Thriller / Sensacja / Kryminał
Wiolonczelistka
27,99 zł
39,99
KUP TERAZ

Wiolonczelistka

brak opinii
Liczba stron: 400
ISBN: 9788327676535
Premiera: 2021-11-17

Przebywający na przymusowej emigracji w Londynie Wiktor Orłow, niegdyś najbogatszy człowiek w Rosji, niestrudzenie prowadzi krucjatę przeciwko despotycznym kleptokratom z Kremla. Jego luksusowa rezydencja należy do najlepiej strzeżonych. A jednak w pewien deszczowy letni wieczór, w samym środku pandemii, zabójcy udaje się przechytrzyć ochronę.
Wyniki badań nie pozostawiają wątpliwości: dokumenty w domu Orłowa zostały skażone śmiercionośną substancją. Scotland Yard ustala, że dostarczyła je współpracująca z Orłowem dziennikarka śledcza antykremlowskiej gazety. Kiedy po zabójstwie dziennikarka znika, MI6 podejrzewa, że to pracujący dla Moskwy zabójca.
Gabriel Allon, któremu Wiktor Orłow uratował kiedyś życie, jest jednak przekonany, że koledzy z brytyjskiego wywiadu się mylą, co może mieć tragiczne skutki. Dążąc do ustalenia prawdy, Allon wyrusza w niebezpieczną podróż po Europie. Odkrywa intrygę prowadzącą do tajnych kręgów pieniędzy i władzy, która sięga serca zachodniej demokracji i zagraża stabilności ładu na świecie.
DANIEL SILVA to autor najlepiej sprzedających się powieści szpiegowskich na świecie. Przetłumaczone na ponad trzydzieści języków, przez wiele tygodni gościły na listach bestsellerów New York Timesa. Autor wraz z żoną Jamie Gangel, dziennikarką, i dwójką dzieci – Lily i Nicholasem – mieszka na Florydzie.

Daniel Silva

Daniel Silva to autor najlepiej sprzedających się powieści szpiegowskich na świecie. Przetłumaczone na ponad trzydzieści języków, przez wiele tygodni gościły na listach bestsellerów New York Timesa. Autor wraz z żoną Jamie Gangel, dziennikarką, i dwójką dzieci – Lily i Nicholasem – mieszka na Florydzie

Część pierwsza
MODERATO


1
Jermyn Street, St James’s

Sarah Bancroft zazdrościła szczęśliwcom, którzy wierzyli, że panują nad swoim losem. Dla nich życie było równie skomplikowane jak jazda metrem. Włożyć bilet do czytnika na bramce i wysiąść na właściwej stacji – na Charing Cross, nie na Leicester Square. Sarah nigdy nie zgadzała się z tą bzdurą. Rzecz jasna, można się przygotowywać, starać, można dokonywać wyborów, ale życie i tak pozostaje skomplikowaną grą opatrzności i prawdopodobieństwa. Niestety, zarówno w pracy, jak i w miłości Sarah przejawiała zadziwiający brak wyczucia czasu. Zawsze była o krok za szybka albo o krok za wolna. Spóźniła się na wiele pociągów. Kilka razy wsiadła do niewłaściwego, co prawie zawsze pociągało za sobą katastrofalne skutki.
Jej ostatni ruch w karierze zawodowej najwyraźniej mieścił się w tym pechowym schemacie. Dochrapawszy się pozycji jednej z najbardziej wziętych kustoszek muzealnych w Nowym Jorku, postanowiła się przenieść do Londynu i objąć tam bieżące zarządzanie galerią Isherwood Fine Arts, która od 1968 roku oferowała najwyższej klasy malarstwo włoskich i holenderskich dawnych mistrzów. Wkrótce po jej przyjeździe – jakżeby inaczej? – wybuchła śmiertelnie groźna pandemia. Nawet świat sztuki, zaspokajający zachcianki światowych superbogaczy, nie był odporny na spustoszenia siane przez zarazę. Interesy galerii niemal z dnia na dzień doznały czegoś w rodzaju zawału serca. Telefon milczał; jeśli w ogóle dzwonił, zazwyczaj był to kupiec albo jego przedstawiciel z informacją, że wycofuje się z aukcji. Zgryźliwa matka Sarah oświadczyła, że od czasu wystawienia na West Endzie musicalowej adaptacji „Rozpaczliwie poszukując Susan” Londyn nie był świadkiem mniej obiecującego debiutu.
Galeria Isherwood Fine Arts przeżywała już ciężkie czasy – wojny, ataki terrorystyczne, kryzysy naftowe, krachy na rynkach finansowych, zgubne w skutkach romanse – a jednak za każdym razem udawało jej się wyjść z tego bez szwanku. Sarah pracowała w niej krótko piętnaście lat wcześniej, jako tajna agentka Centralnej Agencji Wywiadowczej. Tą wspólną operacją Stanów Zjednoczonych i Izraela kierował legendarny Gabriel Allon. Dzięki zaginionemu płótnu van Gogha udało mu się wprowadzić Sarah do otoczenia saudyjskiego miliardera o nazwisku Zizi al-Bakari i kazał jej znaleźć ukrytego w tym towarzystwie organizatora akcji terrorystycznych. Od tamtej pory jej życie już nigdy nie było takie jak przedtem.
Po zakończeniu operacji przez kilka miesięcy wracała do zdrowia w lokalu konspiracyjnym Agencji na farmie w Wirginii Północnej. Następnie pracowała w Centrum Antyterrorystycznym CIA w Langley. Wzięła udział w jeszcze kilku wspólnych operacjach amerykańsko-izraelskich, zawsze na prośbę Gabriela. Wywiad brytyjski doskonale znał przeszłość Sarah, wiedział też o jej pobycie w Londynie – nie dziwota, skoro obecnie sypiała z agentem MI6, Christopherem Kellerem. W normalnej sytuacji utrzymywanie takiej relacji było surowo zabronione, jednak dla Sarah zrobiono wyjątek. Do grona jej wpływowych przyjaciół należeli Graham Seymour, dyrektor generalny MI6, oraz premier Jonathan Lancaster. Dlatego też wkrótce po jej przyjeździe do Londynu Sarah i Christopher zostali zaproszeni na prywatną kolację na Downing Street 10.
Pomijając Juliana Isherwooda, właściciela niezwykłej galerii noszącej jego nazwisko, bywalcy londyńskiego świata sztuki nie mieli o tym wszystkim pojęcia. Koledzy po fachu i konkurenci Sarah uważali ją za piękną, błyskotliwą historyczkę sztuki ze Stanów Zjednoczonych, która pewnej ponurej zimy, dawno temu, na krótko ożywiła ich świat, by zaraz potem rzucić ich dla takich jak Zizi al-Bakari, niech spoczywa w spokoju. A teraz, po burzliwej podróży w tajemnym świecie, wróciła, dowodząc w ten sposób słuszności swojej teorii o opatrzności i prawdopodobieństwie. Nareszcie wsiadła do właściwego pociągu.
Londyn powitał ją z otwartymi ramionami i bez zbędnych pytań. Ale zaledwie zdążyła uporządkować swoje sprawy, zaatakował wirus. Złapała go na początku marca na Europejskich Targach Sztuki i Antyków w Maastricht i natychmiast zaraziła Juliana i Christophera. Julian spędził koszmarne dwa tygodnie w Szpitalu Uniwersyteckim w Londynie. Sarah uniknęła najgorszych objawów wirusa, chociaż przez miesiąc zmagała się z gorączką, zmęczeniem, bólami głowy oraz zadyszką, które dopadały ją, gdy tylko zwlekała się z łóżka. Christopher, jakżeby inaczej, wyszedł z tego bez szwanku, przebył chorobę bezobjawowo. Za karę Sarah zmusiła go, by usługiwał jej na wszelkie sposoby. Jakimś cudem ich związek to przetrwał.
W czerwcu Londyn przebudził się z lockdownu. Christopher, trzy razy uzyskawszy negatywny wynik testu na wirusa, wrócił do swoich obowiązków na Vauxhall Cross , ale Sarah i Julian wstrzymali się z otwarciem galerii aż do nocy świętojańskiej. Galeria mieściła się w zacisznym czworoboku chodników i spółek handlowych zwanym Mason’s Yard, między biurami drobnej greckiej firmy spedycyjnej a pubem, w którym w niegroźnych czasach sprzed pandemii przesiadywały ładne pracownice okolicznych biur, jeżdżące na skuterach. Na najwyższym piętrze mieściła się wspaniała sala wystawowa wzorowana na słynnej paryskiej galerii Paula Rosenberga, gdzie Julian jako dziecko spędził wiele szczęśliwych godzin.
On i Sarah dzielili wielkie biuro na pierwszym piętrze z Ellą, atrakcyjną, lecz zgoła nieprzydatną recepcjonistką. W ciągu tygodnia od ponownego otwarcia interesu telefon zadzwonił raptem trzykrotnie. Ella ani razu nie raczyła go odebrać, włączała się poczta głosowa. Sarah oznajmiła więc, że w tej sytuacji rezygnują z jej usług.
Zatrudnianie kogoś nowego nie miało sensu. Eksperci ostrzegali, że gdy tylko się ochłodzi, nadejdzie druga, jeszcze bardziej złośliwa fala, londyńskich sklepikarzy uprzedzono więc, by się spodziewali kolejnych wprowadzanych przez władze lockdownów. Sarah nie uśmiechała się następna gęba do wykarmienia. Postanowiła nie dopuścić, by lato poszło na marne. I że choćby nie wiem co, sprzeda jakiś obraz, jakikolwiek.
Znalazła stosowne płótno całkiem przez przypadek, robiąc remanent katastrofalnie pęczniejących zapasów niesprzedanych prac w magazynach Juliana: była to „Lutnistka”, olej na płótnie o wymiarach 152 na 134 centymetry, prawdopodobnie z okresu wczesnego baroku, poważnie uszkodzony i brudny. Oryginalne pokwitowanie i dane przewozowe znajdowały się w archiwach Juliana, wraz z pożółkłym świadectwem pochodzenia. Najstarszym znanym właścicielem był jakiś hrabia z Bolonii, który w 1698 roku sprzedał obraz takiemu a takiemu księciu z Liechtensteinu, ten zaś opchnął płótno baronowi jakiemuś tam z Wiednia, gdzie znajdowało się do roku 1962, kiedy to nabył je marszand z Rzymu i pozbył się go na rzecz Juliana. Obraz przypisywano rozmaicie – szkole florenckiej, uczniowi Caravaggia, a konkretnie artyście z kręgu Orazia Gentileschiego.
Sarah coś tknęło. Pokazała płótno obeznanemu w problematyce Nilesowi Dunhamowi z National Gallery, w trakcie trzygodzinnej przerwy, którą Julian codziennie robił sobie na lunch. Niles niezobowiązująco zgodził się ze zdaniem Sarah na temat autorstwa pracy – do czasu uzyskania wyniku dodatkowych badań przy zastosowaniu rentgenografii oraz reflektografii w podczerwieni. A potem zaproponował, że może uwolnić Sarah od problemu i odkupić od niej obraz za osiemset tysięcy funtów.
– Jest wart pięć milionów albo i więcej.
– Nie w okresie zarazy.
– Pożyjemy, zobaczymy.
Nowo odkryte dzieło znanej malarki zazwyczaj wprowadzanoby na rynek z głośnymi fanfarami, zwłaszcza jeśli z powodu osobistej tragedii malarka owa cieszyła się ostatnio nagłym wzrostem zainteresowania. Jednak zważywszy na bieżącą niestabilność rynku – nie mówiąc o tym, że ten nowo odkryty obraz „odkryto” w jego własnej galerii – Julian uznał, że właściwa będzie prywatna aukcja. Zadzwonił do kilku najbardziej godnych zaufania klientów, ale żaden z nich nie wykazał cienia zainteresowania. W tej sytuacji Sarah skontaktowała się dyskretnie z kolekcjonerem i miliarderem w jednej osobie, przyjacielem przyjaciela. Ten się zainteresował i po kilku spotkaniach w jego londyńskiej rezydencji, z zachowaniem dystansu społecznego, uzgodnili zadowalającą cenę. Sarah zażądała zadatku w wysokości miliona funtów, częściowo na pokrycie niebagatelnych kosztów renowacji. Kolekcjoner zaprosił ją do siebie na ósmą wieczorem, po odbiór czeku.
Wszystko to zmierza do wyjaśnienia, dlaczego Sarah Bancroft w deszczowy wieczór w środę pod koniec lipca siedziała przy stoliku w kącie restauracji Wilton’s na Jermyn Street. W sali panował nastrój niepewności, uśmiechy były wymuszone, a śmiech hałaśliwy, lecz sztuczny. Julian, przechylony, opierał się o skraj kontuaru. W garniturze z Savile Row i z bujnymi siwymi włosami prezentował się elegancko, acz nieco podejrzanie – nazywał ten styl dystyngowanym zepsuciem. Zaglądał do kieliszka sancerre, udając, że słucha tego, co z podnieceniem szeptał mu do ucha Jeremy Crabbe, dyrektor działu dawnych mistrzów w domu aukcyjnym Bonhams. Amelia March z „ARTNews” podsłuchiwała rozmowę Simona Mendenhalla, sztywnego jak manekin głównego licytatora w Christie’s, z Nicky Lovegrove, doradczynią sztuki dla nieprzyzwoicie bogatych. Roddy Hutchinson, powszechnie uchodzący za najbardziej bezwzględnego marszanda w całym Londynie, ciągnął za rękaw tłuścioszka Olivera Dimbleby. Ale ten nie zwracał na niego uwagi, bo właśnie obmacywał niesamowicie śliczną byłą modelkę, a obecnie właścicielkę bardzo wziętej galerii sztuki nowoczesnej przy King Street. Idąc do wyjścia, modelka uprzejmie posłała Sarah całusa tymi swoimi idealnie karmazynowymi usteczkami.
Sarah upiła łyk martini z trzema oliwkami.
– Suka! – syknęła.
– Słyszałem! – Na szczęście to był tylko Oliver. Odziany w obcisły szary garnitur nadpłynął do stolika Sarah niczym balon zaporowy i usiadł. – Coś ci się nie podoba w pięknej pannie Watson?
– Jej oczy. Owal twarzy. Włosy. Cycki. – Sarah westchnęła. – Mam wymieniać dalej?
Oliver lekceważąco machnął pulchną ręką.
– Jesteś od niej dużo ładniejsza, Sarah. Nigdy nie zapomnę, jak po raz pierwszy zobaczyłem cię na Mason’s Yard. Serce omal mi nie stanęło. Jeśli mnie pamięć nie myli, zrobiłem z siebie wtedy niezłego pajaca.
– Poprosiłeś mnie o rękę. Właściwie to nawet kilka razy.
– Propozycja wciąż jest aktualna.
– Pochlebiasz mi, Ollie. Niestety, to nie wchodzi w rachubę.
– Jestem za stary?
– Ależ skąd.
– Za gruby?
Uszczypnęła go w różowawy policzek.
– Nie, jesteś w sam raz.
– To w czym problem?
– Jestem zajęta.
– Czym?
– Romansem.
Chyba nie zrozumiał. Jego romanse rzadko trwały dłużej niż jedną, góra dwie noce.
– Masz na myśli tego gościa, co to się wozi tym szpanerskim bentleyem?
Sarah upiła łyk drinka.
– Jak on się nazywa, ten twój chłopak?
– Peter Marlowe.
– E, zmyślasz.
Bo mam powody, pomyślała Sarah.
– A czym on się zajmuje? – palnął Oliver.
– Potrafisz dochować tajemnicy?
– Sarah, kochanie, mam w głowie więcej świńskich sekretów niż MI5 i MI6 razem wzięte.
Pochyliła się nad stołem.
– To profesjonalny zabójca.
– Co ty powiesz? To chyba ma ciekawą pracę?
Sarah uśmiechnęła się. Ma się rozumieć, to nie była prawda. Od czasu, gdy Christopher pracował jako płatny zabójca, minęło kilka lat.
– Czy to dla niego wróciłaś do Londynu? – sondował Oliver.
– Między innymi. Tak naprawdę to tęskniłam za wami wszystkimi. Nawet za tobą, Oliverze. – Sprawdziła w telefonie godzinę. – Szlag! Będziesz tak kochany i postawisz mi tego drinka? Jestem spóźniona.
– Na co?
– Ollie, bądź grzeczny.
– Mam być grzeczny? A po kiego? To nudne jak cholera.
Sarah wstała, puściła oko do Juliana i wyszła na Jermyn Street. Akurat lunęło jak z cebra, ale wkrótce uratował ją przyjazd taksówki. Najpierw usadowiła się w środku i dopiero wtedy podała kierowcy adres:
– Poproszę na Cheyne Walk. Numer czterdzieści trzy.

2
Cheyne Walk, Chelsea

Podobnie jak Sarah Bancroft, Wiktor Orłow uważał, że życie to podróż, w którą najlepiej wyruszyć bez mapy. Wychowany w moskiewskim mieszkaniu bez ogrzewania, za to dzielonym przez trzy rodziny, został multimiliarderem, a to dzięki połączeniu szczęścia, determinacji i bezlitosnej, jeśli nie przestępczej taktyki – nawet jego apologeci przyznawali, że nie przebierał w środkach. Nigdy nie ukrywał, że jest drapieżcą i wyzyskiwaczem. Przeciwnie, z dumą obnosił się z takimi etykietkami.
– Gdybym się urodził Anglikiem, zapewne mógłbym dojść do pieniędzy uczciwie – lekceważąco przyznał w rozmowie z brytyjskim dziennikarzem po zamieszkaniu w Londynie. – Ale urodziłem się Rosjaninem. I zbiłem majątek tak, jak to robią w Rosji.
Dla ścisłości – Wiktor Orłow urodził się nie jako obywatel Rosji, tylko Związku Radzieckiego. Jako genialny matematyk studiował w prestiżowym Leningradzkim Instytucie Mechaniki Precyzyjnej i Optyki, po czym zniknął w strukturach radzieckiego programu prac nad bronią jądrową i projektował wielogłowicowe pociski balistyczne o zasięgu międzykontynentalnym. Później na pytania, dlaczego wstąpił do Partii Komunistycznej, przyznawał, że zrobił to wyłącznie dla kariery.
– Pewne mógłbym zostać dysydentem, ale perspektywa zesłania do łagru jakoś nigdy mnie nie pociągała – dodawał.
Jako członek rozpieszczonej elity Orłow od środka obserwował rozkład systemu radzieckiego i wiedział, że upadek imperium jest tylko kwestią czasu. A kiedy to ostatecznie nastąpiło, oddał legitymację Partii Komunistycznej i przysiągł sobie, że zostanie bogaczem. W ciągu kilku lat zbił pokaźny majątek, sprowadzając komputery i inne dobra na rodzący się rosyjski rynek. Następnie wydał tę fortunę na przejęcie największej rosyjskiej państwowej huty stali oraz Ruzoilu – syberyjskiego giganta naftowego.
I tak oto w krótkim czasie Orłow został najbogatszym człowiekiem w Rosji.
Tyle że w postsowieckiej Rosji, kraju bezprawia, bogactwo Orłowa sprawiło, że znalazł się na celowniku. Przeżył co najmniej trzy próby zamachu na życie i jak wieść gminna niesie, w odwecie zlecił podobno zabójstwo kilku osób. Jednak największym zagrożeniem dla Orłowa stał się człowiek, który zastąpił Borysa Jelcyna na stanowisku prezydenta. Uważał on, że Wiktor Orłow i inni oligarchowie ukradli najcenniejsze aktywa kraju, zamierzał więc je odzyskać, także na drodze kradzieży. Kiedy już zadomowił się na Kremlu, nowy prezydent wezwał Orłowa i zażądał dwóch rzeczy: jego hut stali oraz Ruzoilu.
– I nie wtykaj nosa do polityki – dodał złowróżbnie. – Bo ci go utnę.
Orłow zgodził się zrezygnować z hut stali, ale nie z Ruzoilu. Prezydenta to nie rozbawiło. Natychmiast nakazał prokuraturze wszcząć postępowanie w sprawie oszustw i korupcji, ta zaś w ciągu tygodnia wydała nakaz aresztowania Orłowa. On z kolei roztropnie uciekł do Londynu, gdzie został jednym z tych krytyków rosyjskiego prezydenta, których głos rozbrzmiewał najgłośniej. Na kilka lat Ruzoil został sparaliżowany przez prawników, był poza zasięgiem zarówno Orłowa, jak i nowych władców Kremla. W końcu Orłow ustąpił i zrzekł się spółki w zamian za trzech agentów wywiadu izraelskiego przetrzymywanych w Rosji. Jednym z tych agentów był Gabriel Allon.
Za ten wspaniałomyślny gest Orłow otrzymał brytyjski paszport oraz dostąpił zaszczytu prywatnej audiencji u królowej w pałacu Buckingham. Następnie podjął się ambitnego zadania odbudowania swojej utraconej fortuny, tym razem pod bacznym okiem nadzorujących go brytyjskich urzędników badających każdą jego transakcję czy inwestycję. Jego imperium obejmowało teraz tak czcigodne londyńskie gazety jak „Independent”, „Evening Standard” oraz „Financial Journal”. Poza tym nabył pakiet kontrolny rosyjskiego tygodnika śledczego „Moskowskaja Gazieta”. Dzięki finansowemu wsparciu Orłowa tygodnik znów stał się najbardziej wpływową niezależną agencją informacyjną w Rosji oraz cierniem w oku ludzi na Kremlu.
W rezultacie Orłow każdego dnia żył ze świadomością, że groźne służby wywiadowcze Federacji Rosyjskiej wciąż spiskują, jak by go zabić. Swoją nową limuzynę Mercedes-Maybach kazał wyposażyć w zabezpieczenia, jakie zwykle zarezerwowane są dla rządowych pojazdów prezydentów i premierów, a jego rezydencja przy historycznej Cheyne Walk w Chelsea należała do najsilniej chronionych w Londynie. Przy krawężniku stał na jałowym biegu czarny range rover ze zgaszonymi światłami. Siedziało w nim czterech ochroniarzy, byłych komandosów z elitarnej Special Air Service, zatrudnionych przez dyskretną prywatną firmę ochroniarską z siedzibą w Mayfair. Ten za kierownicą uniósł rękę w geście pozdrowienia, gdy Sarah wysiadła z tylnego siedzenia taksówki. Najwyraźniej oczekiwano jej przybycia.
Dom pod numerem 43 był wysoki, wąski i porośnięty pnączami glicynii. Podobnie jak sąsiednie, stał cofnięty od ulicy, za ogrodzeniem z kutego żelaza. Sarah szybko ruszyła ścieżką przez ogród pod mizerną osłoną składanej parasolki. Przyciśnięcie dzwonka odbiło się w domu donośnym dźwiękiem, ale nikt nie otworzył. Sarah nacisnęła dzwonek jeszcze raz, i znów bez rezultatu.
Normalnie drzwi otworzyłaby służąca. Jednak Wiktor, który miał obsesję na punkcie bakterii i wirusów jeszcze w czasach przed pandemią, zredukował godziny pracy służby domowej, by zmniejszyć ryzyko zarażenia się covidem. Jako zatwardziały kawaler wieczory spędzał przeważnie w swoim gabinecie na drugim piętrze, czasami sam, a często w towarzystwie niestosownie młodych kobiet. Przez zasłony przebijało światło lamp. Sarah uznała, że pewnie rozmawia przez telefon. A przynajmniej miała taką nadzieję.
Nacisnęła dzwonek po raz trzeci, a skoro znów nie doczekała się reakcji, przyłożyła palec wskazujący do czytnika linii papilarnych umieszczonego obok drzwi. Wiktor dodał jej odcisk do systemu, niewątpliwie licząc na kontynuację ich współpracy po zakończeniu transakcji dotyczącej obecnego obrazu. Elektroniczny pisk poinformował Sarah, że skan został zatwierdzony. Wbiła swój prywatny kod dostępu – ten sam, którego używała w galerii – i rygle drzwi natychmiast puściły.
Złożyła parasolkę, przekręciła gałkę i weszła do środka.

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ