Thriller / Sensacja / Kryminał
Miasto w ogniu
27,99 zł
39,99
KUP TERAZ

Miasto w ogniu

Don Winslow
brak opinii
Liczba stron: 352
ISBN: 9788327676511
Premiera: 2022-04-27

„Doskonała. Przejmująca fabuła. Lektura Miasta w ogniu to czysta przyjemność”
– STEPHEN KING

 

Pierwsza część wielkiej sagi kryminalnej o irlandzkich i włoskich organizacjach przestępczych w Ameryce w latach 80. i 90. XX wieku

 

Providence, Rhode Island, 1986 rok.
Dwudziestodziewięcioletni Danny Ryan, robotnik portowy, kochający mąż i wierny przyjaciel, od czasu do czasu wykonuje usługi dla irlandzkiej mafii, która kontroluje większą część miasta. Danny pragnie jednak w życiu czegoś więcej i marzy o tym, by zacząć od nowa, gdzie indziej.

 

Jednak kiedy współczesna Helena Trojańska doprowadza do wojny między rywalizującymi gangami, Danny zostaje wplątany w konflikt, przed którym nie ma ucieczki. Na jego barki spada ochrona domu, rodziny oraz przyjaciół, którzy są mu bliżsi niż bracia.

 

Klasyczne motywy lojalności, zdrady, honoru i korupcji po obu stronach prawa – Miasto w ogniu to współczesna Iliada w ujęciu Dona Winslowa.

 

„Zuchwałe, klimatyczne i porywające Miasto w ogniu to pierwsza część nowej, epickiej serii, która wciągnie czytelnika od samego początku. To Winslow w najlepszym wydaniu”
– KARIN SLAUGHTER, AUTORKA ŚWIATOWYCH BESTSELLERÓW

Rozdział pierwszy
Danny Ryan patrzy, jak kobieta wychodzi z wody niczym wizja wyłaniająca się z jego snów o morzu.
Ale ta kobieta jest prawdziwa i będą z nią kłopoty.
Z tak pięknymi kobietami zwykle są kłopoty.
Danny o tym wie, ale nie ma pojęcia, jak wielkie te kłopoty będą. Gdyby wiedział o wszystkim, co się zdarzy, to może wszedłby do wody i trzymał jej głowę pod powierzchnią, aż przestałaby się poruszać.
Ale nie wie.
Więc siedzi na piasku przed nadmorskim domem Pasca, jaskrawe słońce świeci mu prosto w twarz, a on patrzy na kobietę spod osłony okularów słonecznych. Jasne włosy, ciemnoniebieskie oczy i ciało, którego czarne bikini nie osłania, lecz podkreśla jego kształt. Brzuch płaski i jędrny, nogi smukłe i umięśnione. Za piętnaście lat pewnie nie będzie miała szerokich bioder i wielkiego tyłka od niedzielnych kartofli z sosem.
Kobieta wychodzi z wody. Jej skóra lśni od słońca i soli.
Terri Ryan wbija łokieć w żebra męża.
– Co? – Danny udaje niewinność.
– Widzę, że na nią patrzysz.
Wszyscy na nią patrzą – on, Pat i Jimmy, a także ich żony – Sheila, Angie i Terri.
– Nie dziwię ci się – mówi Terri. – Takie cyce.
– Ładnie to ujęłaś.
– A ty którą głową myślisz? – pyta.
– Nic nie myślę.
– Swoje „nic” masz tutaj – Terri wskazuje na swoje piersi i podnosi się na ręczniku, żeby lepiej widzieć tamtą kobietę. – Gdybym miała takie cycki, też nosiłabym bikini.
Terri ma na sobie czarny jednoczęściowy kostium. Zdaniem Danny’ego wygląda w nim dobrze.
– Mnie się podobają twoje piersi – mówi.
– Prawidłowa odpowiedź.
Piękna kobieta sięga po ręcznik i wyciera się. Danny myśli, że musi spędzać dużo czasu na siłowni. Dba o siebie. Pewno pracuje w sprzedaży. Sprzedaje coś drogiego – luksusowe samochody, może nieruchomości albo inwestycje. Jaki facet będzie się z nią targował, żeby wyjść w jej oczach na kutwę? Nic takiego się nie zdarzy.
Kobieta oddala się.
Danny patrzy za nią.
To jak sen, z którego człowiek nie chce się obudzić, bo jest taki przyjemny.
Zresztą niewiele spał ostatniej nocy i teraz jest zmęczony. Razem z Patem i Jimmym zrobili skok na transport garniturów Armaniego, daleko, aż w zachodnim Massachusetts. Czysta robota, nadana przez Petera Morettiego. Kierowca był wtajemniczony i załatwili to tak, żeby nikomu nic się nie stało, ale jednak to było daleko i wrócili na wybrzeże dopiero o świcie.
– W porządku – mówi Terri i znów kładzie się na ręczniku. – Napatrzysz się na nią i będziesz napalony na mnie.
Terri wie, że mąż ją kocha, a poza tym Danny Ryan jest wierny jak pies. Nie potrafiłby zdradzić. Terri nie ma nic przeciwko temu, że on patrzy na inne kobiety, jeśli tylko potem wraca do niej. Wielu żonatych facetów od czasu do czasu potrzebuje skoków w bok, ale nie Danny.
Nawet gdyby to zrobił, zjadłoby go poczucie winy.
Kiedyś żartowali sobie na ten temat.
– Wyspowiadałbyś się księdzu – powiedziała Terri – wyspowiadałbyś się mnie i pewnie jeszcze zamieściłbyś ogłoszenie w gazecie, żeby się wyspowiadać publicznie.
Ma rację ‒ myśli Danny i gładzi udo Terri grzbietem palca wskazującego, dając jej do zrozumienia, że tak, jest napalony i czas wrócić do domku. Terri odsuwa jego rękę, ale niezbyt stanowczo. Ona też jest podniecona, rozgrzana słońcem, dotykiem ciepłego piasku na skórze i seksualną energią, jaką wniosła tamta kobieta.
Obydwoje to czują. To jest w powietrzu.
To i jeszcze coś.
Niepokój? – zastanawia się Danny. Niezadowolenie?
Tak jakby ta seksowna kobieta wyszła z morza, a on nagle poczuł niezadowolenie ze swojego życia.
Nie jestem zadowolony ‒ myśli Danny.
Co roku w sierpniu przyjeżdżają z Dogtown do Goshen Beach, bo tak robili ich ojcowie i oni nie znają niczego innego. Danny i Terri, Jimmy i Angie Mac, Pat i Sheila Murphy, Liam Murphy ze swoją aktualną dziewczyną. Wynajmują domki oddzielone drogą od plaży, położone tak blisko siebie, że słychać, jak sąsiad kicha, i wystarczy się wychylić przez okno, by pożyczyć coś do kuchni. Ale właśnie ta bliskość jest najlepsza.
Nikt z nich nie wiedziałby, co zrobić z samotnością. Wyrośli w tej samej części Providence co ich rodzice, chodzili tam do szkoły, wciąż tam mieszkają, widują się prawie codziennie i razem jeżdżą do Goshen na wakacje.
Nazywają to „Dogtown nad morzem”.
Danny’emu zawsze się wydaje, że ocean powinien być na wschodzie, ale wie, że plaża skierowana jest na południe i biegnie łagodnym łukiem przez jakąś milę na zachód do Mashanuck Point, gdzie na niskim urwisku nad skałami przycupnęły ostrożnie większe domy. Czternaście mil dalej na południe na przestrzeni otwartego oceanu leży Block Island, widoczna w pogodne dni. W lecie cały dzień aż do późnego wieczora pływa tam prom z przystani w Gilead, wioski rybackiej po drugiej stronie kanału.
Danny bardzo często pływał na Block Island, nie promem, ale jeszcze przed ślubem, kiedy pracował na kutrach. Czasami, kiedy Dick Sousa był w dobrym humorze, przed powrotem do domu wstępowali do New Harbor na piwo.
To były dobre czasy, to pływanie z Dickiem na mieczniki, i Danny tęskni za nimi. Tęskni za domkiem, który wynajmował za Aunt Betty’s Clam Shack, i za restauracją serwującą małże – chociaż dom był pełny przeciągów, a w zimie można było w nim zamarznąć na kość. Tęskni za barem Harbor Inn, gdzie chodził, żeby się napić z rybakami i posłuchać ich opowieści, ich mądrości. Tęskni za fizyczną pracą, po której czuł się silny i czysty. Miał dziewiętnaście lat, był silny i czysty, a teraz to wszystko już przeszłość; na brzuchu narosła mu warstwa tłuszczu i nie jest pewny, czy potrafiłby jeszcze rzucić harpunem albo wyciągnąć sieć.
Teraz Danny dobiega trzydziestki. Z powodu szerokich ramion nie wygląda na swoje metr osiemdziesiąt. Gęste brązowe włosy o rudawym odcieniu rosną tuż nad niskim czołem, przez co sprawia wrażenie mniej inteligentnego, niż jest.
Siedzi na piasku i z tęsknotą patrzy na wodę. Czasem tylko pływa albo surfuje, kiedy są fale, ale w sierpniu zwykle nie ma fal, chyba że zbiera się na burzę.
Kiedy jest gdzieś indziej, brakuje mu oceanu.
To wchodzi w krew, jakby w żyłach zaczynała płynąć słona woda. Rybacy, których Danny zna, kochają morze i nienawidzą go zarazem. To jak z okrutną kobietą, która ciągle cię rani, a ty ciągle do niej wracasz.
Czasami myśli, że może powinien wrócić do rybołóstwa, ale w tym nie ma pieniędzy. Już nie. Regulacje rządowe oraz japońskie i rosyjskie trawlery zakotwiczone trzynaście mil od brzegu zabierają wszystkie dorsze, tuńczyki i flądry, a rząd nic z tym nie robi, tylko coraz mocniej dokręca śrubę miejscowym.
Bo może.
Więc teraz Danny po prostu przyjeżdża tu w sierpniu z Providence razem z całą bandą.
Wstają późno, jedzą śniadanie w domkach, potem przechodzą na drugą stronę drogi i resztę dnia spędzają na plaży przed domem Pasca, jednym z tuzina domów obitych deskami, ustawionych na betonowych słupach w pobliżu linii przypływu na wschodnim krańcu Goshen Beach.
Rozkładają leżaki albo po prostu kładą się na ręcznikach. Kobiety popijają niskoalkoholowe drinki, czytają pisma i rozmawiają, a mężczyźni piją piwo i zarzucają wędki. Zawsze jest ich spora grupka – Pasco z żoną, dziećmi i wnukami, cała ekipa Morettich – Peter i Paul Moretti, Sal Antonucci, Tony Romano, Chris Palumbo, ich żony i dzieci.
Zawsze kręci się przy nich mnóstwo znajomych. Wpadają w odwiedziny i wszyscy dobrze się bawią.
Kiedy pada, siedzą w domkach, układają puzzle, grają w karty, drzemią, gadają o dupie Maryni i słuchają, jak komentatorzy meczów Sox wypełniają gadaniem przerwę spowodowaną deszczem. Czasami jadą do miasta, dwie mile dalej w głąb lądu, i idą do kina, na lody albo do sklepu spożywczego.
Wieczorami urządzają składkowego grilla na skrawku trawnika między domkami. Grillują hamburgery i hot dogi. Od czasu do czasu któryś z mężczyzn idzie do przystani sprawdzić, co mają świeżego, i wtedy wieczorem grillują tuńczyka, lufara albo gotują homary.
Kiedy indziej idą do Dave’s Dock i siadają na dużym tarasie z widokiem na Gilead po drugiej stronie wąskiej zatoki. Dave’s nie ma koncesji na sprzedaż alkoholu, więc przynoszą swoje wino i piwo. Danny lubi tam siedzieć i patrzeć na poławiaczy krabów, łodzie rybackie i prom na Block Island, jedząc zupę z małży, rybę z frytkami i smażone kulki z małżami. Jest tam ładnie i spokojnie, woda lśni o zmierzchu w miękkim blasku zachodzącego słońca.
W niektóre wieczory po kolacji wracają i zbierają się w jednym z domków, żeby jeszcze trochę porozmawiać i pograć w karty, kiedy indziej jadą do Mashanuck Point, gdzie znajduje się bar o nazwie Spindrift. Siadają, żeby wypić kilka drinków i posłuchać jakiejś miejscowej kapeli, czasem trochę tańczą, czasem nie. Zwykle jednak trafiają tam wszyscy i świetnie się bawią aż do zamknięcia lokalu.
Jeśli mają ochotę na coś więcej, ładują się do samochodów i jadą do Gilead – to tylko rzut kamieniem przez wodę, ale czternaście mil drogą – gdzie jest parę większych barów, które mogą niemal uchodzić za kluby. Moretti nie oczekują rachunku za drinki i nigdy go nie dostają. Potem wszyscy wracają do domków. Danny i Terri idą spać albo jeszcze trochę się zabawiają i dopiero wtedy idą spać, a potem budzą się późno i wszystko zaczyna się od nowa.
– Trzeba mnie naoliwić – mówi Terri i podaje mu tubkę.
Danny podnosi się, wyciska na rękę trochę balsamu do opalania i smaruje jej piegowate ramiona. Terri ma irlandzką skórę, skłonną do poparzeń. Czarne włosy, fiołkowe oczy i skóra jak porcelanowa filiżanka.
Ryanowie mają ciemniejszą skórę, a ojciec Danny’ego, Marty, uważa, że płynie w nich hiszpańska krew. „Jeszcze z czasów, kiedy ta Armada zatonęła. Niektórzy hiszpańscy marynarze dotarli do brzegu i zrobili swoje”.
Wszyscy są zresztą czarnymi Irlandczykami z północy, jak większość Irlandczyków, którzy trafili do Providence. Twardzi ludzie, wychowani na kamienistej glebie i nieustannych klęskach miasta Donegal. Tylko że teraz ‒ myśli Danny ‒ rodzina Murphych radzi sobie całkiem nieźle. A potem czuje się winny, że tak pomyślał, bo Pat Murphy jest jego najbliższym przyjacielem od czasów, gdy obydwaj nosili pieluchy, nie wspominając już o tym, że teraz są szwagrami.
Sheila Murphy podnosi ramiona, ziewa i mówi:
– Wracam. Wezmę prysznic, zrobię paznokcie, zajmę się babskimi sprawami.
Podnosi się z koca i otrzepuje piasek z nóg. Angie też wstaje. Tak jak Pat jest przywódcą mężczyzn, tak Sheila rządzi ich żonami. Wszystkie jej słuchają.
Spogląda na Pata i pyta:
– Idziesz?
Danny też spogląda na Pata i obydwaj się uśmiechają. Wszystkie pary wracają teraz na seks i nikt nawet nie próbuje udawać, że jest inaczej. W domkach tego popołudnia będzie się wiele działo.
Lato się kończy i to napełnia Danny’ego smutkiem. Kres lata oznacza koniec długich, nieśpiesznych dni, przeciągających się zachodów słońca, wynajętych domków na plaży, piwa, zabawy, śmiechu i smażonych kulek z małżami.
Trzeba wracać do Providence, do doków, do roboty.
Do małego mieszkania na ostatnim piętrze dwupiętrowego domu z mansardami, w jednej z tysięcy starych kamienic, które wyrosły w całej Nowej Anglii w czasach, gdy huty i fabryki przeżywały rozkwit i trzeba było zapewnić mieszkania włoskim, żydowskim i irlandzkim robotnikom. Huty i fabryki w większości już zniknęły, ale dwupiętrowe domki pozostały i wciąż są uważane za domki dla robotników.
Danny i Terri mają salonik, kuchnię, łazienkę, sypialnię z małym balkonem na tyłach oraz okna na wszystkie strony, co jest miłe. To niewiele i Danny ma nadzieję, że kiedyś kupi im prawdziwy dom, ale na razie wystarczy i nie jest tak źle. Pani Costigan pod nimi to spokojna staruszka, a właściciel, pan Riley, mieszka na parterze i dba, żeby wszystko było w dobrym stanie.
Mimo to Danny chciałby się stąd wyrwać. Może nawet wyprowadzić się zupełnie z Providence.
– Może powinniśmy się przenieść gdzieś, gdzie przez cały czas jest lato – powiedział do Terri poprzedniego wieczoru.
– Na przykład gdzie?
– Na przykład do Kalifornii.
Roześmiała się.
– Do Kalifornii? Nie mamy tam żadnej rodziny.
– Mam jakiegoś kuzyna w San Diego.
– To właściwie żadna rodzina – odpowiada Terri.
No tak, może właśnie w tym rzecz ‒ myśli teraz Danny. Może dobrze byłoby wyjechać gdzieś, gdzie nie ma tych wszystkich zobowiązań, przyjęć urodzinowych, pierwszych komunii, obowiązkowych niedzielnych obiadów. Ale wie, że nic z tego, bo Terri jest zbyt przywiązana do swojej dużej rodziny, a on sam jest potrzebny ojcu.
Nikt nigdy nie wyjeżdża z Dogtown.
A jeśli nawet ktoś wyjedzie, to potem wraca.
Tak było z Dannym.
A teraz chce wrócić do domku.
Chce pokochać się z Terri, a później zdrzemnąć.
Przyda mu się drzemka, żeby się odświeżyć przed piknikiem u Pasca.

Rozdział drugi
T
erri nie ma ochoty na grę wstępną.
Wchodzi do ciasnej sypialni, zasuwa zasłony i ściąga narzutę z łóżka, a potem zdejmuje kostium kąpielowy i rzuca go na podłogę. Zwykle po powrocie z plaży bierze prysznic, żeby nie pobrudzić łóżka solą i piaskiem, i każe Danny’emu zrobić to samo, ale teraz jest jej wszystko jedno. Wsuwa kciuki za gumkę jego kąpielówek i mówi z uśmiechem:
– Widzę, że ta dziwka na plaży cię podnieciła.
– Ciebie też.
– Może jestem biseksualna – śmieje się. – Aha, widzę, jak na to reagujesz.
– Reaguję na ciebie.
– Chcę cię w środku.
Terri dochodzi szybko, jak zawsze. Kiedyś wstydziła się tego, myślała, że przez to staje się dziwką, ale porozmawiała z Sheilą i Angie i one jej wytłumaczyły, że jest szczęściarą. Teraz kołysze intensywnie biodrami, starając się, żeby on też już doszedł, i mówi:
– Tylko nie myśl o niej.
– Nie myślę o niej. Nie będę.
– Powiedz mi kiedy.
To ich rytuał od czasu, kiedy robili to po raz pierwszy. Terri chce wiedzieć, kiedy on dojdzie, i teraz, gdy Danny czuje, że ta chwila się zbliża, mówi jej o tym, a ona zawsze pyta:
– Dobrze ci? Dobrze ci?
– Bardzo dobrze.
Obejmuje go mocno, a gdy Danny przestaje się poruszać, jej dłonie pozostają na jego plecach. Danny czuje, jak jej ciało staje się ociężałe i senne, i zsuwa się z niej. Zapada w kilkuminutową drzemkę, a potem budzi się i leży obok Terri.
Kocha ją nad życie.
I nie dlatego, że Terri jest córką Johna Murphy’ego, chociaż niektórzy tak myślą.
John Murphy jest królem Irlandczyków, jak O’Neillowie w starym kraju. Rezyduje w tylnej sali pubu Glocca Morra, jakby to była Tara. Jest bossem Dogtown od czasu, kiedy tata Danny’ego, Marty, spadł na samo dno butelki i rodzina Murphych przejęła interes po Ryanach.
Tak ‒ myśli Danny. ‒ Mógłbym być Patem albo Liamem, ale nie jestem.
Danny nie jest księciem, tylko kimś w rodzaju pomniejszego barona. Zawsze dostaje robotę w dokach i nie musi się opłacać, a Pat pilnuje, żeby od czasu do czasu trafiały mu się jeszcze inne zlecenia.
Dokerzy pożyczają pieniądze od Murphych, żeby się opłacić bossom, i nie mogą się odbić, albo stawiają całą wypłatę na mecz koszykówki, który kończy się niewłaściwym wynikiem i wtedy Danny – „zdrowy chłop”, jak mówi o nim John Murphy – składa im wizytę. Próbuje ich złapać w barze albo na ulicy, żeby nie zawstydzać ich przy rodzinie, nie denerwować żon i nie straszyć dzieci, ale czasem się zdarza, że musi pójść do czyjegoś domu, i nie znosi tego.
Zwykle wystarcza przestroga, żeby opracowali jakiś plan spłaty, ale niektórzy to lenie i ochlapusy, przepijają całą wypłatę i czynsz, i tych Danny musi przestrzec trochę ostrzej, ale nie łamie im nóg. Zresztą i tak zdarza się to rzadko – człowiek ze złamaną nogą nie może pracować, a ten, kto nie może pracować, nie zapłaci zupełnie nic, nawet odsetek, nie wspominając już o całej sumie. Więc Danny może ich trochę poturbować, ale nie robi im dużej krzywdy.
W ten sposób zarabia parę groszy ekstra. No i są jeszcze towary, którym pomaga znikać z doków, a także ciężarówki, które czasami obrabia razem z Patem i Jimmym Makiem na nieoświetlonej drodze z Bostonu do Providence.
Przy tej robocie współpracują z braćmi Moretti, którzy dają im cynk, a potem odbierają towar. Papierosy bez akcyzy trafiają do automatów należących do Morettich, alkohol do klubów chronionych przez Morettich albo do Gloca czy innych barów w Dogtown. Garnitury, takie jak te z ostatniej nocy, są sprzedawane z bagażników samochodowych w Dogtown, i Moretti dostają swoją działkę. Wszyscy dobrze na tym wychodzą ‒ oprócz firm ubezpieczeniowych, ale pieprzyć firmy ubezpieczeniowe, bo i tak zgarniają jak za zboże, a potem jeszcze podnoszą ci stawki, jeśli miałeś wypadek.

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ