eleganckim krojem podkreślała jej wiotkość, która, o czym dobrze wiedziały obie z krawcową, zaczynała być niepokojąca. Księżniczka zupełnie straciła apetyt.
Twarz miała spokojną i sprawiała wrażenie osoby odprężonej i zadowolonej z siebie. Tylko gdy przy¬mykała oczy, wściekły ból głowy powodował, że pod piekącymi powiekami widziała purpurowe plamy. Była księżniczką. I kobietą na skraju wyczerpania.
Biła brawo. Uśmiechała się. Śmiała.
Zbliżała się północ – księżniczka była na nogach od osiemnastu godzin – gdy matce udało się wreszcie zamienić z nią kilka słów.
– Kochanie, źle dziś wyglądasz. – Matczyne oczy z niepokojem badały wyraźne ślady wycieńczenia. Gdy szło o dzieci, księżna Gabriella miała wyjątkowo bystry wzrok.
– To nic poważnego. Jestem trochę zmęczona.
– Idź już. Wracaj do hotelu. I nie próbuj ze mną dyskutować – szepnęła córce do ucha. – Za ciężko pra¬cujesz. Żałuję, że nie wysłałam cię na naszą farmę.
– Tak wiele było do zrobienia...
– Owszem, ale ty już dawno wykonałaś plan. Po¬wiedziałam Marian, żeby uprzedziła ochronę i we¬zwała szofera. My z ojcem też niedługo wychodzimy. – Księżna dyskretnie spojrzała przez ramię i poszukała wzrokiem syna. Znalazła go u boku popularnej pio¬senkarki, której towarzystwo najwyraźniej przypadło mu do gustu.
– Czy chcesz, żeby Kristian pojechał z tobą?
– Nie, spójrz, jak dobrze się bawi. Zresztą lepiej, żebyśmy wyszli osobno. – I dyskretnie, dodała w my¬ślach.
– Amerykanie bardzo cię lubią. Może nawet za bardzo. – Gabriella pocałowała córkę w policzek. – A teraz idź już, odpocznij. Porozmawiamy rano.

Nie dane jej było wymknąć się niepostrzeżenie. Nie pomogły zabiegi ochrony, podstawiony na przynętę samochód i wychodzenie tylnymi drzwiami. Wścibscy fotoreporterzy i tak ją wytropili. Ledwie zdążyła zrobić krok w czarną noc, oślepiły ją flesze, ogłuszyły wrzaski, przeraził las rąk wyciągających się w jej stronę. Kolana ugięły się pod nią, przerażona poczuła, że ochroniarze popychają ją w stronę samochodu.
Ogarnięta paniką biegła otoczona agentami ochrony. Było jej bardzo gorąco, ludzie tak się wokół stłoczyli, że zabrakło jej powietrza. Pewnie dlatego ogarnęły ją mdłości. Czuła się chora, słaba i przestraszona jak dziecko. Nie wiedziała, czy straciła równowagę, czy we-pchnięto ją, czy też sama wsiadła do samochodu.
Ktoś szybko zatrzasnął drzwi. Pokrzykiwania tłumu przypominały teraz ryk fal, od których oddzielała ją bezpieczna bariera ze szkła i stali. Strumień chłodnego powietrza z klimatyzatora sprawił, że zaczęła dy¬gotać. Zamknęła oczy.
– Wasza Wysokość? Dobrze się pani czuje?
Zaniepokojony głos docierał do niej jak przez mgłę.
– Tak. Czuję się dobrze. Wszystko w porządku.
Wiedziała, że to nieprawda.


ROZDZIAŁ PIERWSZY

Bez względu na to, co miało zostać powiedziane, decyzja nie była podjęta pod wpływem impulsu. Jej Książęca Wysokość Camilla de Cordina nie była ko¬bietą impulsywną.
Była natomiast zdesperowana.
Desperacja, co sama musiała przyznać, narastała w niej od miesięcy, by podczas owej gorącej, parnej, nieskończenie długiej czerwcowej nocy osiągnąć punkt krytyczny. Rozwrzeszczana horda paparazzich, która otoczyła ją, gdy próbowała opuścić galę, spełniła rolę kropli przepełniającej czarę. I choć ochrona sku¬tecznie ją osłoniła, gdy zachowując resztki godności, chowała się do limuzyny, w jej głowie wibrował ogłu¬szający krzyk: Pozwólcie mi oddychać. Na miłość boską, zostawcie mi trochę przestrzeni.
Kiedy dwie godziny po tym incydencie nerwowo krążyła po swym apartamencie, z którego widać było migoczące w dole światła Waszyngtonu, wciąż czuła złość, wzburzenie i frustrację. Nie dalej jak trzy go¬dziny drogi na południe znajdowała się farma, na której spędziła część swego dzieciństwa. Kilka tysięcy kilometrów na wschód, po drugiej stronie oceanu, leżało miniaturowe państewko, w którym upłynęła tego dzieciństwa druga połowa. Jej życie zawsze było podzielone pomiędzy te dwa światy. I choć je kochała, od dawna zastanawiała się, czy rzeczywiście w którymś z nich zdoła znaleźć swoje miejsce.
Nadszedł czas, najwyższy czas, by to zrobić.
Jednak żeby tego dokonać, najpierw musiała od¬naleźć samą siebie. Tylko jak to zrobić, skoro bez¬ustannie otaczali ją ludzie. Co gorsza, coraz częściej czuła się jak ścigana zwierzyna. Być może jej sytuacja wyglądałaby inaczej, gdyby nie była najstarszą spośród trzech młodych księżniczek Cordiny. I jednocześnie, przez wzgląd na pochodzenie ojca oraz fakt, że przez ostatnie lata mieszkała w Stanach, najbardziej z nich wszystkich dostępną.
Można było odnieść wrażenie, że całe jej życie podporządkowane jest polityce, wymaganiom pro¬tokołu i oczekiwaniom prasy. Prośby, żądania, spo¬tkania, obowiązki. Dopiero co wypełniła swoje za¬danie jako współorganizatorka imprezy dobroczynnej na rzecz niepełnosprawnych dzieci – czym zajmowała się wspólnie z matką. Wierzyła w słuszność tego, co robi, rozumiała, jak ważna jest taka działalność. Nie chciała uchylać się od powinności. Tylko czemu cena, jaką przyszło jej płacić, jest tak wysoka?
Przygotowania do imprezy trwały tygodniami i kosztowały wiele zachodu. A potem zamiast radości, że ciężka praca przyniosła owoce, czuła ogromne znużenie. Tłum ją męczył. Wszystkie te twarze, obiektywy, kamery.
Nawet jej własna rodzina, Bóg wie, jak bardzo kochana, zdawała się być zbyt blisko. Możliwe, że wywnętrzanie się przed asystentką i opowiadanie jej o takich przeżyciach było niewdzięcznością i niedo¬puszczalnym przejawem braku lojalności. Tyle że ta asystentka była jej najbliższą i najwierniejszą przyja¬ciółką.
– Dostaję mdłości, kiedy widzę swoją twarz na okładce kolejnego pisma, kiedy czytam o swoich do¬mniemanych romansach. Marian, mam dość tego, że obcy ludzie wymyślają mi osobowość.
– Arystokraci, piękne twarze i seks to tematy, na których brukowce zarabiają krocie. – Marian Breen była kobietą praktyczną, o czym dobitnie świadczył jej głos. A ponieważ znała Camillę od dziecka, w jej słowach było więcej rozbawienia niż szacunku. – Wiem, że ten wieczór był dla ciebie koszmarem i do¬skonale rozumiem, że przeżyłaś wstrząs. Jak tylko się dowiemy, kto sprzedał prasie tę informację...
– Co się stało, to się nie odstanie. Czy to ważne, skąd wziął się przeciek?
– Zachowywali się jak sfora psów – mruknęła Marian. – Cóż, jesteś księżniczką, więc Amerykanie traktują cię jak królewnę z bajki. Masz urodę matki, czyli wyglądasz olśniewająco. Przyciągasz mężczyzn jak posezonowa wyprzedaż łowców okazji. A prasa, zwłaszcza ta agresywna, na tym żeruje.
– Mój tytuł i uroda nie zależą ode mnie, to kwestia urodzenia. A jeśli chodzi o mężczyzn – Camilla wykonała w powietrzu niedbały gest dłonią – to in¬teresują się nie tyle mną, ile całą tą arystokratyczną otoczką. Czyli tym samym, za czym gonią kolorowe pisma.
– Paragraf dwadzieścia dwa. – Marian skubała wi¬nogrona z wielkiego kosza z owocami, przysłanego przez dyrekcję hotelu. W duszy bardzo martwiła się o przyjaciółkę. Camilla była blada i przesadnie wychu¬dzona.
Marian pocieszała się, że to nic poważnego. Kilka dni na farmie w Wirginii pomoże Camilli odzyskać siły. Tylko tam mogła czuć się tak samo bezpieczna, jak w odległej Cordinie. Jej ojciec o to zadbał.
– Ja rozumiem, że to okropne wszędzie chodzić z ochroną, uciekać przed zgrają paparazzich, którzy śledzą twój każdy krok. Ale co na to poradzisz? Uciek¬niesz z domu?
– Tak.
Marian zaśmiała się i spokojnie sięgnęła po kolejny owoc. Jednak widząc twardy wyraz brązowych oczu Camilli, podniosła do góry rękę.
– Hej, zdaje się, że wypiłaś za dużo szampana.
– Jeden kieliszek. I to niecały.
– Wobec tego musiał być wyjątkowo duży. Słuchaj, idę teraz do siebie i jak grzeczna dziewczynka kładę się spać. Ty też się prześpij. Odpoczniesz i kiepski nastrój na pewno minie.
– Myślę o tym od tygodni. – Bawię się tą myślą, przyznała w duchu. Marzę o tym.
Tej nocy marzenie miało się spełnić.
– Marian, musisz mi pomóc.
– Non, c’est impossible. C’est complètement fou!
Marian rzadko mówiła po francusku. Choć spę¬dziła w Cordinie większą część życia, była Amery¬kanką do szpiku kości. Jej rodzice przenieśli się ze Stanów, gdy miała dziesięć lat. Właśnie od tego czasu trwała jej przyjaźń z Camillą.
Marian używała języka swej drugiej ojczyzny tylko wtedy, gdy wpadała w panikę. Patrzyła na Camillę szeroko otwartymi, błękitnymi oczami, w których widać było ogromny niepokój.
– To, o czym myślę, nie jest ani niemożliwe, ani szalone – odparła Camilla lekkim tonem. – Wręcz prze¬ciwnie, jest i możliwe, i zdrowe. Potrzebuję czasu, kilku tygodni spokoju. I będę je miała. Jako Camilla MacGee, a nie Camilla de Cordina. Używam oficjalnego tytułu, odkąd dziadek...
Umilkła. Nie potrafiła o tym mówić. Minęły cztery lata od jego śmierci, a ona wciąż nosiła w sercu żałobę.
– Był naszą opoką – ciągnęła, gdy zdołała opanować wzruszenie. – Większość władzy przekazał wujowi Alek¬sandrowi, ale tak naprawdę rządził do końca. Kiedy go zabrakło, członkowie rodziny musieli się zmobilizować, dać z siebie więcej. Ja też czułam, że w tej sytuacji muszę częściej udzielać się publicznie. Wzięłam na siebie tyle, ile byłam w stanie wziąć.
– Ale? – Marian z rezygnacją przysiadła na oparciu sofy.
– Ale teraz muszę wyrwać się z obławy. Czuję się – Camilla przycisnęła dłoń do serca – zaszczuta. Nie mogę wyjść na ulicę, żeby zaraz nie otoczył mnie tłum fotoreporterów. Gubię się w tym wszystkim. Sama już nie wiem, kim naprawdę jestem. Zdarza mi się, i to coraz częściej, że nie czuję się sobą.
– Potrzebujesz odpoczynku.
– Tak, ale to nie wszystko. Sprawa jest dużo bar¬dziej skomplikowana. Marian, ja nawet nie wiem, czego chcę od życia, czego pragnę. Spójrz na Adrienne – powiedziała, myśląc o swojej młodszej siostrze. – Wyszła za mąż, gdy miała dwadzieścia jeden lat. Jako sześciolatka zakochała się w Phillipie, i tak już zostało. Ona zawsze wiedziała, czego chce – wyjść za niego, osiąść w Cordinie i wychowywać dzieci. Moi bracia są jak dwie połówki ojca. Jeden jest farmerem, drugi ekspertem do spraw bezpieczeństwa. A ja nie wiem, w którą stronę iść. Nic nie umiem.
– To nieprawda. W szkole zawsze byłaś prymuską. Jeśli coś cię ciekawi, twój mózg pracuje jak komputer. Wspaniale podejmujesz gości, tyrasz jak wół w organi¬zacjach wspierających szczytne cele.
– Obowiązki! – żachnęła się. – Wiem, że w tym jestem dobra. A co z przyjemnościami? Gram na pia¬ninie, trochę śpiewam. Trochę maluję, fechtuję. A gdzie jest moja pasja? – zapytała, krzyżując ręce na piersiach. – Chcę ją odnaleźć. A jeśli nic z tego nie wyjdzie, to przynajmniej spędzę parę tygodni bez ochroniarzy, bez protokołu i bez tej przebrzydłej prasy, która z pew¬nością będzie mnie szukać. Jeśli przed nimi nie ucieknę – dodała cicho – to chyba się w końcu rozsypię.
– Cam, porozmawiaj z rodzicami. Oni zrozumieją.
– Mama na pewno. Co do ojca, to nie jestem prze¬konana. – Uśmiechnęła się do własnych myśli i dodała: – Adrienne wyszła za mąż trzy lata temu, a ojciec wciąż się dąsa, że stracił swoją córeczkę. A mama... była w moim wieku, kiedy pobrali się z ojcem. Jeszcze jedna, która wiedziała, czego chce. Przedtem...
Potrząsnęła głową i podjęła wędrówkę po pokoju.
– Porwanie mamy, a potem próby zamachu na członków naszej rodziny. Teraz są to fragmenty pod¬ręcznika do historii, ale my wciąż bardzo przeżywamy tamte zdarzenia. Nie mogę obwiniać rodziców, że za wszelką cenę starali się nas chronić. Na ich miejscu zro¬biłabym to samo. Tylko że ja już nie jestem dzieckiem, muszę mieć w życiu coś swojego.
– Jedź na wakacje.
– Nie, to będą poszukiwania. – Podeszła do Marian i wzięła ją za ręce. – Wypożyczyłaś samochód.
– Tak, rzeczywiście, musiałam... Och, Camillo!
– Daj mi kluczyki. A potem zadzwoń do firmy i przedłuż umowę.
– Ależ ty nie możesz opuszczać Waszyngtonu!
– Dlaczego? Przecież wiesz, że jestem dobrym kie¬rowcą.
– Pomyśl tylko! Znikniesz z pola widzenia, twoja rodzina oszaleje. Nie mówiąc już o prasie.
– Jeśli chodzi o rodzinę, to nie pozwolę im się martwić. Zadzwonię do rodziców jutro rano. A media zostaną poinformowane, że udałam się na wakacje do bliżej nieokreślonego miejsca. Ty im podpowiesz, że jestem gdzieś w Europie, więc do głowy im nie przyjdzie tropić mnie w Stanach.
– Chciałabym ci przypomnieć, że całe to szaleń¬stwo wzięło się stąd, że nie możesz patrzeć na swoją twarz na okładkach. – Marian wzięła ze stolika jedno z kolorowych pism i podsunęła je Camilli. – Twoją twarz zna cały świat. Ty się nie wtopisz w tłum. To się nie uda.
– Właśnie że się uda. – Camilla szybko podeszła do biurka i otworzyła szufladę. Żołądek skurczył jej się boleśnie, ale zdecydowanym ruchem sięgnęła po no¬życzki. – Księżniczka Camilla – mruknęła, potrząsając sięgającymi do pasa lokami – za chwilę radykalnie zmieni swój wygląd.
Przerażenie, które odmalowało się na twarzy Marian, byłoby nawet zabawne, gdyby nie to, że Ca¬milla czuła je każdym nerwem swego ciała.
– Ty nie mówisz poważnie – wyjąkała Marian. – Camillo, przecież nie możesz obciąć swoich pięknych włosów.
– Masz rację. Nie mogę. Więc ty to zrobisz – od¬parła, podając przyjaciółce nożyczki.
– Ja?! O nie! Co to, to nie! – Marian instynktownie schowała ręce za siebie. – Wiesz, co zaraz zrobimy? Usiądziemy sobie spokojnie, napijemy się wina i zaczekamy, aż odzyskasz rozum. Jutro na pewno poczujesz się lepiej.
Tego Camilla obawiała się najbardziej. Bała się, że determinacja minie i wszystko potoczy się jak dawniej. Znów będzie wypełniała obowiązki i szła przez życie w świetle reflektorów, otoczona komfortem i do¬statkiem. I będzie wiecznie uciekała przed natrętną prasą.
Jeśli nie zrobi czegoś właśnie teraz, to czy kiedy¬kolwiek będzie miała odwagę, by coś zmienić? Czy może, zgodnie z przewidywaniami brukowców, wyda się za wpływowego człowieka, odpowiedniego dla ko¬biety z jej pozycją i statusem, i da sobie spokój z poszu-kiwaniem swego miejsca na ziemi?
Mocno zacisnęła zęby, a potem uniosła głowę i zdecydowanym ruchem odcięła długie pasmo.
– O Boże! – Marian z jękiem osunęła się na fotel. – Camillo, co ty robisz?!
– Uspokój się, to tylko włosy – odparła niedbale, ale ręce jej zadrżały. Bujne kasztanowe loki były bodaj najważniejszym elementem jej wizerunku, symbolem dotychczasowego życia, dlatego czuła się tak, jakby ucinała sobie dłoń. Przez chwilę wpatrywała się w po¬łyskliwe pasmo miedzi owinięte wokół kurczowo zaci¬śniętych palców. – Dokończę w łazience. Pomożesz mi wycieniować tył.

W końcu Marian zachowała się jak prawdziwa przyjaciółka i nie odmówiła pomocy. Gdy skończyły, podłoga usłana była ścinkami włosów, Camilla zaś musiała oswoić się ze swym nowym wizerunkiem. Ciach tu, ciach tam. Kieliszek wina na pokrzepienie. I jeszcze jedno ciachnięcie, by wszystko wyrównać. Efektem ich wspólnej pracy była krótka, chłopięca fry-zurka z długą postrzępioną grzywką.
– Wyglądam tak strasznie... inaczej – wydusiła z siebie Camilla.
– Ja się chyba popłaczę.
– Ani się waż! – Camilla pogroziła przyjaciółce. – Teraz się przebiorę i spakuję trochę rzeczy. Zrobiło się późno.
Zabrała tylko to, co uważała za niezbędne. Kiedy okazało się, że podstawowe rzeczy wypełniły walizkę i dużą torbę podręczną, zrobiło jej się trochę wstyd.
Ubrała się w dżinsy, kowbojki, sweter i długi czarny płaszcz. Chciała włożyć kapelusz i ciemne okulary, ale zrezygnowała z tego pomysłu. Uznała bowiem, że będzie wyglądała w tym wszystkim jak przebieraniec, a przecież chciała wymknąć się niezauważona.
– Jak wyglądam? – zapytała.
– Zupełnie jak nie ty. – Marian pokręciła głową i okrążyła ją dwa razy.

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ

AnnieK
2020-07-14

Przez wiele lat nie czytałam nic napisanego przez Norę Roberts. Jednak ostatnio naszło mnie, aby przeczytać jej jakąś książkę. Była to książka pod tytułem „Księżniczka i tajny agent", która jest pierwszą częścią serii „Księstwo Cordiny". Ten cykl tak mnie wciągnął, że z wielką chęcią sięgałam po kolejne części. W ten sposób doszłam do ostatniej, czyli „Błękitna krew". Cała seria „Księ...
Anna
2020-07-09

Camilla jest księżniczką i ma tego serdecznie dość. Marzy, by choć na chwilę nie być w centrum zainteresowania, aby móc zrobić coś tylko dla siebie, odpocząć od bycia księżniczka. Jest na skraju wyczerpania, gdy postanawia uciec, zmienić swój wygląd i pozostawić za sobą wszelkie zobowiązania. Na chwilę zostać po prostu Camillą, a nie księżniczką Camillą de Cordina. Drastyczna zmiana fryz...