Powieść obyczajowa
Pozory mylą
26,99 zł
26,99
KUP TERAZ

Pozory mylą

brak opinii
Liczba stron: 384
ISBN: 9788327652348
Premiera: 2020-11-09

Cort Grier nie jest zwyczajnym ranczerem. Mimo pokaźnej fortuny nadal pracuje fizycznie na farmie, czego nie można powiedzieć o jego świeżo upieczonej nieznośnej sąsiadce, Minie Michales. Zapalczywa, śliczna Mina budzi w nim mieszane uczucia – drażni go, lecz zarazem zachwyca, rozbudzając w nim emocje, które jak sądził dawno już pogrzebał. Cort wie jednak, że zakochując się w dziewczynie z miasta, może się sparzyć...
Mina, autorka bestsellerowych powieści, nie spodziewała się, że los postawi na jej drodze mężczyznę w rodzaju tych, o których sama pisze. Zabójczo przystojny i męski Cort wydaje się postacią rodem z książki – jest uparty i mrukliwy jak typowy kowboj, i zawzięcie broni dostępu do swojego serca...

Diana Palmer
Diana Palmer, a właściwie Susan Spaeth Kyle napisała pierwszą powieść w 1979 roku. Wcześniej przez szesnaście lat pracowała jako dziennikarka w dziennikach i tygodnikach. Wydała ponad dziewięćdziesiąt książek, które przetłumaczono na wiele języków. Zdobyła siedmiokrotnie nagrodę Waldenbooks National Sales, czterokrotnie B. Dalton National Sales Award, dwukrotnie BookRack National Sales Award i wiele innych (Lifetime Achievement Award, Affaire de Coeur, RWA). Jest członkinią wielu towarzystw i zrzeszeń – Native American Rights Fund, American Museum of Natural History, National Cattlemen’s Association, Archeological Institute of America, Planetary Society, Georgia Conservancy, Georgia Sheriff’s Association i wielu organizacji dobroczynnych. Od 1972 roku jest żoną Jamesa Kyle’a, z którym ma jednego syna. W wieku czterdziestu pięciu lat wróciła na uczelnię, by uzupełnić wykształcenie. Ukończyła historię, archeologię i filologię hiszpańską. Namówił ją do tego mąż, który porzucił karierę urzędnika, ukończył studia informatyczne i założył firmę komputerową. W 1998 roku porzucił ten zawód i poświecił się karierze sportowej. Zdobył liczne nagrody i medale na lokalnych, krajowych i międzynarodowych zawodach w strzelaniu do rzutków. W wolnym czasie Susan uprawia ogródek, czyta książki z dziedziny archeologii i antropologii, słucha muzyki. Uwielbia iguany.

ROZDZIAŁ PIERWSZY


Dla Corta Griera życie już dawno straciło smak.
Na wielkim ranczu w zachodnim Teksasie hodował byki rozpłodowe rasy santa gertrudis. Był dojrzałym mężczyzną, miał trzydzieści trzy lata i stanął u progu nowych wyzwań, które nadadzą sens jego życiu. A najważniejszym z tych wyzwań było założenie rodziny, o czym marzył już od dłuższego czasu.
Jego ojciec ożenił się powtórnie i zamieszkał w stanie Vermont, bracia, z wyjątkiem jednego, byli żonaci i mieli dzieci, a Cort pragnął pójść w ich ślady.
Dotąd przeżył sporo miłostek, w tym kilka niezobowiązujących związków, które utwierdziły go w przekonaniu, że kobiety interesują się wyłącznie jego fortuną. Ostatnia, z którą się spotykał, była piosenkarką. Wręcz roześmiała mu się w twarz, gdy wspomniał o dzieciach. Oznajmiła, że też wkroczyła w najważniejszy, najbardziej twórczy okres swego życia, i zamierza skupić się na karierze. Ani myślała zamieszkać na cuchnącym ranczu w Teksasie i wychowywać czeredę bachorów. Przyznała też, że nie jest pewna, czy kiedykolwiek zdecyduje się na dziecko.
Mimo tego typu zgrzytów, Cort wręcz nałogowo uwielbiał kobiety i przez wiele lat z zapałem smakował ich wdzięki. Co prawda nigdy nie zabiegał o opinię playboya, ale przez jego sypialnię przewinął się cały tabunek urodziwych pań. Szkopuł w tym, że owe panie szybko traciły powab nowości i w oczach Corta stawały się niemal identyczne. Podobnie wyglądały, tak samo czuł się w ich towarzystwie, to samo miały do powiedzenia. Być może, tłumaczył sobie, znużyły go już te rozkoszne igraszki. Z natury był realistą, a nawet cynikiem, więc patrzył na życie bez złudzeń, a wraz z upływem lat jego cynizm tylko się pogłębiał. Obecnie znajdował się na takim etapie życia, że więcej radości sprawiało mu prowadzenie rancza, niż uganianie się za panienkami w El Paso.
Co ciekawe, właśnie ranczo okazało się zaporą nie do przebycia dla jego potencjalnych wybranek. Każda z nich reagowała z entuzjazmem, kiedy wspominał o wielkich stadach bydła santa gertrudis, gdy jednak zjawiała się na ranczu, docierało do niej, że zwierzęta są brudne i cuchną, a zachwyt mijał bez śladu. Nawiasem mówiąc, zatrudniani przez Corta kowboje też nie grzeszyli czystością, a jedna ze ślicznotek omdlała, gdy zobaczyła, jak pracownik wyciąga cielaka z brzucha rodzącej matki.
Żadnej z tych kobiet nie mieściło się również w głowie, że mogłaby zamieszkać tak daleko od miasta. Szczególną przeszkodą było przebywające w pobliżu bydło, drażniły je też hałaśliwe maszyny gospodarcze. Natomiast gdyby w grę wchodził apartament przy Park Avenue w Nowym Jorku, to jak najbardziej tak. Mile też byłaby widziana biżuteria od Tiffany’ego oraz kreacje od najmodniejszych projektantów. Ale bydło? Nigdy, przenigdy!
Z drugiej strony Cort nie przepadał za tak zwanymi dziewczynami z sąsiedztwa. Zresztą kiedy był młodszy, w okolicy z trudem można było się ich doszukać. Większość ranczerów miała synów, i to nawet liczne gromadki, ale dziewczyn było jak na lekarstwo.
Zarazem zdawał sobie sprawę, że tylko kobieta, która wychowała się na ranczu, potrafi docenić uroki takiego życia. Musiał to być ktoś, kto uwielbia spędzać czas na świeżym powietrzu, lubi zwierzęta i komu niestraszne są związane z wiejskim życiem niedogodności, znoje i trudy. Doszedł więc do nieuchronnego wniosku, że szukanie wybranki w ekskluzywnych dzielnicach metropolii nie jest najlepszym pomysłem i powinien rozejrzeć się po okolicy. O ile w ogóle była tu jakaś wiejska dama godna jego uwagi.
Kiedyś poznał w Georgii młodą i atrakcyjną kobietę. Bawił wówczas u Connora Sinclaira, multimilionera, który miał tam dom nad jeziorem. Urodziwa Emma wyróżniała się specyficznym poczuciem humoru, co przykuło uwagę Corta. Przyłapał się na tym, że naprawdę jej słucha, zamiast tylko podziwiać jej urodę, co zdarzało mu się bardzo rzadko. Emma pracowała jako asystentka Connora, ale Cort szybko wyczuł, że tych dwoje łączy coś więcej. A bystry i zazdrosny Connor z chirurgiczną precyzją odseparował Corta od Emmy i dopilnował, by już nie mieli okazji się spotkać. Jakiś czas później Cort dowiedział się od swojego brata, Casha Griera, który był szefem policji w Jacobsville w południowym Teksasie, że Connor poślubił Emmę i doczekali się syna. A Cort przez cały ten czas szukał okazji, by ponownie dotrzeć do Emmy i odbić ją zaborczemu pracodawcy. Jednak przespał sprawę, lub też, co bardziej prawdopodobne, po prostu nie miał u zakochanej w Connorze Emmy żadnych szans. Natomiast ona jeszcze bardziej zyskała w jego oczach, bo stała się niedosiężnym ideałem. Wciąż rozpamiętywał jej błyszczące inteligencją i humorem oczy, niezapomniane riposty, życzliwość, urodę i niewymuszony wdzięk. Efekt był taki, że gdy zestawił z Emmą te wszystkie kobiety, które dotąd przewinęły się przez jego życie, to żadna z nich nie mogła się z nią równać. A już najgorsze było to, że oczy tych ślicznotek błyszczały nie inteligencją i życzliwością, ale żądzą dolarów i brylantów.
Wtedy dotarło do niego, jak bardzo puste jest jego życie, i poczuł się rozpaczliwie samotny. Owszem, ranczo wciąż było dla niego ważne, ale przestawało mu już wystarczać. Utknął tu i czuł, że musi wyjechać stąd na jakiś czas, zafundować sobie wakacje.
Skontaktował się z Bartem Riddle’em, dalekim kuzynem mieszkającym w Catelow w stanie Wyoming, i poprosił go, by przyjął go do pracy jako prostego kowboja, oczywiście incognito. Gdy wyjaśnił mu swoją sytuację, rozbawiony kuzyn oznajmił:
– Jeżeli chcesz sobie zrujnować zdrowie, uganiając się za bydłem i kopiąc doły na słupy do ogrodzenia, to czekam na ciebie niecierpliwie.
Mógł też zadzwonić do innego kuzyna, Cody’ego Banksa, szeryfa w hrabstwie Carne w stanie Wyoming. Ale Banks mieszkał w mieście, no i nie miał rancza, a Cort chciał pracować fizycznie. Postanowił, że odwiedzi Cody’ego, gdy nadarzy się taka okazja.
Z Bartem spotkał się na lotnisku. Uścisnęli sobie dłonie, a kuzynowi uśmiech nie schodził z ust.
c Jesteś właścicielem jednego z największych rancz w Teksasie, a mimo to chcesz u mnie pracować jako prosty kowboj? – upewnił się, przyglądając mu się z rozbawieniem.
– Po prostu znudziło mi się występowanie w roli chodzącej i gadającej skarbonki, a tak właśnie postrzegają mnie kobiety – odparł Cort, gdy wychodzili z lotniska. W jednej ręce niósł walizkę, w drugiej torbę z bagażem podręcznym i garnitur w pokrowcu.
– O rany, zazdroszczę ci takich problemów – wyznał Bart. – Jestem starszy od ciebie, już dawno pożegnałem się z młodością. Nie szastam pieniędzmi, gospodarzę po kawalersku. – Roześmiał się. – Wygląda na to, że już do końca życia będę mieszkać z psami i kotami.
– Zaraz, zaraz… – Zaintrygowany Cort spojrzał na niego. – Co słychać u pani weterynarz, z którą się kiedyś spotykałeś?
– Wzięła ślub i z mężem przeniosła się do Arizony.
– Przykro mi.
– Cóż, takie życie. – Bart wzruszył ramionami. – Mam dość uganiania się za spódniczkami. Owszem, jest w moim życiu kobieta, ale to przyjaciółka, można powiedzieć, jakby młodsza siostra. – I dodał z uśmiechem: – Zajmuje się literaturą, tworzy powieści.
– W zachodnim Teksasie nie brakuje pisarek – w zadumie powiedział Cort. – Takich zapowiadających się. Ale jakoś żadna z nich nie może nic opublikować.
– Ta nie ma z tym problemów, a jej ostatnia książka znalazła się na liście bestsellerów USA Today.
– Nieźle. A na listę New York Timesa też się wdrapała?
– Nie, ale od wydania książki minęło niewiele czasu. Naprawdę jest utalentowana.
– Jakiego powieści pisze?
– Romanse.
– Aha, słodziutkie i zakrapiane łezką historyjki – zadrwił Cort.
– Nie do końca. – Stanęli przy dużym czarnym pikapie Barta. – Wsiadaj. Ten staruszek być może dowiezie nas do domu. W każdym razie zakładam, że przynajmniej doturla się do połowy drogi.
Cort przyjrzał się wgnieceniom w karoserii i miejscom z obdrapaną farbą.
– Do czego używasz tego wozu? Zganiasz nim bydło z pastwiska?
– Służy mi do różnych celów. Mam drugi samochód, który prezentuje się trochę lepiej, ale oddałem go do warsztatu, bo pojawił się mały problem.
Cort wrzucił bagaże do auta, wskoczył na fotel pasażera i zamknął drzwi.
– Jakiego rodzaju problem? – zainteresował się, sięgając po pas bezpieczeństwa.
– Ktoś przypadkiem walnął w drzwi łyżką do zmiany opon.
– Przypadkiem? – zdumiał się Cort. – No dobra, jak było naprawdę?
Bart wyraźnie się speszył. Z niepewną miną uruchomił silnik, wyjechał z parkingu i mruknął:
– To długa historia.
– Mamy dużo czasu, słucham z zapartym tchem – upierał się rozbawiony Cort.

Wyoming zachwycał bogatą florą, w przeciwieństwie do rodzinnych stron Corta, gdzie dominowały tereny pustynne, górskie szczyty i sól. Szczęśliwie jego ranczo leżało na terenach, gdzie opady były nieco obfitsze niż w dalszej okolicy, więc nie miał problemów z paszą. Ale tak czy inaczej Catelow to całkiem coś innego. Sprawiało wrażenie, jakby deszcz co rusz zraszał ziemię, a mijane tereny wprost pyszniły się jaskrawą zielenią.
– Ładne pastwiska – zauważył Cort.
– To pozory, pasza jest u nas piekielnie droga. Rzadko tu pada deszcz, dlatego tak ważne są wody roztopowe. Szkopuł w tym, że w ostatnich latach opady śniegu też były skąpe. Ale jak komuś nie brak gotówki, może dogadzać swojemu bydłu, ot, choćby ten facet – wskazał mijane ranczo – to milioner. Ma rancza nie tylko tutaj, ale również w Montanie, a nawet wielką posiadłość w Australii. Nazywa się Jake McGuire.
– Znam go – odparł Cort. – Poznaliśmy się przed trzema laty na zjeździe hodowców bydła w Denver.
– To porządny gość. Można na niego liczyć w potrzebie. – Bart ciężko westchnął. – Kiedy masz forsę, stać cię i na paszę, i na działalność dobroczynną. Ale co ja tam wiem.
– Nie narzekaj, powodzi ci się całkiem nieźle – zauważył Cort, a w jego oczach zatańczyły wesołe błyski.
– Znam się na prowadzeniu rancza. – Bart wzruszył ramionami. – Tylko nie mam głowy do budżetu i rachunków.
– Więc się ożeń z księgową.
– Marzenie ściętej głowy. Dobra księgowa zawsze znajdzie pracę w mieście.
– Nigdy nie wiadomo, nie trać nadziei.
– Tak, tak… – Bart znów ciężko westchnął, po czym powiedział: – Muszę zatrzymać się w mieście i odebrać ze sklepu kilka lizawek solnych dla bydła.
– Zaczekam w samochodzie, chyba że mam pomóc przy załadunku.
– Sklep z paszami prowadzą Callisterowie. Właścicielem jest McGuire, a oni go dzierżawią. Zatrudniają krzepkich chłopaków, którzy pomagają klientom w załadunku.
– Ci Callisterowie? – zainteresował się Cort. – Z Montany?
– Tak, to oni. Najmłodszy syn, John, ożenił się z Sassy, która kiedyś pracowała w tym sklepie, i zakotwiczył tu na stałe. Mają syna. Na rodzinnym ranczu w Montanie został brat Johna, Gil, razem z żoną i dziećmi.
– To nie ranczo, tylko imperium – skwitował Cort.
– Zgadza się. A wiesz, kto jest ojcem chrzestnym żony Gila? K.C. Kantor.
– Aha, to ten milioner, który dorobił się fortuny jako najemnik. Brał udział w iluś tam wojnach w Afryce.
– Ciekawa rodzinka – podsumował Bart i zaczął hamować. – Jesteśmy na miejscu. – Sklep z paszami znajdował się niedaleko głównej ulicy Catelow. – Sekunda i jestem z powrotem – dodał Bart.
Cort rozejrzał się wkoło. Catelow przypominało mu niewielkie miasteczko niedaleko El Paso, w którym przez pewien czas mieszkał. Jedyną różnicę stanowiła zieleń. Tu rosło więcej drzew, niektóre były imponujących rozmiarów. Z lektur na temat Catelow zapamiętał nazwę gatunku – była to sosna wydmowa.
Pomyślał, że chętnie rozprostowałby nogi. Zanim wysiadł, kruczoczarne włosy ukrył pod stetsonem w kolorze kremowym i przekrzywił go na bok. Kiedy stanął na chodniku, przechodzące kobiety aprobująco zerkały na niego. Był wysokim mężczyzną o mocnej budowie ciała – długonogim, szczupłym w biodrach, za to szerokim w barach. Z taką prezencją mógłby zrobić filmową karierę, gdyż nie tylko wyróżniał się wspaniałą sylwetką, ale i twarzą twardziela, która wzbudzała powszechną uwagę. Takiej charyzmy mógłby mu pozazdrościć niejeden gwiazdor. Kobieta, na którą spojrzał, miała poczucie, jakby prócz niej nie istniała żadna inna. Kiedy mu na tym zależało, potrafił być naprawdę czarujący.
Zerknął na swoje zakurzone i oblepione krowim łajnem buty. Tuż przed wyjazdem do Catelow wybrał się na pastwisko, żeby obejrzeć niedomagającego byczka. Ale ze mnie łajza, pomyślał. Powinienem w podróż zabrać czyste obuwie.
Chodnikiem nadchodziły dwie kobiety.
– Nigdy bym nie pomyślała, że doczekamy się w mieście takiego sklepu – powiedziała jedna z nich do nieco wyższej koleżanki. Kasztanowe włosy z jaśniejszymi kosmykami miała upięte w kok. – Mają tu przeróżne, nawet najbardziej egzotyczne rodzaje włóczki. W sam raz do robienia na drutach…
– Robienie na drutach – parsknął Cort, gdy go mijały.
Kasztanowłosa obrzuciła go zdziwionym spojrzeniem. Twarz miała sympatyczną, ale niezbyt urodziwą. W ogóle się nie malowała. Szkoda, pomyślał. Gdyby choć trochę się postarała, mogłaby wyglądać jak normalna kobieta. W sumie miała całkiem ładne usta, krągły podbródek, miłą dla oka karnację. Jednak ubrana była jak bezdomna, a mocno upięty kok nie dodawał jej urody.
W sposób ostentacyjny zmierzyła go wzrokiem od stół do głów. Cort czuł na sobie spojrzenie jej piwnych oczu, gdy lustrowała jego smukłą figurę i szczupłą opaloną twarz częściowo ukrytą w cieniu kowbojskiego kapelusza.
– Szanowny panie, gdybym paradowała w tak ohydnych buciorach, policzyłabym do dziesięciu, nim odważyłabym się skrytykować czyjeś hobby – skwitowała niby łagodnym, a tak naprawdę jadowitym tonem.
Cort uniósł brwi, po czym spytał radośnie:
– A buja się pani?
– To znaczy? – spytała, marszcząc brwi.
– Bujanie się na fotelu jest w pakiecie z robieniem na drutach, nieprawdaż? No wie pani, fotele bujane, te sprawy – prowokował.
Obrzuciła go jeszcze bardziej niechętnym spojrzeniem i wycedziła:
– Nie potrzebuję fotela bujanego, żeby robić na drutach!
– Aha, czyli robi to pani na stojąco. Ciekawe… Czyli buja się pani na obcasikach?
Jego niewątpliwa uroda i aksamitny głos sprawiły, że oblała się rumieńcem. Zła jak osa szykowała się do ciętej riposty, gdy ktoś ją zawołał:
– Mina! – Chodnikiem szedł w ich stronę uśmiechnięty Bart. – Uszanowanie panience – rzucił przyjaźnie.
Roześmiała się i jej twarz uległa cudownej przemianie. Nagle wydała się bardzo pociągająca wysokiemu kowbojowi, który jeszcze przed chwilą z takim zapałem drwił z niej.
– Cześć, Bart. Nie widziałam cię od pikniku kościelnego.
– Ostatnio mało się udzielałem towarzysko. No wiesz, nie mogę narażać tabunów napastujących mnie kobiet na zbytnie upokorzenia.
Brunetka, która dotąd w milczeniu przysłuchiwała się rozmowie, zareagowała śmiechem, a Bart obrzucił ją wesołym spojrzeniem.
– Śmiej się, śmiej – powiedział. – Ale dobrze wiesz, jak to jest. Wokół ciebie też kręci się niezły tabunek, tyle że facetów. Widziałem na własne oczy. Zresztą nic dziwnego, taka urocza czarnulka…
– Bart, daj spokój – odparła ze śmiechem. – Albo poskarżę się mężowi, że ze mną flirtujesz.
– Nie, tylko nie to. – Bart wyciągnął ręce w obronnym geście. – Jeszcze tego mi trzeba, żeby John Callister pogonił mnie ze strzelbą.
– Nie masz się czego obawiać – zapewniła Sassy Callister. – Potrzebuje buhaja, a ten twój bardzo mu się spodobał.
– Zauważyłem. Podziękuj mu ode mnie za zainteresowanie. O rany, przepraszam, nie przedstawiłem wam mojego teksańskiego kuzyna. Poznajcie Corta Griera. – Dostrzegł, że Mina nie uśmiechnęła się ani nie skinęła głową. – To Sassy Callister. – Wskazał brunetkę, odwrócił się do drugiej z pań, której oczy ciskały gniewne iskry, i dokończył prezentacji: – A to Mina Michaels.
Cort ani Mina nie odezwali się do siebie, tylko mierzyli się złym wzrokiem.
Dopiero Bart przerwał niezręczną ciszę:
– No dobrze, na nas już pora. Cort przed chwilą przyleciał z Teksasu i pewnie marzy o odpoczynku.
– Biedaczek, taki kawał drogi. Musiał się namachać skrzydłami. I co, rączki omdlewają? – spytała kąśliwie Mina.
– Nie tak jak twoje od robienia na drutach. – Znów omiótł spojrzeniem jej nieumalowaną twarz i pozbawioną fasonu kieckę. Nigdy nie był chamem, ale teraz coś w niego wstąpiło. Po prostu czepił się nieszczęsnej istoty uwielbiającej robótki ręczne, no i wypalił: – Zgaduję, że kobiecie o prezencji stracha na wróble albo modelki z lumpeksu pozostało tylko machać drutami. Życie towarzyskie to nie jest twoja mocna strona, prawda?
Reakcja była błyskawiczna. Mina z całej siły nastąpiła mu na stopę, Cort zaklął paskudnie, a ona oznajmiła słodziutko:
– To brutalna napaść. No już, gnaj, biedaczku, na posterunek, by zakuli mnie w kajdany za bandycki atak.
Cort szykował się do ostrej riposty, by roznieść agresorkę w pył, jednak Bart, który znał wybuchowy temperament kuzyna, wykręcił mu ramię i zaciągnął do samochodu.
– Musimy już lecieć. Do zobaczenia!

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ