Thriller / Sensacja / Kryminał
Fałszywy świadek
29,99 zł
41,99
KUP TERAZ

Fałszywy świadek

brak opinii
Liczba stron: 480
ISBN: 9788327675965
Premiera: 2021-10-27

Czasem wystarczy jedna chwila, by na zawsze odmienić czyjeś życie.
Leigh Collier ciężko pracowała, żeby zbudować swoje pozornie normalne życie. Jest dobrze opłacaną adwokatką, ma nastoletnią córkę, która świetnie radzi sobie w szkole, nawet jej rozwód przebiega w miarę kulturalnie. O takiej zwyczajności marzyła.
Pewnego dnia na jej biurku lądują akta dobrze sytuowanego młodego mężczyzny oskarżonego o gwałt. Leigh nigdy dotąd nie miała do czynienia ze sprawą takiego kalibru – jeśli ją wygra, jej kariera zawodowa nabierze rozpędu. W trakcie spotkania z oskarżonym uświadamia sobie jednak, że nieprzypadkowo wybrał ją na swojego obrońcę. Leigh zna podejrzanego. Podejrzany zna ją. W dodatku doskonale wie, co zdarzyło się dwadzieścia lat temu i dlaczego Leigh od tamtego czasu ucieka.

Karin Slaughter

Karin Slaughter to autorka thrillerów i kryminałów, które uzyskały status międzynarodowych bestsellerów i ukazały się w nakładzie ponad 35 milionów egzemplarzy. Poprzez swoje powieści walczy o prawo do głośnego mówienia o przemocy, której ofiarą każdego dnia padają tysiące kobiet na świecie.

LATO 1998

Callie krzątała się po kuchni, gdy usłyszała, jak Trevor znowu stuka w akwarium. Zacisnęła palce na szpatułce, którą mieszała masę na ciasteczka. Chłopiec miał tylko dziesięć lat, ojca sukinsyna, alergię na koty i bał się psów. Jakby tego było mało, podejrzewała, że dręczą go w szkole. Każdy psychiatra orzekłby, że dziecko terroryzuje nieszczęsne rybki w desperackiej próbie zwrócenia na siebie uwagi, ale Callie i tak ledwie to wytrzymywała.
Puk, puk, puk…
Potarła skronie, usiłując oszukać ból głowy.
– Trev, stukasz w akwarium? Przecież prosiłam, żebyś tego nie robił.
Stukanie ustało.
– Nie stukam.
– Na pewno?
Zapadła cisza.
Gdy Callie zaczęła wykładać porcje ciasta na blachę do pieczenia, stukanie powróciło niczym metronom. W rytmie na trzy Callie dokończyła wykładanie masy na ciasteczka.
Puk, puk – pac. Puk, puk – pac.
Gdy zamykała drzwi piekarnika, Trevor pojawił się za nią cicho jak seryjny zabójca i objął ramionami, mówiąc przy tym:
– Kocham cię.
Przytuliła go mocno, a imadło ściskające jej czaszkę nieco odpuściło. Pocałowała Trevora w czubek głowy. Smakował słono, to przez ten nieznośny upał. Stał nieruchomo, ale buzująca w nim nerwowa energia kojarzyła się Callie ze zwiniętą sprężyną.
– Chcesz wylizać miskę?
Dostała odpowiedź, zanim zdążyła dokończyć pytanie. Trevor przyciągnął kuchenne krzesło do kontuaru i wzorem Kubusia Puchatka wsadził głowę do naczynia.
Callie otarła pot z czoła. Słońce zaszło godzinę temu, ale w domu ciągle było jak w piecu. Klimatyzacja działała słabo, a włączony piekarnik zamienił kuchnię w saunę. Wszystko było lepkie i mokre, z nią i Trevorem włącznie.
Odkręciła kran. Zimna woda niosła ukojenie. Callie ochlapała sobie twarz, potem, ku radości Trevora, spryskała mu kark.
Kiedy przestał chichotać, przełączyła wodę na ciepłą, by umyć szpatułkę, i odłożyła ją na suszarkę obok naczyń z obiadu. Dwa talerze. Dwie szklanki. Dwa widelce. Jeden nóż do krojenia hot dogów Trevora, jedna łyżeczka do sosu worcester mieszanego z keczupem.
Trevor podał jej miskę do mycia. Kiedy się uśmiechał, usta wykrzywiały mu się w lewo, zupełnie jak u ojca. Stał obok niej przy zlewie z biodrem przyciśniętym do jej biodra.
– Stukałeś w szybę akwarium? – zapytała.
Podniósł na nią wzrok. Widziała w jego oczach, że kombinuje, zupełnie jak ojciec.
– Mówiłaś, że to ryby dla początkujących. I tak długo nie pożyją.
Callie miała na końcu języka złośliwą odpowiedź godną swojej matki: „Twój dziadek też umrze. Czy mamy jechać do domu opieki i wbić mu igły pod paznokcie?”.
Nie powiedziała tego głośno, ale poczuła, że sprężyna w środku Trevora zwinęła się jeszcze ciaśniej. Zawsze ją niepokoiło, jak bardzo jest zestrojony z jej emocjami.
– No dobrze. – Wytarła ręce o spodenki i skinęła głową w stronę akwarium. – Trzeba wymyślić dla nich imiona.
Zrobił czujną minę jak ktoś, kto boi się, że zrozumie dowcip jako ostatni.
– Ryby nie mają imion.
– Oczywiście, że mają, głuptasie. Pierwszego dnia w szkole nie mówią do siebie: cześć, nazywam się Ryba. – Łagodnie popchnęła go do salonu. Dwa dwubarwne ślizgi robiły nerwowe kółka w wodzie. W trakcie żmudnego procesu tworzenia akwarium Trevor kilkakrotnie tracił nim zainteresowanie, ale odzyskał je wraz z przybyciem rybek.
Kolano Callie strzeliło, gdy klęknęła przy akwarium. Łatwej znosiła ten pulsujący ból niż widok brudnych palców Trevora zostawiających tłuste plamy na szkle.
– Co z tym? – Wskazała mniejszą rybkę. – Jak ma na imię?
Lewy kącik ust Trevora wykrzywił się w uśmieszku.
– Przynęta – oznajmił.
– Przynęta?
– Dla rekina, żeby przypłynął i ją zjadł! – Wybuchnął hałaśliwym śmiechem i zaczął tarzać się po podłodze.
Callie próbowała rozmasować pulsujące bólem kolano. Salon robił przygnębiające wrażenie. Poplamiony włochaty dywan leżał na podłodze pewnie od lat osiemdziesiątych. Światło ulicznych lamp przenikało do środka między karbowanymi brzegami pomarańczowo-brązowych zasłon. Jeden kąt pokoju zajmował bogato zaopatrzony bar z przydymionym lustrem z tyłu. Z półki pod sufitem zwisały kieliszki, przy lepkim drewnianym kontuarze w kształcie litery L stały cztery stołki barowe. Centrum salonu stanowił gigantyczny telewizor, który ważył więcej od Callie. Pomarańczowa kanapa nosiła przygnębiające ślady jego i jej wgłębień na dwóch końcach. Jasnobrązowe fotele klubowe miały plamy potu na oparciach. W podłokietnikach widniały dziurki wypalone tlącymi się papierosami.
Trevor wziął ją za rękę. Znowu wyczuł jej nastrój.
– A druga ryba? – zagadnął.
Uśmiechnęła się, przytykając głowę do jego głowy.
– Może… – To musiało być coś dowcipnego i rybnego jednocześnie: Anna Boleń, Dżyngis Karp, Attyla Szprotek… – Mister Dar-Sea?
Trevor zmarszczył nos. Nie był fanem Jane Austen.
– O której wraca tata? – zapytał.
Buddy Waleski wracał do domu, kiedy chciał.
– Niedługo.
– Ciasteczka już gotowe?
Callie wstała, krzywiąc się z bólu, poszła za chłopcem do kuchni i spojrzeli na ciasteczka przez drzwiczki piekarnika.
– Jeszcze nie, ale kiedy wyjdziesz z kąpieli…
Trevor popędził korytarzem do łazienki i z trzaskiem zamknął za sobą drzwi. Callie usłyszała zgrzytnięcie kranu, a gdy do wanny poleciała woda, Trevor zaczął podśpiewywać.
Amator odtrąbiłby zwycięstwo, ale Callie nie była amatorką. Odczekała kilka minut, podkradła się pod drzwi łazienki i uchyliła je, by się upewnić, że Trevor na pewno siedzi w wannie. I zobaczyła, że zanurza głowę pod wodę.
Nadal nie mogła być pewna zwycięstwa – na krawędzi wanny nie widziała mydła – ale była zmęczona, bolały ją plecy, kolano rwało, kiedy szła korytarzem. Pozostało jej tylko zacisnąć zęby w drodze do baru, gdzie napełniła szklaneczkę do martini sprite’em i rumem w proporcji pół na pół.
Ograniczyła się do dwóch łyków, potem schyliła się i sprawdziła, czy mrugają światełka pod kontuarem. Kilka miesięcy temu przez przypadek odkryła tam kamerę cyfrową. Akurat wysiadł prąd i szukała świec, kiedy kątem oka dostrzegła błysk.
W pierwszej chwili pomyślała: uraz kręgosłupa z naciągnięciem więzadeł, zwichnięta rzepka, teraz jeszcze odklejenie siatkówki, ale światełko było czerwone, nie białe, i mrugało jak nos renifera Rudolfa między dwoma ciężkimi skórzanymi stołkami pod barem. Odsunęła je. Patrzyła na czerwone światełko przy mosiężnej podpórce na nogi u dołu baru.
To był dobry schowek. Front baru pokrywała wielobarwna mozaika. Potłuczone kawałki niebieskich, zielonych i pomarańczowych płytek były poprzetykane odłamkami lustra, a wszystko to maskowało dwuipółcentymetrowy otwór wycięty na wylot i sięgający półek pod barem. Za kartonem pełnym korków po winie Callie znalazła cyfrową kamerę marki Canon. Buddy przykleił kabel zasilający w głębi półki, ale prądu nie było od wielu godzin, więc bateria padała i Callie nie miała pojęcia, czy kamera coś nagrywa. Była skierowana wprost na kanapę.
Wytłumaczyła to sobie tak: prawie w każdy weekend do Buddy’ego przychodzili kumple. Oglądali koszykówkę, futbol, bejsbol, gadali o bzdurach, biznesie i kobietach, może mówili też rzeczy, które on wykorzystywał potem w interesach. I do tego potrzebował kamery.
Prawdopodobnie.
Przy drugim drinku darowała sobie sprite’a. Przyprawiony rum tak mocno palił jej gardło i nos, że kichnęła. Wypluła większość płynu, zasłaniając twarz przedramieniem. Była zbyt zmęczona, żeby iść do kuchni po ręcznik papierowy. Starła smarki ściereczką wiszącą przy barze. Haft na ściereczce podrapał jej skórę. Callie spojrzała na logo, które mówiło o Buddym wszystko. Nie Atlanta Falcons. Nie Georgia Bulldogs. Nawet nie Georgia Tech. Buddy Waleski kibicował drugoligowym Bellwood Eagles, szkolnej drużynie, która w ostatnim sezonie przegrała wszystkie mecze.
Gruba ryba/mały staw.
Dopijała reszkę rumu, gdy Trevor wpadł do salonu i znowu objął ją chudymi ramionami. Pocałowała go w czubek głowy. Nadal smakował słonym potem, ale na dzisiaj wystarczyło jej bitew. Teraz chciała tylko położyć go spać, a potem zapić ból rozpanoszony w jej ciele.
Usiedli na podłodze przed akwarium i czekali, aż ciastka ostygną. Callie opowiedziała Trevorowi o swoim pierwszym akwarium. O popełnionych błędach. O odpowiedzialności za życie rybek. W trakcie jej opowieści Trevor stał się dziwnie potulny. Tłumaczyła sobie, że wyciszył się po gorącej kąpieli, chociaż blask w jego oczach gasł z każdym kolejnym drinkiem, który nalewała sobie za barem.
Wyrzuty sumienia osłabły w niej, gdy nadeszła pora snu. Czuła, jak Trevor nakręca się, gdy usiedli przy kuchennym stole. Dobrze znana rutyna. Kłótnia o to, ile ciasteczek może zjeść. Rozlane mleko. Kolejna kłótnia o ciasteczka. Dyskusja o wyborze łóżka do spania. Walka o włożenie piżamy. Negocjacje, ile stron książki mu przeczyta. Całus na dobranoc. Następny całus. Prośba o szklankę wody. Nie tę szklankę, tylko drugą. Nie tę wodę, tylko tamtą. Krzyk, płacz, kolejna batalia i kolejna porcja negocjacji. Obietnice na jutro – gry, zoo, wizyta w parku wodnym. I tak dalej, i tak dalej, aż wreszcie znalazła się sama za barem.
Powstrzymała się przed otwarciem następnej butelki. Nie chciała zachowywać się jak zdesperowana pijaczka. Ręce jej dygotały, patrzyła na nie w ciszy obskurnego pokoju, który kojarzył się jej z Buddym. Powietrze było duszne, dym z tysięcy wypalonych papierosów i cygaretek osiadł na niskim suficie w postaci plam, nawet pajęczyny w rogach przybrały brązowo-pomarańczową barwę. W tym domu nigdy nie zdejmowała butów. Myśl o tym, że włosie brudnego dywanu oblepiłoby jej stopy, przyprawiała ją o mdłości.
Powoli odkręciła butelkę. Woń przypraw uderzyła ją w nozdrza. Zaczęła się ślinić. Czuła odrętwienie na samą myśl o trzecim drinku, nie ostatnim, który pomógłby jej rozluźnić barki, ukoił skurcze pleców i ból kolana.
Drzwi do kuchni się otworzyły i Buddy zakasłał flegmą. Rzucił neseser na kontuar, kopnął krzesło Trevora pod stół i chwycił garść ciasteczek. W jednej ręce trzymał cygaretkę, gdy mamlał ciasteczka z otwartymi ustami. Callie dosłownie słyszała okruszki odbijające się od blatu stołu, od jego zdartych butów, toczące się po linoleum i zderzające z sobą jak maleńkie czynele, bo gdziekolwiek był Buddy, tam towarzyszył mu hałas, hałas, hałas.
W końcu ją zauważył. Przez chwilę nawet ucieszyła się na jego widok, czekała, aż zamknie ją w objęciach i znowu pozwoli poczuć się wyjątkowo. Potem z ust wyleciało mu więcej zlepionych śliną okruchów.
– Nalej mi jednego, laleczko.
Napełniła mu szklankę szkocką z wodą sodową, a smród cygaretki niósł się przez cały pokój. Black & Mild. Nigdy nie widziała go bez tej paczki wystającej z kieszonki koszuli.
Buddy dojadł ostatnie ciasteczka i ruszył w stronę baru. Pod jego ciężkimi krokami trzeszczała podłoga. Okruchy na dywanie. Okruchy na pogniecionej i przepoconej roboczej koszuli. Uwięzione w popołudniowym zaroście.
Wyprostowany Buddy miał sto osiemdziesiąt osiem centymetrów wzrostu, ale on nigdy nie stał prosto. Miał wiecznie zaczerwienioną skórę i więcej włosów, niż zazwyczaj mieli mężczyźni w jego wieku. Niektóre zaczynały już siwieć. Ćwiczył, ale tylko dźwiganie ciężarów, więc bardziej przypominał goryla niż człowieka z tym krótkim tułowiem i tak umięśnionymi barami, że ręce odstawały od korpusu. Callie rzadko widziała, by jego dłonie nie zaciskały się w pięść. Roztaczał wokół siebie aurę bezlitosnego skurwysyna, na jego widok ludzie na ulicy skręcali w przeciwnym kierunku.
Jeśli Trevor był zwiniętą sprężyną, to Buddy był młotem kowalskim.
Rzucił cygaretkę do popielniczki, wypił szkocką jednym haustem i z hukiem odstawił szklankę na kontuar.
– Miałaś dobry dzień, laleczko?
– Tak. – Odsunęła się, żeby mógł sobie nalać.
– Ja miałem świetny. Wiesz, gdzie powstaje nowe centrum handlowe przy Stewart? Zgadnij, kto będzie stawiał szkielet konstrukcji?
– Ty – odparła, chociaż Buddy nie czekał na odpowiedź.
– Dziś dostałem zaliczkę, jutro wylewają fundamenty. Nie ma to jak gotówka w kieszeni, nie? – Beknął i walnął się w pierś, żeby uszła z niego resztka powietrza. – Podaj mi lodu. – Ruszyła po lód, ale złapał ją za tyłek, jakby przekręcał gałkę w drzwiach, i mruknął: – Jaka mała ta twoja dupeczka.
Jeszcze nie tak dawno Callie uważała, że jego obsesja na punkcie jej drobnych rozmiarów jest nawet zabawna. Podnosił ją jedną ręką, rozczapierzał dłoń na jej pupie, a wtedy kciuk i mały palec prawie sięgały obu jej kości biodrowych. Nazywał ją kruszynką, dziewuszką, laleczką, a teraz…
To była kolejna rzecz, która ją w nim irytowała.
Idąc do kuchni, tuliła do siebie wiaderko na lód. Zerknęła na akwarium. Rybki się uspokoiły, pływały przez bąbelki wylatujące z filtra. Napełniła wiaderko kostkami lodu, które miały w sobie zapach sody i oparzeliny mrozowej.
Buddy okręcił się na stołku, gdy szła w jego stronę, uszczknął czubek cygaretki i wsadził ją z powrotem do paczki.
– A niech mnie, maleńka, uwielbiam, jak ruszasz biodrami. Obróć się dla mnie.
Callie poczuła, że znowu przewraca oczami. Natrząsała się sama z siebie. Jej drobna, głupia, samotna cząstka ciągle nabierała się na jego flirtowanie. Buddy był pierwszym człowiekiem w jej życiu, który sprawił, że poczuła się kochana. Nikt przedtem nie uważał jej za wyjątkową i nie otaczał taką troską. Buddy zapewnił jej poczucie bezpieczeństwa.
Ale ostatnio chciał się tylko bzykać.
Schował cygaretki do kieszeni. Zanurzył łapę w wiaderku z lodem. Callie zobaczyła brud za jego paznokciami.
– Jak dzieciak? – zapytał.
– Śpi.
Wsadził jej rękę między nogi, nim dostrzegła błysk w jego oczach. Ugięła kolana. Czuła się tak, jakby usiadła na szpadlu.
– Buddy…
Drugą ręką złapał ją za pośladki i znalazła się w pułapce jego potężnych ramion.
– Jaka jesteś maleńka. Mógłbym wsadzić cię do kieszeni i nikt by tego nie zauważył.
Kiedy wsunął jej język do ust, poczuła smak ciasteczek, szkockiej i tytoniu. Odwzajemniła pocałunek. Gdyby go odepchnęła i zraniła jego ego, trwałoby to dłużej, a ona i tak skończyłaby w tym samym miejscu.
Mimo prostactwa i agresji Buddy był przeczulony na punkcie własnych uczuć. Potrafił bez mrugnięcia okiem spuścić łomot dorosłemu facetowi, ale przy niej bywał tak wrażliwy, że czasem Callie cierpła skóra. Godzinami go upewniała, dopieszczała, wspierała, wysłuchiwała dręczących wątpliwości, którymi ją zalewał.
A także się zastanawiała, czemu wciąż jest z nim. Powinna znaleźć sobie kogoś innego. Przecież jest spoza jego ligi. Za ładna. Za młoda. Za bystra. Z klasą. Czemu poświęca czas takiemu tępemu brutalowi jak on? Co w nim widzi? Nie, ma powiedzieć z detalami, tu i teraz, co jej się w nim podoba. Konkretnie.
Ciągle powtarzał, że jest piękna. Zabierał ją do eleganckich restauracji i ekskluzywnych hoteli. Kupował biżuterię i drogie ciuchy, dawał jej matce pieniądze, kiedy wpadała w finansowy dołek. Groził pobiciem każdemu mężczyźnie, który śmiał krzywo na nią spojrzeć. Świat pewnie uważał, że Callie ma niesamowite szczęście, ale ona zastanawiała się, czy nie byłoby lepiej, gdyby traktował ją tak samo okrutnie jak resztę. Wtedy miałaby powód do nienawiści. Konkret, który mogłaby wskazać, zamiast to jego żałosne wylewanie łez czy błaganie na kolanach o przebaczenie.
– Tatusiu?
Callie drgnęła, gdy usłyszała Trevora, który stał w korytarzu z kocem w rękach.
Buddy, nie odrywając od niej rąk, nakazał:
– Wracaj do łóżka, synu.
– Chcę do mamy.
Callie zamknęła oczy, żeby nie widzieć twarzy Trevora.
– Rób, co mówię. Ale już – warknął Buddy.
Callie wstrzymała oddech i wypuściła powietrze z płuc, dopiero gdy usłyszała, jak powolne kroki Trevora cichną w korytarzu, a po chwili skrzypnęły drzwi jego sypialni i kliknął zatrzask.
Odsunęła się od Buddy’ego i poszła za bar. Zaczęła ustawiać butelki etykietkami w jedną stronę, wycierać kontuar i udawać, że nie ustawia między nimi bariery.
Buddy parsknął śmiechem i potarł ramiona, jakby chciał się rozgrzać, a przecież w tym nędznym domu panowała duchota.
– Skąd nagle ten chłód? – zapytał.
– Powinnam sprawdzić, co z nim – powiedziała Callie.
– Nie. – Buddy obszedł bar i zablokował jej wyjście. – Najpierw sprawdź, co ze mną. – Nakierował jej dłoń ku wybrzuszeniu w spodniach i poprowadził ją w górę i w dół, a ona przypomniała sobie, jak szarpał linkę kosiarki, by uruchomić silnik. – O tak. – Powtórzył ruch, a wtedy Callie ustąpiła. Bo zawsze ustępowała. – Tak dobrze – wymruczał.
Zamknęła oczy. Czuła zapach cygaretki tlącej się w popielniczce, akwarium bulgotało na drugim końcu pokoju. Starała się wymyślić rybkom fajne imiona, żeby jutro podsunąć je Trevorowi:
James Pond.
Darth Baiter.
Tank Sinatra.
– Jezu, jakie masz maleńkie dłonie. – Buddy rozpiął spodnie, położył jej ręce na ramionach i nacisnął. Dywan za barem był mokry. Callie uklękła na miękkim włosiu. – Jesteś moją małą baleriną. – Gdy wzięła go w usta, złapał ją mocniej za ramiona. – Jezu, tak dobrze. O tak.
Callie mocniej zacisnęła powieki.
Tuna Turner.
Leonardo DeCarpio.
Mary Kate i Ashley Ocean.
Buddy poklepał ją po ramieniu.
– Chodź, mała. Skończymy na kanapie.
Nie chciała iść na kanapę. Chciała skończyć teraz i odejść. Być sama. Odetchnąć głęboko i wypełnić płuca czymkolwiek innym, byle nie nim.
– Niech to szlag!

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ