Dla młodzieży
Zagubiony
39,99 zł
28,90 zł
39,99
28,90
KUP TERAZ

Zagubiony

Josie Williams
1 opinia
TAKŻE JAKO E-book icon
Liczba stron: 304
Oprawa miękka
ISBN: 9788327679529
Premiera: 2022-04-27
Tłumaczenie: Alina Patkowska

Piętnastoletnia wrażliwa Maggie z trudem odnajduje się w kolejnej rodzinie zastępczej. Została sama na świecie – ojca nigdy nie było, matka zmarła, a ukochana babcia cierpi na demencję. Wizyty u babci w szpitalu i zatapianie się w książkach to teraz cały świat Maggie. 

Pewnego dnia zamyślona o mało nie wpada pod samochód – Ryder ratuje jej życie, a ona zakochuje się w nim bez pamięci. Problemem w tym, że… Ryder nie żyje od pięciu lat. Uwięziony między życiem a śmiercią złamał zasady, byle tylko być jak najbliżej tej, dla której, mimo wszelkich przeciwności losu, kompletnie stracił głowę…


Nic jednak nie może stanąć na drodze miłości, nawet śmierć. 

Nie potrafię oderwać od niej oczu. Ta dziewczyna ma coś w sobie. Nie mam pojęcia co, ale przykuwa moją uwagę, gdy tylko wchodzi do pomieszczenia. Nie jest bardzo piękna. Nie w powszechnej opinii. To nie wygląd przyciągnął mnie do niej na początku, tylko fakt, że potrafi kochać z całego serca. (…) Jest piękna w środku.


Powinienem chyba najpierw się przedstawić. Nazywam się – albo nazywałem się – Ryder Edmonds. Oficjalnie mam siedemnaście lat, ale w gruncie rzeczy tak nie jest, bo… no cóż… bo nie żyję. Wystarczyła chwila nieuwagi podczas rodzinnego spływu łodzią po górskiej rzece. Skutek był opłakany. Z tego, co pamiętam, mój koniec był szybki i bezbolesny.


Zagubieni to dusze zmarłych, które z jakiegoś powodu nie przeszły do życia po śmierci. Odrzucili światło, podobnie jak ja je odrzuciłem. Niektórzy ludzie mogliby nas nazwać duchami, zbłąkanymi duszami, zjawami albo widmami. W ciągu wieków nadawano nam wiele nazw, ale moim ulubionym słowem jest »zagubiony«. 
Nie jest tak… przerażające.



Josie Williams to pseudonim świetnie u nas znanej Kirsty Moseley

Prolog

Ryder

 

Ludzki umysł jest najbardziej otwarty podczas tych kilku cennych sekund, kiedy ciało balansuje na krawędzi śmierci. Zawsze dostrzegałem ironię w tym, że gdy jesteś najbardziej rozbudzony, w następnej chwili masz zapaść w wieczny sen. Ktoś taki jak ja, zagubiony, żyje dla ulotnych chwil cudzej śmierci, bo tylko wtedy istniejemy dla kogoś jeszcze, nie tylko dla siebie czy dla innych uwięzionych dusz, które błąkają się po ziemi.

Oczywiście patrzenie, jak ktoś umiera, jest przygnębiające – ktoś bierze ostatni oddech, a ja życzę sobie jego śmierci tylko po to, żebym mógł coś poczuć. Jednak po długich pięciu latach samotnych wędrówek, podczas których nikt mnie nie zauważa ani nie wie o mojej obecności, potrzebuję tego połączenia, tego ułamka sekundy, gdy ktoś unosi brwi, mruży oczy albo pyta: „Kim jesteś?”. Tę chwilę lubię najbardziej. To wystarcza, bym znów poczuł się żywy i przypomniał sobie, że chociaż już nie istnieję, to kiedyś istniałem.

Powinienem chyba najpierw się przedstawić. Nazywam się – albo nazywałem się – Ryder Edmonds. Oficjalnie mam siedemnaście lat, ale w gruncie rzeczy tak nie jest, bo… no cóż… bo nie żyję. Wystarczyła chwila nieuwagi podczas rodzinnego spływu łodzią po górskiej rzece. Skutek był opłakany. Z tego, co pamiętam, mój koniec był szybki i bezbolesny.

Natomiast moje przejście nie było ani szybkie, ani bezbolesne.

Po prostu nie zrobiłem tego, co powinienem zrobić. Nie poszedłem dalej, żeby wkroczyć w nieznane i rozpocząć następną podróż, jakakolwiek miała ona być. Wszystko zdarzyło się bardzo szybko, a ja byłem tak przerażony, że nie zastanawiałem się nad konsekwencjami tego, co zrobiłem, albo – ściślej mówiąc – czego nie zrobiłem.

W jednej chwili wypadłem z łodzi i zderzyłem się z zimną wodą, która zagarnęła mnie całego i wypełniła mi płuca, a w następnej stałem jak słup soli obok matki, patrząc na swoje martwe ciało. Moja opalona skóra była zupełnie szara, usta miały niebieskawy odcień. Mama zaczęła się trząść, a dwaj moi bracia, tato i instruktor desperacko próbowali przywrócić mnie do życia na błotnistym brzegu rzeki Tryweryn w północnej Walii.

W głębi duszy wiedziałem, że już nie żyję. Jak mogłem nie wiedzieć? Moje ciało leżało u moich stóp. Patrzyłem, jak uciskają mi klatkę piersiową i wtłaczają powietrze do płuc – przecież wiadomo, co to oznacza. Ciężar przerażenia przygniatał mnie do ziemi. Jeszcze nigdy tak się nie bałem. Ten strach uderzył mnie jak pociąg towarowy, wbił się we mnie i wywrócił cały mój świat do góry nogami.

Wtedy za moimi plecami pojawiło się jaskrawe światło, tak jasne, że kiedy się odwróciłem, by na nie spojrzeć, prawie wypaliło mi oczy. Było jaskrawe i oślepiające, ale, o dziwo, również majestatycznie piękne. Spowijało moją skórę ciepłem, otaczało mnie poczuciem bezpieczeństwa i ochrony, zmywało ze mnie przeszywający strach, który narastał jeszcze przed chwilą. To światło było pełne miłości, emanowało atmosferą domu, spokoju i błogości – zupełnie jak uścisk mamy.

Mogłem tylko zgadywać, co to takiego – jakiegoś rodzaju życie po śmierci. Czułem to, czułem, jak mnie to światło przywołuje i przyciąga do tego, co znajdowało się za nim. Wiedziałem, że powinienem tam pójść, ale gdy obejrzałem się na szlochającą mamę, poczułem, że nie mogę jej zostawić. Dlatego odwróciłem się plecami do światła. Miałem nadzieję, iż jeśli będę udawał, że wszystko jest w porządku, to siłą woli odwrócę bieg wydarzeń. światło ciągnęło mnie z ogromną siłą i prawie niemożliwe było zignorować owo przyciąganie. To była najtrudniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek zrobiłem. W pewnej chwili prawie się poddałem, ale nie odrywałem wzroku od mamy i walczyłem ze wszystkich sił.

Od tamtej chwili nie było dnia, w którym nie żałowałbym tej decyzji.

Bo światło nie czekało, aż wyjdę z szoku i dobrze się zastanowię. Po minucie czy dwóch zniknęło, a ja zostałem na brzegu rzeki, patrząc na rodzinę, która zrezygnowała z prób reanimacji i płakała nad moim ciałem.

Zaraz po tym, jak zniknęło światło, zniknęło też ciepło oraz wszelkie fizyczne doznania. Nie czułem już chłodnego wiatru rozwiewającego włosy mamy, ciepłego słońca nad głową, nie czułem nawet śliskiego błota ani ostrych kamieni pod podeszwami tenisówek.

To był pierwszy sygnał, że coś zrobiłem nie tak. Kolejny zauważyłem, kiedy mój starszy brat, ogarnięty wściekłością i rozpaczą, wziął do ręki wiosło i rzucił je prosto w moją pierś. Uchyliłem się, jak zrobiłby to każdy normalny człowiek, ale nie musiałem zawracać sobie głowy, bo wiosło bez oporu przeleciało na wskroś przez moje nieistniejące już ciało i z głośnym stuknięciem upadło na ziemię. Wtedy zrozumiałem, że mam kompletnie, totalnie, absolutnie przerąbane.

Rozdział pierwszy

Ryder

 

Codziennie w samej Wielkiej Brytanii umiera około dwóch tysięcy osób. To daje oszałamiającą liczbę ponad siedmiuset tysięcy straconych dusz rocznie. Właściwie nigdy wcześniej nie myślałem o śmierci. Dopóki istniejesz, nie zastanawiasz się nad tym. Dopiero kiedy przestajesz istnieć, zaczynasz wszystko kwestionować.

Większość dusz – moim zdaniem to ci, którzy mają szczęście – rusza w następną podróż. Niektórzy – tacy jak ja – nie robią tego, co powinni. Opierają się światłu i tkwią tutaj, samotni i niewidziani przez żyjących. Nie jestem pewien, czy istnieje jakieś określenie tego, czym jestem – ja sam mówię o sobie „zagubiony”, bo przez cały dzień błąkam się bez celu. Zagubieni to dusze zmarłych, które z jakiegoś powodu nie przeszły do życia po śmierci. Odrzucili światło, podobnie jak ja je odrzuciłem. Niektórzy ludzie mogliby nas nazwać duchami, zbłąkanymi duszami, zjawami albo widmami. W ciągu wieków nadawano nam wiele nazw, ale moim ulubionym słowem jest „zagubiony”. Nie jest tak… przerażające.

Jest nas tu wielu podobnie uwięzionych. Widuję ich od czasu do czasu, jak snują się pośród żywych albo siedzą i obserwują życie dokoła nich. Można zauważyć, że nie żyją, bo ich ciała mają zatarte, świetliste krawędzie, trochę jak źle uformowany sen albo wspomnienie, które próbuje się przywołać. Wyglądamy po prostu… jakby coś było z nami nie tak. Nie można też zapominać o naszych dziwacznych ubraniach. Skazani na wieczne noszenie tego, w czym umarliśmy, ludzie snują się dokoła w piżamach, szpitalnych szlafrokach, strojach sportowych i różnych innych dziwnych rzeczach. Jest nawet facet, który kręci się po centrum miasta przy teatrze w jakimś kostiumie z czasów elżbietańskich i obrzuca niczego nieświadomych przechodniów obelgami oraz cytatami z Szekspira. Zawsze się zastanawiałem, kiedy dokładnie umarł. Zapytałbym go, ale to zupełny wariat – ostatnim razem, gdy próbowałem nawiązać z nim rozmowę, przegonił mnie i próbował okładać laską. Inni zagubieni przeważnie nie szukają towarzystwa. Są zbyt zagniewani na świat i na swój los. Większość pozostaje w miejscach, gdzie kiedyś mieszkali, w pobliżu rodziny albo po prostu patrzy w przestrzeń, próbując czynić to, co zawsze.

Nie wszyscy zagubieni czują potrzebę, by robić to, co ja. Znam tylko jedną taką osobę – to moja przyjaciółka Jade. Jest trochę młodsza ode mnie, zmarła tydzień przed swoimi piętnastymi urodzinami, ale nie żyje o wiele dłużej niż ja. Jade jest jedyną znaną mi zagubioną, która dzieli moje cierpienie i żal z powodu nieprzejścia na drugą stronę, oraz jedyną, która tak jak ja czuje potrzebę potwierdzenia. Właściwie ona mnie w to wciągnęła.

I robię to teraz – po raz pierwszy od niemal sześciu dni próbuję odnaleźć dowód własnego istnienia. Dzień po dniu sprowadza mnie tu chorobliwe poczucie bezwartościowości, które odpędzić może tylko umierający człowiek.

Patrzę na duży ceglany budynek miejscowego szpitala, oddycham głęboko i żałuję, że nie jestem w stanie odczuć, jak chłodne październikowe powietrze wypełnia mi płuca. Wbijam ręce w kieszenie grubej kurtki przeciwdeszczowej, którą muszę nosić przez cały czas, bo właśnie ją miałem na sobie, gdy zmarłem. Wchodzę do budynku i natychmiast skręcam w lewo. Wiem, dokąd idę dzisiaj – na oddział onkologii. Rupert Brown jest objęty opieką paliatywną i już od kilku dni trzyma się życia resztkami sił. Jego czas wkrótce się skończy. Wszyscy o tym wiedzą, chodzi tylko o to, kiedy dokładnie się to zdarzy.

Drzwi na oddział są zamknięte, więc wstrzymuję oddech i przenikam przez nie, ignorując nieprzyjemne uczucie, jakie pojawia się przy przechodzeniu przez obiekt nieożywiony. To właściwie nie jest ból, raczej ucisk i szczypanie; zaczyna się głęboko w środku i promieniuje na zewnątrz.

Na oddziale zatrzymuję się i rozglądam. Wszystko wygląda tak samo jak zawsze – na łóżkach leżą ludzie, których rozpoznaję z twarzy, wokół nich krążą pielęgniarki i lekarze. Niedawno zaczęły się poranne wizyty, więc odwiedzający witają się z bliskimi albo wypytują pielęgniarki, jak ich krewni spędzili noc.

Pojedynczy pokój Ruperta znajduje się za piątymi drzwiami na prawo. Idę tam i po drodze zaglądam do innych sal. Sylvia, starsza pani mająca raka płuc w czwartym stadium, siedzi na łóżku, ogląda telewizję i głośno oddycha przez maskę tlenową. Wiem z rozmów lekarzy, że dają jej jeszcze niecały tydzień życia. Pewnie odwiedzę ją w następnej kolejności, po Rupercie.

Wchodzę do pokoju Ruperta i widzę, że jego stan pogorszył się od wczoraj, kiedy tu byłem. Jest bledszy, jego twarz ma niezdrowy szary odcień, usta są wyschnięte i spękane, policzki zapadnięte, skóra mocno opina kości. Ciało Ruperta jest drobne i kruche, mięśnie dawno mu zanikły, bo prawie nic nie je ani się nie rusza. Oczy ma zamknięte, a długimi kościstymi palcami przyciska do piersi starą fotografię. Siadam przy nim i patrzę na zdjęcie. Przedstawia go młodszego i zdrowszego w towarzystwie ładnej brunetki i sześcio- lub siedmioletniego chłopca przy jej boku. Wiem, że to jego rodzina. Tydzień temu, gdy tu byłem, rozmawiał o nich z pielęgniarką. Rupert jest bardzo dumny ze swojego syna, który jako żołnierz armii brytyjskiej został wysłany za granicę. Chwalił się swoim chłopakiem, który teraz służy krajowi, tak jak Rupert, kiedy był młody i zdrowy.

Przenoszę wzrok na jego pierś, która powoli podnosi się i opada. Nagle zaczynam z nim rozmawiać. Właściwie to same bzdury: paplam o wyścigu Formuły 1 i meczach futbolowych w następnym tygodniu. Mówię mu, jaka jest pogoda na zewnątrz, że moim zdaniem zanosi się na deszcz, powtarzam żart, który Jade opowiedziała mi dzisiaj rano, zanim się rozstaliśmy i Jade poszła do swojego ulubionego miejsca – hospicjum Garden House. Wyrzucam z siebie wszystko, co tylko przychodzi mi do głowy, bo gdybym to ja leżał sam w pokoju, mając do towarzystwa tylko fotografię, chciałbym, żeby ktoś mówił do mnie. Właściwie to niedorzeczne, bo wiem, że on mnie nie słyszy, ale nie jestem w stanie się powstrzymać, potok bezsensownych słów sam wypływa mi z ust.

Siedzę tam przez całe przedpołudnie i gadam do człowieka, który mnie nie widzi ani nie słyszy. Pielęgniarki zaglądają do sali, podkręcają tlen, poprawiają kroplówkę z morfiną, wyrównują pościel i smutno uśmiechają się do niego. Budzi się na chwilę, a pielęgniarka podnosi go do pozycji siedzącej, żeby mógł się rozejrzeć, lecz on nie jest w stanie poruszyć niczym oprócz oczu.

Tuż przed lunchem jego oddech staje się bardzo wytężony i nawet maska tlenowa nie pomaga. Palce kurczowo trzymają ramkę zdjęcia. Przyciska ją mocno do piersi i zaciska powieki. Marszczy czoło i jęczy z bólu. Widocznie morfina już nie wystarcza.

ściska mnie w brzuchu, gdy sobie uświadamiam, że to dla niego koniec. Chociaż czekałem na tę chwilę przez sześć dni, okropna jest myśl, że on musi przez to przechodzić. Żaden człowiek nie powinien umierać sam, w towarzystwie tylko fotografii. Ale ponieważ nie jest podłączony do monitora pracy serca i nie przycisnął guzika przywołującego pielęgniarkę, to nikt nie wie, że Rupert Brown w wieku siedemdziesięciu czterech lat za chwilę przejdzie na drugą stronę.

Odruchowo wyciągam rękę i zaciskam palce na jego palcach, próbując dodać mu otuchy, chociaż wiem, że on tego nie czuje. Jego ciało ogarniają drgawki. Otwiera oczy i gwałtownie próbuje złapać oddech.

Oczy Ruperta rozszerzają się, gdy dostrzega mnie po raz pierwszy – obcego, który stoi przy jego łóżku i ściska mu dłoń jak stary przyjaciel. Czuję się zauważony, kiedy napotyka moje spojrzenie i widzę w jego oczach milczące pytanie: „Kim jesteś?”.

Uśmiecham się uprzejmie. W głębi duszy mam sobie za złe to, że śmierć tego człowieka przynosi mi odrobinę zadowolenia, ale nic nie mogę poradzić. W końcu po to tu przychodziłem, dzień po dniu.

– Rozluźnij się. Oddychaj. Niedługo przestanie boleć – obiecuję mu. – Wszystko jest już dobrze, Rupercie.

Choć na pewno wciąż bardzo cierpi, zdaje się uspokajać. Jego oczy wpatrują się w moje do chwili, gdy bierze ostatni chrapliwy oddech.

– Co się stało? Czy ja… czy ja umarłem?

Odwracam głowę. Rupert, w bordowej piżamie, stoi obok mnie. Teraz wydaje się zdrowszy. Patrzy na swoje nieruchome ciało na łóżku. Kiwam głową.

– Tak, umarłeś – potwierdzam i w końcu puszczam jego martwe palce.

Wstrzymuje oddech i skupia na mnie uwagę.

– Nie rozumiem. Kim jesteś? Aniołem?

Śmieję się mimowolnie i potrząsam głową. Często mnie o to pytają.

– Nie, po prostu kimś, kto się zgubił.

Rupert kilka razy mruga, potem przymyka powieki, ogląda się za siebie i przysłania oczy, jakby patrzył prosto w słońce. Biorę głęboki oddech, bo wiem, że przyszło po niego światło, aby go zabrać. Ja nie widzę tego światła, ale wiem, że Rupert je widzi, bo na jego twarzy pojawia się zadziwienie i zachwyt.

– Powinieneś tam iść. – Ruchem głowy wskazuję kierunek, w którym patrzy. – Idź, Rupercie. Posłuchaj mnie, nie zostawaj tutaj.

– Jak pięknie – szepcze. – Co jest dalej?

Wyciąga rękę, jakby próbował dotknąć tego światła, które tylko on może zobaczyć, i wpatruje się w nie jak zahipnotyzowany.

Wzdycham i spuszczam głowę.

– Nie mam pojęcia, ale wiem, że musisz tam iść.

Powoli sunie do przodu, szurając nogami, rozglądając się na lewo i prawo. Usta ma rozchylone, dłonie wyciągnięte przed siebie. Wzdycham, odwracam wzrok i z grymasem goryczy patrzę w okno. Rupert należy do szczęściarzy, bo dla niego istnieje koniec. Zazna spokoju i nie utknie w czyśćcu, w wiecznej samotności i tęsknocie.

Chwilę później, gdy się odwracam, jestem w pomieszczeniu sam. Rupert po śmierci wygląda spokojnie, zdjęcie wciąż ma przyciśnięte do piersi.

Kiedy do środka zagląda pielęgniarka, wymykam się niezauważony.

Potrzebuję świeżego powietrza. Jest mi trochę duszno, żołądek zaciska mi się w supeł. Przeważnie nie przeżywam czyjejś śmierci aż tak mocno. Zwykle to, że ktoś mnie dostrzegł, sprawia mi więcej radości, ale dzisiaj czuję tylko smutek, wyrzuty sumienia i zazdrość. Smutek, dlatego że ten drobny staruszek musiał umrzeć sam, wyrzuty sumienia, bo przychodziłem do jego pokoju przez ostatnie sześć dni i czekałem, aż to się zdarzy, a zazdrość, gdyż on dotarł do swojego spokojnego końca, a ja nadal tu jestem. Chodzi o ten jego wyraz twarzy, o ten zachwyt.

Wychodzę na deszcz i opadam na niebieską metalową ławkę przed szpitalem. Chowam twarz w rękach i próbuję oddechem rozluźnić napięcie oraz skupić się na potwierdzeniu, które uzyskałem, kiedy mnie zauważył. Ale dzisiaj to poczucie spełnienia jest przyćmione przez złość i frustrację.

Nie wiem, jak długo siedzę tak w deszczu, z twarzą wykrzywioną grymasem patrzę w ziemię i zastanawiam się nad sensem mojego „życia”. Kilka autobusów zatrzymuje się przed szpitalem, a potem odjeżdża. W końcu podnoszę głowę i spoglądam na ozdobny zegar zamontowany na frontowej ścianie. Jest prawie czwarta.

Wiem, że tutaj nic mnie nie wyciągnie z tego depresyjnego, mrocznego stanu, w który się osuwam, dlatego zmuszam się, by wstać i pójść do jedynego miejsca, które na pewno poprawi mi nastrój – do domu opieki Ashleigh. Nie chodzi mi o sam dom, tylko o kogoś, kto często tam zagląda. Kiedy podjeżdża następny autobus, wskakuję do środka i, oparty o półkę na bagaże, wyglądam przez okno, ignorując wszystkich dokoła, a nawet nie nasłuchując żadnych plotek. Zwykle, jadąc autobusem, czytam komuś przez ramię albo podsłuchuję rozmowy. Dzisiaj nie mam ochoty ani na jedno, ani na drugie.

Dom opieki jest niedaleko. Gdy autobus zbliża się do niego, wyskakuję i z rękami wbitymi w kieszenie idę do majestatycznego starego budynku. Dziś jest czwartek, jeden z jej dni – wiem, że za niecałą godzinę poczuję się znacznie lepiej.

Wchodzę do środka i rozglądam się. Patrzę na znajome twarze starszych ludzi, którzy kręcą się dokoła w kapciach i ciepłych rozpinanych swetrach. świetlica jest zapełniona tylko w połowie. Uśmiecham się, gdy zauważam osobę, której szukam.

Doreen Nichols siedzi w kącie i robi na drutach. Na kolanach ma kłębek jaskrawoczerwonej wełny. Jej drobna sylwetka w wielkim staroświeckim fotelu wydaje się jeszcze drobniejsza. Krótkie kręcone włosy połyskują srebrem w dziennym świetle. Uśmiecha się, chociaż jest sama. Większość czasu spędza pogrążona we własnym małym świecie; będąc w teraźniejszości, przeżywa ponownie przeszłość. Doreen jest jedną z najszczęśliwszych i najbardziej uroczych osób, jakie znam. Jest niemal równie urocza jak ta, którą przyszedłem zobaczyć.

Podchodzę do niej i siadam na pustym miejscu obok.

– Cześć, Doreen. Jak się dzisiaj czujesz? Mam nadzieję, że nie dręczyłaś znowu pielęgniarek – mówię, chociaż ona mnie nie słyszy. Doreen przebywa w domu opieki przez całą dobę. Cierpi na otępienie naczyniopochodne spowodowane wylewem krwi do mózgu. To skutek poważnego udaru, który przeszła trzy miesiące temu.

– Dzisiaj jest czwartek. Wiesz chyba, co to znaczy. – Opadam na krzesło i spoglądam na nią, sprawdzając, czy dobrze się czuje. Jej druty nie przestają stukać. Na pierwszy rzut oka nie widać, żeby cokolwiek było nie tak z tą drobną staruszką. Problem w tym, że czasami zachowuje się trochę agresywnie, dlatego umieszczono ją w tym domu, gdzie personel potrafi się nią odpowiednio zająć.

Porusza nogą. Kłębek wełny spada i toczy się po podłodze. Jeden z pielęgniarzy podnosi go i podchodzi do niej.

– Coś ci upadło, Doreen.

Kładzie kłębek na jej kolanach. Doreen dotyka wełny i uśmiecha się szeroko.

– Och, dziękuję ci, mój drogi! Nie chciałabym, żeby się zgubił. – Upycha kłębek przy nodze; jej powykręcane reumatyzmem dłonie wciąż poruszają się jednostajnie.

– Twoja wnuczka powinna zaraz być. Jest już po czwartej – mówi pielęgniarz.

Na samą myśl o niej prostuję się i opada ze mnie część napięcia.

Doreen kiwa głową, wzdychając z zadowoleniem.

– Miałam nadzieję, że skończę ten rządek, zanim przyjdzie. Robię dla niej szalik na prezent gwiazdkowy. Czy mógłbyś go gdzieś schować, żeby nie widziała?

Starannie składa robótkę i podaje pielęgniarzowi.

– Jasne. Włożę to do dolnej szuflady w twoim pokoju, dobrze? – proponuje pielęgniarz, zwijając włóczkę.

– Bardzo ci dziękuję. Dobry z ciebie chłopiec. Gdybym była dwadzieścia lat młodsza…

Pielęgniarz śmieje się i odchodzi w głąb korytarza, gdzie mieszczą się pokoje pensjonariuszy. Chwilę później, jak na sygnał, drzwi wejściowe otwierają się i zamykają. Jeszcze jej nie widzę, bo jest za załomem ściany przy recepcji, ale już słyszę, jak rozmawia z jedną z pielęgniarek i wpisuje się do książki gości. Wstrzymuję oddech i czekam.

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ

Mama, żona - KOBIETA
2022-05-17

Ryder jak sam o sobie mówi, jest zagubiony. Kiedy wypadł z kajaka do wody, co skończyło się jego śmiercią, zamiast iść w stronę światła, on został. Teraz jest zawieszony między światem żywych a czymś, co jest dalej. Można by pomyśleć, że duchy nie mają uczuć, jednak on ma, a na dodatek jego myśli zaprząta pewna bardzo żywa dziewczyna. Maggie ma tylko babcię, która niestety choruje, a prz...