Powieść obyczajowa
Kontra
26,99 zł
26,99
KUP TERAZ

Kontra

Jonatan Rutz
brak opinii
Liczba stron: 448
ISBN: 9788327650924
Premiera: 2020-07-08

Satyra na korporacyjną rzeczywistość

Tomasz Wilmowski, zwykły facet, prowadzi monotonne i biedne życie pracownika instytutu naukowego w Warszawie. Kiedy niespodziewanie otrzymuje atrakcyjną propozycję pracy na wysokim stanowisku w ważnej firmie energetycznej, sądzi, że los się do niego uśmiechnął. Nieważne, że nowy zakres obowiązków daleko odbiega od jego kompetencji.

Tomasz próbuje zrozumieć reguły obowiązujące w korporacji, a przede wszystkim utrzymać się na stanowisku. Każdy dzień przynosi nowe wyzwania. I niespodzianki. Są wśród nich nawet… bardzo nietypowe podróże w egzotyczne i osobliwe miejsca. Okazuje się, że propozycja objęcia ważnej funkcji nie do końca była bezinteresowna, a Tomasz zostaje uwikłany w sieć intryg, sięgających poza granice kraju. Robi się gorąco.

Jakby tego było mało, w domowym garażu Tomasz ma lokatora, filozoficznie usposobionego bobra, z którym toczy dyskusje – na ogół z kiepskim (dla siebie) skutkiem…

Jeśli pracujesz w korporacji, uwielbiasz dalekie podróże, bobry, koty i jazdę na rolkach, a na dodatek jesteś trochę szalony i masz poczucie humoru – TO JEST KSIĄŻKA DLA CIEBIE!

Rozdział 1 A może Wprowadzenie

 

Mam trzydzieści parę lat... No dobrze, mam lat trzydzieści dziewięć. Ale wprowadzam się w lepsze samopoczucie, używając pierwszej opcji. Wprowadzanie się w lepszy nastrój, a właściwie starania o to wprowadzanie to moja silna strona. Jedyna – jak mówią nieliczni znajomi. Jedna z wielu ‒ jak powiedzieliby przyjaciele... Tylko tych akurat brak. Z wyjątkiem jednego dość szczególnego. Podobno mam poczucie humoru, ale trudno uznać to za istotną zaletę. Jeszcze parę słów o sobie. Właśnie skończyłem pisać aktualne CV. Jestem na bieżąco. Po co mi życiorys zawodowy – za chwilę. Lubię porządek w myśleniu, więc chcę dokończyć swoją charakterystykę, w końcu warto wiedzieć, z kim ma się do czynienia, a potem przejdziemy do tego CV...

Pewnie dzięki sprawności w myśleniu udało mi się zrobić doktorat z historii. Tak, tak ‒ jestem ekspertem z cenzusem od wojen napoleońskich. A właściwie od sztuki wojennej tego okresu. Przydatność tej atrakcyjnej wiedzy jest dziś tak niesłychana, że oganiam się zarówno od intratnych propozycji pracy od potencjalnych pracodawców, jak i propozycji matrymonialnych od atrakcyjnych pań. Podobnie jak Robert Kubica od ofert jazdy w czołowych zespołach F1.

Po studiach znalazłem zatrudnienie w Instytucie Badań Historycznych. To mała warszawska placówka naukowa. Siedzę tu już prawie czternaście lat. Dochrapałem się stanowiska adiunkta. To brzmi dumnie. Dla niektórych.

Ku ogólnemu zdumieniu instytut przetrwał wszystkie meandry najnowszej historii i radzi sobie – jak na instytut badawczy – znakomicie. To znaczy ma środki na regularnie wypłacane niewielkie pensje. Nie ma już natomiast na remont, sprzęt, wyjazdy na konferencje czy papier do drukarki.

Instytutem kieruje pani profesor dwojga nazwisk. Wiktoria Izdebska-Pinor. Pracownicy mówią o niej po prostu WIP ‒ ale zdecydowanie nie VIP. Jest niezniszczalna. Przyjmowała mnie do pracy wiele lat temu. Mnóstwo rzeczy się zmieniło ‒ ona trwa. Nie darzy mnie przesadną sympatią, choć... znów nieco mijam się z prawdą. Ta moja skłonność do poprawności. Mówiąc poważnie – po prostu mnie nie cierpi. Po pierwsze, jako specjalistka od Cesarstwa Austriackiego ma chyba do mnie osobistą pretensję o Austerlitz. Jej cesarz dostał w skórę, a mój wygrał. Po drugie ‒ choć już jedna przyczyna jest wystarczająca ‒ jej zestaw cech charakterologicznych jest w opozycji do moich. Jest pewna siebie, arogancka i przebojowa.

Przy życiu i pracy trzyma mnie grant uzyskany z szacownej europejskiej instytucji Mission Louvre-Lens Culture, który tak naprawdę generuje moje atrakcyjne miesięczne dochody w wysokości pięciu tysięcy złotych. Tradycyjnie lekko zaokrągliłem w górę, no i nie muszę dodawać, że brutto. Ponieważ jestem dumnym posiadaczem domu jednorodzinnego z garażem (spadek po dziadkach) w podwarszawskiej Radości, więc trudno poważnie narzekać na sytuację materialną, patrząc na nauczycieli, pielęgniarki albo inną część sfery budżetowej… Dom jest typowy dla tego rejonu. Stary. Drewniany. Klasyk. Translator Google’a po przepuszczeniu mojego tekstu: „dom jednorodzinny w Radości”, tłumacząc z języka polskiego na język polski życiowy, wyplułby: „waląca się drewniana rudera w Radości”.

Mam talent do języków. Znajomość języków obcych: biegła francuskiego i angielskiego, pokrętna hiszpańskiego i rosyjskiego. Dociekliwy, czyli upierdliwy jak każdy (niby) naukowiec. Brak kredytów. Trzynaście tysięcy oszczędności. Jedenastoletni biały peugeot 208 (ach, ten sentyment do Francji…) kupiony z trzeciej ręki ze śladami na karoserii, wskazującymi na zetknięcia z przedmiotami nieożywionymi. Stan cywilny – singiel, nie trzeba tłumaczyć dlaczego. Wzrost powyżej średniej europejskiej – a co, jesteśmy w UE. Waga – nie podaję. Kilogramy brzmią tak prozaicznie. Dużo ciemnych włosów na głowie. Obywam się bez fryzjera. Ze skutkiem umiarkowanym. Picie i palenie ‒ zgodnie z polską normą...

Moje nazwisko jest dość pospolite, imię też. Ale już zestawienie stanowi pewne zaskoczenie. Nazywam się Wilmowski. Tomasz Wilmowski. To przypadkowo również nazwisko bohatera serii książek podróżniczych, ukochanych w młodości przez mojego ojca. Nigdy nie przebrnąłem przez pierwszych kilkanaście stron tej serii. Znam streszczenia. Moje dokonania podróżnicze ograniczyły się do saksów w Londynie. Urlop spędzam na Mazurach. Nie cierpię, jak ktoś po usłyszeniu mojego nazwiska rzuca błyskotliwie: „No i jak tam u kangurów?” (ci, co czytali, wiedzą, o co chodzi...). Już w szkole miałem tego przesyt.

Dlatego trzymam się twardo imienia Tomasz, a nie Tomek. U znajomych mam ksywkę Szop, bynajmniej nie od pracza. To męska forma szopy: niektórzy mówią, że od nadmiaru włosów (fryzjerzy to darmozjady!), inni ‒ że od wyglądu mojej posiadłości. Ale ta druga wersja jest nieprawdziwa – Szopem zostałem już w szkole.

No dobra – ile można o sobie? Nie mieszkam sam. W garażu mam lokatora. To bóbr, zwany ‒ a raczej nazwany przeze mnie swojsko ‒ Bober. Twierdzi (bo gada!), że ma doktorat z filozofii. Wykonuje na moją rzecz usługi wydawania z garażu piwa i wody, z przewagą tego pierwszego. Kupionych wcześniej przeze mnie (w ilościach półhurtowych, w supermarkecie)! I ‒ o zgrozo! ‒ bierze za to pieniądze. Niewielkie, ale zawsze. To standardowa marża handlowa ‒ stwierdza. Nie musicie mi wierzyć, ale to fakt. Nawet jeśli niektórzy twierdzą, że „nadużywam”...

Co do jego doktoratu ‒ mam wątpliwości, ale tylko w kwestii formalnej: nigdy nie pokazał mi żadnego dokumentu. Lubi wdawać się w dysputy polityczne i filozoficzne. Ma zawsze poglądy przeciwne do rządzących. A właściwie przeciwne do moich.

Podżera mi drewno do kominka (słychać!), twierdząc, że to nie on, tylko korniki, a w ogóle jeśli już, to wyjaśnia: „bobry nie jedzą drewna, tylko korę”. Jest złośliwy, ale inteligentny. Oczywiście „jak na bobra” – dodaję uszczypliwie, nie znajdując w dyskusji innych argumentów. Trzymam go też w szachu fiskusem, bo marżę bierze, ale z podatkami u niego już nie bardzo.

Trochę jesteśmy w przyjacielskim klinczu. Zwierzak klnie jak szewc. Choć ja powiedziałbym do szewca, że klnie jak bóbr. Pracuję nad jego słownictwem.

Słowem życie nieciekawe i monotonne, ubarwiane czasem krótkotrwałymi romansami, a raczej aktywnością seksfizyczną. Do czasu...

Rozdział 2 Na poważnie

 

Mój Instytut mieści się na Bemowie. Cholerycznie daleko od miejsca zamieszkania. Co zrobić? Praca trwa w zasadzie od dziewiątej do siedemnastej, choć – i to niewątpliwa zaleta naszej kadrowej – listy obecności nigdy nie były specjalnie weryfikowane. Nie nadużywałem tego i trzymałem się przepisowych godzin pracy. Roboty z grantem było sporo, no i nie spieszyłem się do domu, bo i do kogo? Bober uaktywniał się dopiero po wieczornych wydaniach wiadomości telewizyjnych, które ciurkiem oglądał na wszystkich możliwych programach. Nauczył się też obsługiwać mojego starego iPada i internet nie miał dla niego tajemnic. Wcześniej po prostu spędzał życie najbardziej efektywnie i optymalnie, jak można – czyli spał.

Zwykle po pracy wpadałem więc do małej zaprzyjaźnionej pizzerii na Obozowej, gdzie za jednym zamachem załatwiałem obiad i kolację. Dobrze mi się też myślało przy stoliczku przykrytym ceratą w kratkę. Zawsze przy oknie.

Tym razem miałem dwa dodatkowe problemy, co w zestawieniu z pozostałymi życiowymi obciążeniami (prawie czterdziestolatek bez perspektyw) dawało już niezły pakiet.

Tradycyjnie problemy mają trzy źródła (copyright – Bober): zdrowie, pieniądze i kobiety. Pierwsze jeszcze było OK, ostatnie nigdy nie było OK. Tym razem na dno egzystencji ciągnęły mnie finanse.

 Okazało się, że moja willa wymaga generalnego remontu dachu. To znaczy wymiany. Podczas ostatniej wichury dach lekko się zapadł. Z sypialni widać było w szparze gwiazdy, a nawet księżyc, co wydawało się urocze do pierwszego deszczu. Schody na ganku nie były już wyłożone, ale obłożone terakotą. Mało który kafelek miał trwały związek z podłożem. Drewniane ogrodzenie stawało się coraz bardziej symboliczne. Ostatni kornik wyniósł się w poszukiwaniu lepszego miejsca do bytowania.

Na dodatek akumulator mojego peugeota również solidarnie zastrajkował na fali kolejnych niepokojów społecznych. W kolejce do podniesienia jakości życia stały też opony i tylna szyba autka.

Byłem więc skazany na niemałe wydatki. Słowem: tylko i aż pieniądze. Minimum pięćdziesiąt–sześćdziesiąt tysięcy. Małe szeleszczące kawałki papieru albo impulsy elektryczne w wirtualnej rzeczywistości. Tyle tylko, że te pieniądze musiały być realne. Tymczasem stan moich oszczędności oceniałem na dziesięć procent niezbędnych wydatków. Kredyt i pożyczki nie wchodziły w rachubę: nie cierpię mieć zobowiązań, a poza tym i tak trzeba je spłacać.

Jestem daleki od materializmu, ale o ile wymyśliłem złośliwie (dla mojego autka) zamianę peugeota na hulajnogę elektryczną, to w przypadku dachu poza debilnym pomysłem zrobieniem strzechy z trawy z własnego ogródka nie wpadłem na żadne rewolucyjne rozwiązanie. Pomysł z hulajnogą był też idiotyczny, bo jej zasięg to kilkanaście kilometrów. Do pracy miałem równe dwadzieścia dwa. Na ostatni odcinek trasy musielibyśmy się zamieniać rolami. No i w zimie hulajnogami się nie jeździ. Mogłem przerzucić się na pociąg, ale z mojej radosnej willi do stacji miałem daleko, a z Warszawy Zachodniej do pracy też spory kawałek.

Oczywiście mogłem więcej zarabiać. Teoretycznie. Przypomniałem sobie wczorajszą wizytę u WIP, czyli naszej profesor dyrektor.

Już na wejściu sekretarka zrobiła na mój prywatny użytek minę typu antyuśmieszek, co oznaczało minus pięć w skali humoru pani dyrektor. Poziomów plusowych u tej pani nie stwierdzono. Akurat jakoś tak mam, że ze współpracowników najbardziej lubię sekretarki i sprzątaczki – dlatego akurat na życzliwość tej grupy nie narzekałem. Niestety ‒ ta grupa nie rozdawała profitów.

‒ Pani profesor, pracuję już w Instytucie czternaście lat i chyba wywiązuję się ze swoich obowiązków bez zarzutu – zacząłem skromnie standardową rozmowę o podwyżce.

(Punkt pierwszy z poradnika: przedstaw się w jak najlepszym świetle).

‒ Trzynaście lat i sześć miesięcy. Więc czternaście lat będzie za sześć miesięcy – skorygowała precyzyjnie. – Jeśli w ogóle będzie.

I dalej niewzruszona spoglądała na mnie beznamiętnym wzrokiem, nie ułatwiając mi w niczym podjętych starań. Równocześnie robiła to, co zwykle podczas wizyty miejscowych w swoim gabinecie: chrupała młode marchewki, pokazując wszystkim, jak zdrowo i ekologicznie się odżywia.

Nie wiem, czy dieta odnosiła skutek. WIP była solidnej postury, miała znacznie więcej centymetrów wzrostu niż minimum dla żołnierza Gwardii Napoleońskiej. Pozostałe wymiary też ponad średnią. Uwielbiała (co nie znaczy, że potrafiła) chodzić na dziesięciocentymetrowych szpilkach. Z tego powodu rzadko komu udawało się spojrzeć jej prosto w oczy, jak równemu z równym. Z pewnością bliskie jej sercu były związki z papiestwem ‒ w zakresie nieomylności. Z tym że papieże są nieomylni wyłącznie w obszarze wiary, a nasza WIP w zakresie nieomylności nie stawiała niepotrzebnych ograniczeń.

Słowem: moja sytuacja była trudna, ale mimo to brnąłem dalej, wierząc, że osiągnę swój skromny cel. Podwyżkę.

‒ Mam prestiżowy grant realizowany z moimi utytułowanymi kolegami z Francji i Niemiec. Wyniki są bardzo obiecujące... ‒ dodałem zachęcająco.

‒ Wyniki są obiecujące... Ale dla kogo, panie doktorze? Czy dla nas? Czy raczej dla pana kolegów z Europy? – spytała lodowatym tonem. – Czy pan pracuje dla naszego Instytutu czy dla nich?

W Instytucie klimatyzację zainstalowano jedynie w gabinecie pani dyrektor. Poczułem – mimo iż nie była włączona – że temperatura w pomieszczeniu spadła o kilka stopni, co mi oczywiście przywiodło na myśl wyprawę Napoleona na Rosję.

‒ No oczywiście, że pracuję dla naszego Instytutu Badań Historycznych – odparłem pospiesznie. ‒ Wyniki są dobre dla... nauki. I pomyślałem, że bardzo dawno nie miałem weryfikowanego poziomu wynagrodzenia.

Byłem dumny, że tak dyplomatycznie i zręcznie wplotłem element o podwyżce.

‒ Ach tak… – Złożyła usta w grymas, który przy kosmicznie dużej wyobraźni odpowiadałby wizerunkowi uśmiechu. ‒ A co to znaczy: dla nauki? Nauka to pojęcie abstrakcyjne. Trzymajmy się ziemi. Czy pan wie, panie doktorze, ile kosztuje utrzymanie Instytutu? Czy pan wie, ile wydajemy na korespondencję czy delegacje? Ja wiem, że pan nie wie! Dużo! Za dużo! Znów obcięli nam dotacje z ministerstwa! Spadliśmy do kategorii B. Pan wie, co to znaczy? Zaciskanie pasa! To cud, że jeszcze działamy!

Nadzieja zbliżała się do zera.

‒ Ale doceniam, że pan sam do mnie przyszedł w tej sprawie...

            Nadzieja odbiła się od dna.

‒ Tak? – wytężyłem wszystkie zmysły, aby nie uronić kwoty, która przecież musiała teraz paść.

‒ I postanowiłam...

Pauza.

 ‒ ...pozytywnie pana zweryfikować. Pomimo konieczności zaciskania pasa... nie zmniejszę panu wynagrodzenia. Moja decyzja obowiązuje tylko do końca półrocza – powiedziała, wytwornie oddzielając poszczególne słowa. ‒ Dziękuję i proszę wracać do pracy! Póki jeszcze ją mamy... – dodała. Tym razem uśmiechnęła się naprawdę, z pełną satysfakcji drwiną.

Kolejna marchewka rzuciła swoje smutne „sayonara”, chyba tym razem skierowane do mnie, trzaskając energicznie w nienagannym garniturze uzębienia WIP. Pani dyrektor musiała wydać na zęby majątek. Czemu nie zostałem stomatologiem?

‒ Ale... To znaczy... Dziękuję. Do widzenia.

Wynik tej potyczki był identyczny jak wszystkich poprzednich. I nie zanosiło się, że będzie inaczej w przyszłości.

 

***

 

Rozmyślałem nad tą sytuacją w mojej obiadowo-kolacyjnej knajpce, analizując przebieg rozmowy i moje zachowanie. Co mogłem zrobić lepiej? Nic! Czy mogłem się postawić i zagrozić odejściem? Nie!

I jeszcze ten złośliwy uśmieszek Bobera ‒ bo zwierzyłem mu się niepotrzebnie z przebiegu rozmowy ‒ przy którym drwiący uśmiech WIP był uśmiechem radości o poranku. Odsłonięcie dwu wielkich siekaczy robi porażające wrażenie. Na człowieku. Popukał się łapką w łepetynę, czysto ludzkim gestem, dając mi do zrozumienia, jak idiotycznym posunięciem była prośba o podwyżkę.

            Jadłem więc sobie moje ulubione penne z sosem grzybowym. To typowa potrawa w tej pizzerii. Moje myśli o nadciagających dniach były najczarniejsze z czarnych. Nagle poczułem pieszczotliwe dotknięcie ‒ czytaj: „walnięcie” ‒ na plecach.

‒ Szop! Kopę lat! Wcale się, brachu, nie posunąłeś! – przemówił do mnie osobnik wyłaniający się zza oparcia krzesła.

Był duży, ale nie gruby. Miał starannie przystrzyżoną brodę. Budził sympatię. Osobnik był ubrany w elegancki garnitur, w większości zakryty przez równie elegancki beżowy płaszcz Burberry. Nie to, żebym był znawcą firm, ale trudno pomylić charakterystyczną kratkę na podszewce. Zupełnie nie rozpoznając tej osoby, zareagowałem tak, jak zrobiliby to niemal wszyscy na moim miejscu, to znaczy wykrzyknąłem radośnie, robiąc wrażenie, że widzieliśmy się wczoraj na kielichu:

‒ Co za niespodzianka! Jak się cieszę! ‒ Liczyłem oczywiście na to, że dalsza rozmowa pomoże mi w identyfikacji przybysza. Równocześnie na maksa włączyłem w mózgu system identyfikacji twarzy i tak zwaną pamięć długą. W tym nie jestem dobry. Broda mogła mylić.

Uruchomiłem obszar analiz i kreatywności. W tym jestem dobry. Doszedłem do wniosku, że powinienem szukać w czasach szkolnych. Raczej wczesno- niż późnoszkolnych. Ksywka „Szop” pochodziła z tego okresu. Pozbyłem się w wyobraźni brody u osobnika i... bingo. Zaskoczyłem!

Rozpoznałbym go już wcześniej. To był jeden z braci bliźniaków, z którymi chodziłem do gimnazjum. Żadna aluzja! Problem w tym, że zawsze chodzili we dwóch i dla mojego mózgu wizerunek połowiczny był trudniejszy do zidentyfikowania.

No właśnie. Bracia Adam i Robert Linowiczowie. Nikt z kolegów ani nauczycieli nigdy nie wiedział, który jest który. Ja teraz też oczywiście nie wiedziałem, czy rozmawiam z Robertem, czy z Adamem. Obaj byli nieprzeciętnie uzdolnieni plastycznie. Pamiętam, jak w szkole na lekcji plastyki (czy jakoś tak się to nazywało) mieliśmy narysować z natury rogala i butelkę z mlekiem. Pani oceniła, że narysowałem banana i puszkę. No cóż, puszka jest walcem, a to potrafiłem narysować, bazując na lekcjach matematyki.

Po tym zdarzeniu zawarłem z braćmi niepisaną umowę. Ja za nich odwalam matmę ‒ bo nie wiem dlaczego, ale to łapałem bez trudu – a oni za mnie robią rysunki. Prosiłem nawet, żeby za bardzo się nie wysilali, bo i tak byli naprawdę dobrzy.

Całej trójce to się opłaciło, od tej pory matematykę i plastykę zaliczaliśmy bez problemów.

Skumplowaliśmy się – a że dodatkowo byli z poprawczaka, miałem w tym towarzystwie azyl i szacunek. Honor i słowo znaczyły tam więcej niż gdzie indziej. Kiedyś jakiś gość z ulicy zdjął mnie z roweru, twierdząc, że jemu mój pojazd bardziej się przyda. Powiedziałem o tym Adamowi. Po dwu godzinach ów gość przyturlał się do mnie, oddał rower z przeprosinami, umilając mi sytuację widokiem tak zwanych wybroczyn na twarzy i dziwnie powiększoną wargą.

‒ Siadaj! Co u brata? – spytałem wyjątkowo inteligentnie, żeby wyłapać, z którym gadam.

Moja błyskotliwość została od razu nagrodzona.

‒ Robert ma pracownię portretową. Świetnie prosperuje i ma doskonałą renomę. Wiesz, jest sporo bogatych ludzi, którzy chcą pogłaskać swoje ego...

‒ A ty? Nie malujesz? – spytałem.

‒ Nie mam czasu! Tylko trochę dla siebie, ale tak naprawdę robię w zupełnie innej branży. A co z tobą?

Fajne pytanie. Typowe. Nie widzisz kogoś paręnaście lat i jak tu odpowiedzieć? W kilku zdaniach skwitować ćwierć życia. Wybrałem wersję standardowo-banalną.

‒ No, jakoś leci... Raz lepiej, raz gorzej! Nie narzekam.

‒ Szop! Ejże! Nie ściemniaj! – powiedział nadspodziewanie poważnie Adam. ‒ Wiem o tobie naprawdę sporo.

‒ To znaczy? – spytałem ostrożnie, mało wierząc w zapewnienia kolegi.

‒ Ostatni twój PIT wskazywał dochody brutto pięćdziesiąt siedem tysięcy sześćset złotych, wliczając honorarium za dwa artykuły po dwieście pięćdziesiąt złotych w „Przewodniku Historycznym”. Twoja ostatnia dziewczyna miała na imię Dagmara i przespałeś się z nią dokładnie cztery miesiące temu. Jeden raz, bo drugi... Przemilczmy. Szefowa twojego Instytutu nie dała ci podwyżki. Chałupa w Radości chyli się ku upadkowi. Bez remontu dachu strażacy zrobią ci przymusową eksmisję. Ostatnie wakacje, czyli całe osiem dni, spędziłeś na Mazurach w Olewkach – spokojnie i z pamięci wyliczał Adam. ‒ Rachunek za prąd w wysokości dwieście sześćdziesiąt siedem złotych i czterdzieści pięć groszy zapłaciłeś dwa tygodnie po czasie po upomnieniu z firmy innogy. Mam mówić dalej?

Muszę przyznać, że ,,Kontra" Jonatana Rutza zaciekawiła mnie na tyle, że postanowiłam dać jej szansę. To satyra, mająca na celu ośmieszenie i uwypuklenie cech, jakimi teraz rządzą się korporacje. Znajomości, typowanie kandydatów na coraz wyższe stanowiska, niekompetencje, ale też siedzenie do późna w pracy, nie wychodzenie przed szefem, szpiegowanie. Okazuje się, że autor na ok. 300 stronach zawarł wszystko to, co typuje taką pracę. Choć, bądźmy szczerzy, na pewno nie we wszystkich przypadkach.

Tak jak na początku pisałam, do książki podeszłam z luzem. Nie miałam pomysłu jakie ścieżki obrał autor. Przyznam się bez bicia, że ten bóbr mnie zaciekawił. :D
To lektura mająca na celu poznać historię człowieka, który z szarego pracownika staje się wpływowym biznesmenem. Przygody jakie otrzymuje to fascynująca podróż do mniej powszechnych miejsc na świecie.
Za co szanuje i daje na pewno gwiazdkę więcej to wykreowany bohater. Tomka nie sposób znienawidzić, od początku do końca. Świetna lektura do której was gorąco zachęcam. Wciąga i nie puszcza do ostatniej strony. Daje to co oczekujemy od książek. Rozrywki na poziomie, czerpanie radości z czytania. "Kontra" zdecydowanie taka jest i zajmuje miejsce w top 10. Kto by się spodziewał, że taka na pierwszy rzut oka zwykła obyczajówka stanie się moją miłością.

Przyznam się szczerze, że #kontra znalazła się u mnie z czystej ciekawości, który wzbudził we mnie opis. Byłam z jednej strony jej strasznie ciekawa, a z drugiej strony nie byłam pewna czego tak do końca mogę się spodziewać.
Ale muszę wam powiedzieć, że to była naprawdę świetna zabawa. Już dawno się tak nie śmiałam jak przy tej historii. #jonatanrutz stworzył #satyra na temat pracy w korporacji i życiu jej pracowników. Z całą pewnością nie wolno jej brać na serio tylko jak najbardziej z przymrużeniem oka i należy podejść do niej sceptycznie.

Przerysowana satyra, w której ilość absurdów na metr kwadratowy sprawia zawrót głowy. Autor niezwykle trafnie ocenił dzisiejsze „korpo pokolenie”, a do tego oprócz humoru daje czytelnikowi pole do przemyśleń. Duży luz, brawa dla autora.

Nie pamiętam już kiedy tak bardzo śmiałam się czytając książkę. Jeśli tylko podejdziecie do niej z przymrużeniem oka to obiecuję, że będziecie się bawić równie dobrze jak ja. Głównego bohatera z jego dystansem do samego siebie po prostu nie da się nie lubić. Realia korporacji są tutaj przerysowane (chociaż nie jestem pewna czy wszystkie....). W Kontrze jest mnóstwo absurdów, przesady i ironii – ale to w końcu satyra. Jednocześnie wszystko zaserwowane jest inteligentnie i w odpowiednich proporcjach. To książka dosłownie na jedno popołudnie, ponieważ po prostu nie da się jej odłożyć.

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ