Dla młodzieży
Bractwo Zagrożonych. Punkt topnienia
24,99 zł
36,99
KUP TERAZ

Bractwo Zagrożonych. Punkt topnienia

Austin Aslan & Philippe Cousteau
brak opinii
Liczba stron: 352
ISBN: 9788327679765
Premiera: 2022-02-23

Temperatura na całej planecie rośnie, lodowce topnieją, a niewinne zwierzęta cierpią. Ludzie mieli już swoją szansę, żeby wszystko naprawić, jednak zawiedli. Nadszedł czas, by to zwierzęta wzięły sprawy we własne łapy. Najwyższa pora na interwencję… Bractwa Zagrożonych.

Kiedy Zagrożeni dowiadują się, że jeden z ostatnich przedstawicieli niemal całkowicie wymarłego gatunku leniwców znalazł się w tarapatach, nie wahają się zabrać sprzętu, uruchomić helikoptera i wyruszyć na ratunek. Tym razem jednak ich misji zagraża jeszcze jeden, zupełnie nieoczekiwany przeciwnik – grupka zwierząt, które uznały, że aby ratować dziką przyrodę, należy doprowadzić do zniknięcia z powierzchni Ziemi… ludzi. To najtrudniejsze zadanie, z jakim do tej pory musieli się zmierzyć Zagrożeni. Ich przeciwnicy nie cofną się przed niczym, by odzyskać władzę nad planetą.

To kolejna szalona przygoda, w której walka toczy się o najwyższą stawkę – poznajcie nową odsłonę ekscytującej serii, poruszającej tematy ochrony przyrody. Jej autorami są Philippe Cousteau, światowej sławy ekolog, oraz Austin Aslan, autor wielokrotnie nagradzanych książek z serii TURBO Racers.

ROZDZIAŁ 1

WANGARI
(Phataginus tetradactyla)

BAHIA AZUL, PANAMA

Wangari, przedstawicielka afrykańskich łuskowców długo- ogonowych, wynurzyła się z dżungli i popatrzyła na ruiny.
— Jestem na miejscu — powiedziała do mikrofonu.
Znajdowała się daleko od stanowiących jej naturalne miej¬sce bytowania terenów, w wilgotnym i bujnym lesie rów¬nikowym w Ameryce Środkowej, pełnym egzotycznych przysmaków w rodzaju rozmaitych gatunków mrówek z ro¬dzin Acromyrmex i Atta czy chrząszczy Ischnocodia annulus. Ruiny na skraju bagnistego terenu stanowiły pozostałość bu¬dowli wzniesionych tu niegdyś przez dawnych mieszkańców Panamy, a następnie unowocześnionych i zamienionych w wa¬rownię przez przybyszy z Europy. Ostatnio w tych starych murach mieściła się fabryka, w której farbowano tkaniny, a na¬stępnie szyto z nich ubrania.
Zapadał zmierzch, słońce wisiało nisko nad horyzontem, barwiąc na pomarańczowo wąskie pasma obłoków znad Mo¬rza Karaibskiego. Ostatni pracownicy fabryki przekraczali bra¬mę w nadgryzionym zębem czasu murze otaczającym zakład, za którym zostawili tego ranka rowery i samochody.
— Lada moment zrobi się tu całkiem pusto.
- Przyjąłem. - Wan usłyszała w słuchawce spokojny głos orangutana Ariefa, który zawsze działał na nią kojąco na po¬czątku każdego zadania. - Czekamy w gotowości, żeby cię podjąć.
- Murdock, jesteś w tym momencie moimi oczami, jasne? Prowadź!
- Chwileczkę, jeszcze nie włamałem się do systemu z pla¬nem budynku. Dam ci znać, gdy tylko czegoś się dowiem, a na razie postępuj zgodnie z planem, odbiór.
Wan mruknęła z niezadowoleniem. Ale nawet jeśli Mur¬dock będzie miał rozkład pomieszczeń na podorędziu, nadal powinna ufać przede wszystkim swojemu instynktowi. Osta¬tecznie Murdock był arktycznym narwalem, a więc kimś w ro¬dzaju wieloryba. Wnętrza budynków znał właściwie jedynie z ekranu komputera.
Większość pracowników fabryki zdążyła już rozjechać się do domów, więc jeśli nie liczyć nigdy niemilknącej orkiestry złożonej z odgłosów wydawanych przez rozmaite owady i żaby, wokół panowała cisza.
- Pora się zbierać - mruknęła Wangari do siebie, a potem zaczęła się wspinać po zewnętrznej ścianie muru.
Wiekowa konstrukcja pełna była dziur i wgłębień, któ¬rych Wan mogła się chwycić potężnymi pazurami, więc łusko¬wiec bez trudu pokonywał teraz kolejne metry ze zręcznością jaszczurki. Szczyt muru został zabezpieczony na całej długości drutem, ale Wan go wymacała i ostrożnie ominęła, po czym przykucnęła i popatrzyła na znajdujący się poniżej dziedziniec.
Fabryczne budynki miały po dwa lub trzy piętra i dorówny¬wały wysokością drzewom w otaczającej je dżungli. Stanowiły połączenie starej i nowej architektury z oknami i balkonami na wyższych piętrach i murami oplecionymi pędami pnączy. Na rogach budynków umieszczono kamery, dachy usiane były reflektorami z czujnikami ruchu. Na dodatek po podwórku biegały swobodnie psy stróżujące, trzy potężne rottweilery, wciąż węszące w powietrzu i wśród trawy, by wytropić ewen¬tualnych intruzów. Oprócz nich terenu fabryki pilnowali rów¬nież strażnicy. Spokojni, ale czujni.
Na pierwszy rzut oka mogli wziąć Wan za przedstawicie¬la któregoś z miejscowych gatunków: ostronosa, kinkażu czy mrówkojada albo wręcz za zwykłego domowego kota. Jednak odróżniały ją od nich nie tylko jej ochronne łuski, lecz także kamizelka naszpikowana gadżetami szpiegowskimi. Na do¬datek na głowie miała gładko przylegający noktowizor. Jeśli tylko wartownik będzie miał okazję przyjrzeć się jej dokład¬nie, cała akcja zakończy się fiaskiem.
W pewnym momencie psy pobiegły za róg budynku i zniknęły jej z oczu. Wan natychmiast zwinęła się w osłonię¬tą pancerzem łusek kulę, stoczyła między paprocie, a potem rozprostowała ponownie ciało i ruszyła czym prędzej w stronę najbliższego budynku. Przemierzała trawnik zakosami, a kie¬dy w pewnym momencie gdzieś w pobliżu rozległ się głośniej¬szy głos ludzki, natychmiast przypadła brzuchem do ziemi. Serce zabiło jej szybciej. Jeśli któryś z wartowników zauważy ją na otwartej przestrzeni, ich misja dobiegnie końca, zanim w ogóle na dobre się rozpocznie!
Wiatr porwał ludzkie słowa, mówiący człowiek musiał od¬wrócić się w drugą stronę. „Teraz!”, przemknęło Wan przez głowę. Błyskawicznie wysunęła język i owinęła jego koniec wokół zdrewniałej łodygi pnącza porastającego fasadę budyn¬ku, a następnie ni to skoczyła, ni to podciągnęła się w stronę muru, po którym zaraz potem zaczęła się wspinać, nie odry¬wając przy tym oczu od firanki powiewającej w otwartych drzwiach balkonowych dwa piętra wyżej.
Potężny cień przemknął nad jej głową, więc podniosła wzrok w obawie, że to jakiś drapieżnik wybrał się na polo¬wanie, jednak po niebie szybowała tylko wielka biała mewa.
Psy wróciły tymczasem truchtem na dziedziniec i znalazły się w zasięgu wzroku Wan, która przyspieszyła, mocniej wbi¬jając potężne pazury w stary mur.
Daleko na ziemi psy zaczęły krążyć nerwowo u podstawy budynku, węsząc wśród traw, a potem jeden z nich zaszczekał akurat w momencie, gdy Wan dotarła do drzwi balkonowych i wśliznęła się do Środka, zahaczając na moment kamizelką o parapet.
„Mało brakowało!” - pomyślała z ulgą. - „A teraz pora na zabawę”.
Znajdowała się w pokoju, który jej zdaniem przypominał drogi hotelowy apartament oświetlony w tym momencie jedy¬nie wpadającą przez okno poświatą. Najwyraźniej w tej części fabrycznych budynków mieściły się pokoje przeznaczone dla rozmaitych ważniaków z branży, sławnych projektantów mody i modelek, a pewnie także inwestorów z grubymi portfelami.
— Kici, kici, nie chowaj się — zawołała w ciemność.
Jednak cel jej misji znajdował się zapewne gdzieś w głębi rozciągającego się przed nią labiryntu.
Wangari podbiegła do drzwi apartamentu. Pusty korytarz pogrążony był w ciemnościach. Z obawy przed obecnością ukrytych kamer i laserowych czujników ruchu na podczer¬wień zsunęła na oczy noktowizor i jeszcze raz rozejrzała się we wszystkie strony. Nic nie wzbudziło jej niepokoju, ruszy¬ła więc naprzód.
Zajrzała przez otwarte drzwi do kolejnego z pomieszczeń, gdzie na umieszczonych na ścianie monitorach wyświetlany był podgląd z kamer w różnych punktach całego kompleksu.
— Murdock, jestem w dyżurce ochrony — szepnęła do mi-krofonu. Na biurku pod monitorami stał kubek z kawą na tyle ciepłą, że jeszcze unosiła się z niego para, ale krzesła były puste. - Na razie nikogo, ale ten stan długo nie potrwa.
- Świetna robota. Znajdź główny serwer i wepnij do nie¬go pendrive, który ci dałem - polecił jej narwal podekscyto¬wanym głosem.
Kiedy już dzisiejsze włamanie wyjdzie na jaw, ktoś na pew¬no przejrzy nagrania z kamer, więc ich plan od początku za¬kładał konieczność posprzątania twardego dysku - inaczej zdjęcia przedstawiające łuskowca wykonującego sztuczki akro¬batyczne w specjalistycznej uprzęży raz-dwa trafiłyby do sieci.
Wan wśliznęła się do pomieszczenia i wcisnęła pendrive w odpowiedni port. Dzięki temu nie tylko włamali się na serwery, lecz mieli też dostęp do stosowanych w fabryce za¬bezpieczeń. Bez trudu mogli teraz zwędzić plany budynków, których także przecież szukali.
- Obszedłem firewalla i mam pełny dostęp do systemu! - oznajmił Murdock. - Możesz się stamtąd zabierać, Wan. Uważaj na czujniki laserowe... Nie mogę ich wyłączyć bez za¬inicjowania diagnostyki - przypomniał przyjaciółce. - A wte¬dy od razu uruchomi się alarm.
- Przyjęłam - odpowiedziała Wangari.
Dotarła do szerokich schodów prowadzących do holu na parterze i dzięki noktowizorowi od razu zauważyła sieć po¬łyskujących zielenią laserowych linii przecinających każdy ze stopni. „Jak to obejść?”, zmartwiła się z początku, szybko jed¬nak znalazła rozwiązanie. Wskoczyła na poręcz i przywarła do niej brzuchem, po czym przeniosła ciężar ciała do przodu i pomknęła ślizgiem w dół krętej balustrady, wykorzystując długi ogon jako hamulec.
- Stój! - usłyszała w słuchawce głos Murdocka.
Czym prędzej zacisnęła ogon wokół poręczy i wyhamowała.
- Co znowu? - szepnęła.
- Na podglądzie widzę, że na dole natkniesz się zaraz na dwie przeszkody. Wyższa kadra menedżerska, jeśli można są¬dzić po ich eleganckich garniturkach.
- Dzięki - mruknęła Wan, po czym odetchnęła głębo¬ko. Serce waliło jej jak młotem, kiedy niemal niepostrzeżenie pokonała na brzuchu kilka ostatnich metrów poręczy, byle tylko nie rzucać się ludziom w oczy. Kiedy dotarła do jej koń¬ca, ostrożnie zeskoczyła na chłodną posadzkę i prześlizgnꬳa się obok donicy z jakąś rośliną, by dostać się do kolejnego korytarza.
- Świetna robota - pochwalił ją Murdock. - Teraz jakieś dwadzieścia metrów prosto, a potem w lewo, do przeszklone¬go atrium między budynkami. Warto tam zajrzeć. Strażnicy regularnie patrolują teren, więc masz tylko jakieś czterdzieści pięć sekund, zanim znowu wyłonią się zza rogu.
Wan popędziła korytarzem przed siebie, jednak kiedy do¬tarła do atrium, okazało się, że jego drzwi są zamknięte na klucz, podczas gdy ona już słyszała odgłos kroków dobiega¬jący zza rogu.
- Przydałaby się pomoc - mruknęła.
- Pracuję nad tym - zapewnił ją Murdock.
- Więc może pracuj odrobinę szybciej. - Wan obejrzała się przez ramię i dostrzegła nawet nogę ochroniarza wyłania¬jącego się właśnie zza rogu.
- Mam! - wrzasnął narwal prosto w jej ucho. Światełko zamka rozbłysło zielenią, a Wan prześlizgnęła się przez drzwi właściwie w ostatnim momencie.
Na pierwszy rzut oka atrium musiało być kiedyś po pro¬stu przejściem między budynkami, jednak teraz zamykały je szklane ściany podtrzymujące wysoki przeszklony sufit. Ni¬czym w jakiejś ogromnej szklarni powietrze wewnątrz było gorące i wilgotne, zupełnie jak w dżunglowym siedlisku Arie- fa w Arce.
Wan przekradła się za jedną z rozlicznych donic z paprocia¬mi i rozejrzała wokół. Przez wysoki przeszklony sufit wpadało naturalne światło, o tej porze coraz słabsze, bo zaczynał zapa¬dać zmierzch. Zresztą chwilę później zamrugały listwy ledowe ukryte między roślinami w donicach, zalewając to ogromne pomieszczenie niemal oślepiającym blaskiem. Wzdłuż ścian rozmieszczono kamery.
- Masz dostęp do kamer, Murdock? - zapytała Wan.
- Jasne, bez problemu zapętlę dziesięciominutowe nagra¬nie, ochroniarze na razie daleko, więc możesz ruszać.
Wzdłuż obu dłuższych boków prostokątnej sali o kamien¬nej posadzce znajdowały się strome schody o potężnych stop¬niach, a Wan zrozumiała, że oto najwyraźniej znalazła się na kamiennym boisku do rytualnej gry w piłkę, wybudowanym przez mieszkańców tych okolic wiele stuleci temu.
Na drugim krańcu pomieszczenia znajdował się odgrodzo¬ny wybieg dla zwierząt, podobny do tych widywanych w zoo.
„No, wreszcie jakieś konkrety”, pomyślała Wan na widok tego, po co tu przyszła.
Bradypus pygmaeus, leniwiec karłowaty.
Maluch znajdował się na wybiegu zupełnie sam, przytulo¬ny do pnia drzewa jakieś półtora metra nad ziemią. Ostatecz¬nie taka już była natura tych istot. Zwierzątko miało z lekka spłaszczony pyszczek, zupełnie jak u mopsa, i ciemniejsze fu¬terko wokół oczu, przez co wyglądało, jakby rozmazał mu się tusz do rzęs. Kudłate futro za sprawą pokrywających je alg stało się z lekka zielonkawe, jednak w przypadku tego gatun¬ku nie było to nic niezwykłego czy świadczącego o chorobie.
Wan przypatrywała mu się przez chwilę z lekkim uśmie¬chem.
- Cel namierzony - rzuciła do mikrofonu.
ROZDZIAŁ 2

WANGARI
(Phataginus tetradactyla)


Wan pokręciła głową, po czym wyszła na środek kamien¬nego boiska.
Na wyspie Escudo de Veraguas, niewielkim karaibskim atolu jakieś osiemnaście kilometrów od wybrzeża, na którym znajdowały się fabryczne zabudowania, żyje na wolności oko¬ło stu leniwców karłowatych. Zwierzęta te potrafią pływać, ale nie w taki sposób maluch znalazł się tak daleko od domu. Ten biedak został uprowadzony przez właścicieli fabryki.
Ani Wan, ani jej towarzysze nie znali powodów ich postę¬powania.
Kiedy jednak się dowiedzieli, że przedstawiciel tego kry¬tycznie zagrożonego gatunku znalazł się w równie trudnym położeniu, uznali, że muszą działać - i to jak najszybciej. Je¬śli ten kudłaty biedak za mocno przesiąknie zapachem ludzi, jego pobratymcy mogą nie przyjąć go z powrotem, a w przy¬padku tak ograniczonej populacji utrata nawet jednego osob¬nika z puli genowej mogła okazać się katastrofalna w skutkach.
Wan poczuła, że jej tylna łapa o coś się ociera. Zapomniała o ostrożności, zmierzając prosto do celu, więc teraz w ostat¬niej chwili się zatrzymała i popatrzyła w dół. O mały włos nie aktywowała pułapki w podłodze. Kilka metrów na lewo od niej leżał bez ruchu szczur i wpatrywał się w nią szeroko rozwartymi ślepiami, a z jego szyi wciąż wystawała strzałka z trucizną. Cała podłoga była usiana pułapkami! Wan z tru¬dem przełknęła ślinę.
- Murdock, dlaczego mnie nie uprzedziłeś?
- Tych pułapek nie ma na planie. Prawdziwe pole minowe dla gryzoni! Włączają je po godzinach, to nie są żarty. Uważaj!
— Dzięki za radę — zakpiła Wan.
Teraz, kiedy już wiedziała, czego może się spodziewać, bez trudu wypatrzyła kolejne płyty posadzki z czujnikami nacisku. Ostrożnie ruszyła przed siebie i dotarła do wybiegu leniwca bez trącenia którejkolwiek z nich choćby pazurem.
Leniwiec powoli odwrócił głowę.
— Cześć, stary, przyszłam cię uwolnić — wyjaśniła Wan.
— Idę spać — odparł po chwili odrobinę mniejszy od niej zwierzak. - Już noc.
Używał prostych zwrotów i rozumiał Wan jedynie na ta¬kim poziomie, na jakim wszystkie zwierzęta rozumiały na¬wzajem swoją mowę.
- Mam lepszy pomysł. Może zejdziesz tu do mnie?
- Już? - Leniwiec ziewnął. - Dopiero przyszłaś.
Wan przewróciła oczami, potem jednak głęboko odetchnꬳa. Podobnie jak pozostali Zagrożeni była superinteligentna. To właśnie dzięki temu potrafiła rozumować i planować. Z kolei leniwiec był po prostu zwykłym ssakiem.
- W porządku, w takim razie ja wdrapię się do ciebie.
Z jednej strony wybieg był ograniczony kamiennym mu¬rem dawnego boiska, a jedyne wejście na jego otoczony siat¬ką teren znajdowało się z boku i było zamknięte na kłódkę. Wan obmacała swoją kamizelkę, aby odszukać w niej cążki do cięcia drutu, po czym zbliżyła się z nimi do siatki, ale w ostatniej chwili zmieniła jednak zdanie. A jeśli ogrodzenie znajduje się pod napięciem?
Uważnie przyjrzała się słupkom, do których przymoco¬wano siatkę. Nigdzie nie dostrzegła skrzynki mogącej skry¬wać zasilanie, żadnych izolatorów czy przewodów znikających w podłożu. Krzywiąc się z niepokojem, postukała metalowym czubkiem cążków w ogrodzenie, tak na wszelki wypadek.
Zero iskrzenia.
Wan wzruszyła ramionami, po czym używając obu przed¬nich łap do obsługi cążków, zaczęła przecinać oczka siatki.
Nagle w powietrze wdarło się ogłuszające wycie alarmu, do którego chwilę później dołączyły światła stroboskopowych reflektorów.
- Na jelenie bobki - mruknęła Wan. - Powinnam była to przewidzieć!
- Co to? - wymamrotał leniwiec, ziewnąwszy po raz ko¬lejny.
- Nie mam czasu na tłumaczenia - rzuciła Wan.
- Zawsze jest czas - orzekł leniwiec.
Wan przecięła jeszcze kilka ogniw, po czym przecisnęła się przez powstały w ten sposób otwór na teren wybiegu i bły¬skawicznie wspięła się do leniwca.
- Wskakuj mi na plecy. I mocno się trzymaj.
Leniwiec posłusznie wykonał jej polecenie. I jak na jego możliwości, zrobił to całkiem szybko, to znaczy wspiął się na grzbiet Wangari i chwycił zakrzywionymi pazurami za paski jej uprzęży.
Wan wyczuła tupot ludzkich stóp. Strażnicy zbliżali się ko¬rytarzem do strony atrium. Nie zamierzała dać się schwytać ani nawet zobaczyć, więc czym prędzej popędziła przez całą dłu¬gość boiska, aby wrócić tą samą drogą, którą tu dotarła. Nie miała czasu na ostrożne unikanie ewentualnych pułapek. Ze ścian posypał się grad zatrutych strzałek, ale Wan okazała się od nich szybsza. Żadna strzałka jej nie trafiła, wszystkie prze¬mykały za nią ze świstem, gdy pędziła przed siebie.
Wan dotarła do patio na skraju wewnętrznego dziedzińca akurat w momencie, gdy dwóch strażników wpadło do atrium północnym wejściem. W ostatniej chwili zdążyła ukryć się przed ich wzrokiem za ogromną kamienną płytą z wyryty¬mi na niej antycznymi piktogramami. Tymczasem do atrium wbiegło od południa kolejnych dwóch ochroniarzy. Jeden z nich pstryknął wyłącznikiem na ścianie, aby dezaktywować system zatrutych strzałek, a potem wszyscy czterej mężczyźni ruszyli przez kamienne boisko w kierunku wybiegu leniwca.
Jednocześnie podwójne stalowe drzwi pomiędzy atrium a korytarzem zaczęły się zamykać.
- O, nie, utkniemy tu na dobre! - jęknęła Wan. - Murdock, dasz radę to obejść?
- Już nad tym pracuję... Nie da rady, mogę je tylko odro¬binę spowolnić.
Południowym korytarzem nadbiegli kolejni strażnicy, któ¬rzy również zaczęli przeszukiwać atrium.
- Biegiem! - wrzasnął Murdock.
Wan wypadła z kryjówki i pomknęła w kierunku zamyka¬jących się drzwi. Kiedy rzuciła się ślizgiem po lśniących pły¬tach posadzki, leniwiec aż zapiszczał z radości.
Udało się! Co prawda leniwiec w pewnym momencie zwol¬nił uścisk pazurów i zsunął się z grzbietu Wangari, ale ta zła¬pała go ogonem za ramię i szarpnięciem przeciągnęła na drugą stronę drzwi. Zdążyła w ostatniej chwili, jego tylne łapy mi¬nęły próg ułamki sekund przedtem, nim drzwi się zasunęły.
Zwierzak wpatrywał się w Wan szeroko rozwartymi śle¬piami.
- Szybka jesteś.
- Jeszcze się nie ciesz, wciąż zagraża nam niebezpieczeń¬stwo - oceniła Wan.
- Święta racja, siostro - wtrącił Murdock. - Strażnicy zmie¬rzają w waszym kierunku z obu krańców korytarza. Wyłączam światła, to pozwoli nam zyskać trochę czasu. Dokładnie nad tobą znajduje się szyb wentylacyjny...
- Przyjęłam. - Wan natychmiast włączyła noktowizor i po¬patrzyła na wspomniany szyb, po omacku szukając w swojej uprzęży odpowiednich narzędzi.
W tym momencie drzwi w głębi korytarza się otworzyły i do środka wpadły dwa psy. Na ułamek sekundy oczy Wan o zielonkawym połysku spotkały się ze ślepiami rozwścieczo¬nych rottweilerów.

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ