Powieść obyczajowa
Sto lat Lenni i Margot
38,99 zł
27,13 zł
38,99
27,13
KUP TERAZ

Sto lat Lenni i Margot

Marianne Cronin
1 opinia
TAKŻE JAKO E-book icon
Liczba stron: 400
Oprawa miękka
ISBN: 9788327666734
Premiera: 2021-07-07

Historia niezwykłej przyjaźni wykraczającej poza czas

Życie jest krótkie – nikt nie wie tego lepiej od siedemnastoletniej Lenni Pettersson, przebywającej na oddziale szpitalnym dla nieuleczalnie chorych. Pielęgniarki gotowe są już składać kondolencje, ale Lenni ma jeszcze wiele do zrobienia.

Kiedy spotyka Margot Macrae, osiemdziesięciotrzyletnią pacjentkę, która oferuje jej przyjaźń, życie Lenni nabiera intensywności, jakiej nigdy nawet nie przeczuwała. Uzdolniona artystycznie Margot, buntowniczka w fioletowej piżamie, zmienia sposób patrzenia Lenni na świat. Wspólnie postanawiają namalować sto obrazów przedstawiających historię ich życia – sto, bo tyle lat mają razem. Powstają opowieści o miłości i stracie, o odwadze, niezrozumieniu i pojednaniu, o czułości i radości – opowieści, które prowadzą Lenni i Margot do kresu ich dni.

Błyskotliwa, rozbrajająco zabawna, ale też głęboko przejmująca powieść Sto lat Lenni i Margot przypomina o wartości życia. Pokazuje, jak niezwykłym jest ono darem nawet wtedy, gdy już dobiega końca. Mówi o naszej zdolności do przyjaźni i miłości w chwilach, w których najbardziej ich potrzebujemy.

Gdy mówią „terminalny”, przychodzi mi na myśl port lotniczy.

            Widzę przestronną, wysoką, oszkloną halę terminalu, stanowiska odprawy z personelem w stosownych uniformach, czekającym, aby zapytać mnie o nazwisko, o to, dokąd lecę, czy osobiście spakowałam swoje bagaże i czy podróżuję samotnie.

            Wyobrażam sobie pozbawione wyrazu twarze pasażerów wpatrzonych w ekrany informacyjne, rodziny ściskające się i zapewniające, że nie rozstają się na zawsze. I wyobrażam sobie pośród nich siebie, jak ciągnę walizkę na kółkach po lśniącej posadzce – tak lekko, bez wysiłku, jakbym płynęła w powietrzu – i sprawdzam na ekranie mój port docelowy.

            Muszę otrząsnąć się z tych skojarzeń i pamiętać, że mnie dotyczy inne znaczenie słowa „terminalny”.

            Obecnie zastąpiono je określeniem „ograniczający życie”. „Dzieci i młode osoby ze schorzeniami ograniczającymi życie…”

            Pielęgniarka oznajmia łagodnym tonem, że szpital od niedawna oferuje porady psychologiczne dla młodych pacjentów ze schorzeniami „terminalnymi”. Zacina się i oblewa rumieńcem. „Przepraszam, miałam na myśli schorzenia ograniczające życie”. Pyta, czy byłabym tym zainteresowana. Psycholożka odwiedzałaby mnie przy moim łóżku albo mogłabym chodzić do specjalnej sali konsultacyjnej dla nastolatków. Mają tam teraz telewizor. Możliwości wydają się nieskończone, ale ten termin nie jest dla mnie niczym nowym. Spędziłam na tym lotnisku wiele dni. Całe lata.

            A jednak wciąż nie odleciałam.

            W milczeniu przyglądam się zegarkowi z gumowym paskiem, przymocowanemu odwrotnie do kieszeni na piersi pielęgniarki. Zegarek kołysze się przy każdym jej oddechu.

            – Czy chciałabyś, żebym cię zapisała? Ta psycholożka, Dawn, jest naprawdę miła.

            – Dzięki, ale nie. Stosuję obecnie własną formę psychoterapii.

            Marszczy brwi i przechyla głowę na bok.

            – Doprawdy?

 

 

 

Lenni i ksiądz

 

Udałam się na spotkanie z Bogiem, ponieważ to moje jedyne możliwe zajęcie tutaj. Powiadają, że umierasz, bo Bóg wzywa cię z powrotem do siebie, więc pomyślałam, że zapoznam się z nim zawczasu i będę miała to z głowy. Poza tym słyszałam, że personel ma obowiązek zezwolić na pójście do szpitalnej kaplicy każdemu, kto żywi przekonania religijne, a ja nie zamierzałam przepuścić okazji, by za jednym zamachem zobaczyć pomieszczenie, w którym jeszcze nie byłam, i spotkać Wszechmogącego.

            Jakaś nieznana mi pielęgniarka o ciemnorudych włosach ujęła mnie pod ramię i poprowadziła korytarzami należącymi do martwych i umierających. Napawałam się każdym nowym widokiem, każdym nowym zapachem, każdą niedobraną piżamą na mijanych postaciach.

            Przypuszczam, że moją relację z Bogiem można by nazwać skomplikowaną. Jeśli dobrze rozumiem, jest on czymś w rodzaju kosmicznej studni życzeń. Kilka razy prosiłam go o coś i czasami spełniał moje życzenie, a czasami milczał. Albo ‒ jak zaczęłam ostatnio podejrzewać ‒ być może za każdym razem, gdy myślałam, że Bóg milczy, on cichcem umieszczał w moim ciele kolejne choróbsko, jakby mówił mi potajemnie „odpieprz się” – prowokował mnie, żebym zwątpiła w jego istnienie, a odkryła go dopiero po wielu latach. Niczym zakopany skarb, który mam znaleźć.

            Kiedy dotarłyśmy do drzwi kaplicy, poczułam się rozczarowana. Spodziewałam się pięknych gotyckich wrót, a stanęłam przed grubymi drewnianymi drzwiami z kwadratowymi okienkami z matowego szkła. Ciekawe, dlaczego Bóg chce mieć w swoim przybytku matowe szyby? Co on tam za nimi knuje?

            Nowa pielęgniarka i ja weszłyśmy niepewnie w panującą za drzwiami ciszę.

 

            – O, witam! – powiedział.

            Musiał mieć około sześćdziesiątki. Był ubrany w czarne spodnie i czarną koszulę z białą koloratką. I wydawał się niezmiernie uradowany moim widokiem.

            Zasalutowałam mu.

            – Jestem zaszczycona.

            – To Lenni… Peters? – Pielęgniarka odwróciła się do mnie, żeby się upewnić.

            – Pettersson.

            Puściła moje ramię i dodała łagodnie, lecz z naciskiem:

            – Ona jest z oddziału May.

            Powiedziała to w najbardziej oględny sposób. Przypuszczam, że czuła się zobowiązana ostrzec go, ponieważ wyglądał na podekscytowanego jak dziecko w bożonarodzeniowy poranek, które dostało elektryczną kolejkę i na dodatek jeszcze duży łuk. Mogłoby przywiązać się do tych prezentów, gdyby chciało, ale od wagoników już odpadały kółka, a cały zestaw zapewne nie doczeka następnej Gwiazdki.

            Ujęłam moją rurkę przymocowaną do mobilnego statywu kroplówki i ruszyłam ku temu mężczyźnie.

            – Wrócę za godzinę – oznajmiła mi nowa pielęgniarka, a potem powiedziała coś jeszcze, ale nie słuchałam, tylko gapiłam się w górę na wpadające do środka światło rozjarzone wszelkimi wyobrażalnymi odcieniami różu i fioletu.

            – Podoba ci się to okno? – zapytał.

            Krzyż z brązowego szkła za ołtarzem oświetlał całą kaplicę. Od krzyża rozchodziły się promieniście szklane błyskawice o barwie fiołków, śliwek, fuksji i róż.

            Całe okno zdawało się płonąć. Ognisty blask spływał na dywan, na kościelne ławki i na nasze ciała.

            Mężczyzna czekał cierpliwie, aż oderwę wzrok od okna, by spojrzeć na niego.

            – Miło cię poznać, Lenni – powiedział. – Mam na imię Arthur.

            Uścisnął mi dłoń i musiałam przyznać, że się nie skrzywił, gdy dotknął palcami miejsca, w którym przewód kroplówki wnikał w moją skórę.

            – Może usiądziesz? – zaproponował, wskazując rząd pustych ławek. – Bardzo miło cię poznać.

            – Już to mówiłeś.

            – Tak? Wybacz.

            Potoczyłam za sobą kroplówkę, a gdy dotarłam do ławki, szczelniej owinęłam się szlafrokiem.

            – Możesz powiedzieć Bogu, że przepraszam go za moją piżamę? – zapytałam, siadając.

            – Już mu sama powiedziałaś. On zawsze słucha – rzekł ojciec Arthur i usiadł obok mnie.

            Podniosłam wzrok na krzyż.

            – A więc powiedz mi, Lenni, co sprowadziło cię dziś do kaplicy?

            – Rozważam kupno używanego BMW.

            Nie wiedział, jak na to zareagować, więc wziął leżącą obok niego Biblię, przekartkował ją, nie patrząc na stronice, i znów odłożył.

            – Widzę, że… ee… podoba ci się to okno.

            Kiwnęłam głową.

            Na chwilę zapadła cisza.

            – Czy masz przerwę na lunch? – zapytałam.

            – Słucham?

            – Zastanawiałam się tylko, czy musisz zamykać kaplicę i chodzisz do stołówki ze wszystkimi innymi, czy może jadasz tutaj.

            – Ja, mhm…

            – Po prostu wydaje się trochę dziwne, żebyś robił sobie przerwę na lunch, skoro w gruncie rzeczy przez cały dzień masz wolne.

            – Nie zawsze jest tutaj tak pusto i cicho, Lenni.

            Popatrzyłam na niego, żeby się przekonać, czy nie uraziłam jego uczuć, ale nie potrafiłam się zorientować.

            – Odprawiam mszę w soboty i niedziele, w środy czytam dzieciom Biblię i odwiedza mnie więcej gości, niż mogłabyś przypuszczać. Szpitale to okropne miejsca, przyjemnie więc pobyć tam, gdzie nie ma żadnych lekarzy ani pielęgniarek.

            Znów zaczęłam się przyglądać witrażom w oknie.

            – A więc, Lenni, czy jest jakiś powód twojej dzisiejszej wizyty tutaj?

            – Szpitale to okropne miejsca – powiedziałam. – Przyjemnie pobyć tam, gdzie nie ma żadnych lekarzy ani pielęgniarek.

            Chyba usłyszałam jego śmiech.

            – Chciałabyś, żebym zostawił cię w spokoju? – spytał, lecz nie wydawał się urażony.

            – Właściwie nie.

            – Chciałabyś porozmawiać o czymś konkretnym?

            – Właściwie nie.

            Ojciec Arthur westchnął.

            – Chciałabyś dowiedzieć się, jak wygląda moja przerwa na lunch?

            – Tak, proszę.

            – Mam ją od pierwszej do pierwszej dwadzieścia. Zjadam przygotowaną przez moją gospodynię kromkę białego chleba pokrojoną w małe trójkąty, z jajkiem i rzeżuchą. Za tamtymi drzwiami mam gabinet… – wskazał ręką – i zjedzenie kanapki zajmuje mi piętnaście minut, a pięć wypicie herbaty. Potem wracam tutaj. Ale kaplica jest zawsze otwarta, nawet kiedy przebywam w gabinecie.

            – Płacą ci za to?

            – Nikt mi nie płaci.

            – Więc jak cię stać na wszystkie te kanapki z jajkiem i rzeżuchą?

            Ojciec Arthur się zaśmiał.

            Przez jakiś czas siedzieliśmy w milczeniu, a potem znów zaczął mówić. Jak na księdza, nie najlepiej znosił ciszę. Mogłabym sądzić, że cisza to dla Boga okazja do poznania się z nim. Ale ojciec Arthur nie wydawał się jej lubić, więc porozmawialiśmy o jego gospodyni, pani Hill, i o tym, że ilekroć ona wyjeżdża na urlop, zawsze przysyła mu pocztówkę, a po powrocie wyjmuje ją z jego tacki na korespondencję i przylepia do lodówki. Porozmawialiśmy o tym, jak wymienia się żarówki oświetlenia za okiennym witrażem (na tyłach kaplicy jest sekretne przejście). Porozmawialiśmy o piżamach. I chociaż sprawiał wrażenie znudzonego, to gdy ta nowa pielęgniarka przyszła po mnie, oświadczył, iż ma nadzieję, że tu wrócę.

           

Myślę jednak, że zaskoczyło go, kiedy zjawiłam się następnego popołudnia, w świeżej piżamie i tym razem uwolniona od kroplówki. Przełożona pielęgniarek, Jacky, nie była zachwycona tym, żebym drugi dzień z rzędu szła do kaplicy, ale wytrzymałam jej spojrzenie i rzekłam cichym głosikiem: „To bardzo wiele by dla mnie znaczyło”. A kto potrafi odmówić umierającemu dziecku?

            Jacky wezwała pielęgniarkę, żeby odprowadziła mnie tymi wszystkimi korytarzami. Zjawiła się ta sama nowa, co wczoraj. Ta z ciemnorudymi włosami, które tak bardzo gryzły się kolorem z jej niebieskim uniformem, co jednak zdawało się jej wcale nie przeszkadzać. Pracowała na oddziale May dopiero od kilku dni, więc zachowywała się nerwowo, zwłaszcza przy dzieciach z lotniskowego terminalu, i rozpaczliwie pragnęła, aby ktoś ją upewnił, że dobrze wykonuje swoją pracę. Gdy szłyśmy korytarzem prowadzącym do kaplicy, wygłosiłam opinię, że jest świetną opiekunką. Chyba sprawiło jej to przyjemność.

            Kaplica znów była pusta; tylko ojciec Arthur siedział w kościelnej ławce, ubrany w długą białą szatę narzuconą na czarny garnitur, i czytał. Nie Biblię, lecz jakąś książkę formatu A4 w taniej oprawie, z błyszczącą laminowaną okładką. Gdy Nowa Pielęgniarka otworzyła mi te ciężkie drzwi, byłam jej za to wdzięczna. Arthur nie od razu zwrócił ku mnie głowę. Nowa Pielęgniarka pozwoliła, żeby drzwi się za nami zamknęły. Na ich głośne trzaśnięcie odwrócił się i z uśmiechem włożył okulary.

            – Pastorze, ee… Wielebny? – Nowa Pielęgniarka się zająknęła. – Ona… to znaczy Lenni… pyta, czy mogłaby spędzić tutaj godzinę. Mogłaby?

            Arthur zamknął książkę leżącą na kolanach.

            – Oczywiście – odpowiedział.

            – Dziękuję… ee… pastorze – rzekła Nowa Pielęgniarka.

            – Ojcze – podszepnęłam jej.

            Skrzywiła się, zaczerwieniła – co gryzło się z kolorem jej włosów – i wyszła bez słowa.

            Ojciec Arthur i ja usiedliśmy w tej samej ławce. Barwy witrażu były równie urocze jak wczoraj.

            – Dzisiaj też jest tu pusto – powiedziałam i mój głos rozbrzmiał echem.

            Ojciec Arthur się nie odezwał.

            – Czy dawniej tętniło tu życie? No wiesz, w czasach, kiedy ludzie byli bardziej religijni.

            – Tutaj tętni życie – rzekł.

            Odwróciłam się do niego.

            – Jesteśmy tylko my dwoje.

            Najwyraźniej zaprzeczał rzeczywistości.

            – W porządku, skoro nie chcesz o tym rozmawiać – powiedziałam. – To musi być krępujące. Jakbyś wydawał przyjęcie i nikt się nie zjawił.

            – Czyżby?

            – Tak. To znaczy, jesteś tutaj, w swoim najlepszym wytwornym białym stroju z wyhaftowanymi pięknymi winogronami i innymi takimi rzeczami, i…

            – To nie strój, lecz szata liturgiczna.

            – No dobrze, szata. A więc jesteś tutaj w swojej wytwornejszacie liturgicznej, masz stół zastawiony do lunchu…

            – To jest ołtarz, Lenni. I to nie lunch, lecz Eucharystia. Chleb Chrystusa.

            – I co, nie podzieli się z nami?

            Ojciec Arthur spojrzał na mnie.

            – To na niedzielną mszę. Nie jem na lunch opłatka i nie jadam lunchu przy ołtarzu.

            – Oczywiście, bo masz w gabinecie jajko i rzeżuchę.

            – Owszem – przytaknął i trochę się rozpogodził, ponieważ zapamiętałam coś w związku z nim.

            – A więc masz wszystko przygotowane na przyjęcie. Jest muzyka… – wskazałam stojący w kącie kiepski odtwarzacz kompaktów i kaset, obok którego kilka płyt kompaktowych ułożono porządnie w stosik – i mnóstwo miejsc siedzących dla gości. – Wskazałam rzędy pustych ławek. – Ale nikt nie przychodzi.

            – Na moje przyjęcie?

            – Właśnie. Codziennie, przez cały dzień, urządzasz dla Jezusa imprezę, na którą nikt nie przychodzi. To musi być okropne uczucie.

            – To… hm… To tylko jeden ze sposobów myślenia o tym.

            – Przepraszam, jeśli pogarszam sprawę.

– Niczego nie pogarszasz, Lenni, ale naprawdę to nie jest sala bankietowa. To miejsce kultu.

            – Tak. Nie, to znaczy, wiem, ale chodzi o to, że rozumiem, jak się czujesz. Miałam kiedyś przyjęcie urodzinowe, w wieku ośmiu lat, krótko po przeprowadzce ze Szwecji do Glasgow. Mama zaprosiła wszystkie dzieciaki z mojej klasy, ale prawie nikt nie przyszedł. Chociaż w tamtym czasie mama dość kiepsko mówiła po angielsku, więc bardzo możliwe, że wszyscy oni trafili w niewłaściwe miejsce, niosąc prezenty i baloniki, i czekali, żeby impreza się zaczęła. A przynajmniej tak sobie wtedy wmawiałam.

            Przerwałam.

            – Mów dalej – zachęcił mnie.

            – No więc, gdy siedziałam tam na jednym z krzeseł z jadalni, które mama ustawiła w krąg, i czekałam, aż ktoś się zjawi, czułam się koszmarnie.

            – Przykro mi to słyszeć – rzekł.

            – Więc właśnie to mam na myśli. Wiem, jak to boli, kiedy nikt nie przychodzi na twoje przyjęcie. Chciałam tylko powiedzieć, że ci współczuję. I po prostu uważam, że nie powinieneś temu zaprzeczać. Nie możesz rozwiązać problemu, jeśli nie staniesz z nim twarzą w twarz.

            – Ale tu naprawdę tętni życie, Lenni. Tętni życie, ponieważ ty tu jesteś. Tętni życie, ponieważ jest tutaj duch Pana.

            Popatrzyłam na niego. Poruszył się z zakłopotaniem w ławce.

            – A poza tym ważna jest też odrobina samotności. To może być miejsce kultu, ale jest także miejscem spokoju. – Podniósł wzrok na witraż. – Lubię rozmawiać tutaj z pacjentami w cztery oczy, bo to oznacza, że mogę poświęcić im całą uwagę. I nie zrozum mnie źle, Lenni, ale myślę, że być może Pan chciałby, abym tobie poświęcił całą uwagę.

            Zaśmiałam się z tego.

            – Myślałam o tobie w porze lunchu – oznajmiłam. – Zjadłeś dziś znowu jajko i rzeżuchę?

            – Owszem.

            – No i?

            – Pyszne, jak zawsze.

            – A ta pani…?

            – Hill. Pani Hill.

            – Powiedziałeś pani Hill o naszej rozmowie?

            – Nie. Wszystko, co tutaj mówisz, jest poufne. Właśnie dlatego ludzie tak bardzo lubią tu przychodzić. Mogą szczerze się zwierzać i nie martwić tym, że ktoś później się o tym dowie.

            – Czyli to jest spowiedź?

            – Nie. Ale gdybyś zapragnęła się wyspowiadać, z radością ci w tym pomogę.

‒ Jeśli to nie jest spowiedź, to co to jest?

‒ Jest tym, czym chcesz. Tak jak ta kaplica jest tym, czego potrzebujesz.

            Przyjrzałam się rzędom pustych ławek, elektronicznemu pianinu przykrytemu beżowym pokrowcem, tablicy ogłoszeń z przypiętym obrazkiem przedstawiającym Jezusa. Co chciałabym zrobić z tego miejsca, gdybym była wszechmocna?

            – Chciałabym, żeby to było miejsce odpowiedzi.

            – Może nim być.

            – Czyżby? Czy religia naprawdę potrafi odpowiadać na pytania?

            – Lenni, Biblia naucza nas, że Chrystus może poprowadzić cię do odpowiedzi na każdepytanie.

            – Ale czy to może być konkretna odpowiedź? Serio? Czy potrafisz odpowiedzieć mi na pytanie, i to bez mówienia, że życie jest tajemnicą albo że wszystko jest Bożym planem, albo że odpowiedzi, których szukam, pojawią się z czasem?

            – Może wyjaw mi swoje pytanie i wspólnie postaramy się dowiedzieć, jak Bóg może pomóc nam znaleźć odpowiedź.

            Odchyliłam się do tyłu w ławce. Zatrzeszczała i ten dźwięk rozbrzmiał echem we wnętrzu kaplicy.

            – Dlaczego umieram?

 

 

 

Lenni i pytanie

 

Nie patrzyłam na ojca Arthura, gdy zadawałam mu to pytanie, lecz spoglądałam na krzyż. Usłyszałam, że Arthur powoli wypuszczał powietrze. Nadal sądziłam, że zamierza odpowiedzieć, ale on tylko skupił się na oddychaniu. Przyszło mi do głowy, że być może nie wiedział, iż umieram. Ale ‒ rozważałam ‒ pielęgniarka powiedziała mu, że przyszłam z oddziału May, a nikt stamtąd nie spodziewa się długiego i szczęśliwego życia.

            – Lenni – rzekł łagodnie po dłuższej chwili – to pytanie jest poważniejsze od wszystkich pozostałych. – Odchylił się do tyłu i ławka znów zatrzeszczała. – Wiesz, to dziwne, słyszę pytanie „dlaczego?” o wiele częściej niż jakiekolwiek inne. I to „dlaczego?” jest zawsze najtrudniejsze. Umiem poradzić sobie z „jak?”, „co?”i „kto?”, ale nie mogę nawet udawać, że znam odpowiedź na pytanie „dlaczego?”. Kiedy zaczynałem tę pracę, zwykle próbowałem na nie odpowiadać.

            – Ale już tego nie robisz?

            – Nie sądzę, abym miał do tego kompetencje. Tylko On potrafi udzielić odpowiedzi.

            Wskazał na ołtarz, jakby Bóg miał kucać za nim, ukryty przed naszym wzrokiem, i przysłuchiwać się nam.

            Zrobiłam w kierunku Arthura gest oznaczający: „a widzisz, mówiłam, że tak będzie”.

            – Ale to nie znaczy, że odpowiedź nie istnieje – dorzucił pospiesznie. – Tylko że ona po prostu przychodzi wraz z Bogiem.

            – Ojcze Arthurze…

            – Tak, Lenni?

            – To największy stek bzdur, jaki kiedykolwiek słyszałam. Ja tutaj umieram! I przyszłam do jednego z wyznaczonych przez Boga rzeczników z naprawdę ważnym pytaniem, a ty odsyłasz mnie z powrotem do niego? Z nim już próbowałam, ale nie dostałam odpowiedzi.

            – Lenni, odpowiedzi nie zawsze przychodzą w postaci słów. Mogą nadejść w różnych formach.

            – Więc dlaczego mówiłeś, że to jest miejsce odpowiedzi? Dlaczego nie powiesz mi uczciwie: „No dobrze, biblijne teorie nie są niepodważalne i nie możemy ci udzielić żadnych odpowiedzi, ale mamy tu ładne okno witrażowe”?

            – Jakiej odpowiedzi byś oczekiwała?

            – Może Bóg powiedziałby mi, że kazał mnie uśmiercić, bo jestem niecierpliwa i irytująca. Albo może prawdziwym bogiem jest Wisznu i cholernie go wkurza, że nigdy nawet nie próbowałam modlić się do niego, tylko stale marnowałam czas na twojego chrześcijańskiego Boga. Albo może nie ma żadnego Boga i nigdy nie było, a całym wszechświatem włada jakiś kompletnie szajbnięty żółw.

            – Czy to podniosłoby cię na duchu?

            – Chyba nie.

            – Czy kiedykolwiek zadano ci pytanie, na które nie potrafiłaś udzielić odpowiedzi? – spytał ojciec Arthur.

            Musiałam przyznać, że imponowało mi jego opanowanie. Naprawdę wiedział, jak odbić piłeczkę. Najwyraźniej nie byłam pierwszą osobą przychodząca do niego z pytaniem „dlaczego umieram?”. Co w pewnym sensie jeszcze bardziej mnie zdołowało.

            Przecząco pokręciłam głową.

            – Wiesz, to okropne – kontynuował – musieć mówić ludziom, że nie mam odpowiedzi, której potrzebują. Ale to nie znaczy, że to nie jest miejsce odpowiedzi, tylko po prostu być może nie są to odpowiedzi, jakich oczekujesz.

            – Powiedz mi więc wprost, ojcze Arthurze, bez lukrowania. Jaka jest ta odpowiedź? Dlaczego umieram?

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ

@nataliicodziennosc
2021-08-04

Są takie książki, które zostają ze mną. Odkładam je na półkę, będę do nich wracała, będę polecała. Takie, które mają w sobie mnóstwo dobra, emocji, skutkują przemyśleniami. To jedna z nich. I choć to raczej smutna historia, ma w sobie mnóstwo optymizmu. Jest pełna mądrych treści, choć przedstawiona w sposób lekki i zabawny. O oswajaniu śmierci. O przyjaźni i miłości. O wierze i przemija...