Zajrzyj do książki
Byliśmy sobie przeznaczeni
Przedstawiamy "Byliśmy sobie przeznaczeni" nowy romans Harlequin z cyklu HQN ŚWIATOWE ŻYCIE.
Angelo Dizieno zakochuje się w księżniczce Natalii La Morte, która w przyszłości ma poślubić jego brata, następcę tronu. Angelo wyjeżdża z kraju i próbuje o niej zapomnieć. Dwa lata później, po śmierci brata, musi wrócić, by przejąć władzę i wypełnić zobowiązania małżeńskie. Spełni się jego marzenie i ukochana Natalia zostanie jego żoną. Wie jednak, że ona wyjdzie za niego tylko ze względu na zawarty układ, a Angelo marzy, by go pokochała…
Fragment książki
– Nie boisz się?
– Nigdy – zapewniła księżniczka Natalia La Morte, chociaż jej serce biło jak oszalałe.
To nie strach sprawiał, że była lepka od potu, tylko fakt, że jej życie było już zaplanowane. Jej los był przesądzony.
Ciało, które właśnie znalazło się w jej łóżku, było zimne i Natalia przysunęła się bliżej, obejmując szczupłą talię swojej służącej, a zarazem przyjaciółki.
– Denerwuję się.
– Niepotrzebnie, Hanno – odparła, delikatnie pocierając jej gołe ramiona, by ją ogrzać. – Robiłyśmy to tysiące razy. Będzie tak samo, jak każdego innego poranka.
– To nie to samo. Dzisiaj ty…
– To później – poprawiła. – Nie teraz. Teraz będzie tak samo.
Przyszłość, czekała na ten moment dwadzieścia jeden lat. Położyła dłoń na policzku Hanny, który był tak samo zimny jak reszta jej ciała. Spojrzała w jej niebieskie oczy, stanowczo, żeby ją uspokoić. Wiedziała, co musi zrobić i dlaczego.
– Odpocznij.
– Odpocząć? A jak przyjdą wcześniej? A jeśli się dowiedzą?
– Nie martw się, do tej pory się nie domyślili.
– Okej. – Hanna kiwnęła głową.
– Dziękuję. – Natalia pocałowała czoło Hanny, swojej przyjaciółki, powiernicy, wspólniczki.
Każdego poranka Natalia wymykała się ze swojego łóżka, a Hanna zajmowała jej miejsce – stawała się księżniczką. Natalia natomiast zamieniała jedwabną koszulę nocną na strój jeździecki.
– Pójdę już, ale wrócę – obiecała zgodnie z prawdą.
Życie za życie – to zrozumiała Natalia. Życie jej matki było ceną za życie córki i każdego dnia doceniała poświęcenie matki i pamiętała o swoim długu. Naciągnęła kaptur na głowę. Chciała ukryć twarz, której ojciec kazał jej strzec za wszelką cenę. Niezauważona wyszła z pałacu, udając, że jest członkiem służby, osobą, która co rano dosiada konia księżniczki, ponieważ księżniczka mogła jedynie jeździć kłusem, nigdy galopować ani poczuć wiatru we włosach. A zwierzęta są do tego stworzone, muszą się ruszać i czuć się wolne.
Wyszła do ogrodu przez niestrzeżone drzwi. Samson, kruczoczarny ogier, czekał na nią, czekał na wolność, którą ona miała mu dać. Wsunęła stopy w strzemiona i dała mu delikatnego kopniaka. Jak na zawołanie ruszył kłusem. W jej więzieniu nie było krat, ale mimo wszystko było to więzienie – pałac z uroczymi cherubinkami, które szydziły z niej z najwyższych wieżyczek. Więzienie idylliczne i bezpieczne, ale w którym zawsze istniała granica między nią a światem. Między nią a jej poddanymi. Więziły ją miłość jej ojca i jego smutek. Wolność była iluzją.
Wróci, przecież zawsze wracała i pozwalała odejść swojej służącej. Ale dzisiaj Hanna nie opuści jej łóżka. Poczekają, aż rozpocznie się cały ten cyrk, aż odzieją jej ciało w metry białego jedwabiu i przygotują, by mogła spełnić obietnicę daną na długo przed jej urodzeniem.
Pochyliła się i pospieszyła Samsona. Znał drogę pośród rosłych drzew okalających pałac. Zawsze jeździli w to samo miejsce, na szczyt wzgórza, z którego rozciągał się widok na jej przeznaczenie – Camalò. Pałac znajdował się na granicy dzielącej dwa królestwa położone w sercu Alp, skąpane w zieleni i strzeżone przez ośnieżone szczyty. Ale na tym podobieństwa się kończyły. Vadelto, jej dom, było więzieniem miłości i smutku. Piękne, zacofane i archaiczne. Camalò pachniało przyszłością, kusząc ją swoją nowością. Jej naród utknął w żalu, ponieważ ojciec nie potrafił poradzić sobie ze stratą żony. Jej matka była światłem, które wyciągało królestwo z mroku, a kiedy umarła, światło zgasło. Wszystkie zmiany, które wprowadzała, zostały zatrzymane. Zamknięto granice, zatrzaśnięto drzwi. Jej jedyną szansą na lepsze jutro było małżeństwo. Dziś poślubi króla.
ROZDZIAŁ PIERWSZY
Angelo Dizieno wiedział, że przy ołtarzu stoi niewłaściwy mężczyzna. Ten z bliźniaków, który nigdy nie powinien dostać korony, który zapomniał o obowiązku i który porzucił brata. Byli identyczni pod każdym względem, jednak życie rozdzieliło ich i naznaczyło różnicami. Ich narodziny dzieliły tylko dwie minuty, sto dwadzieścia sekund, lecz tylko jeden mógł być dziedzicem. Drugi był rezerwowym. Obaj o tym wiedzieli i zaakceptowali swoje role.
Angelo poczuł gorycz w ustach. Spojrzał na gości – ławki pełne europejskich monarchów, dyplomatów, premierów… wszyscy czekali, aż udowodni, że znów nie zapomniał o swoim obowiązku. Był królem, którego potrzebowali, ale też jedynym, jakiego mieli.
Nie taki był plan, to nie miał być on. Czyżby to była kara? Małżeństwo, połączenie dwóch sąsiadujących narodów tylko dlatego, że siedemdziesiąt pięć lat temu dekretem królewskim złożono obietnicę. Czekał go ślub z księżniczką obiecaną jego bratu. Klamka zapadła, nic nie można było zrobić. Za chwilę przy ołtarzu miała się pojawić panna młoda, która nie była dla niego. Panna młoda, której twarz śniła mu się po nocach przez trzy długie lata i którą winił za to, że ujawniła tkwiącą w nim brzydotę oraz ogrom żalu, jaki w sobie nosił w związku z tym, że urodził się jako ten drugi. Zrobiło mu się niedobrze, ale przełknął tę gorzką prawdę i pogrzebał głęboko w środku, jak powinien to zrobić trzy lata wcześniej. Żałował, że wtedy nie ukrył uczuć głębiej, nie udawał, że nic nie czuje. Tamtego dnia zamienili się z bratem miejscami. Robili to tysiące razy. Angelo pośredniczył w wielu transakcjach w zastępstwie swojego brata, z wdziękiem i królewską gracją. Wtedy miał tylko negocjować traktat sprzed dziesięcioleci – warunki małżeństwa brata, rutynowe działanie. I tak Angelo był lepszy w dyplomacji, lepszy niż Luciano. Czy to znaczy, że był lepszym królem?
Zesztywniał, garnitur zbyt go opinał, wszystko go swędziało. A co by było, gdyby…? To niedorzeczne, ale zastanawiał się, co by było, gdyby nie wszedł do jej paskudnego, szarego i ponurego zamku, ze strzelistymi wieżami?
Wziął głęboki wdech. Kłamał. Jej dom wcale nie był paskudny. Był uroczy, niemal mistyczny, jakby wyrwano go prosto z bajki. Jej ojciec, sędziwy król, wskazał na rozciągający się przed nim ogród, pełen bujnej zieleni. Tam ją zobaczył – córkę, którą król zgodził się przedstawić dziedzicowi tronu Camalò dopiero w dniu ślubu. Zareagował instynktownie. Będzie moja.
Przechadzała się wolno pośród zieleni w ciemnofioletowej sukience. Brązowe rozpuszczone włosy spływały po ramionach, sięgając aż do talii. Delikatnie muskała liście mijanych krzewów. Gdy na nią patrzył, zdał sobie sprawę, że byli tacy sami. Czekali na wezwanie. Ona czekała, aż ojciec powie jej, że nadszedł czas, by wypełniła swój obowiązek. Nie miała wyboru. Ich królestwa się połączą. Król dotrzyma obietnicy złożonej lata temu. Jego córka poślubi Luciana za trzy lata, gdy będzie miała dwadzieścia jeden lat.
Ten dzień zmienił wszystko. Angelo zrozumiał, że chce czegoś więcej niż tylko udawać następcę tronu. Chciał zostać dziedzicem, a nie tylko zadowalać się resztkami. Chciał wszystkiego dla siebie. Chciał jej dla siebie. Szybko zdał sobie sprawę, co musi zrobić – wyjechać, zanim jego rozżalenie przybierze na sile i zniszczy ich oboje.
Angelo odciął się od wszystkiego i wszystkich, którzy mieli związek z pałacem, zerwał wszystkie kontakty. Odrzucił niewidzialną więź łączącą go z bratem bliźniakiem. Odrzucił swój obowiązek wobec niego, ponieważ był samolubny. Jego odejście z królewskiego życia wywołało poruszenie. Odszedł bez uprzedzenia osób, które go potrzebowały. Zostawił brata bez wsparcia, jakie tylko on mógł mu zapewnić, a teraz jego brat nie żył. Królestwo Camalò było w rozsypce, ponieważ bez niego jego brat dokonał samych złych wyborów. To wszystko działo się dla niego zbyt szybko. Wszyscy ucierpieli z jednego powodu – ponieważ on jej pragnął.
Angelo drgnął, gdy gotyckie drzwi po drugiej stronie kościoła otworzyły się i pojawiła się w nich jego narzeczona, Natalia La Morte, ubrana od stóp do głów w białą koronkę.
Serce mu waliło, krew buzowała, wszystkie mięśnie miał napięte. Obowiązek wymagał, by nie odwracał się do niej plecami, ale tego właśnie chciał. Wszystko w nim krzyczało, żeby na nią nie spoglądał, lecz musiał patrzeć na nią jak król, nie jak mężczyzna, nie jak istota ludzka z potrzebami i pragnieniami. Twarz miała zakrytą welonem. Żywił nadzieję, że czas złagodzi jego reakcję. Może za bardzo wierzył w odpowiedź swojego ciała na jej widok, może przypisał jej zbyt dużą winę za to, co zdemaskowała. Przecież gorycz tkwiła już w nim wcześniej.
A jednak chciał zobaczyć jej twarz, jej usta, oczy. Jego ciało się tego domagało. Był gotów ją chwycić, ale na zewnątrz pozostał nieporuszony. W środku wrzał. Nie mógł oderwać wzroku od kobiety kroczącej w jego stronę – niewinnej istoty postawionej w centrum uwagi, ponieważ była elementem królewskiej gry.
Była już blisko. Białe pantofelki, na które opadały warstwy drapowanej białej tkaniny, sunęły w jego stronę po czerwonym dywanie. Jej drobne dłonie w białych rękawiczkach trzymały bukiet kwiatów. Od niej się wszystko zaczęło. Teraz zostanie jego królową, a on wypełni dawno złożoną obietnicę i połączy sąsiadujące kraje. Poślubi ją. Czy miał wybór? To był jego obowiązek. Przecież ta długo wyczekiwana unia przyniesie pokój niespokojnemu narodowi, a on pokaże poddanym, że ich nowy król robi to, co należy. Będzie podążać już wytyczoną ścieżką i zostanie przywódcą, którego potrzebowali. Przywódcą, którym powinien być jego brat i mógłby nim być, gdyby Angelo został.
Księżniczka zatrzymała się przed nim. W powietrzu unosiła się kwiatowa woń. Był to zapach wszystkiego, co było dla niego zakazane. Ręce przestały go słuchać. Chwycił delikatny materiał i powstrzymując się, by zbyt szybko nie odsłonić jej twarzy, powoli uniósł jedwab. Zatrzymał ręce na wysokości skroni i wtedy welon wyślizgnął się z jego palców i muskając wysadzaną diamentami tiarę opadł na plecy.
Szmaragdowozielone oczy oczarowały go. Był w pułapce, tak samo zauroczony jak trzy lata wcześniej. Zawładnęło nim pożądanie. Pamiętał tylko ją. Jej piękne rzęsy, duże oczy, pełne i pięknie wyrzeźbione usta oraz długi zadarty nos, a wszystko to wyrysowane na pociągłej twarzy. Była piękna… Ale nie chodziło tylko o jej urodę, lecz też o to, czym była. O to, w co zmieniła ją królewska gra. I w co zmieniła jego. Byli królewskimi pionkami. Takiego podobieństwa nigdy nie widział między sobą a bratem, a tymczasem właśnie to łączyło go z księżniczką. Żyli w cieniu. Trzy lata temu chciał ją z tego cienia wyciągnąć, zagrać w ich własną grę, w której nie musieliby być pionkami rozgrywanymi przez monarchie. Oboje czekali, aż zostaną wezwani, by spełnić obowiązek, i wymagano od nich posłuszeństwa. Teraz będą posłuszni i będą przestrzegać reguł.
Pomału ruszył rękoma. Ogień nieubłaganie płonął w jego wnętrzu. Jego palce przypadkowo musnęły jej skórę. Dotknął ucha i napiętej szyi. Nie mógł się powstrzymać… Co ty wyprawiasz? – zganił się w myślach i opuścił ręce. Obiecana jego bratu zakazana księżniczka teraz była jego…
Spojrzał na księdza i skinął głową. Czuł palącą potrzebę, by znów spojrzeć na kobietę stojącą u jego boku, ale nie uległ. Oboje zostali wezwani, by spełnić obowiązek. Poślubi ją, spełni obietnicę brata, a potem odsunie ją na bok. Zapomni o niej. Skupi się na tym, co ważne. Jedyne, co się liczy, to wypełnienie obowiązku względem brata, królestwa i poddanych. A ona? Poczuł ukłucie w skroniach, to poczucie winy.
Była taka mała u jego boku. Stała tak blisko, że czuł jej ciepło. Chciał ją chwycić za dłoń, która teraz nie ściskała kurczowo bukietu, tylko po co? Żeby ją zapewnić, że nie jest sama? Ale ona była sama, tak jak on. Sami w pomieszczeniu pełnym obcych ludzi. I tak już zostanie. Będą dla siebie obcy. Nie był jej nic winien, ponad to, co obiecał – obrączkę, królewskie wesele, nowe nazwisko i połączenie narodów. I tyle dostanie.
Ksiądz mówił, ale Natalia słyszała tylko szum w uszach i czuła, jak wali jej serce. Jej skóra pulsowała. Chciała jej dotknąć w miejscu, w którym musnęły ją jego palce. Wstrzymała oddech, to było pożądanie. Też pragnęła go dotknąć i spojrzeć w jego miodowobrązowe oczy, tak jak on patrzył w jej. Pod warstwami białego jedwabiu drżała. Całe jej ciało było napięte jak po jeździe konnej. Czy to przyciąganie? Czy to właśnie tak się odczuwa? To nieoczekiwana obecność księcia działała na jej zmysły.
Dawno temu została obiecana mężczyźnie, którego nigdy nie spotkała, ponieważ jej ojciec nie widział w tym sensu. Żadnych zdjęć, korespondencji, spotkań aż do ślubu. Słyszała za to od ojca, że jej los został przypieczętowany, że to jej obowiązek, że jest pierwszą dziedziczką od ponad pięćdziesięciu lat i że obiecano jej rękę oraz że unia będzie ją chronić, gdy jej ojciec już nie będzie mógł. Ale dla niej to nie miało znaczenia. Ważne było to, że poślubi króla państwa znajdującego się tuż za granicą jej kraju. Gdy co rano patrzyła na pałac po drugiej stronie granicy, czuła, że jej przeznaczeniem nie jest mężczyzna, tylko korona, o którą będzie się ubiegać.
Zaschło jej w ustach, czuła przypływ adrenaliny. Czy to ludzie siedzący za jej plecami tak na działają? Poczuła, że stojący obok niej mężczyzna zawładnął jej zmysłami. Jego zapach był kwiatowy, z silnymi nutami czegoś ziemistego, jak łąka świeżo skopana przez końskie kopyta. To był zapach przygody... To nie mężczyzna był ekscytujący, tylko to, co miał do zaoferowania, czyli wszystko to, na co czekała. Wolność. Był kluczem do jej więzienia. Teraz już się wydostała i właśnie miała zostać królową, bo ktoś kiedyś powiedział, że tak trzeba.
– Wasza Wysokość? – Szare oczy księdza wyrażały oczekiwanie.
Co jej umknęło?
– Rękawiczki – szepnął, nachyliwszy się.
Spojrzała na misterną koronkę oplatającą każdy palec. Nagle poczuła ciepły dotyk na talii. Eleganckie palce i delikatność. Uniosła głowę, ich spojrzenia się spotkały. Dostrzegła, że ma ostre rysy, szlachetny nos, kwadratową szczękę porośniętą elegancko przystrzyżoną brodą.
– Pozwól, że ja to zrobię. – Jego głos był niski, lekko ochrypnięty.
Znieruchomiała, gdy wydał jej polecenie. Delikatnie luzował rękawiczki na czubkach palców. Przyglądała się uważnie oliwkowej skórze jego dłoni. Dotyk był zwyczajny, a jednak bardzo intymny. Pociągnął koronkę nad jej nadgarstkiem, muskając przy tym zagłębienie w jej dłoni. Obnażył jej dłoń i rzucił rękawiczkę na podłogę. Nie mogła złapać tchu, gdy odwrócił jej dłoń i umieścił na czubku palca złotą obrączkę. Symbol ich związku.
– Gotowa?
Pytanie przeszyło ją do kości. Spojrzała mu w oczy, a on ze spokojem czekał, aż odpowie. Czekał na nią, nie była w tym sama. Nigdy nie myślała o mężczyźnie zasiadającym na tronie Camalò. Interesowała ją tylko korona. Miała zostać królową. Ale było ich dwoje. Dwa królestwa mające się połączyć przez małżeństwo. Czy była gotowa? Wszyscy na to czekali. Jej naród tkwił w żałobie przez dwadzieścia jeden lat przez jej ojca opłakującego śmierć jej matki. Najwyższy czas na zmianę. Miłość już nigdy nie zaszkodzi jej narodowi. Potrząśnie wszystkimi, tak jak zrobiła to jej matka, i dokona zmiany. Spłaci też wobec niej dług – przecież oddała życie, sprowadzając ją na świat. Życie za życie. Natalia, królowa swojego narodu. I tylko narodu.
– Jestem gotowa.
Głos księdza rozmył się gdzieś nad nimi, a ona, w pomieszczeniu pełnym ludzi, widziała tylko jego. Obiecanego króla.
– Czy ty, Angelo Dizieno, królu Camalò, bierzesz sobie za żonę Natalię La Morte, księżniczkę Vadelto?
Przyglądał się jej przenikliwie, a ona nie mogła odwrócić wzroku.
– Tak.
– Czy ty, Natalio La Morte, księżniczko Vadelto, bierzesz sobie za męża Angela Dizieno, króla Camalò?
Oto nadszedł moment, który miał przypieczętować jej los.
– Tak.
Król wsunął obrączkę na jej palec.
– Możesz teraz pocałować pannę młodą.
Gdy pochylił się nad nią, wstrzymała oddech i zastygła w oczekiwaniu na ostateczne przypieczętowanie ich przeznaczenia. Przygotowała się. Ramiona wyprostowane, plecy proste, nieprzyzwoicie długie rzęsy zatrzepotały, gdy się do niej zbliżył. Jego oddech mieszał się z jej. Gorący, słodki, męski. Jego usta były tak blisko. Instynktownie uniosła się na palcach. Była bliżej. Położyła dłoń na jego szerokim ramieniu. Dzieliły ich tylko milimetry. Poczuła delikatne muśnięcie jego zarostu na ustach. Przycisnął usta mocniej, ale pocałunek był lekki jak piórko. Jej ciało śpiewało. Serce waliło jak młot. Minęła chwila, zanim zdążyła przeanalizować reakcję swojego ciała. Podniósł głowę i zbliżył usta do jej ucha. Poczuła motyle w brzuchu.
– To koniec, principessa.
Zmarszczyła brwi. Przecież to dopiero początek.

