Powieść obyczajowa
Reguły dla dziewczyn
26,99 zł
26,99
KUP TERAZ

Reguły dla dziewczyn

Candace Bushnell, Katie Cotugno
brak opinii
Liczba stron: 320
ISBN: 9788327654656
Premiera: 2020-09-16

ZACZYNA SIĘ DUŻO WCZEŚNIEJ, NIŻ SIĘGASZ PAMIĘCIĄ:

STOPNIOWO UCZYSZ SIĘ REGUŁ DLA DZIEWCZYN…

 

Marin z wprawą lawiruje między tymi niepisanymi zasadami. Jako wzorowa uczennica i redaktorka szkolnej gazetki marzy, by dostać się na Uniwersytet Browna. Jej przyszłość rysuje się w jasnych barwach, w czym utwierdza ją pan Beckett – młody, charyzmatyczny nauczyciel angielskiego, który nigdy nie skąpi jej pochwał i zawsze chętnie spędza z nią czas, dyskutując o książkach.

 

Kiedy jednak Bex posuwa się za daleko i próbuje się do niej dobrać, dziewczyna jest zaszokowana i przerażona. Czyżby go sprowokowała? Czy to jej wina? 

 

W końcu Marin zdobywa się na odwagę, by opowiedzieć o wszystkim dyrektorowi, lecz ani on, ani nikt inny nie chce jej wierzyć. W związku z tym Marin dzień w dzień zmuszona jest stawać oko w oko z Bexem, który teraz chce się na niej zemścić.

 

Ale Marin nie daje za wygraną. Wykorzystuje do walki szkolną gazetkę i zakłada feministyczny klub książki, znajdując sprzymierzeńców wśród osób, po których nigdy by się tego nie spodziewała, jak choćby dyżurny casanova Gray Kendall, którego dotąd uważała za płytkiego, stereotypowego sportowca. Gdy sytuacja w szkole i w jej życiu prywatnym coraz bardziej się komplikuje, Marin musi wymyślić, jak odzyskać kontrolę i wprowadzić nowe reguły.

Rozdział pierwszy

– I tak właśnie Hemingway oraz Fitzgerald zostali najsłynniejszymi wojującymi ze sobą przyjaciółmi w świecie dwudziestowiecznej literatury – kwituje podczas trzeciej lekcji pan Beckett, opierając się luzacko o krawędź biurka; nogi skrzyżowane, błysk w ciemnych oczach. – Dla jasności, ta wiedza raczej się wam nie przyda na egzaminie z rozszerzonego angielskiego. Z jakiegoś powodu nie sprawdzają na nim znajomości stuletnich prasowych plotek. Ale warto zachować to z tyłu głowy, żeby mieć czym zaimponować znajomym na imprezach – oznajmia z szerokim uśmiechem, po czym z tylnej kieszeni granatowych chinosów wyjmuje suchościeralny marker. – No dobra – mówi. – Pora na pracę domową.
W sali rozbrzmiewa zbiorowy jęk, lecz Bex – tak nazywamy Becketta – tylko macha ręką na nasze stękanie i każe na jutro przeczytać pierwsze czterdzieści stron Pożegnania z bronią.
– Pójdzie szybko – obiecuje, obracając markerem między palcami niczym magik pokazujący trik z talią kart. – Jedną z zalet Hemingwaya, a miał ich wiele, o czym przekonacie się jutro, jest to, że nie był fanem wielkich słów.
– Świetnie – komentuje Gray Kendall, długonogi lacrosse’owiec, który chodzi z nami dopiero od września. Siedzi rozwalony jak panisko dwa rzędy za mną i się uśmiecha, ukazując dołeczek w policzku. – To tak jak ja.
W końcu rozlega się dzwonek na przerwę. Przy wtórze odsuwanych krzeseł skrzypiących na linoleum wleczemy się do drzwi, by wylec na korytarz, w którym unosi się dolatujący ze szkolnej stołówki zapach kanapek z kurczakiem.
– Gotowa? – pytam Chloe, przystając przy jej ławce z przodu sali. Na ustach jak zwykle ma czerwoną szminkę, na nosie wielkie, hipsterskie okulary. Blond włosy w odcieniu szampana spływają jej delikatnymi falami na ramiona, a kołnierzyk mundurka zdobi maleńka przypinka w kształcie różowego flaminga.
– Yyy… – duka, zerkając za siebie na wycierającego tablicę Bexa i jego kształtne ramiona prężące się pod szarym, kaszmirowym swetrem przy każdym ruchu gąbką.
Widząc, jak się w niego bezczelnie wślepia, podnoszę znacząco brwi, lecz ona kwituje to głupią miną.
– No – odpowiada w końcu.
– Uhm, pewnie – potakuję z ironią i zarzucam plecak na ramię. Już mamy wychodzić, gdy nagle Bex podnosi wzrok.
– Aaa, Marin – rzuca do mnie, kręcąc z wyrzutem głową. – Nie uwierzysz, ale znów zapomniałem o tej książce. Jutro na pewno ją przyniosę.
– Nie ma sprawy! – odpowiadam z uśmiechem.
Bex prawie od dwóch tygodni mówi, że pożyczy mi Korekty Jonathana Franzena. Twierdzi, że ta powieść na pewno mi się spodoba, ale ciągle zapomina przynieść ją z domu.
– Nie śpieszy się. Szczerze! I tak nie mam kiedy czytać dla przyjemności.
– Wiem, wiem. – Przybiera szelmowską minę. – Jesteś zbyt zajęta wrzucaniem na YouTube’a filmików, w których rozpakowujesz przesyłki, czy co tam młodzież robi teraz dla zabawy.
Otwieram szeroko usta.
– Nic z tych rzeczy! – oponuję, a jednocześnie czuję, jak moje ciało wypełnia przyjemne ciepło. – Mówię o tonie pracy domowej z angielskiego.
– Jasne, jasne – przytakuje z niedowierzaniem, ale się uśmiecha. – No już, wynocha z klasy. Mam dziś dyżur na stołówce. Zobaczymy się na miejscu.
– Farciarz – droczy się Chloe.
– Uhm. – Bex szczerzy zęby w uśmiechu, odkładając gąbkę, i wyciera ręce o spodnie. – Śmiej się, śmiej, ale nawet nie wiesz, jak bardzo się cieszę na te kanapki z kurczakiem. No, jazda.
Stołówka w Bridgewater Prep to również aula i sala gimnastyczna w jednym, ze sceną i składanymi stolikami, które podczas wuefu wędrują do kanciapy. Gdy docieramy tam z Chloe, nasz stolik jest już oblężony przez tę samą co zwykle dość nietypową ekipę prymusów z klasy Bexa i lacrosse’owców, z którymi spędzamy lunch, odkąd spiknęłam się z Jacobem.
– Hej, mała – wita mnie teraz Jacob, podszczypując w bok. – Co słychać?
– Sprawdzasz, czy nie przytyła? – wtrąca żartem jego kumpel Joey i nachyla się, jakby też chciał mnie uszczypnąć.
Robię unik i pokazuję mu środkowy palec.
– Spadaj, Joey – ripostuję, przewracając oczami, po czym szturcham Jacoba w ramię. – Może byś tak stanął w mojej obronie?
– Słyszałeś panią! – rzuca do Joeya. Trochę słabo jak na obronę kobiecej czci… Lecz kiedy sadza mnie sobie na kolanach i całuje w policzek, na chwilę zapominam o złości. Z Jacobem spotykam się od zeszłej wiosny: na historii Stanów Zjednoczonych pani Shah przydzielała nam partnerów do ostatniego projektu zaliczeniowego i tak się złożyło, że siedzieliśmy obok siebie. Liczyłam na kogoś, kto pozwoli mi sobą rządzić oraz zagwarantować nam obojgu najwyższą ocenę, co zresztą tyczyło się wszystkich projektów, przy których pracowałam. Ku mojemu zdumieniu okazało się jednak, że Jacob ma własne przemyślenia o tym, na jakich źródłach historycznych powinniśmy oprzeć nasz esej o reformach społecznych, które doprowadziły do wybuchu wojny secesyjnej. Zanim wypracowaliśmy wspólny front, spieraliśmy się o to przez bite dwa tygodnie, a kiedy w końcu dostaliśmy szóstkę, wziął mnie w ramiona i zakręcił mną dookoła na środku klasy.
Siadam na krześle i wyjmuję z torby kanapkę z indykiem, kiwając głową na Deana Shepherda, który kładzie swoją tacę obok Chloe. Na początku roku Dean zaprosił ją na szkolny bal i od tamtej pory bynajmniej nie kryje się z tym, że chciałby z nią chodzić.
– Idziesz w piątek na tę imprezę u Emily Cerato? – pyta, odbijając kapsel z butelki doktora Peppera i oferując jej pierwszy łyk.
Chloe wzrusza ramionami, zawzięcie obierając klementynkę.
– Myślałam o tym – przyznaje. – A ty?
Umyka mi jego odpowiedź – i, na szczęście, również większość monologu Jacoba o tym, że Emily i jej koleżanki z zespołu tanecznego to ostre laski – bo na drugim końcu sali dostrzegam Bexa przycupniętego na scenie obok pani Klein. Pani Klein to nowa biolożka, która przyszła do nas we wrześniu. Jest dość młoda, tak pod trzydziestkę. Ma ciemne kręcone włosy i okulary, a w szafie chyba same szmizjerki z Banana Republic. Siedzi ze skrzyżowanymi nogami w butach na drewnianym słupku i wyjada z kubeczka jakiś wyszukany jogurt, podczas gdy Bex śmieje się z czegoś, co powiedziała.
Chloe rzuca we mnie skórką klementynki.
– I kto tu się gapi – drwi, wskazując głową w kierunku sceny.
– Nieprawda! – protestuję szeptem.
– Uhm. Wytrzyj się, bo się ślinisz – rzuca ze śmiechem.
– Nic nie poradzę. – Wzdycham teatralnie. – Wiesz, że mam słabość do facetów w chinosach. – Ponownie zerkam na Bexa i panią Klein. – Myślisz, że oni ten teges? – Skłamałabym, twierdząc, że ani mnie, ani Chloe zupełnie nie obchodzi życie miłosne naszego nauczyciela od angielskiego.
– Co? – Chloe kręci energicznie głową. – Nie.
– Czemu? Pani Klein jest całkiem ładna.
– No, może – przyznaje bez przekonania. – Jak prezenterka telewizyjna z byle pipidówy.
– Pukałbym – wtrąca usłużnie Joey.
– Nikt cię nie pytał, Joe – karcę go i odwracam się do Chloe. – Tylko mówię: długie noce spędzane nad wypracowaniami, romantyczne spojrzenia wymieniane w pokoju nauczycielskim…
– Rany boskie! – Chloe wrzuca do ust cząstkę klementynki. – Czy to aby nie twoja fantazja? – pyta. – Na pewno chcesz być dziennikarką? Bo chyba minęłaś się z powołaniem i powinnaś pisać romanse.
– To jest dziennikarstwo! – protestuję ze śmiechem. – Poważne dziennikarstwo śledcze ujawniające tajniki nikomu dotąd nieznanego życia miłosnego naszych nauczycieli, największego skarbu narodowego Ameryki.
– Powodzenia – prycha Chloe, chowając kawałki skórki do papierowej torby. – Ale na mnie nie licz. Mam dziś dentystę, więc muszę wyjść wcześniej. Ogarniesz sama spotkanie?
W tym roku to my, Chloe i ja, jesteśmy odpowiedzialne za „Błysk”, naszą szkolną gazetkę, i niemal każdą wolną chwilę spędzamy w pokoju redakcyjnym z Bexem i resztą ekipy, garbiąc się przed powolnymi komputerami lub pokładając na obszarpanej, zapadniętej kanapie.
– Ta, pewka. Napiszę do ciebie wieczorem. – Macham jej na pożegnanie i odwracam się do Jacoba, który kończy już drugą kanapkę z kurczakiem. – A ty? Chcesz iść na imprezę do Emily?
– No – mówi, wzruszając ramionami i otwierając paczkę oreo. – W sumie czemu nie?
– Nie wiem – odpowiadam, zagryzając słodki popcorn. – Myślałam, że może wybralibyśmy się do kina na ten film, o którym ci ostatnio opowiadałam, ten o siostrach, które dostają w spadku dom.
– Ten historyczny? – pyta, marszcząc czoło. – Nie wolałabyś go zobaczyć z Chloe albo z mamą?
Unoszę wymownie brwi.
– Innymi słowy: prędzej wydłubałbyś sobie oczy, niż go obejrzał?
– Nic takiego nie powiedziałem – protestuje Jacob i próbuje mnie udobruchać ciastkiem. – Jeśli chcesz, możemy na niego iść.
– Dobra, dobra. – Wiem, że Jacob mówi szczerze, porządny z niego gość, ale nie ma sensu ciągnąć go na babski film, na którym zanudzi się na śmierć. – Niech ci będzie. Możemy iść na imprezę.
Jacob kiwa ochoczo głową, po czym wskazuje przez moje ramię na Bexa, który krąży po stołówce niczym pan młody na weselu i wszystkich zabawia – od kujonów z kółka dyskusyjnego po mięśniaków z drużyny futbolowej.
– Twój chłopak tu idzie – mówi. – Mam go spytać, czy posuwa panią Klein?
– Weź – zżymam się, rzucając w niego popcornem. – To ohydne. Poza tym jestem pewna, że nic takiego nie sugerowałam. – Mimo to coś mi mówi, że gdyby Jacob zapytał go wprost, czy spotyka się z panią Klein, Bex pewnie powiedziałby nam prawdę. To jedna z rzeczy, które w nim lubię – w przeciwieństwie do niektórych nauczycieli nawet nie próbuje robić tajemnicy ze swojego życia prywatnego. Zachowuje się jak normalny człowiek. Na przykład ostatnio opowiedział nam na lekcji, że w drodze do pracy dostał mandat za przekroczenie prędkości po tym, jak zaspał, bo balował do późna w Bostonie na imprezie na cześć przyjaciela, który wydał swój zbiór opowiadań. A kiedy robili nam w szkole zdjęcia do albumu, przyniósł własną księgę pamiątkową, żebyśmy mogli się pośmiać z jego frajerskich muszelkowych naszyjników z zeszłej dekady i postawionych na żel włosów.
Teraz przystaje na chwilę przy naszym stoliku, żartując z Deanem i podpytując Jacoba o pewną zagrywkę z wczorajszego meczu. Sezon lacrosse właściwie jeszcze się nie zaczął, ale nasza drużyna jest naprawdę dobra, więc dostała specjalne pozwolenie na udział w rozgrywkach halowych i korzystanie ze szkolnych autobusów podczas meczów wyjazdowych. Wszyscy traktują lacrosse’owców, jakby byli jacyś wyjątkowi. Ja w sumie też, ale szczerze mówiąc, wkurza mnie to, że najwyraźniej są tego świadomi.
– Załapał się pan na kanapkę? – pytam Bexa.
– Pewnie – odpowiada, kiwając głową, po czym sięga mi przez ramię i częstuje się garścią popcornu.
– Hola! – protestuję, choć wcale nie mam tu tego za złe.
Bex tylko wzrusza ramionami.
– Podatek szkolny – oświadcza z szerokim uśmiechem. – Z pretensjami do Kongresu.
Wyciągam rękę po torbę, ale on unosi ją wysoko i śmieje się z moich żałosnych prób jej dosięgnięcia.
Nagle ze sceny na drugim końcu stołówki dobiega głośne chrząknięcie.
– Panie i panowie, proszę o uwagę – mówi dyrektor DioGuardi, podpierając się pod boki pięściami jak kulturysta z kreskówki. Dawniej był nauczycielem wuefu i nadal trochę go przypomina z tymi muskularnymi przedramionami i szerokim torsem o kształcie odwróconego trójkąta, ukrytym pod bordową koszulą. Z szyi zwisa mu gwizdek, którym zaprowadza porządek na apelach i wiecach sportowych, a także czasem, dumając, wkłada go do ust niczym smoczek. W zeszłym roku na halloween cała drużyna lacrosse przebrała się za niego.
– Jeśli mogę wam zająć chwilę, to chciałbym powrócić do waszego i mojego ulubionego tematu, czyli do zasad dotyczących ubioru! – oznajmia.
– Chryste Panie – jęczy Bex, ale tak cicho, że nikt poza mną go nie słyszy. Ściska mnie lekko za ramię, po czym przechodzi na przód stołówki. – Znowu to samo.
Odprowadzam go wzrokiem nieco zaskoczona – nieczęsto się zdarza, by nauczyciel pozwalał sobie na taką bezceremonialność, nawet ktoś tak wyluzowany, jak Bex. Ale z drugiej strony DioGuardi naprawdę przesadza z tym swoim regulaminem. Nigdy nie miałam problemu z noszeniem mundurka – przynajmniej nie trzeba się codziennie głowić, w co się znów ubrać – ale ostatnio DioGuardi popadł w istną obsesję i właściwie co tydzień wymyśla nowe zasady: od długości spódniczek po makijaż i wielkość kolczyków. Przy czym jakoś nigdy nie dotyczą one chłopaków.
Spoglądam na Jacoba, ale on tylko wślepia się w telefon i zupełnie niewzruszony przegląda pod stołem Instagram,.
– Znowu to samo – powtarzam za Bexem i rozsiadam się, szykując się na tyradę.

***

Po południu siedzę w pokoju redakcyjnym na archaicznej kanapie, głowiąc się nad zadaniem z matematyki, gdy w drzwiach staje Bex. Jest już po siedemnastej, nasze spotkanie skończyło się dwie godziny temu, ale utknęłam w szkole, czekając na mamę.
– Cześć – rzuca, zerkając na zegar nad tablicą. – Ma cię kto podwieźć?
– Tak – odpowiadam.
Ma na sobie kremową skórzaną kurtkę, a jego ciemne włosy zawijają się uroczo na kołnierzu. Po szkole krąży plotka, że Bex opłacił studia magisterskie, pracując jako model. Podobno rok temu jakiś czwartoklasista wygrzebał w sieci jego stare fotosy, choć ani ja, ani Chloe nie potrafiłyśmy ich znaleźć. Ale teraz jestem skłonna w to uwierzyć.
– Mama zaraz powinna być. Znaczy się, mam prawko, ale… w domu jest tylko jeden samochód. A moja młodsza siostra ma dziś te swoje szachy. – Wzruszam ramionami.
– Szachy? – dziwi się Bex.
– Tja, jest mistrzynią Massachusetts w szachach – wyjaśniam z lekkim zażenowaniem. – Pobiera lekcje u takiego jednego zrzędliwego staruszka w Brookline. Normalnie przyjechałby po mnie tata, ale jest na zebraniu, a Chloe ma wizytę u dentysty, więc… – Gryzę się w język. Nie wiem, czemu właściwie zanudzam go tymi wszystkimi logistycznymi szczegółami. – W każdym razie mam jak wrócić.
– Daj spokój – mówi z uśmiechem, wskazując brodą w kierunku parkingu. – Podrzucę cię.
– Och. – Kręcę odruchowo głową, naciągając na dłonie gryzące rękawy niebieskiego swetra od mundurka. – Nie, dziękuję, nie trzeba.
Bex wzrusza ramionami.
– Nie proponowałbym, gdybym nie chciał – rzuca swobodnie. – Zaraz zostaniesz tu sama z panem Lyle’em.
Pan Lyle to nasz woźny, który ma jakieś dwa metry wzrostu i prawie tyle samo w klacie. Za plecami wszyscy mówią na niego Hodor.
– No już, zbieraj rzeczy.
Patrzę przez okno na niebo gasnące fioletem za sosnami, potem znów na Bexa.
– Okej – zgadzam się wreszcie, tłumiąc dreszcz ekscytacji, i sięgam po plecak. – Dziękuję.
Piszę do mamy, żeby się po mnie nie fatygowała, i wychodzę za Bexem na pusty korytarz. W drodze na parking dla nauczycieli wyjaśniam mu, gdzie mieszkam. Bex ma zdezelowanego jeepa z odłażącą naklejką Berniego Sandersa na zderzaku. W środku pachnie kawą, a na tylnym siedzeniu zalega jego sportowa torba. Kiedy odpala silnik, wnętrze auta wypełnia łzawy, gitarowy indie folk – zdaje się, że Bon Iver, ale w sumie znam tylko ich.
– Wiem, jestem parodią samego siebie – stwierdza Bex, wskazując głową radio, gdy wyjeżdżamy z parkingu. – Brakuje mi tylko długiej, gęstej brody.
– Nie, jest spoko – mówię z rozbawieniem. – Ja też lubię moknąć na deszczu i zalewać się łzami.
Wybucha głośnym śmiechem.
– Moja eks też tak mówiła – wyznaje. – Nazywała to muzyką dla żałobników.
Również się śmieję, choć na dźwięk słów „moja eks” lekko mną wstrząsa, jakby kopnął mnie prąd. Zastanawiam się, jaka była – czy ładna? Ale przede wszystkim, dlaczego się rozstali?
O dziwo, jak na nauczyciela, Bex zawsze był bardzo otwarty i wyluzowany, przez co rozmowa sama się nam kleiła, i teraz, kiedy zmierzamy w moje okolice, także zaskakująco łatwo nam się rozmawia: o DioGuardim i jego regulaminie, ale też o koncercie, na którym Bex był niedawno w Bostonie i cyklu spotkań autorskich organizowanych w księgarni na Harvardzie, na które jego zdaniem powinnam się wybrać.
– No więc ty i Jacob Reimer? – pyta nagle, ściszając muzykę, gdy przejeżdżamy przez VFW Parkway obok dyskontu Stop & Shop i sklepu zoologicznego PetSmart. – Wygląda na spoko kolesia.
– Och!
Kto mu to powiedział? – myślę osłupiała, a moja twarz chyba to zdradza, bo Bex patrzy na mnie wielkimi oczami i z równie przerysowaną zaszokowaną miną układa usta w idealnie okrągłe O.
– Wiem to i owo – wyjaśnia, szczerząc zęby w uśmiechu. – Myślicie, że my, nauczyciele, jesteśmy głusi i ślepi, i tylko snujemy się jak te dinozaury po korytarzach, nie mając o niczym pojęcia.
– Skąd! Wcale tak nie myślę!
Bex wykrzywia usta.
– Taa, jasne.
– Naprawdę – upieram się, lekko chichocząc. – Ale tak, Jacob jest super.
– To dobrze – mówi. Ogląda się przez ramię i zjeżdża na pas do skrętu, długimi palcami nonszalancko przytrzymując kierownicę jedynie od dołu. – Większość chłopaków z liceum to zwykłe pętaki. Bardzo słusznie, że nie zadowalasz się byle kim.
Przyjemne, nieznane dotąd ciepło rozlewa się rumieńcem po mojej piersi i wspina w górę dekoltu. Jak to dobrze, że mam szalik.
– Dziękuję – mówię, bezskutecznie szarpiąc zacinający się suwak przy zewnętrznej kieszeni plecaka.
– Cóż… – Wzrusza ramionami. – Taka prawda.
Potakuję i widząc, że już dojeżdżamy, mówię:
– Yyy… to tutaj. – Wskazuję głową niewielki dom w stylu kolonialnym. – Jeszcze raz dziękuję za podwózkę.
– Drobiazg.
– Do zobaczenia jutro – rzucam, ciągnąc za klamkę, i już chcę wysiąść, gdy nagle słyszę:
– Hej, Marin! – Czuję na ramieniu jego dłoń i przyjemne mrowienie pnące się po kręgosłupie, które wprawia cały mój szkielet w cudowne drżenie. – Na wszelki wypadek lepiej nie mów nikomu ze szkoły, że cię podwiozłem.
– Och – dukam zaskoczona. – Okej.
– Tam, gdzie ostatnio pracowałem, wyglądało to inaczej. To była szkoła z internatem, więc na okrągło podwoziłem uczniów. Właściwie co tydzień wpadali do mnie na kolację. Ale tutaj… – Zawiesza głos. – Obowiązują inne zwyczaje.
– Nie, nie, wszystko jasne. – Nie wiedziałam, że zanim trafił do Bridgewater, uczył w szkole z internatem. Nagle, nie wiedzieć czemu, ogarnia mnie zazdrość o te wszystkie dzieciaki, które u siebie gościł. – Będę milczeć jak grób.
– Dzięki, partnerko – rzuca z nieśmiałym uśmieszkiem. – Miłego wieczoru.
– Wzajemnie! – Zamykam lekko drzwi i stojąc na pogrążonym w mroku trawniku, macham mu głupkowato na pożegnanie, aż w końcu jeep znika mi z oczu.

o książka, którą warto umieścić w szkolnych bibliotekach.
 
Powiem Wam tak: tak jak książka "Seks w wielkim mieście" totalnie nie wyszła (serial jest o niebo lepszy), tak współpraca z Katie Cotugno idealnie się udała Candance Bushnell. Czytało się z przyjemnością i lekkością, a temat, choć trudny, był łatwo przyswajalny oraz dawał jasny przekaz - nie ma żadnych zasad, według których dziewczynki muszą być wychowowywane i zyc w społeczeństwie. Każda z nas może być tym, kim chce i żyć tak, jak chce.

Książka napisana jest bardzo młodzieżowo, co w tym wypadku uważam za jej ogromną zaletę – dzięki temu podjęte treści zaprezentowane są w bardzo przystępny sposób – nawet, jeśli są niełatwe. Nie znaczy to jednak, że książka jest nastawiona jedynie na trudności w dorastaniu – nie zabrakło tutaj również odrobiny humoru czy luzu dnia codziennego, zwyczajnego żywota. Bardzo dobrze się to czyta, bo – przyznam wam szczerze – bałam się, że książka będzie przytłaczająca i utrzymana w raczej depresyjnym klimacie, a tutaj… przywitała mnie miła niespodzianka. Co więcej – nie raz się przy niej wzruszyłam! 

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ