Zapisz na liście ulubionych
Stwórz nową listę ulubionych
Buntownik z zasadami / Gorączka zmysłów
Zajrzyj do książki

Buntownik z zasadami / Gorączka zmysłów

ImprintHarlequin
Liczba stron320
ISBN978-83-291-2795-0
Wysokość170
Szerokość107
EAN9788329127950
Tytuł oryginalnyBad Boy with BenefitsWhatever the Price
TłumaczKatarzyna CiążyńskaAdela Drakowska
Język oryginałuangielski
Data premiery2026-07-28
Więcej szczegółówMniej szczegółów
Idź do sklepu
Idź do sklepu Dodaj do ulubionych

Przedstawiamy "Buntownik z zasadami" oraz "Gorączka zmysłów", dwa nowe romanse Harlequin z cyklu HQN GORĄCY ROMANS DUO.

Marlowe lubiła oglądać z antresoli bale w ich rodzinnej rezydencji. Tego wieczoru wśród bawiących się na dole gości dostrzegła nieznajomego, który bezczelnie się na nią gapił. Wyglądał jak niegrzeczny chłopak, przez którego nie wraca się do domu o wyznaczonej porze. Mężczyźni lubili na nią patrzeć, ale robili to dyskretnie. Ten zaś nawet nie próbował udawać dobrych manier i patrzył na nią tak, jakby w wyobraźni ją rozbierał…

Charlotte nigdy nie potrafiła porozumieć się z mężem. W ich związku tylko seks był udany. Szkoda, że sama namiętność nie wystarcza, by rozwiązać małżeńskie problemy…

Fragment książki

Marlowe Kane z rozpaloną twarzą stała na podeście schodów w Fair Weather Hall, trzymając się balustrady. W dzieciństwie odkryła, że stąd najlepiej podgląda się przyjęcia wydawane przez rodziców. Była wówczas tak mała, że mogła wsadzić głowę między rzeźbione kolumienki. Liczyła na to, że uda jej się dostrzec czyjś skradziony pocałunek albo podziwiać pełen wdzięku taniec. Na widok tego, co ujrzała teraz, krew się w niej zagotowała.
W tłumie gości kręcił się Neil Campbell, jej były narzeczony. Właśnie sięgnął po przekąskę i kieliszek szampana serwowane przez kelnerów.
To była kolejna impreza ojca dla obecnych i potencjalnych klientów. Ciągnąca się godzinami huczna zabawa z kawiorem i eleganckimi kanapkami, ze szkocką, cygarami i poklepywaniem po plecach na zakończenie. Ku jej irytacji wciąż był to głównie męski klub.
Nie pojmowała, jak Neil śmiał się tu pojawić po tym, co jej zrobił. Szkoda, że zabrakło Samuela i Masona. Jej bracia bliźniacy, o rok od niej starsi, zawsze uważali, że muszą ją chronić, choć każdy pojmował to inaczej. Samuel potrafił zniszczyć przeciwnika dobranymi z premedytacją słowami. Mason na początek zadawał cios, by później załatwić sprawę polubownie.
Niestety Samuel był akurat zaabsorbowany planami związanymi ze ślubem z dziewczyną, w której zakochał się jeszcze w szkole. Masona z kolei pochłonął związek z asystentką ojca. Stąd ich nieobecność. Szkoda, gdyż obaj czuli do Neila antypatię.
Marlowe rozprostowała palce ściskające balustradę, wzięła uspokajający oddech i ruszyła na dół. Z każdym krokiem przypominała sobie, jak przez lata robiła dokładnie to samo, raz z większym, raz z mniejszym entuzjazmem. W bożonarodzeniowe poranki. Spiesząc na randki z kolegami z liceum. Na mecze polo. W dniu pogrzebu matki. W sylwestra przed dwoma laty, gdy poznała Neila.
W smokingu wyglądał znakomicie, jego ciemne włosy rozświetlała poświata księżyca. Zaróżowione policzki i czubek nosa świadczyły o tym, że chwilę wcześniej zmarzł na dworze. Przed końcem tamtego wieczoru zbliżyli się do siebie, dzieląc się opowieściami o swoich dominujących ojcach, którzy, jak się okazało, byli starymi przyjaciółmi.
Później była pierwsza randka, a po krótkiej znajomości i zachętach ojców zaręczyny. Neil był wtedy spontaniczny, romantyczny, żądny przygód, pełen werwy i fantazji.
Coś się jednak zmieniło – i to szybko, gdy jej ojciec, prezes mieszczącego się w Filadelfii miliardowego imperium, Kane Foods International, wziął Neila pod swoje skrzydła. Marlowe mu tego zazdrościła. W końcu przez całe życie chciała zdobyć to, co Neil otrzymał bez problemu.
Marzyła o aprobacie ojca, od której Neil dobrowolnie się uzależnił. Coraz dłużej przesiadywał w biurze, coraz szybciej tracił cierpliwość, całował coraz mniej gorąco. Marlowe przestała marzyć o ślubie i planować wesele, zastanawiając się, gdzie zniknęła namiętność.
Odkrycie, że podrywał asystentkę ojca i wysyłał jej dziwne wiadomości, stanowiło gwóźdź do trumny. Przed miesiącem jej związek z Neilem się rozpadł. Co kazało jej wrócić do pytania: Co Neil tu do diabła robi?
Zeszła na dół i zaczęła szukać grafitowych włosów ojca, które wpadały w oczy. Tymczasem jej wzrok zatrzymał się na nieznajomym. Wysoki, o szerokich ramionach, w garniturze, który nie był może szyty na miarę, a mimo to leżał na nim doskonale, lustrował ją spojrzeniem ciemnych oczu. Wzburzenie zaczerwieniło jej policzki.
Mężczyźni lubili na nią patrzeć. Ich zachłanne ukradkowe spojrzenia podczas służbowych imprez i koktajli jasno jej to uświadomiły. Ale ten nawet nie próbował udawać dobrych manier i się po prostu na nią gapił. Zdawało się, że lekko uniósł kącik warg, co ani trochę nie złagodziło wyrazu jego twarzy.
Wątpiła, by cokolwiek zdołało to uczynić. Do jego twarzy nie pasowały pochlebne przymiotniki, które mogłyby opisać większość znanych jej mężczyzn.
Interesujący? Raczej nie.
Patrzył dziko i namiętnie spod lekko opuszczonych powiek. Wyglądał na niegrzecznego chłopca, z którym ląduje się na tylnym siedzeniu samochodu. Takiego, przez którego nie wraca się do domu o wyznaczonej porze. Przed którym ostrzega cię matka.
Urokliwy? Zdecydowanie nie.
Szczękę miał jak kawałek granitu, do tego wystające kości policzkowe, orli nos lekko skrzywiony w lewo wskutek zapewne licznych bójek. Brak symetrii.
Pociągający? Przyklejony do jego twarzy grymas był niczym znak z napisem: Wstęp wzbroniony.
A jednak Marlowe miała problem z odwróceniem wzroku. Co gorsza, miała przeczucie, że mężczyzna zdaje sobie z tego sprawę i w duchu się tym cieszy. Nie przerywając kontaktu wzrokowego, uniósł do warg kryształową szklankę z bursztynowym płynem i wypił łyk. Odniosła wrażenie, że to nie drinka smakował, ale jej. Niech go szlag. Z resztką dumy uniosła głowę i zmieszała się z tłumem. Przyjęła kieliszek szampana od kelnera i rozkoszowała się zimnym alkoholem.
- Szukałem cię – odezwał się głos za jej plecami.
Znieruchomiała. Nie potrafiła określić, odkąd tak właśnie reagowała na byłego narzeczonego; na pewno zaczęło się to miesiące przed historią z Charlotte.
- Witaj, Neil. – Odwróciła się do niego. W stroju wieczorowym zawsze wyglądał dobrze.
Miał na sobie ciemnoniebieski, doskonale skrojony i niewątpliwie drogi garnitur. Jednak w porównaniu z arogancką i bezpretensjonalną męskością nieznajomego wyglądał kiczowato. Włosy zaczesał z przesadną dbałością, brwi miał nieco zbyt wylizane, białą koszulę zbyt czystą.
- Dziwisz się, że mnie widzisz? – Powściągając uśmiech, uniósł kieliszek martini do warg.
- Nie użyłabym słowa zdziwienie – odparła.
- Cóż, nie odbierałaś moich telefonów, więc musiałem się uciec do bardziej kreatywnych metod. – Błysnął w uśmiechu równymi białymi zębami.
- Więc postanowiłeś wpaść nieproszony na imprezę dla klientów. – Marlowe ruszyła przed siebie.
- Nieproszony? Jestem gościem mojego ojca.
Henry Campbell, urodzony w Londynie nieznośnie wytworny starszy partner Campbell Capital, okazał się przeszkodą, gdy Marlowe postanowiła zerwać zaręczyny z jego synem. Z kolei Parker Kane, ojciec Marlowe, choć nie do końca aprobował Neila, pozostawał oddany jego ojcu i znaczącym funduszom, które kontrolował.
- To może powinieneś dotrzymywać mu towarzystwa – zasugerowała, przenosząc wzrok na bar, gdzie można było znaleźć Henry’ego Campbella.
Neil przyspieszył i zablokował jej drogę.
- Musimy porozmawiać.
- Nie – rzuciła, mijając go.
- Marlowe, proszę.
Zatrzymało ją to „proszę”, wypowiedziane z taką szczerością, jakiej nie słyszała u niego od roku.
- Poświęć mi pięć minut. Tylko o to proszę.
Zawahała się, zerknęła na koniec sali, gdzie widziała tajemniczego mężczyznę, i poczuła zawód, gdy go nie zobaczyła.
- No dobrze.
Neil poprowadził ją bocznym korytarzem na balkon rodzinnej jadalni. Nie było to dokładnie to samo miejsce, gdzie spotkali się po raz pierwszy, lecz najwyraźniej próbował odtworzyć tamten nastrój.
Marlowe podeszła do sięgającej pasa balustrady i oparła się o nią z kieliszkiem w dłoni, po czym spojrzała na ogród w dole. Do zbudowanej przez jej pradziadka w końcu XIX wieku rezydencji Fair Weather Hall należały spore tereny zielone. Drzewa tworzyły nie tylko granicę posiadłości, ale też zielony mur chroniący przed światem zewnętrznym.
- Czy to nie piękne? – Neil stanął kilka kroków od niej i podniósł wzrok na gwiaździste niebo.
- O czym chcesz porozmawiać? – spytała, niczym szpilką przebijając balon jego romantycznych nadziei.
- O nas, oczywiście.
- Neil, nie ma żadnych nas. – Westchnęła.
Podszedł bliżej, spuszczając wzrok na jej rękę.
- To czemu wciąż nosisz pierścionek?
Cholera. Była tak zszokowana jego widokiem, że kompletnie zapomniała o pierścionku. Wkładała go na imprezy, by odstraszyć potencjalnych konkurentów.
- Proszę. – Odstawiła kieliszek, zdjęła pierścionek i wyciągnęła rękę. – Weź go.
Neil odsunął kosmyk włosów z jej policzka.
- Nie chcę odzyskać pierścionka, tylko ciebie.
Odsunęła się gwałtownie, kręcąc głową z niesmakiem.
- Jak możesz myśleć, że po tym, co zrobiłeś, brałabym coś podobnego pod uwagę?
- Chcesz odrzucić wszystko, co nas łączyło, tylko dlatego, że wysłałem asystentce twojego ojca kilka anonimowych wiadomości, ostrzegając ją przed Masonem?
- Jedną z tych wiadomości wysłałeś z samochodu zaparkowanego pod jej domem – przypomniała mu.
Wypił martini do dna i odstawił kieliszek na donicę.
- Nie mówię, że to było okej. Chciałem tylko pomóc komuś bezbronnemu.
Omal nie przewróciła oczami.
- Może cię to zdziwi, ale świetnie wyczuwam, kiedy się kimś manipuluje i kiedy facet jest wobec kobiety protekcjonalny. Więc jeśli próbujesz namówić mnie do powrotu, lepiej to przemyśl.
Skrzyżował ramiona i oparł się o balustradę.
- Czy to przypadkiem nie ty przyszłaś do mnie, kiedy niepokoiłaś się o Masona?
To akurat była prawda. Zawsze była bliżej z Masonem niż z Samuelem, więc gdy Mason nagle się od niej odsunął, gdy zaczął pojawiać się w pracy z zamaskowanymi siniakami, zaczęła się martwić. A gdy zauważyła, że z jego rachunku znikają duże sumy, zaczęła się bardzo martwić.
- Tak, podzieliłam się z tobą niepokojem dotyczącym Masona, ale nie dałam ci prawa do informacji na temat naszych finansów rodzinnych, nie prosiłam, żebyś ostrzegł Charlotte przed Masonem.
- Wiem. – Położył dłoń na jej nadgarstku. – To było głupie, wtrąciłem się w nie swoje sprawy. Po prostu za bardzo… się zaangażowałem.
- Ja też. – Po raz kolejny zaoferowała mu pierścionek.
Zirytowany ściągnął brwi.
- Marlowe, to nasze marzenie. Rodzinna dynastia. Kane’owie i Campbellowie, zawsze o tym rozmawialiśmy.
- Ty o tym mówiłeś. – Przez jakiś czas z zainteresowaniem słuchała opowieści Neila o ich wspólnym życiu. O wymarzonym ślubie. O podróżach, a potem dzieciach. Gdy tylko dzięki inwestycji swojego ojca zajmie należne mu miejsce w Kane Foods.
Tyle że data ślubu wciąż się oddalała. Teraz, gdy zbliżał się ślub brata, uprzytomniła sobie, jaka była łatwowierna.
- Weź to – powtórzyła ze zniecierpliwieniem.
Spojrzał na pierścionek z brylantem, który mrugał niczym miniaturowa gwiazda na jej dłoni. Nadzieję, która rozświetlała jego oczy, zastąpiła zimna pustka.
- Co powiesz na pożegnalny pocałunek?
- Nie, Neil. – Cofnęła się. Zdała sobie sprawę, że są sami. Mogłaby krzyczeć i nikt by jej nie usłyszał.
- Pamiętasz, jak mówiłaś, że bardzo cię to podnieca? – Wsunął palce w jej włosy na karku, ściskając tak mocno, aż wstrząsnął nią dreszcz. Położyła dłonie na jego piersi i odepchnęła go z całych sił.
- Neil, powiedziałam…
Pocałunek był równie krótki, co brutalny. Neil tak mocno przycisnął wargi do jej ust, że poczuła jego zęby, po czym nagle odsunął się od niej z jękiem, zginając się w pół. Serce Marlowe waliło. Przyłożyła palce do warg, spodziewając się, że została na nich krew. Gdy okazało się, że są czyste, podniosła głowę. Nieznajomy, który wcześniej na nią patrzył, trzymal Neila za poły jego nieskazitelnej koszuli.
- Ona powiedziała nie – wychrypiał z obrzydzeniem. – Rozumiesz, co to znaczy? – Podciągnął Neila do góry, tak że ten dotykał podłogi ledwie czubkami butów.
- Tak. – Oczy Neila przepełniała złość.
- To dobrze. – Mężczyzna nieco zmniejszył uścisk. – A teraz sobie pójdziesz, czy mam zrzucić twój szykowny tyłek z balkonu?
- Wyjdę – zaskrzeczał Neil.
Mężczyzna puścił Neila, a ten zachwiał się i zrobił kilka kroków do tyłu, nim odzyskał równowagę. Bez pośpiechu wygładził koszulę i rzucił Marlowe długie spojrzenie, po czym wyszedł. Kiedy zniknął, nieznajomy odwrócił się do Marlowe, bezczelnie jak wcześniej powiódł po niej wzrokiem, tyle że tym razem z troską.
- Nic się pani nie stało?
Drżącą ręką przeczesała włosy, czując mieszankę adrenaliny, irytacji i strachu. 
- Nic.
- Na pewno? – Podszedł bliżej, jakby zamierzał to sprawdzić.
- Tak – warknęła. – Może pan już iść.
- Jest pani pewna? – Uniósł brwi.
Lekki powiew przyniósł z sobą zapach róż i deszczu. Absurdalnie niestosowny w tej sytuacji.
- Tak. – Sięgnęła po kieliszek. – Nie należy pan raczej do klientów ojca, ale zakładam, że ma pan powód, żeby brać udział w tej imprezie poza czyhaniem na balkonie i gapieniem się na mnie.
Pożałowała tych słów, gdy tylko je wypowiedziała. Uczucie upokorzenia zawsze ostrzyło jej język w sposób, który jej się nie podobał, ale nie umiała się powstrzymać.
- Zapomniała pani dodać, że uratowałem panią przed pani byłym. Niezły z niego drań.
- Uratował mnie pan? – Teraz wpadła w złość. – Dosłownie rozbierał mnie pan wzrokiem, a potem poszedł pan tu za nami jak jakiś psychol i wreszcie wparował pan tu jak Rambo, chociaż nie prosiłam o pomoc! Miałabym może mdleć z zachwytu? Samozwańczy stróż prawa!
Skrzyżował ramiona na piersi. Wyglądał bardziej defensywnie niż wyzywająco.
- Po pierwsze, jeśli pani sądzi, że nie zauważyłem, jak pani na mnie patrzyła, to jest pani albo ślepa albo pijana. Po drugie, wolałaby pani, żebym ją zostawił z Neilem? – Wypluł to imię, jakby miał na języku coś paskudnego.
- Mam dość facetów stawiających mnie w sytuacji, która pozwala innym gratulować sobie, że mnie uratowali – rzekła, celowo ignorując jego pierwsze twierdzenie.
Choć była oburzona, przyjrzała się nieznajomemu uważniej. Nad jego lewą brwią widniała cienka blizna. W jednym z policzków delikatne zagłębienie. Rzęsy miał ciemne i długie. Z jego ciała przez materiał koszuli emanowało ciepło muskające jej nagie ramię. Czuła się przy nim bezpieczna.
- Zaciąganie kobiety w odizolowane miejsce to klasyczna taktyka drania, który stanowi zagrożenie. Zrzucanie na kogoś winy za własne gówniane zachowanie to cecha narcyza. Każdy facet, który kładzie rękę na kobiecie, zasługuje na to, żeby mu wyrwać śledzionę. Największa uroda nie zrekompensuje tego, że ktoś jest zarozumiałym zwolennikiem elitaryzmu, ze srebrną łyżeczką wciśniętą tam, gdzie słońce nie dochodzi.
Zszokowana zamrugała i otworzyła usta. Do głowy wpadło jej tylko kilka kiepskich ripost, jedna banalniejsza od drugiej, a wszystkie w rodzaju: Jak pan śmie…
Zanim którąś z nich wypowiedziała, mężczyzna podniósł pierścionek. Nawet sobie nie zdawała sprawy, że go upuściła. Ujął jej dłoń i położył na niej brylant. Potem zacisnął na jej dłoni duże, ciepłe i przyjemnie szorstkie palce, aż kanty brylantu wbiły się w jej skórę. Trzymał ją za rękę dłużej niż to konieczne, patrząc jej w oczy.
Czuła bicie serca w piersi, na wargach, na skórze, w brzuchu. Gdy ją puścił, poczuła się porzucona i mimo że była upalna końcówka lata, zrobiło jej się zimno.
- Dobrej zabawy do końca wieczoru – powiedział.
Te słowa wisiały w powietrzu długo po tym, jak zakręcił się na pięcie i oddalił. Nie była pewna, co wprawiło ją w większe zdumienie. Fakt, że pozwoliła mu mieć ostatnie słowo, czy może to, że zapragnęła więcej.
Więcej jego.

Fragment książki

 - Anthony?
Charlotte Price wpatrywała się w swego męża, z którym pozostawała w separacji - jedynego mężczyznę, którego kochała, a z którym właśnie się rozwodziła.
Ale po chwili jej uwagę przykuło to, co trzymał na rękach. A raczej, kogo trzymał.
Wzięty hollywoodzki reżyser, Anthony Price, nie prezentował się zbyt elegancko z różowym tobołkiem, z którego wystawał czubek główki przyozdobiony puklem czarnych kręconych włosków.
A jeśli chodzi o włosy Anthony’ego, to najwyraźniej stały mu dęba. Trzy górne guziki niebieskiej koszuli miał rozpięte, a rękawy szpeciły świeże mlecznobiałe plamy. Gdyby nie była tak zszokowana, zdjąłby ją pusty śmiech z powodu tej groteskowej sytuacji.
Kto by pomyślał!
Jej mąż trzyma w ramionach dziecko.
- Córka Rachel - wyjaśnił.
Rachel. Siostra Anthony’ego, która niecały tydzień temu zginęła w wypadku samochodowym, osierociła ośmiomiesięczną córeczkę.
Charlotte otworzyła szerzej drzwi, zapraszając go do mieszkania przyjaciółki, u której się zatrzymała przed trzema miesiącami.
Dobrze się złożyło, że przyjaciółka wyjechała właśnie na wymarzone wakacje, ponieważ Charlotte potrzebowała samotności, by wszystko sobie przemyśleć.
Ale w kwestii własnego małżeństwa ciągle dochodziła do tych samych wniosków.
Jej pożycie z Anthonym dobiegło końca. Nieważne, jak bardzo się starała, by Anthony pokochał ją tak, jak na to zasługiwała - nic z tego nie wychodziło.
I nie wyjdzie.
Wyprowadziła się od niego w czerwcu i teraz, po prawie trzech miesiącach kłopotliwych rozmów telefonicznych, nie wspominając o jego wizycie miesiąc temu, gdy przyszedł porozmawiać, a potem nieopatrznie wylądowali w łóżku, doszła do wniosku, że należy sprawę szybko zakończyć. Komunikacja słowna nie była mocną stroną w ich związku. Tylko seks nie stanowił problemu: większość czasu, gdy byli sami, spędzali w łóżku.
Ale tym razem rozmowa była nieuchronna. W piątek Charlotte zamierzała złożyć pozew rozwodowy.
- Płakała przez całą drogę - tłumaczył Anthony z lekką paniką w głosie. - Dałem jej butelkę, a ona zwymiotowała, a potem zaczęła jeszcze bardziej płakać. Jechałem samochodem przez trzy godziny, a zasnęła dopiero dziesięć minut temu.
Charlotte, która doskonale radziła sobie z dziećmi w każdym wieku, wsunęła rękę pomiędzy ciało męża i miękkie zawiniątko. Delikatnie położyła niemowlę na ogromnym fotelu, wciskając je plecami w miękkie oparcie, a potem zabezpieczyła je z przodu aksamitną poduszką.
Gestem pokazała Anthony’emu, aby przeszedł do kuchni, skąd przez szeroką granitową wyspę rozdzielającą oba pomieszczenia mogła obserwować dziecko.
- Co się dzieje, Anthony?
- Musisz mi pomóc przy Lily.
- O Boże. - Gdy pojęła sens jego słów, poczuła się jeszcze bardziej przygnębiona.
Nie przyszedł tu powiedzieć jej, że ją kocha i chce, by wróciła, nawet nie przyszedł po seks. Po prostu nie potrafił poradzić sobie z dzieckiem. O ironio, teraz chce, by odgrywała rolę matki, podczas gdy przez cały czas małżeństwa wykorzystywał swoją karierę jako pretekst, by nie mieć dzieci.
Wiedziała, że musi zachować dystans.
Już wystarczająco długo dawała się uwodzić przymilnym słowom oraz prezentom w nadziei, że mąż wkrótce zaangażuje się naprawdę.
Na próżno. Nadal cierpiała z powodu złamanego serca. Ich wyobrażenia o miłości najwyraźniej plasowały się na dwóch przeciwstawnych biegunach.
A najsmutniejsze było to, że on ją na swój sposób kochał, tylko że jeszcze bardziej kochał robienie kolejnych wielkich przebojów filmowych.
Ciekawe, że przyszedł do niej z prośbą o pomoc...
Nie był typem wrażliwca, nigdy nie potrzebował niczyjego wsparcia, przed nikim się nie otwierał ani nie rozmawiał o uczuciach.
- Jestem jej najbliższym krewnym - wyjaśnił ze ściśniętym z emocji gardłem. - Jesteśmy jedyną rodziną, jaka jej została, Charlie.
Pieszczotliwe zdrobnienie, które jej nadał, gdy spotykali się w college’u, straciło dawny urok.
Zanim oceniła jego słowa, zerknęła na dziecko.
- Zaraz, zaraz, co to znaczy, że jesteśmy jej jedyną rodziną?
- Zostaliśmy wyznaczeni w testamencie na opiekunów prawnych na wypadek... śmierci Rachel. A ponieważ poddała się sztucznemu zapłodnieniu, Lily nie ma ojca, który mógłby zakwestionować nasze prawa.
Charlotte oparła się o blat. Zawsze pragnęła mieć dziecko i rodzinę, ale jej własny mąż do spółki z wścibskimi tabloidami zniszczyli jej marzenia o szczęściu. W ubiegłym roku zaszła w ciążę, ale on kręcił akurat film gdzieś w plenerze, więc nawet nie dowiedział się, że poroniła i cierpiała w samotności. Nigdy mu o tym nie powiedziała.
- Nie możemy jej wychowywać, Anthony.
Popatrzyła mu w oczy, zbierając siły.
- Jesteśmy w separacji.
- Przypominasz mi o tym za każdym razem, kiedy dzwonię - burknął. - Posłuchaj, jestem przerażony, ale nie mamy wyboru. Rachel była moją siostrą. Na pewno rozumiesz.
O nie, tylko nie to! Nie powinien odwoływać się do jej bolesnych wspomnień, do bólu, jakiego zaznała, gdy w wieku dziesięciu lat straciła ukochaną siostrę bliźniaczkę.
- Nie chodzi o to, że nie rozumiem, ale są rzeczy niemożliwe, Anthony.
Pytania kłębiły jej się w głowie. Nie miała pojęcia, od którego zacząć.
To się nie może dziać. Potrzebuje dystansu, rozłąki, jeśli pragnie rozpocząć normalne życie. Codzienny widok Anthony’ego przysporzy jej bólu i nie pozwoli zapomnieć, że nadal go kocha, tylko nie potrafi żyć ze świadomością, że jego kolejny film będzie znów ważniejszy od niej. Nie zdoła zostawić wszystkiego za sobą, jeśli teraz obciąży się macierzyńskimi obowiązkami.
Przez całe małżeństwo pragnęła dziecka. Och, Bóg czasami nas karze, spełniając nasze prośby.
Zdenerwowana poprawiła włosy.
- Wiedziałeś, że zostaliśmy wyznaczeni na opiekunów prawnych? Nigdy mi o tym nie wspominałeś.
Anthony pokręcił głową.
- Nie wiedziałem, ale przed laty rozmawialiśmy, że jeśli którekolwiek z nas będzie miało dzieci, umieścimy w testamencie odpowiedni zapis na wypadek jakiegoś nieszczęścia. Tak czy owak, Lily do nas należy. A formalnie potwierdzi to sąd za trzy miesiące.
- Czego po mnie oczekujesz? - Uniosła głowę i oparła ręce na biodrach. - Chyba nie sądzisz, że do ciebie wrócę. To się nie uda.
- Nie mamy wyboru.
Zniżył głos, gdy Lily się poruszyła.
- W testamencie figuruje zastrzeżenie, że jesteśmy opiekunami prawnymi jako małżeństwo. Sąd to potwierdzi za dziewięćdziesiąt dni. Daj mi ten czas. To wszystko, o co proszę. Potem zdecydujemy, co dalej.
Nie lubiła, gdy nią manipulowano, a już zdecydowanie nie podobało jej się, gdy zmuszano ją do kontaktów z mężczyzną, który zniszczył ich małżeństwo, a jednocześnie jednym spojrzeniem swoich szarych oczu potrafił wzbudzić w niej pożądanie.
Czy da radę tak żyć? Przez trzy miesiące? Równie dobrze mógłby prosić o trzy lata!
Właściwie najbardziej ją zabolało, że tak ochoczo zaangażował się w tworzenie nowej rodziny, podczas gdy dla niej nie był zdolny do żadnych wyrzeczeń. Nie chodziło tylko o Lily. Ostatnio spędzał coraz więcej czasu ze swoją biologiczną matką.
Hollywoodzka aktorka Olivia Dane przed czterdziestu laty w tajemnicy oddała Anthony’ego do adopcji.
Potem Olivia urodziła jeszcze dwoje dzieci, z których jedno - Bronson Dane - było zaprzysiężonym wrogiem Anthony’ego.
- To się nie uda, Anthony - powtórzyła, czując, że strach chwyta ją za gardło. - Nie mogę znów z tobą zamieszkać, nawet na krótko. Nie mogę z powrotem dać się wciągnąć w życie, które podcina mi skrzydła.
Nie miała zamiaru głośno wyrażać swoich myśli, ale gdy wreszcie to zrobiła, nie żałowała.
Powinien wiedzieć, co jej zrobił, jak jego działania oraz egoizm niszczyły ich związek. Doznała nawet swego rodzaju ulgi, choć przecież wiedziała, że to oświadczenie niczego nie zmieni.
- Wiem, że czujesz się zraniona, i nie chcę niczego ci utrudniać, ale Lily potrzebuje matki - rzekł błagalnym tonem. - A ja potrzebuję żony. Zatrudniłem dekoratorkę, żeby przerobiła jeden z wolnych pokoi na pokój dziecinny, a sam pojechałem wczoraj do San Jose po Lily.
Charlotte z westchnieniem zerknęła na maleństwo owinięte różowym kocykiem.
Dziewczynka nie miała pojęcia, na jakim zakręcie znalazło się jej życie. Charlotte, choć jej serce broniło się przed kolejnym rozczarowaniem, wiedziała, co musi zrobić dla dobra tego niewinnego dziecka.
Bezpieczeństwo Lily jest na pierwszym miejscu, a na pewno przed jej sprzecznymi uczuciami do męża.
- Zgoda. Masz te dziewięćdziesiąt dni.
Popatrzyła mężowi w oczy, w te same oczy, w których kiedyś się zakochała. Nie wystąpi o rozwód, dopóki prawo do opieki nad dzieckiem nie nabierze mocy prawnej.
- Ale nie wyobrażaj sobie, że wprowadzę się z powrotem do naszej sypialni. Zajmę wolny pokój obok pokoju dziecka.
Anthony zacisnął zęby.
- Nie dasz nam jeszcze jednej szansy? A właściwie mnie, żebym mógł cię pozytywnie zaskoczyć?
- Byliśmy małżeństwem przez dziewięć lat. Miałeś sporo czasu. - Charlotte uniosła głowę i skrzyżowała ramiona na piersi, jakby w ten sposób chciała stworzyć zaporę przed bólem. - Nie możesz oczekiwać, że wskoczę ci z powrotem do łóżka. Wprowadzam się ze względu na Lily. Wyłącznie.
Anthony przyglądał się Charlotte. Ma zamiar mu to utrudnić, ale na nic innego nie zasługiwał. Po latach, gdy spychał na bok jej potrzeby, zasłużył na jej złość, a jednak nadal jej pożądał.
Szkoda, że seks nie wystarcza, by rozwiązać małżeńskie problemy. Pożądali się nawzajem od pierwszego spojrzenia, gdy poznali się na przyjęciu w college’u. Wzajemna namiętność nigdy się nie wypaliła.
Anthony’ego ogarnęło poczucie winy. Nie mógł zaprzeczyć, że to jego postawa stała się powodem ich separacji. Ale dopiero odejście Charlotte go zaalarmowało. Miał wrażenie, że nawet skontaktowała się z prawnikiem.
Cóż, najważniejsze, że teraz wprowadzi się z powrotem. Miał nadzieję, że zdoła pokazać się jej z lepszej strony.
- Rozumiem. Ale to nie oznacza, że przestanę o nas walczyć.
Na widok smutnego uśmiechu Charlotte poczuł ucisk w piersi.
- Teraz, kiedy jesteś gotów walczyć jak lew o to ojcostwo, łamiesz mi serce. Nie zapominaj, że od dawna pragnęłam mieć z tobą dziecko. A więc zostaję ze względu na Lily, nie ze względu na ciebie.
- Daj mi szansę, Charlie. Potrzebuję cię, a Lily potrzebuje matczynego ciepła.
Stłumił ból z powodu straty siostry. Nie może się załamać. Nie teraz, gdy stawką jest jego życie. I przyszłość Lily. Będzie opłakiwał siostrę później, w samotności. Teraz musi odbudować rodzinę.
- Nie mogę zastąpić jej matki. - Oczy Charlotte zaszły mgłą. - Nikt nie może tego zrobić.
- Nie proszę cię, żebyś ją zastąpiła. - Podszedł i wziął ją za rękę. - Proszę, żebyś ją kochała i się o nią troszczyła. I żebyś przemyślała nasz związek. Nigdy nie chciałem cię stracić. Nigdy.
Charlotte zamrugała powiekami, po jej bladej twarzy spłynęła jedna łza. Spojrzała mu w oczy z determinacją, która górowała nad smutkiem.
- Wprowadzam się tylko pod pewnymi warunkami.
Co tam warunki! Warunki można zawsze złamać - i mieć ją z powrotem tam, gdzie chciał.
W swoim łóżku - w ich wspólnym łóżku. I na zawsze w swoim życiu.
- Jakimi?
Cofnęła się, wyswobadzając dłoń.
- Nie będę z tobą spała.
Och, to się da przeskoczyć. Sztuka uwodzenia nie była mu obca, ale lepiej o tym nie wspominać. Niech sobie myśli, że ma wszystko pod kontrolą.
- W porządku. Co jeszcze?
- To tymczasowe rozwiązanie, dopóki nie ustalimy warunków sprawowania praw rodzicielskich. Gdy sąd oficjalnie przyzna nam opiekę, nasi prawnicy ustalą odpowiednią ugodę.
A więc rozmawiała z prawnikiem.
Nieważne. Trzy miesiące to sporo czasu na odzyskanie jej z powrotem.
- Zgoda.
- Ani dziecko, ani zamieszkanie pod wspólnym dachem niczego między nami nie zmienią. Lily jest teraz priorytetem. Jasne?
Otaksował ją spojrzeniem, a potem z uśmiechem popatrzył jej w oczy, wyobrażając sobie, jak leży obok niego w łóżku.
- Jak słońce.

 

Napisz swoją recenzję

Podziel się swoją opinią
Twoja ocena:
5/5
Dodaj własne zdjęcie produktu:
Recenzje i opinie na temat książek nie są weryfikowane pod kątem ich nabywania w księgarniach oraz pod kątem korzystania z nich i czytania. Administratorem Twoich danych jest HarperCollins Polska Sp. z o.o. Dowiedz się więcej o ochronie Twoich danych.
pixel