Powieść obyczajowa
Wyzwolona
26,99 zł
26,99
KUP TERAZ

Wyzwolona

brak opinii
Liczba stron: 368
ISBN: 9788327654601
Premiera: 2021-05-05

Clancey Lang jest silną i samodzielną kobietą. Musi nią być, ponieważ nie został jej na świecie nikt poza młodszym bratem, którym opiekowała się już jako nastolatka.

Poprzysięgła też sobie, że nigdy w życiu nie będzie od nikogo zależna – a zwłaszcza od żadnego mężczyzny. Mimo to kusi ją, i to bardzo, by zwrócić na siebie uwagę swojego przełożonego, zabójczo przystojnego Coltera Banksa. Gdyby tylko zechciał na nią spojrzeć…

Tymczasem Coltera od dawna pociągają niedostępne kobiety. Jego asystentka Clancey działa mu wprawdzie na nerwy, ale ma w sobie to coś, czemu Colter nie potrafi się oprzeć. Coś, co coraz bardziej go fascynuje. Czyżby znowu zadurzył się w kobiecie, która nigdy nie pozwoli się zdobyć?

Diana Palmer
Diana Palmer, a właściwie Susan Spaeth Kyle napisała pierwszą powieść w 1979 roku. Wcześniej przez szesnaście lat pracowała jako dziennikarka w dziennikach i tygodnikach. Wydała ponad dziewięćdziesiąt książek, które przetłumaczono na wiele języków. Zdobyła siedmiokrotnie nagrodę Waldenbooks National Sales, czterokrotnie B. Dalton National Sales Award, dwukrotnie BookRack National Sales Award i wiele innych (Lifetime Achievement Award, Affaire de Coeur, RWA). Jest członkinią wielu towarzystw i zrzeszeń – Native American Rights Fund, American Museum of Natural History, National Cattlemen’s Association, Archeological Institute of America, Planetary Society, Georgia Conservancy, Georgia Sheriff’s Association i wielu organizacji dobroczynnych. Od 1972 roku jest żoną Jamesa Kyle’a, z którym ma jednego syna. W wieku czterdziestu pięciu lat wróciła na uczelnię, by uzupełnić wykształcenie. Ukończyła historię, archeologię i filologię hiszpańską. Namówił ją do tego mąż, który porzucił karierę urzędnika, ukończył studia informatyczne i założył firmę komputerową. W 1998 roku porzucił ten zawód i poświecił się karierze sportowej. Zdobył liczne nagrody i medale na lokalnych, krajowych i międzynarodowych zawodach w strzelaniu do rzutków. W wolnym czasie Susan uprawia ogródek, czyta książki z dziedziny archeologii i antropologii, słucha muzyki. Uwielbia iguany.

Rozdział 1

 

– Takiego pisma to nawet lekarz by nie odczytał – mruknęła Clancey, próbując rozszyfrować notatkę na marginesie skserowanej kartoteki.

– Co tam znowu mamroczesz? – zapytał Colter Banks, który stał właśnie w drzwiach.

Colter, strażnik Teksasu odpowiedzialny za stare, nierozwiązane sprawy w oddziale Departamentu Bezpieczeństwa Publicznego w San Antonio, był jej szefem. Wysoki, z szerokimi ramionami, wąskimi biodrami i długimi umięśnionymi nogami, wyglądał niesamowicie. Miał ciemnobrązowe włosy i bezdenne czarne oczy, którymi bacznie jej się przyglądał.

Podniosła głowę, a na jej owalnej twarzy malowała się niechęć. Odgarnęła z czoła kosmyk ciemnych falowanych włosów, wlepiła w szefa bladoszare oczy i pomachała przed nim kartką.

– Nie mogę tego odczytać.

– Jak chcesz, możesz złożyć wypowiedzenie… – zasugerował z nadzieją.

– Nie ma takiej opcji. Nie znalazłam żadnej innej pracy, a muszę coś jeść – odburknęła.

Wziął od niej akta i zaczął ze zmarszczonym czołem studiować notatkę przy jednym z zarzutów.

– Ha! – wykrzyknęła Clancey.

– Co za „ha”? – spytał, spoglądając na nią.

– Ty też nie wiesz, co tam naskrobałeś – zatriumfowała.

– Jasne, że wiem. – Podniósł brodę. – Sam to napisałem.

– No więc?

Znowu wlepił wzrok w kartkę. Musiał to rozgryźć, bo inaczej Clancey będzie się z niego nabijać do końca życia, ale kiedy próbował odcyfrować własne bazgroły, zadzwonił telefon.

– Muszę odebrać. – Z ulgą odrzucił kartkę na jej biurko.

– Ale masz wymówkę – odpowiedziała cicho.

Zerknął na nią i wyciągnął komórkę z pokrowca.

– Banks. – Słuchał przez chwilę z coraz poważniejszą miną. Spojrzał na Clancey, którą wciąż machała mu przed nosem aktami. Obrócił się do niej tyłem i powiedział: – Tak, nie ma sprawy. Wstąpię tam po drodze do domu. Do zobaczenia. – Włożył telefon do pokrowca i spojrzał wymownie na zegarek. – Muszę się spotkać z zastępcą prokuratora okręgowego w tej sprawie sprzed pięciu lat, nad którą pracuję. Podobno Morris Duffy, który jest podejrzewany o udział w zaginięciu Reeda, ma szansę na skrócenie wyroku o rok za dobre sprawowanie. Czyli może wyjść już niedługo. – Nie zauważył, że jego asystentka dziwnie na niego spojrzała i wyraźnie czymś się zmartwiła. – To mógłby być przełom, którego tak potrzebujemy. – Znowu rzucił okiem na zegarek. – Lepiej od razu pójdę. I tak niedługo kończymy służbę.

Clancey odzyskała panowanie nad sobą, zanim zerknął na nią.

– Nadal mi nie powiedziałeś, co tu nagryzmoliłeś – twardo nalegała, wskazując kartkę, a gdy rzucił jej gniewne spojrzenie, stwierdziła zadziornie: – To nie moja wina, że nie umiesz pisać. Twój nauczyciel kaligrafii pewnie odprowadził cię w ostatni dzień szkoły pod same drzwi autobusu, rozsypując radośnie confetti.

– Mam normalny charakter pisma! – Jeszcze bardziej spiorunował ją wzrokiem.

– No to co tu jest napisane? – nie dawała za wygraną.

– Popatrzę na to, jak będę miał chwilę, i potem ci powiem – odparł nonszalancko.

– Ha! Nie masz pojęcia, co tam napisałeś! – Uśmiechnęła się szeroko.

– Gdyby mi zależało, tobym to odczytał.

– Jak mam przepisać raport, skoro nie wiem, co tu napisałeś? – zapytała rezolutnie.

– Jak się tym zainteresują, to powiem, że miałaś napad demencji – odparł z poważną miną.

– Mam dwadzieścia trzy lata, a nie osiemdziesiąt! – odfuknęła.

– Tak? Myślałem, że dwadzieścia dwa.

– Tyle to miałam, jak zaczęłam tu pracować, ale wyobraź sobie, że w listopadzie to się nagle zmieniło. Nie wiem, czy wiesz, że wiek zmienia się co roku, a nie zostaje taki sam do końca życia.

Pominął tę sarkastyczną uwagę milczeniem. Założył biały kapelusz, nasuwając go bardziej na jedną brew, i powiedział:

– Gdyby ktoś dzwonił, to powiedz, że wracam dopiero jutro.

– Jak ktoś będzie miał do ciebie sprawę, to nie do mnie zadzwoni, prawda?

– Rozejrzyj się dobrze, to zobaczysz telefon stacjonarny. To ten antyk przyczepiony do ściany.

– No i dobrze, a ja mam swoją komórkę.

– Pewnie taką z przyciskami? – zapytał z sarkastycznym uśmiechem.

Spiorunowała go wzrokiem.

– Kupię sobie supersmartfona , jak tylko spłacę raty za jacht – odparła z przekąsem.

Odwrócił się, zanim zauważyła uśmiech na jego twarzy, i powiedział:

– No dobrze, Nasturcjo. Dobranoc.

– Nie jestem żadną Nasturcją!

– Skoro tak mówisz – mruknął, wychodząc. – Założę się o swoją odznakę, że nawet nie wiesz, co to jest nasturcja.

– Właśnie że wiem! – zawołała za nim, ale gdy zniknął jej z oczu, wyciągnęła z szuflady kieszonkowy słownik i sprawdziła to słowo.

Nasturcja to kwiat. Aha! Czyli może jednak nie nienawidził jej aż tak bardzo, jak jej się wydawało. Ironia losu, pomyślała. Jej pełne imię także oznaczało kwiatek. Stwierdziła, że pewnie nawet nie zwrócił na nie uwagi, czytając jej CV. W końcu to nie on, a przedstawiciel Departamentu Bezpieczeństwa przyjął ją do pracy.

Spojrzała na kartkę z wciąż nieodgadnionymi dopiskami i włożyła ją do szuflady, obiecując sobie, że następnego dnia przyciśnie szefa, żeby znowu spróbował jej z tym pomóc.

Tymczasem skupiła się na przepisywaniu raportów, które była w stanie odczytać.

 

Martwiła się o tę starą sprawę, nad którą pracował Banks. Nie wiedział, że zaginiony Dalton Reed był jej dziadkiem, a ona nie zamierzała mu o tym mówić. Nie miała ochoty rozmawiać z tym gburem o swoich prywatnych sprawach. Przyrodni brat Clancey, Morris Duffy, odsiadywał wyrok, ale i tak mógł zaszkodzić jej albo – co gorsza – jej młodszemu bratu, Tadowi. Groził, że to zrobi, jak go zamykali, i kazał jej siedzieć cicho. Miał na wolności kolegów, więc nawet zza krat mógł skrzywdzić Tada. Dlatego potraktowała jego groźbę poważnie i nic nikomu nie mówiła.

Zawsze podejrzewała Morrisa o zabójstwo dziadka, choć ciała nigdy nie odnaleziono. Jej dziadek cenił punktualność i jeśli umówił się z kimś na szóstą, przychodził na miejsce już o piątej czterdzieści pięć. Na pewno nie zostawiłby rodziny i pracy bez słowa wyjaśnienia. Chyba że ktoś go zabił.

Dalton Reed był kiedyś zastępcą szeryfa, ale nawet na emeryturze przychodził na posterunek w ramach wolontariatu. Potrafił pięknie grać na gitarze. Clancey schowała ją, kiedy Morris mieszkał u nich w domu, z obawy że ją sprzeda. W końcu nieraz wspominał, ile mógłby na niej zarobić. Chciał też położyć łapę na zabytkowym pistolecie dziadka, był to colt kaliber .45, i równie zabytkowej ręcznie robionej kaburze. Co ciekawe, broń i pokrowiec zniknęły w tym samym czasie co dziadek. Clancey początkowo myślała, że Morris mógł je sprzedać, ale te przedmioty miały wartość kolekcjonerską i wiele osób w San Antonio, w tym policjanci i pracownicy biura szeryfa, wiedzieli, do kogo należą. Morris nie byłby chyba na tyle nieostrożny, żeby wystawić je na sprzedaż.

Clancey kochała dziadka. Był jedyną dobrą osobą w tej nieszczęsnej rodzinie. Jej ojczym Ben hołubił Morrisa, który był jego synem z pierwszego małżeństwa, jak jakiegoś geniusza. Chronił go, pomagał mu za każdym razem, gdy wpadał w tarapaty, i nie przyjmował do wiadomości, że jego syn mógł zrobić coś złego. W oczach ojca młodszy syn, Tad, nie mógł się równać z Morrisem, więc zajmowała się nim jego przyrodnia siostra. Clancey pokochała go, gdy tylko się urodził. Ich matka, Diane, zmarła niedługo po narodzinach Tada, i od tego czasu Clancey opiekowała się nim razem z dziadkiem, dopóki on też nie zniknął z ich życia.

Tego dnia, gdy Dalton nie wrócił do domu, Tad miał dopiero trzy lata. Kilka dni wcześniej Morris zaatakował chłopca w przypływie wściekłości, bo jego płacz przeszkadzał mu w grze na konsoli. Okładał brata, nie zwracając uwagi na jego wrzaski. Kiedy zaniepokojona Clancey wpadła do pokoju, zobaczyła, jak rozjuszony Morris sięga po metalową szuflę do kominka. Wziął zamach i jednym uderzeniem zmiótł dziecko z kanapy. Clancey krzyknęła przerażona i rzuciła się chłopcu na ratunek, więc Morris zajął się nią. W efekcie miała złamane dwa żebra.

Ta brutalna napaść nadal prześladowała ją w koszmarach. Poza złamanymi żebrami miała wiele siniaków i ran na twarzy i rękach, a także naderwany mięsień na plecach. To przez ten ostatni uraz trafiła na izbę przyjęć. Gdy Ben wrócił z pracy, skrzywił się na widok obrażeń Clancey i niechętnie zadzwonił po karetkę. Mimo wszystko zauważył, że tego typu uraz może zagrażać jej życiu.

Clancey błagała ojczyma, żeby pozwolił jej zabrać na pogotowie także Tada, ale Ben odmówił.

– Małemu nic nie będzie – stwierdził z przekąsem.

Jego zdaniem dziecko miało tylko kilka siniaków. Naćpany Morris patrzył na ojca z szaleństwem w oczach, wmawiając mu, że Clancey i Tad przepychali się na kanapie i po prostu z niej spadli, a Ben mu uwierzył.

Clancey z przerażeniem myślała o tym, co mogło się stać małemu Tadowi. Chłopiec wciąż krzyczał, bo jeden z ciosów trafił go w głowę. Clancey nie chciała wyznać prawdy ze strachu przed Morrisem, ale lekarz z izby przyjęć szybko zorientował się, że padła ofiarą brutalnego pobicia i wyciągnął z niej całą historię. Gdy przyznała, że martwi się o młodszego brata, który także został pobity, lekarz zadzwonił na policję.

Clancey nie chciała kłopotów, ale doświadczony policjant nie dawał za wygraną. Odwiózł ją do domu i wypytał o całe zajście. Nalegał, by zobaczyć Tada, który też był ranny i potrzebował pomocy. Zadzwonił po pogotowie i natychmiast aresztował Morrisa, który zataczał się i obrzucał wyzwiskami wszystkich, łącznie z roztrzęsionym Benem. Wrzaski i bluzgi Morrisa zaniepokoiły sąsiadów, chyba połowa mieszkańców osiedla powychodziła z domów. Ben błagał Clancey, by powiedziała policji, że Morris jest niewinny, ale bezskutecznie. Opowiedziała mu, jak jego starszy syn zaatakował Tada, gdy malec przeszkadzał mu w grze, i jak ją pobił, gdy się wtrąciła.

Ben utrzymywał, że Morris nigdy nie skrzywdziłby dziecka. Mały poobijał się, bo spadł z kanapy podczas zabawy z siostrą. Policjant zapytał, czy nie zdziwił go kształt siniaków na ciele chłopca, który pasował do brzegu metalowej szufli do kominka. Dodał też, że Clancey nie złamałaby żeber podczas zabawy. Gdy Morris został zabrany na komisariat, śledczy wszedł do domu, by przesłuchać wszystkich jego mieszkańców. Wprawdzie zastraszona przez ojczyma Clancey starała się mówić jak najmniej, jednak jej dziadek okazał się istną kopalnią informacji na temat ostatnich poczynań Morrisa. Jego zdaniem nie tylko zażywał narkotyki, ale także je sprzedawał, by zarobić na drogą konsolę i gry. Ben wpadł w szał, gdy to usłyszał, ale policjant nakazał mu spokój i kontynuował wywiad. Gdy przyjechała karetka, Ben wsiadł do niej z Tadem, cały czas narzekając na koszty, na jakie został narażony.

Sympatyczny policjant zapewnił Clancey, że wszystko będzie dobrze. Morris trafi do więzienia i już nigdy nie zaszkodzi jej ani Tadowi. Spisała swoją wersję wydarzeń i podpisała zeznania, dziadek także to zrobił, a Ben miał pójść w ich ślady po powrocie ze szpitala. Dalton wziął recepty wnuczki i zapłacił za leki z własnej kieszeni, bo dobrze wiedzieli, że jej ojczym nie wydałby na nie ani centa, ponieważ zeznawała przeciwko jego starszemu synowi.

Tymczasem Morris wyszedł za kaucją i w domu miał oczekiwać na rozprawę, która mogła się odbyć dopiero za kilka miesięcy. Ben próbował zastawić dom, by wynająć dla syna jak najlepszego prawnika, ale ponieważ Dalton Reed był współwłaścicielem posesji, nie mógł tego zrobić, dopóki sprawa zaginięcia Daltona nie została rozwiązana. Ben obwiniał o wszystko Clancey, a na jej młodszego brata zwracał uwagę tylko wtedy, gdy było to naprawdę konieczne.

Tad został na noc w szpitalu. Lekarze stwierdzili u niego lekkie wstrząśnienie mózgu i zatrzymali na obserwacji. Clancey czuwała przy nim razem ze swoim ówczesnym szefem, Calem Hollisterem, detektywem z posterunku w dzielnicy, gdzie mieszkała.

Cal był jednym z najmilszych mężczyzn, jakich znała, ale nic do niego nie czuła. On zaś lubił Clancey, choć był zamkniętym w sobie wdowcem i nie oglądał się za kobietami. Na wieść o tym, co zrobił Morris, obiecał jej, że porozmawia z Darrellem Tarleyem, który zajmował się tą sprawą jako zastępca prokuratora okręgowego. Chciał zadbać o to, by Morris Duffy nie wykręcił się od stawianych mu zarzutów. A były one poważne. Ponieważ przy pobiciu używał ciężkiego narzędzia, groził mu wyrok kilku lat więzienia. Clancey liczyła na to, że wymiar sprawiedliwości pomoże jej pozbyć się tego okrutnego człowieka z ich życia, ale jednocześnie miała z tego powodu wyrzuty sumienia.

Nadal mieszkała w domu, który jej matka zostawiła po śmierci Benowi i Daltonowi, lecz ciężko to znosiła. Stres z tym związany sprawiał, że gorzej radziła sobie w pracy, ale Hollister, świadomy jej sytuacji, przymykał na to oko. Choć fizycznie też czuła się gorzej, ojczym i przyrodni brat nic sobie z tego nie robili, traktowali ją jak powietrze i prawie w ogóle z nią nie rozmawiali.

Odkąd skończyła liceum, pracowała jako urzędniczka w jednym z posterunków policji w San Antonio. Hollister był tam szefem wydziału do spraw brutalnych przestępstw. Clancey miała do pracy tak blisko, że zawsze chodziła tam na piechotę.

Przynajmniej Ben zrozumiał wreszcie, że Morris naprawdę mógł zrobić krzywdę młodszemu bratu. Wpadał we wściekłość za każdym razem, gdy Tad przeszkadzał mu w grze. Darł się na chłopca, a ten płakał przez to jeszcze głośniej. Clancey przerażały groźby Morrisa, który był wyczulony na najcichsze nawet dźwięki, kiedy grał w ulubione strzelanki. Gdy tylko coś mu nie poszło w grze, obrzucał brata wyzwiskami. Ben nie chciał, by Morris wpakował się przez to w jeszcze gorsze tarapaty, wynajął więc opiekunkę, miłą starszą panią o niewygórowanych oczekiwaniach finansowych, która zajmowała się Tadem w ciągu dnia i pilnowała, by chłopiec był cicho.

Morris nie pracował, co niesamowicie działało Clancey na nerwy. Sama chodziła do pracy sześć dni w tygodniu, a zarabiała mniej niż jej ojczym. Nie miała jednak odwagi komentować tej sytuacji, bo Morris znowu mógłby ją pobić. A jemu najwyraźniej spodobała się rola damskiego boksera. Gdy nikt ich nie słyszał, zagroził Clancey, że jeśli rozprawa nie pójdzie po jego myśli, to będzie miała problem.

Kilka dni po tym, jak Morris został wypuszczony z aresztu za kaucją, dziadek Clancey nie wrócił z pracy do domu. Ben i Morris nie mieli za wiele do powiedzenia na ten temat. W rozmowie z detektywem stwierdzili, że w dzień zaginięcia ostatni raz widzieli Daltona podczas śniadania.

Jednak od tamtego dnia Morris zaczął się dziwnie zachowywać. Jakby czegoś się bał, miał przekrwione oczy i gadał do siebie bez ładu i składu. Zastanawiała się, czy ma jakieś problemy psychiczne, które ukrywa przed nią razem z ojcem. Po raz kolejny żałowała, że jej mama wyszła za Bena.

Z drugiej strony gdyby nie zostali parą, nie byłoby Tada, a Clancey kochała go bardziej niż kogokolwiek na świecie, nie licząc dziadka. Nie mogła pogodzić się z tym, że policja nadal go nie odnalazła. Musiało stać się coś strasznego, bo jej dziadek był tak punktualny, że na podstawie jego rutynowych działań można by nastawić zegarek. Nigdy nie spóźniał się do pracy i zawsze wracał do domu na czas. Kiedy detektywi odłożyli sprawę na bok z powodu braku postępów w śledztwie, serce łamało jej się z żalu. Powiedzieli Benowi, że prawdopodobnie ktoś się przyczynił do zaginięcia Daltona, ale nie mieli świadków, by to potwierdzić. Zwróciła uwagę na Morrisa, kiedy o tym usłyszał. Miał naprawdę dziwną minę.

Ben starał się za wszelką cenę wybronić syna. Twierdził, że Morris pokłócił się tego dnia z kolegą i na pewno nie chciał zrobić krzywdy rodzeństwu. Clancey wiedziała swoje, ale ojczym zawsze usprawiedliwiał jej przyrodniego brata, bo kochał go bezgranicznie.

Morris też miał siostrze coś do powiedzenia. Ostrzegł ją, by nigdy mu nie przeszkadzała, gdy gra na komputerze, i by pilnowała Tada.

– Następnym razem spotka cię coś dużo gorszego – wieszczył.

I rzucił jej spojrzenie, które nawet po latach przyprawiało ją o mdłości. Patrzył na nią tak, jakby wiedział, jak wygląda bez ubrania. Wyszła bez słowa z założonymi rękami, by zasłonić klatkę piersiową. Potem przyłapała go jeszcze kilka razy, jak się jej przyglądał.

Zanim zniknął, dziadek powiedział Clancey, że Morris zadawał się z nieciekawym towarzystwem i prawdopodobnie zażywał narkotyki. Nie chciał, by ona i Tad mieli kontakt z jego kolegami, którzy czasami przychodzili do domu, gdy Clancey była w pracy. Popołudniami często wychodził, by dowiedzieć się czegoś o nowych znajomych Morrisa. Znalazł mężczyznę, który potwierdził jego przypuszczenia, że Morris ma problem z narkotykami. Wiedział też, kto jest jego dilerem. Następnego dnia po rozmowie z Clancey miał się spotkać z tym człowiekiem po pracy, by wyciągnąć od niego nazwiska osób zamieszanych w tę sprawę.

To właśnie tego dnia Dalton nie wrócił do domu. Szukali go, ale bez skutku. Gdy ostatecznie uświadomili sobie, że już nigdy go nie zobaczą, Clancey zaczęła histerycznie płakać. Tad także się rozpłakał, ale Morris i Ben siedzieli cicho, jakby w ogóle się tym nie przejęli. Clancey patrzyła na nich podejrzliwie, bo nigdy nie przepadali za dziadkiem. Była pewna, że przynajmniej Morris wie coś więcej o jego zaginięciu.

Do książek Diany Palmer wracam z sentymentem. Jej twórczość wyróżnia się swoistym klimatem i przez to każda historia jest do siebie podobna, a zarazem też inna. Bohaterowie są osobami wierzącymi. Bardzo mi się to podobało, bo mogłam śledzić ich losy i obserwować działanie Boga. Autorka poruszyła tu także problem bigoterii, co było ciekawym urozmaiceniem książki, bo fragmenty z Grace z jednej strony mnie irytowały, a z drugiej śmieszyły. Książka napisana jest prostym i lekkim językiem. Czyta się ją bardzo przyjemnie. Pochłonęłam ją na raz. 

„Wyzwolona” to książka, która mnie się podobała i miło spędziłam czas. Dla mnie to „lekka” pozycja na jeden wieczór. Polecam.

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ