Dla młodzieży
Co ma być, to będzie
27,99 zł
42,99
KUP TERAZ

Co ma być, to będzie

brak opinii
Liczba stron: 592
ISBN: 9788327678836
Premiera: 2022-06-08
Tłumaczenie: Danuta Fryzowska
Opracowanie graficzne okładki: Emotion Media

W "Nie poddawaj się" Simon Snow i jego przyjaciele zrozumieli, że ich wiedza o świecie może być błędna. W "Zbłąkanym synu" zastanawiali się, czy błędne nie jest to, co wiedzą o sobie.

W "Co ma być, to będzie" Simon, Baz, Penelope i Agatha muszą zdecydować, jak ma wyglądać ich dalsze życie.

Simon powinien rozważyć, czy nadal chce należeć do Świata Magów – a jeśli nie, jak to wpłynie na jego relacje z Bazem. Tymczasem Baz jest rozdarty między dwoma rodzinnymi kryzysami i nie ma nawet czasu podzielić się z kimkolwiek swoją nowo zdobytą wiedzą o wampirach. Penelope bardzo chciałaby pomóc, ale ukradkiem przemyciła z Ameryki do Londynu Normalsa i teraz nie wie, co z nim zrobić. A Agatha? Cóż, Agatha Wellbelove ma już po prostu dość.

W "Co ma być, to będzie" cała paczka wraca do Anglii, do Watford i do swoich rodzin, by przeżyć najdłuższą i jak dotąd najbardziej wyczerpującą emocjonalnie przygodę.

Ta książka to finał. Odkrywa tajemnice, udziela odpowiedzi na nurtujące pytania i rozprawia się z upiorami przeszłości. "Nie poddawaj się" stanowi początek serii o przygodach Wybrańca. "Co ma być, to będzie" jest zakończeniem o zakończeniach – o katharsis i uldze, jaką daje zamknięcie pewnego rozdziału. A także o tym, że czasem lepiej odciąć się od traum i triumfów, które próbują nas zdefiniować.

Rainbow Rowell

Rainbow Rowell pisze powieści dla młodzieży i dla dorosłych. Absolwentka Uniwersytetu Nebraska, swoją karierę literacką zaczynała w redakcji gazety „Omaha World-Herald”, gdzie miała własną kolumnę. W czasie wolnym od pisania czyta komiksy i planuje wycieczki do krainy Disneya. Mieszka z mężem i dwoma synami w Nebrasce. Jej powieści „Fangirl” oraz „Eleonora i park” podbiły serca młodych czytelników w Polsce i na świecie.

Lady Ruth

W moim oknie stoi świeca. Strzela iskrami. Skwierczy. Jakby miała zaraz zgasnąć.
Ale nie zgaśnie. Nie zgasła do tej pory. Od dwudziestu lat.
Stawiam obok niej drugą świecę i kieruję różdżkę na knot. Wstrzymuję oddech, mając nadzieję, że zapłonie.
Nagle bucha płomień, czuję jego ciepło pod dłonią. I w końcu do oczu napływają mi łzy.
Czyli on żyje, myślę. Jamie żyje. Tak. Dobrze. W porządku.
Płomień jest mocny i wzbija się wysoko.
Mój syn żyje.
Sięgam po karafkę madery, która stoi przy moim łóżku. Cięte szkło. Antyk. Andrew, mój mąż, nie pochwaliłby tego. Mocny alkohol pod ręką… Tylko że Andrew pod ręką miał mnie. Aż do swojej śmierci. Miał kogoś, z kim mógł dzielić ciężar trosk. Nigdy nie przypuszczałam, że tak długo będę kroczyć tą ścieżką w pojedynkę.
Nie jestem melancholijna.
Nie jestem mściwa. Nie chowam urazy. Szkoda na nią czasu – ona pochłania całe nasze życie i dopiero na łożu śmierci człowiek sobie uświadamia, że nigdy nie zwrócił twarzy ku słońcu i nie zjadł drugiego kawałka ciasta.
Ja wpuszczam światło do środka. I jem ciasto.
Widzicie, urodziłam się w szabat. Śliczna i beztroska, dobra i wesoła. Och, byłam złotym dzieckiem, pełnym życia – pełnym magii. Przyszłam na ten świat, żeby znaleźć szczęście. I rzeczywiście je znalazłam! W postaci mojego męża i moich dzieci. Zwłaszcza w postaci Lucy.
Moja Lucy, moja córka…
Wszyscy twierdzili, że jest moją wierną kopią – ale ona była lepsza. Po ojcu odziedziczyła prawość, a po mnie werwę. Była silna, niezłomna i żywiołowa.
Dopóki nie poznała jego.
W dniu, w którym zginął Mag – minął już chyba rok? prawie dwa lata? – otworzyłam butelkę dobrej madery i uniosłam kieliszek w toaście:
– To dla ciebie, Davy. Piję za twoją śmierć, bezlitosny łajdaku.
Ten człowiek wyżął życie z mojej Lucy. Tak jej zawrócił w głowie, że również jej udzieliła się jego paranoja i fiksacja na punkcie proroctwa.
Uznałam, że to cud i błogosławieństwo, kiedy wzięła nogi za pas i zniknęła bez śladu. Davy był najpotężniejszy w całym Świecie Magów. Jakże daleko Lucy musiała uciec, żeby jego macki jej nie dosięgły?
Wyobrażam sobie, że mieszka w słonecznej Kalifornii. Albo na Syberii, gdzie ogrzewa się przy ogniu. Wyobrażam sobie, że zmierza przed siebie szutrową drogą i nie zostawia żadnych śladów.
Wyobrażam sobie, że ma dziecko.
Wierzę, że było jakieś dziecko. Mam nadzieję…
Cóż, miałam nadzieję, że któregoś dnia Lucy się ze mną skontaktuje. Napisze list. Da jakiś znak. (Wypatrywałam wron na niebie. Zaglądałam na dno każdej filiżanki).
Tylko kiedy byłaby na tyle bezpieczna, żeby to zrobić? Davy też jej szukał, jestem tego pewna – jego magia była potężniejsza od mojej i zdecydowanie bardziej bezlitosna. Nawet potęga matczynej miłości nie dorównywała jego zdolności do przemocy i zemsty.
Na samą myśl, że ją znajdzie…
Na samą myśl, że znajdzie ich…
Tyle nocy stałam przy oknie i rzucałam zaklęcia ku niebu.
„Hej, nie okazuj swej miłości!”
„Ukryj ją, chroń ją!”
„Cicho sza, cicho sza!”
Wyobrażałam sobie, że moje słowa ich odnajdują – moją córkę i jej dziecko – i osłaniają niczym ochronny koc, naciągnięty mocno na ramiona.
Ale teraz…
Teraz nie ma już Davy’ego. Mag nie żyje.
Możesz już wrócić do domu, Lucy.
Stoję nad dwoma świecami – nad starą, która migocze, i nową, która płonie jasnym ogniem. Nalewam sobie kieliszek wina.
Wracaj do domu, dziecko. Potrzebuję twojej pomocy.
Wracaj do domu, do mnie.
Pomóż mi odnaleźć twojego brata.


2

Simon

– Ale… to nie może być prawda. Zabiłem Maga.
Siedzę w gabinecie doktora Wellbelove’a. Kiedy Agatha powiedziała rodzicom, że wraca do domu, nalegali, żebym też przyjechał, na kolację – i jak dotąd było meganiezręcznie.
Ona i ja zajęliśmy nasze dawne miejsca – obok siebie, po tej samej stronie stołu – a jej mama patrzyła na nas tak, jakby nie była pewna, czy powinna czuć zawód czy ulgę, bo już nie jesteśmy razem.
Agatha i ja byliśmy pewniakami. Jej mama chyba już zaplanowała nasz ślub.
Ale to było wtedy, kiedy i ja byłem pewniakiem, kiedy jeszcze miałem magię – kiedy jeszcze miałem całą magię – i powołanie.
I zanim zostałem skazany na te pieprzone gigantyczne smocze skrzydła.
Pani Wellbelove była przerażona, gdy poprosiła o moją kurtkę i zobaczyła, co się pod nią kryje. O tyle dobrze, że przynajmniej nie widziała mojego ogona – zadałem sobie trochę trudu i schowałem go w nogawce dżinsów. (Strasznie mi niewygodnie. Nogę mam obtartą, a ogon zdrętwiały, i jeszcze muszę nosić workowate spodnie, w których wyglądam jak czyjś ojciec).
Kolacja ciągnęła się w nieskończoność. Agatha nie kwapiła się do rozmowy, a jej rodzice nie wiedzieli, od czego zacząć. Nikt nie chce rozmawiać o niczym, co ma związek ze mną. Trudno jest udawać, że problem nie istnieje, jeśli rozmawia się z kimś, kto ten problem stanowi.
Zjadłem deser – bezę z bitą śmietaną i truskawkami – w trzech kęsach, potem doktor Wellbelove zaprosił mnie do swojego gabinetu. Lubi tam prowadzić poważne rozmowy. Wellbelove’owie byli dla mnie jak rodzina zastępcza (no, może jak coś dalszego – jak zastępcza rodzina zastępcza), odkąd dołączyłem do Świata Magów. Zapraszali mnie do siebie podczas szkolnych ferii i wakacji, jeszcze zanim zacząłem chodzić z Agathą. A doktor Wellbelove zawsze starał się rozmawiać ze mną jak ojciec z synem. Kiedy miałem dwanaście lat, posadził mnie w tym samym gabinecie, żeby opowiedzieć mi o ptaszkach i pszczółkach. (Chociaż teraz mam wrażenie, że pominął dość istotne kwestie).
Tego wieczoru usiadł przy swoim wielkim biurku ze szklanym blatem i wyjął z szuflady stertę papierów.
– Simonie, zwlekałem z tą rozmową do czasu, aż zostaną załatwione formalności prawne związane z majątkiem Maga…
Formalności prawne.
– Proszę pana, czy jestem aresztowany?
Doktor Wellbelove podniósł wzrok znad dokumentów.
– Aresztowany?
– Za śmierć Maga.
Zdjął okulary do czytania.
– Simonie, nie. Nikt nie jest aresztowany. Śmierć Maga to był wypadek.
– Tak jakby… – powiedziałem.
– A już na pewno działanie w samoobronie.
Skinąłem żałośnie głową.
Doktor Wellbelove ponownie włożył okulary i spojrzał na dokumenty.
– Mag… Davy… David…
– David?
– Ujawniono jego testament.
Zacząłem kręcić głową.
– Mag nazywał się David?
Doktor Wellbelove podniósł na mnie wzrok i odchrząknął.
– David Cadwallader.
– Och.
– Rzecz jasna, ma krewnych. Ale jego wola jest jasna: większość jego majątku ma przypaść w udziale tobie.
– Mnie?
Doktor Wellbelove ponownie odchrząknął.
– Tak.
– Ale… to niemożliwe – stwierdziłem. – Ja go zabiłem.
– Cóż… – powiedział doktor Wellbelove, porządkując dokumenty – może tak było. Ale z prawnego punktu widzenia to nieistotne. I tak jesteś spadkobiercą Maga.


Majątek Maga…
Co też ktoś taki jak Mag mógł po sobie pozostawić? Dał mi już swój miecz, ale mam za mało magii, żeby go przywołać. Dał mi też różdżkę swojego ojca, którą zostawiłem w Watford. Tak sądzę.
Mag uczynił mnie swoim spadkobiercą, żebym dostał się do Watford – to szkoła wyłącznie dla czarodziejów, a ja nim nie byłem. Zostałem nim przez przypadek. Zabicie Maga było moim ostatnim magicznym aktem.
Gdyby Penny tu była, powiedziałaby, że musiałem zabić Maga… że my musieliśmy go zabić. Że tylko tak można go było powstrzymać od zabicia mnie i kto wie kogo jeszcze. Na uratowanie Ebb było już za późno.
Gdyby Penny tu była, powiedziałaby, że to nie moja wina.
Ale to ja wypowiedziałem te słowa.
To ja go zabiłem.
Zabiłem mojego… mentora. Chyba tym był dla mnie. Moim opiekunem. Wprawdzie on nigdy nie rozmawiał ze mną jak ojciec z synem, ale byłem pod jego opieką. Byłem jego mieczem, jego niezbyt tajną bronią. Stałem po jego prawicy.
Nie wiedziałem nawet, że się jakoś nazywa…
– Jest tu trochę jego rzeczy osobistych – mówi doktor Wellbelove. – Meble. Różdżka i miecz, kolekcja sztyletów…
– Nie chcę ich.
– Są bardzo unikatowe.
– Niech wezmą je jego krewni. Mówił pan, że jakichś ma?
– Ma kuzynów – oznajmia doktor Wellbelove. – W Gwynedd.
– Mogą to wszystko zabrać.
– Są też inne dobra – ciągnie ojciec Agathy. – Jego oszczędności.
– Mag miał pieniądze?
– Miał pensję dyrektorską i niewiele wydatków.
– To też mogą wziąć jego kuzyni.
– Nie – oponuje stanowczo doktor Wellbelove. – Nie mogą. Synu… – Doktor Wellbelove czasem nazywa mnie „synem”, ale nie tak po ojcowsku. (No, może trochę tak, ale nie tak, jakby był moim ojcem). – Posłuchaj. Wiem, że to dość niekonwencjonalne…
– To nie jest niekonwencjonalne, to chore! Nie mogę przyjąć pieniędzy za to, że go zabiłem!
– Przyjmiesz je, bo są twoje, Simonie. Prawnie. I… – Doktor Wellbelove czerwienieje na twarzy. – Zasłużenie. Wykorzystał cię. Wszyscy to wiemy.
– On mnie nigdy nie wykorzystał! Ludzie tak mówią?
– Nie, to znaczy… Cóż, chodzi mi o to, Simonie, że nadal nie wiemy, jak bardzo Mag był zdeprawowany, wiemy jednak, że usiłował ukraść twoją moc. Być może nawet to zrobił.
– Nieprawda. Sam ją oddałem!
– Sęk w tym, że jest ci coś winny. Znacznie więcej niż to, co po sobie zostawił. W żaden sposób ani on, ani nikt inny nie wynagrodzi ci tego, jak tobą manipulował. Tych wszystkich lat, kiedy mu pomagałeś.
– Nie musiał mną manipulować. Chciałem mu pomóc.
– Byłeś dzieckiem…
– Nie, byłem Wybrańcem!
Doktor Wellbelove spogląda w dół. A ja odwracam wzrok. To żenujące i krępujące dla nas obu. Nigdy nie byłem Wybrańcem. To było tylko jedno z wielu kłamstw Maga. Zarówno ja, jak i doktor Wellbelove byliśmy na tyle naiwni, żeby w nie uwierzyć.
– Kowen już postanowił – stwierdza wreszcie doktor Wellbelove. – Majątek jest twój.
Unoszę brodę.
– Kowen nie ma tu nic do gadania. Nie jestem czarodziejem.
Doktor Wellbelove wzdycha głośno.
– Na Merlina, chłopcze, po prostu przyjmij te pieniądze.


3

Shepard

Penelope Bunce znam mniej więcej od tygodnia. I w ciągu tego tygodnia wdałem się w konflikt ze skunksem, rozpętałem wojnę wampirzych gangów i co najmniej dwa razy zostałem otumaniony zaklęciem.
W życiu się tak nie bawiłem.
Teraz jesteśmy w Londynie. Penelope nalegała, żebym wrócił z nią do domu, gdy tylko się dowiedziała, że jestem przeklęty.
Która dziewczyna sprowadza do domu obcego, dlatego że ciąży nad nim klątwa? To znaczy, ja też bym tak zrobił, ale jestem dość naiwny, jeśli chodzi o te sprawy – zresztą tak właśnie zostałem przeklęty.
Penelope podrobiła mój paszport. A także moje bilety lotnicze. Teraz ona i Baz będą rzucać przy mnie zaklęcia na prawo i lewo. Nigdy nie sądziłem, że tak się zakumpluję z paczką czarodziejów. Nikt się nie kumpluje z czarodziejami!
Inna sprawa, że jeśli ich zdradzę, to pewnie pęknie mi serce… Dosłownie. Był magiczny uścisk dłoni, a potem oświadczyłem z ręką na sercu: „Niech skonam, jeśli zdradzę wasze magiczne tajemnice”. Ale zrobiłem to z przyjemnością. Widzę rzeczy, których nie będzie dane zobaczyć żadnemu Gadaczowi – to znaczy, żadnemu „Normalsowi”, bo tak nazywają nas tutaj czarodzieje. Tak zazwyczaj nazywa mnie Penelope. „Normals”. Jakby znała tylko jednego zwykłego człowieka.
– No to… – mówi teraz, wpuszczając mnie do swojego mieszkania. – Jesteśmy na miejscu.
Zostaliśmy tylko we dwoje. Wszyscy opuściliśmy San Diego w pośpiechu. Ciotkę Baza aresztowano czy coś w tym stylu. Chyba miało to związek z ich dawną szkołą. Baz zmył się, gdy tylko wylądowaliśmy na Heathrow. A Simon i Agatha pojechali prosto do niej; Agatha była bardzo wstrząśnięta.
Wszyscy jesteśmy bardzo wstrząśnięci. Miniony tydzień był niezwykle intensywny pod względem wrażeń, nawet jak dla czarodzieja, wampira i pseudosmoka.
– Mógłbym przespać cały miesiąc – mówię, siadając na kanapie Penelope.
– Pośpisz sobie jutro – odpowiada. – Wezmę tylko prysznic i jedziemy do moich rodziców.
– Coś się stało?
– Tak, Shepardzie. Oddałeś duszę demonowi.
Wzruszam ramionami.
– No tak. Ale to nic… pilnego.
– Jakim cudem to, że masz spędzić wieczność na usługach demona, nie jest niczym pilnym?
– Chodzi o wieczność – zauważam. – Nie o jutro.
– Chyba że jutro wpadniesz pod autobus.
– Zamierzasz mnie pod niego wrzucić?
– Nie, ale skoro już o tym mowa: pamiętaj, żeby najpierw spojrzeć w prawo, zanim przejdziesz przez ulicę. Amerykanie zawsze ładują się pod koła…
– Penelope. Żyję z tym już od dwóch lat.
– I dlatego jedziemy prosto do moich rodziców. Jak odzyskasz duszę, możesz sobie umierać, kiedy chcesz.
– Twoi rodzice anulują mój pakt z demonem przy kolacji?
– Cóż… – Przegląda stos listów, podkręcając w palcach końcówkę długiego brązowego kucyka. – Pewnie nie będzie żadnej kolacji, chyba że sami coś przyniesiemy. Nikt w moim domu nie lubi gotować. Ale poza tym tak. Moja matka jest najmądrzejszą i prawdopodobnie najpotężniejszą czarodziejką w całym Świecie Magów.
– Tak jakby królową?
– Co? Nie. – Penelope spogląda na mnie z odrazą. – Magowie nie mają królowej.
– Ach, no tak, wybacz, że tak założyłem, skoro jesteśmy w kraju, który jest monarchią.
– Mama jest historykiem magii, dyrektorką szkoły i urzędnikiem państwowym.
– I naprawdę jest najpotężniejszą czarodziejką na świecie?
– W Świecie Magów.
– Czyli… na świecie.
– Czyli w Zjednoczonym Królestwie. I w Irlandii. I na różnych wyspach. – Upuszcza pocztę na stół. Poniekąd liczyłem, że mieszkanie Penelope i Simona będzie pełne magicznych sprzętów i artefaktów. Takich jak kryształowe kule i tajemnicze pudła. Ale na razie nie różni się niczym od przeciętnej studenckiej stancji. Mają nawet taką samą kanapę z Ikei jak moja siostra.
– Tylko zadzwonię i sprawdzę, czy mama jest w domu… – Penelope kopnięciami zrzuca swoje toporne czarne buty Mary Jane. To martensy. Lubię je. Na nogach ma podkolanówki w romby, które także lubię. Lubię całą jej nieco niedbałą stylówkę à la Velma ze Scooby-Doo. Jej spódniczkę w kratę i workowaty fioletowy T-shirt. No i okulary w szylkretowej oprawce.
– Jesteś pewna, że twoja mama będzie mi chciała pomóc? – pytam.
– Jasne, że tak.
– Z doświadczenia wiem, że Mówcy raczej nie pomagają Gadaczom w tarapatach…
Penelope zakłada ręce na piersi i marszczy brwi.
– Raczej nie masz zbyt dużego doświadczenia z czarodziejami, a już na pewno nie z moją matką. Ledwo co ze mną.
W odpowiedzi na jej pochmurną minę posyłam jej mój najcieplejszy uśmiech. (A ten jest bardzo ciepły).
– No to do dzieła! – mówię. – Jestem gotów na wszystko.
Penelope jeszcze bardziej marszczy brwi.
– I w tym cały problem. Wiesz o tym?
– Wiem. Owszem. W istocie.


4

Baz

– Przyszedłeś, żeby mnie stąd odbić, Basilu? – Moja ciotka siedzi na obitym aksamitem krześle w rogu kamiennej celi. Kowen przywołał wieżę, w której ją zamknął. Pilnujący jej strażnik musiał poczekać do zmierzchu, zanim mógł rzucić zaklęcie i otworzyć drzwi.
– Przyszedłem wpłacić za ciebie kaucję – mówię. – Niech mnie wąż ściśnie, Fiono, co ty sobie myślałaś?
– Kaucję? Pitchowie nie płacą kaucji. Ani okupów.
– Niech ci będzie – rzucam. – Wpłaty dokonał mój ojciec, a to Grimm.
Odchyla się na krześle i opiera buty na biurku.
– Wróć, kiedy będziesz gotów odbić mnie stąd, jak należy.
– To nie są żarty. Wypuszczają cię tylko dlatego, że doktor Wellbelove i dyrektorka Bunce za ciebie poręczyli.
O aresztowaniu Fiony dowiedziałem się dopiero od Penelope, która postanowiła zadzwonić do matki, zanim opuściliśmy San Diego. Kiedy wczoraj zobaczyłem, jak Penny pędzi przez plażę, w pierwszej chwili pomyślałem, że ktoś umarł.
– Wellbelove? – Fiona uśmiecha się szyderczo. – I Bunce? Dlaczego niby mieliby za mnie ręczyć?
– Właściwie to poręczyli za mnie. A ja obiecałem, że nie uciekniesz.
– To było głupie. – Wydyma usta.
– Fiono, możemy już iść?
Wzdycha i podnosi się powoli, a potem przewraca kopniakiem krzesło.
– Dobrze.


Różdżka i samochód Fiony zostały skonfiskowane. Za nie też musiałem poręczyć. Jeśli Fiona nawali przed procesem, wsadzą mnie do wieży razem z nią.
Podaję jej różdżkę i kluczyki.
– Tylne siedzenie! – rzuca i bierze ode mnie fanty.
– Nie będę siedział z tyłu.
Otwiera drzwi.
– Wydaje mi się, że jednak tak. Bo miejsce z przodu jest dla ludzi, którzy nie dali się porwać…
– Ha, ha! – parskam.
– Ha, ha – powtarza Fiona i ciska torebkę na miejsce dla pasażera.
Gramolę się na właściwie nieistniejące tylne siedzenie jej MG (rocznik tysiąc dziewięćset sześćdziesiąty siódmy, grampiańska szarość – klasyk), do którego Fiona ma bardzo niefrasobliwe podejście, zresztą jak do wszystkiego. (Trzeba zobaczyć nasze mieszkanie; w sofie zagnieździły się myszy, to istne pobojowisko). Muszę usiąść bokiem, żeby się zmieścić, a kolana wciskam w przerwę między przednimi fotelami.
– Powiesz mi, co robiłaś w Watford?

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ