Zapisz na liście ulubionych
Stwórz nową listę ulubionych
Gdy dasz szansę miłości / Toskańskie noce
Zajrzyj do książki

Gdy dasz szansę miłości / Toskańskie noce

ImprintHarlequin
Liczba stron320
ISBN978-83-291-2350-1
Wysokość170
Szerokość107
EAN9788329123501
Tytuł oryginalnyNine-Month NoticeAt the Count's Bidding
TłumaczBarbara KosiackaNatalia Wiśniewska
Język oryginałuangielski
Data premiery2026-07-28
Więcej szczegółówMniej szczegółów
Idź do sklepu
Idź do sklepu Dodaj do ulubionych

Przedstawiamy "Gdy dasz szansę miłości" oraz "Toskańskie noce", dwa nowe romanse Harlequin z cyklu HQN ŚWIATOWE ŻYCIE DUO.

Emmie Swenson zamierza poślubić przyjaciela ojca. Jest w ciąży, a Harold obiecał jej pomóc w samotnym macierzyństwie. W kościele podczas ceremonii niespodziewanie zjawia się Theo Katrakis, jej były szef i ojciec dziecka, i przerywa uroczystość. Emmie nie wie, jak się dowiedział o dziecku i dlaczego chce się z nią ożenić. Choć go kocha, obawia się, że ten playboy nieznający słowa miłość złamie jej serce. Zgadza się na ślub, ale stawia pewien warunek…

Młody włoski reżyser Giancarlo Alessi zakochał się w tancerce Paige Fielding. Ten krótki i płomienny romans źle się dla niego skończył. Paige sprzedała ich zdjęcia brukowej prasie, wywołując skandal i tym samym kończąc marzenia Giancarla o karierze w branży filmowej. Gdy po kilku latach spotykają się ponownie, Giancarlo chce się odegrać. W tym celu skłania Paige do przyjazdu do swojego zamku w Toskanii…

Fragment książki

Emmaline Swenson zawsze wiedziała, gdzie jej miejsce. Mając czterech niesfornych młodszych braci, zmagającego się z rzeczywistością ojca i przytłoczoną tym wszystkim matkę, Emmie skupiała się na życiu swojej rodziny, nie na sobie.
Od zawsze wiedziała, że ze swoimi cienkimi włosami w kolorze słabej herbaty i figurą uwidaczniającą skłonności do tycia nie należała do piękności. Jako nastolatka często marzyła o zakochaniu się w silnym, honorowym mężczyźnie, z którym mogłaby dzielić pocałunki w świetle księżyca. Nawet wtedy jednak zdawała sobie sprawę, że takie romanse nie zdarzają się takim prostym, obowiązkowym dziewczętom jak ona.
A potem, w wieku dwudziestu siedmiu lat, zakochała się. Uwiedziono ją w sposób, o jakim nawet nie marzyła. Przez jedną cudowną noc w ramionach najprzystojniejszego mężczyzny, jakiego kiedykolwiek spotkała, czuła się pożądana, piękna i wartościowa.
Czar prysł następnego ranka.
Teraz miała lat dwadzieścia osiem, a wszelkie romantyczne pomysły dawno wywietrzały jej z głowy.
– Jesteś gotowa, Słoneczko?
Odwróciła się od lustra, by spojrzeć na stojącego w drzwiach ojca, którego twarz jaśniała dumą i miłością.
– Szkoda, że twoja matka nie może cię teraz zobaczyć. Byłaby taka dumna.
– Dziękuję, tato – odpowiedziała, czując ucisk w gardle. Nie była pewna, czy matka rzeczywiście byłaby dziś z niej dumna. Za życia Margie Swenson zawsze starała się przekonać Emmie, żeby wyjrzała poza niekończące się obowiązki i odnalazła piękno życia. 
Emmie miała nadzieję, że kiedyś jej się to uda. Ale na pewno nie dziś.
Nie w dniu swojego ślubu.
Radość w oczach jej ojca przygasła, gdy spojrzał na córkę. 
– Coś nie tak? 
– Wszystko w porządku. – Z wymuszonym uśmiechem na twarzy Emmie odsunęła się od toaletki i weszła w strumień czerwcowego światła, który wpadał przez okno. Złociste promienie błyszczały na białej satynowej sukni. Lata temu była to suknia jej matki i była na Emmie lekko przyciasna, zważywszy na jej obecny stan. Powinna była oddać ją do krawcowej, by dopasowała pas do rosnącej talii. Jednak pasowała jak ulał jeszcze dwa tygodnie temu, kiedy to zgodziła się poślubić Harolda Elklunda. 
Człowieka, którego nie kochała. Którego nigdy nie pocałowała.
Pod Emmie zadrżały kolana, gdy wzięła w dłoń niewielki bukiet czerwonych róż przesłany w prezencie przez dziadka jej najlepszej przyjaciółki, który prowadził kwiaciarnię w sąsiedztwie. Zaryzykowała kolejne spojrzenie na całość swojej sylwetki w lustrze. W stroju niedopasowanym do jej ciężarnego ciała, sylwetka wyglądała przysadziście, a brzuch i piersi odznaczały się w napiętej tkaninie.
Twarz w lustrze była blada i przerażona, choć makijaż, pieczołowicie nałożony zgodnie ze wskazówkami tutorialu, wyglądał nienagannie. W czerni eyelinera i mascary oraz czerwieni pomadki wyglądała dziwnie. Ciemne blond włosy miała ciasno upięte pod welonem matki, a czubek fryzury wystawał dziwacznie niczym sterczące na wszystkie strony chusteczki higieniczne.
Żałowała, że nie skorzystała z propozycji wynajęcia specjalistki od fryzur i makijażu, ale na to było już za późno. Jej świadkową miała być jej najlepsza przyjaciółka Honora, ale ta niestety wyjechała poprzedniej nocy na Karaiby, żeby zająć się dziadkiem, który uległ wypadkowi podczas podróży ze świeżo poślubioną żoną.
Może i dobrze, że Honory przy niej nie było. Wystarczająco trudno jej było udawać szczęśliwą pannę młodą. Nie umiała nawet do końca przekonać swojego ojca, choć on z całych sił pragnął uwierzyć w jej szczęście. Honory z pewnością nie zdołałaby oszukać.
A jednak wolała poślubić kogoś, kogo nie kochała, niż narazić na szwank reputację swojej dotkniętej żałobą rodziny. Przez cały ubiegły miesiąc stanowiła sensację wśród sąsiadów, gdyż ocieplająca się pogoda nie pozwalała na noszenie warstwowych strojów, uwidaczniając jej stan. Kiedy ojciec i bracia zażądali ujawnienia imienia tego, który bezwstydnie ją wykorzystał i zostawił, powiedziała, że to była przygoda na jedną noc podczas jej służbowego pobytu w Rio z szefem Theo Katrakisem. Co akurat było prawdą.
Theo.
Nie chciała o nim myśleć.
Trzymając w jednej dłoni swój bukiet, drugą ujęła wyciągnięte ramię ojca. 
– Ostrożnie, Słoneczko – powiedział ojciec, gdy zbyt mocno wbiła paznokcie w jego rękę. – Nie jestem już tak odporny jak kiedyś. Nie mam wspomagacza w postaci whisky. 
– Przepraszam. – Rozluźniła uchwyt i zmusiła się do uśmiechu, od którego zabolały ją policzki. – Wiesz, że jestem z ciebie dumna, tato?
Poklepał ją po dłoni, a jego błękitne oczy zaszły łzami. 
– Ja z ciebie też. To dobry człowiek. Razem zbudujecie solidny dom.
Emmie miała taką nadzieję. Śmierć jej matki siedem miesięcy temu przyniosła tej rodzinie wystarczająco dużo smutku i bólu. Od kiedy miesiąc temu oznajmiła, że jest w ciąży, jej bracia wielokrotnie wdawali się w barowe bójki, chroniąc jej godności, a ojciec o mało nie wrócił do nałogu.
Była wdzięczna Haroldowi Elklundowi za szansę. Podstarzały wdowiec, przyjaciel rodziny, żył samotnie od lat. Jego mieszkanie było brudne, ubrania rzadko bywały czyste, a żywił się głównie coca-colą i kanapkami z pobliskiego sklepu. Zaoferował jej dom w zamian za porządek i przyzwoite obiady. W ich umowie nie było słowa o miłości, a już na pewno nie obejmowała seksu. 
Ale Harold był miłym człowiekiem. Mogli sobie pomóc. Będzie mogła pracować zdalnie, prowadząc księgi rachunkowe firmy swojego ojca. Przynajmniej przez kilka pierwszych miesięcy po urodzeniu dziecka. Wystarczająco długo, by jej figura wróciła do normy. Nie zamierzała zostać żoną Harolda na zawsze. A może jednak?
Od kiedy przed dwoma tygodniami ogłoszono zaręczyny, jej bracia przestali wracać do domu z zakrwawionymi twarzami. A ojciec mógł znów chodzić z uniesioną głową.
Jak długo jej rodzina była szczęśliwa, Emmie mogła się obejść bez miłości.
– Jesteś tego pewna?– Ojciec spojrzał na nią, gdy zatrzymali się przy drzwiach kaplicy. – Harold to dobry człowiek, ale małżeństwo to zobowiązanie na lata…
Wzięła głęboki wdech. 
– Jestem pewna.
Przygryzając dolną wargę, Karl Swenson pokiwał głową z niepewnym uśmiechem i otworzył drzwi.
Marsz Mendelsona rozlał się po kaplicy niczym fala. Ludzie rzucali im kwiaty, kiedy zmierzali ku ołtarzowi. Swensonowie i Elklundowie mieszkali w Queens od stu lat i wszyscy przyszli zobaczyć, jak zhańbiona, ciężarna dziewczyna Swensonów wychodzi za powszechnie żałowanego wdowca.
To było nawet zabawne. Jako mała dziewczynka, Emmie bardzo chciała być zauważona. Teraz jednak wszyscy tak bezwstydnie wpatrywali się w jej wystający brzuch, że miała ochotę schować się pod kamieniem. Niektórzy ludzie szeptali między sobą, inni uśmiechali się zachęcająco. Znalezienie się w centrum uwagi było zarówno zachwycające, jak i przerażające. 
To wszystko przez Theo i tę wspólną noc…
Odsunęła od siebie tę myśl. Nie mogła myśleć o Theo, kiedy zmierzała ku poślubieniu innego mężczyzny.
Spojrzała na czekającego na nią Harolda. Uśmiechał się do niej promiennie, przestępując z nogi na nogę. Jego cienkie włosy były starannie zaczesane do tyłu, a na ciasnym garniturze widać było ząb czasu.
Idąc alejką kościelną, spojrzała na swój pierścionek zaręczynowy z maleńkim diamentem. 
Kiedy dotarła do ołtarza, muzyka nagle przestała grać, a w całym kościele zaległa cisza.
Pastor zaczął swoją mowę. 
– Moi drodzy, zebraliśmy się dzisiaj, by…
Emmie ledwie go słyszała. Prawie też nie zauważyła, kiedy ojciec przekazał jej rękę Haroldowi. Trzymał ją jakoś dziwnie, ostrożnie.
Małżeństwo jest na długie lata.
Serce Emmie waliło jak oszalałe. Próbowała sobie przypomnieć, dlaczego właściwie postanowiła związać swoje życie z człowiekiem, którego ledwie znała.
– Jeśli ktokolwiek ze zgromadzonych zna powód, dla którego to małżeństwo nie może być zawarte, niech przemówi teraz lub zamilknie na wieki.
– Stop!
Tembr głębokiego męskiego głosu spowodował, że kamienna posadzka pod jej stopami zadrżała. Wstrzymując oddech, Emmie odwróciła się.
W wejściu do kościoła stał potężny mężczyzna, cały na czarno, z tym samym ognistym wzrokiem, który zapamiętała, a który teraz wdzierał się do jej duszy.
Theo.
Przyszedł po nią.

Theo Katrakis w chwili przebudzenia się w łóżku u boku Emmie Swenson wiedział, że popełnił poważny błąd. Cóż z tego? Jego życie naznaczone było błędami, które jednak nie zdołały go powstrzymać przed odniesieniem sukcesu. Właściwie Theo uważał, że to one go ukształtowały.
Wszyscy mówili o konieczności prowadzenia zbalansowanego życia, wypełnionego zarówno pracą, jak i rodziną i przyjaciółmi, drobnymi przyjemnościami, dbaniem o sąsiadów i nade wszystko miłością na całe życie.
Ale nie tak się buduje miliardową fortunę. Właściwie robi się to dokładnie na odwrót: ignorując wszystko inne i w całości skupiając się na jednym zadaniu, pracując po szesnaście, osiemnaście, a nawet dwadzieścia godzin dziennie, by wieczorem paść ze zmęczenia. A potem wstając i zaczynając wszystko od nowa. I tak w kółko.
Ani przyjaciele, ani drobne przyjemności nie są do tego potrzebne. W swoim wieżowcu na Manhattanie nigdy nie spotkał żadnego z sąsiadów. Jego pozostałe posiadłości, rozsiane po całym świecie, były odizolowane grubymi murami i strzeżone przez ochroniarzy. Jako sierota nie miał rodziny, o którą musiałby dbać. A miłość? I to na całe życie?
Tego pragnął najmniej.
Był szesnastoletnią sierotą żyjącą na ulicach Aten, kiedy brat jego ojca go odnalazł i zabrał do Nowego Jorku. Po śmierci wuja Theo zajął się tworzeniem własnej firmy deweloperskiej, osiągając rozmiar krajowy, gdy Theo miał dwadzieścia pięć lat, by pięć lat później rozwinąć się na rynki światowe.
Liczyła się praca. To ona przynosiła władzę i pieniądze, co czyniło go kuloodpornym.
Kiedy więc z powodu śmierci matki Emmie rzuciła pracę zaledwie kilka dni po tym, jak spędzili razem upojną noc, Theo pomyślał, że przeżyje. Choć nie miał tego w planach, znajdzie nową sekretarkę i ruszy dalej.
Tak też zrobił. Ruszył w takim tempie, że w Nowym Jorku nie pojawił się przez siedem miesięcy. Nie, żeby jej unikał. To byłoby głupie. Tak się po prostu złożyło, że przez te siedem miesięcy zajmowały go sprawy za morzem.
Aż wczoraj zadzwonił do niego przyjaciel. Nico. 
I wtedy właśnie Theo zdał sobie sprawę z tego, że błąd, który popełnił, śpiąc ze swoją sekretarką, był o wiele poważniejszy, niż mu się zdawało. Że mógł na stałe zmienić jego życie.
Telefon odebrał na jachcie zmierzającym na uroczą wyspę. W świetle zachodzącego słońca dowiedział się, że jego była sekretarka wychodzi za mąż z powodu ciąży.
– Nie wiedziałeś? – zadrwił Nico. – Naprawdę się odciąłeś. Podobno powiedziała Honorze, że ciąża jest wynikiem jednorazowej przygody w Rio. Pewnie poderwała kogoś w barze i nawet nie poznała jego imienia.
Emmie w ciąży w wyniku nocy w Rio? Theo zalała fala gorąca, a chwilę później oblał go lodowaty dreszcz. 
– Niemożliwe…
– Sam ledwie w to uwierzyłem. Emmie zawsze zdawała się taka spokojna i wrażliwa. To musiało się stać pod sam koniec jej pracy u ciebie. Tuż przed śmiercią jej matki. Podejrzewam, że ty też nie widziałeś jej nigdy w towarzystwie żadnego faceta?
– Nie. – Theo pamiętał drżenie jej warg, kiedy ją obejmował. Te dziwne, niepewne ruchy. Nie wiedziała, co robić. Pomimo swojego wieku, nadal była dziewicą. Nie umiała się nawet całować.
A potem, z samego rana po ich wspólnej nocy, dostała ten straszny telefon zawiadamiający ją o śmierci matki. Theo nie mógł uwierzyć, by w całym tym rozgardiaszu była w stanie natychmiast rzucić się w ramiona jakiegoś przygodnego mężczyzny.
To dziecko musiało być jego.
– Wychodzi za jakiegoś starucha z Queens – powiedział Nico. – Przyjaciela jej ojca. Nawet Honora tego nie rozumie. Zaproponowaliśmy jej pomoc, ale odmówiła przyjęcia jałmużny. Pomyślałem, że może mógłbyś zaproponować, żeby wróciła do pracy, jeśli powodem ślubu są względy finansowe.
Ślub z powodów finansowych.
Muszę za niego wyjść, skarbie. Nie poradzimy sobie bez niego.
Theo usłyszał echo trzęsącego się głosu własnej matki. Nachylił się nad relingiem, mocno ściskając telefon, odpychając wspomnienie z całych sił. 
– To wolny kraj.
– Co zaszło między wami? – zapytał nagle Nico. – Myślałem, że odeszła z powodów rodzinnych, ale to dziwne, że nie zaprosiła cię na swój ślub.
– Nigdy nie byliśmy przyjaciółmi. Przecież wiesz.
– Mimo wszystko… O nie, uwiodłeś ją? Powiedz, że jej nie uwiodłeś!
Że też Nico musiał tak wiele rozumieć.
– Nie – odpowiedział szorstko Theo. – Nie uwiodłem jej.
To właściwie była prawda. A jednak to, co stało się tamtej nocy, było wyłącznie jego winą. Theo od dawna wiedział, na co go stać. Trzy lata temu jego ówczesna dziewczyna cisnęła w niego talerzem, kiedy zerwał z nią po półrocznym związku.
– Jesteś samolubnym draniem bez serca Theo Katrakisie! – krzyknęła ze swoim francuskim akcentem.
Chybiła i talerz roztrzaskał się o ścianę, ale jej słowa dosięgnęły celu.
Jak miał zaprzeczyć, skoro taka była prawda? Bycie samolubnym draniem bez serca uczyniło go tym, kim jest. Jeśli jakaś kobieta postanowiła go pokochać, choć wyraźnie uprzedzał, by tego nie robiła, to nie był jego problem.
A potem jego poprzednia sekretarka rzuciła pracę w samym środku kluczowych negocjacji w Tokio, twierdząc, że się w nim zakochała. 
Szukając za nią zastępstwa, podczas kolacji u Nica natknął się na Emmie Swenson, bladą, pulchną przyjaciółkę żony Nica, i zdał sobie sprawę, że miała trzy idealne cechy: była godna zaufania, świetnie się znała na liczbach i gardziła nim całą sobą.
Rozbawiło go to, jak niechętnie przyjęła ofertę pracy. Potrzebowała jednak pieniędzy na leczenie matki chorującej na raka, gdyż firma jej ojca znajdowała się w tarapatach. Zaoferował jej cztery razy wyższą stawkę niż jej obecna, nie miała więc wyjścia.
– Po prostu obiecaj, że nigdy się we mnie nie zakochasz – powiedział jej.
– To akurat łatwo obiecać. Prędzej świnie zaczną latać, niż się w tobie zakocham, Theo Katrakisie.
Potwierdzili umowę uściskiem dłoni. Umowa okazała się bardzo korzystna, podobnie jak inne ryzykowne umowy w życiu Theo. Po krótkim wprowadzeniu, Emmie okazała się najlepszą sekretarką, jaką kiedykolwiek miał: dokładna, obowiązkowa, mistrzyni w chronieniu go przed sytuacjami, z którymi nie miał ochoty się mierzyć. Przez przeszło rok organizowała bezbłędnie jego grafik, robiła wspaniałe notatki, zajmowała się korespondencją i jak lew broniła wejścia do jego gabinetu przed niechcianymi gośćmi.
Tamtej nocy odkrył również, że pod nieatrakcyjnymi, luźnymi ubraniami, które nosiła niczym zbroję, Emmie była zmysłową, niesamowicie piękną kobietą, a jej pocałunki były pełne żaru.
Tej nocy w Rio…
Nie, nie mógł o tym myśleć.
Ciskając telefon, Theo stał na swoim jachcie i gapił się na czerwony zachód słońca. Może jej zamążpójście było dla nich najlepszym wyjściem? Próbował przekonać sam siebie.
Otworzył usta, by poinformować Nica, że przekaże nowej sekretarce, żeby przesłała jej prezent od firmy, bo jego to nie obchodzi. 
Ale…
To jego dziecko.
– Zadzwonisz do Emmie? Zaoferujesz jej powrót do pracy? – Nico nie ustępował.
– Lepiej. Sam pojadę na ten ślub i się z nią rozmówię.
Po zakończeniu rozmowy, Theo nakazał załodze powrót do Aten, a sekretarce dopilnowanie, by jego prywatny odrzutowiec czekał na niego zatankowany i gotowy do lotu.
Podczas lotu prawie nie spał. Wziął prysznic, przebrał się i niecierpliwie przechadzał się po pokładzie. Serce biło mu jak oszalałe i ledwie łapał oddech z wściekłości.
Emmie nie powiedziała mu o dziecku.
Nie dała mu szansy.
Na lotnisku w Nowym Jorku czekał na niego motocykl. Popędził do Queens w nadziei, że zdąży do kościoła na czas.
Spokój. Spokój. Musiał zachować spokój. Stracenie nad sobą panowania oznaczałoby słabość i pokazałby, że mu zależy. Musiał być zimny jak lód.
W końcu dotarł do Queens. Był już w tej dzielnicy. Tu dorastała żona Nica razem z Emmie. Tętniąca życiem dzielnica robotnicza. 
Niechętnie położył kask na motorze, przemierzył schody i otworzył drzwi do kościoła. Pastor właśnie przemawiał do zgromadzonych. Jego buty na motor głośno stukały w kontakcie z kamienną posadzką, kiedy po raz pierwszy spojrzał w kierunku pana młodego. Ale… Takiego człowieka wybrała? Zamiast niego?
Spojrzał na zaczerwieniony nos panny młodej i jej niemodną, sterczącą na wszystkie strony, obcisłą suknię. Wyglądała, jakby było jej niewygodnie.
Podobno każda panna młoda wygląda pięknie, ale ta suknia ją pogrubiała. Podkreślała jej ogromne piersi i wielki brzuch.
Oddawała siebie i swoje dziecko. Jakiś mężczyzna ma zostać ojczymem jego dziecka. Ukryła przed Theo jego istnienie, czyniąc go nieistotnym, pozbawiając go władzy.
– Stop! – krzyknął przez kościół, ruszając ku ołtarzowi.
Wszystkie oczy zwróciły się ku niemu.

Fragment książki

 – Albo mam halucynacje, albo niech Bóg ma mnie w opiece.
Paige Fielding nie słyszała tego głosu od lat, a teraz otulał ją i przeszywał na wskroś. W ułamku sekundy zapomniała nie tylko o mejlu, na którego właśnie odpisywała, ale także, który był rok i dzień. Przeszłość wróciła do niej z przerażającą siłą i uderzyła tam, gdzie zabolało najbardziej.
Ten głos. Jego głos. Niezwykle męski, władczy i bardzo seksowny. Sprawił, że zrobiło jej się gorąco. Chciała zapaść się pod ziemię albo rozpłynąć w powietrzu, ale zamiast tego obróciła się na krześle, dobrze wiedząc, kogo zobaczy w wejściu prowadzącym do wspaniałej posiadłości La Bellissima, nazwanej tak na cześć legendy kina, Violet Sutherlin. Właśnie tam, na wzniesieniach Hollywood Hills, w samym sercu Bel Air musiała spotkać Giancarla Alessiego, jedynego mężczyznę, którego kochała całym swoim naiwnym sercem – i jedynego, którego zdradziła.
Na wspomnienie tego, co zrobiła, rozbolał ją żołądek. Wtedy sądziła, że nie ma wyboru, ale on pewnie nie przyjąłby takiego wytłumaczenia.
– Mogę wszystko wyjaśnić – odezwała się zdecydowanie za szybko i zbyt nerwowo. Nawet nie pamiętała, kiedy zdążyła wstać od stolika i podejść do niego. Co gorsze nie była pewna, czy długo wytrzyma na drżących nogach, kiedy spoglądała prosto w jego ciemne oczy wyrażające nieskrywaną wściekłość.
– Będziesz się tłumaczyć ochronie – warknął gniewnie. – Nie interesuje mnie, co tutaj robisz, Nicola. Masz stąd zniknąć.
Skrzywiła się na dźwięk imienia, które wymówił znienawidzonego od dnia, w którym go straciła.
– Ja nie... – Paige zabrakło słów. Jak mogłaby opowiedzieć o tym, co wydarzyło się tamtego strasznego dnia dziesięć lat temu, kiedy sprzedała go i zniszczyła ich oboje? Czy w ogóle zostało coś do powiedzenia? Nigdy nie wyjawiła mu całej prawdy, chociaż miała szansę. Nie przyznała, jak bardzo była zepsuta, z jakiego wywodziła się środowiska ani jakich znała ludzi. – Nikt nie mówi już do mnie Nicola.
Zamarł bez ruchu, a furia wykrzywiająca jego twarz na moment ustąpiła miejsca niedowierzaniu.
– Ja nigdy... – Czuła się okropnie, gorzej, niż to sobie wyobrażała. Piekły ją oczy, a w gardle czuła potworny ucisk. Nie zamierzała się jednak rozpłakać. Wiedziała, że nie zareagowałby na to dobrze. I tak miała szczęście, że w ogóle się do niej odezwał, zamiast od progu wezwać ochroniarzy Violet i polecić im wyrzucić ją za drzwi. Mimo wszystko nie mogła przestać mówić, jakby w ten sposób mogła cokolwiek naprawić. – Właściwie to moje drugie imię. Było... Jestem Paige.
– Ciekawe, że dokładnie tak samo nazywa się asystentka mojej matki. – Coś w brzmieniu jego głosu zdradziło, że ją przejrzał. – Powiedz mi, proszę, że to nie ty. Przekonaj mnie, że jesteś tylko złym duchem z mojej przeszłości. Że nie wkradłaś się w łaski mojej rodziny. Jeśli ci się uda, pozwolę ci odejść wolno i nie wezwę policji.
Dziesięć lat temu uznałaby, że Giancarlo blefuje. Miałaby pewność, że prędzej rzuci się z mostu, niż naśle na nią stróżów porządku. Ale stał przed nią całkiem inny człowiek i mogła winić za to wyłącznie siebie.
– To ja – odezwała się słabo, drżąc na całym ciele. – Pracuję dla Violet prawie od trzech lat, ale musisz mi uwierzyć, że nigdy...
– Stai zitto.
Mimo że Paige nie mówiła po włosku, doskonale zrozumiała ten ostry rozkaz i zamilkła. Obserwowała go trwożnie, jakby się obawiała, że lada moment chwyci ją za gardło.
Zawsze wiedziała, że ten dzień nadejdzie. Nie łudziła się, że to spokojne nowe życie, które zapoczątkowała zupełnie przypadkowo, ma solidne fundamenty. W końcu Giancarlo był synem Violet, jej jedynym dzieckiem – owocem baśniowego małżeństwa z włoskim hrabią, które z zapartym tchem śledził cały świat. Czy zatem Paige mogła unikać go w nieskończoność?
Zaryzykowała jednak tamtego dnia, gdy poszła na rozmowę o pracę i zmierzyła się z pytaniami menedżerów Violet. Znała najlepsze odpowiedzi, ponieważ w trakcie związku z Giancarlem wysłuchała wiele opowieści o swojej przyszłej szefowej. Wiedziała, jaka jest naprawdę, gdy nie pozuje w świetle kamer, i czego może oczekiwać od swojej osobistej asystentki. Pewnie ktoś mógłby jej zarzucić brak etyki, szczególnie sam Giancarlo, ale kierowały nią dobre intencje.
I gdy kolejne dni przeciągały się w tygodnie, a te w miesiące, zaczęła wierzyć, że jej ukochany nigdy nie opuści Europy. Ukrywał się na wzgórzach Toskanii, gdzie czuwał nad budową luksusowego kurortu. Poświęcił na to całe dziesięć lat od dnia, gdy tamte wstrętne zdjęcia pojawiły się w każdym możliwym brukowcu, oczywiście z jej winy. Zyskała więc fałszywe poczucie bezpieczeństwa.
I to ją zgubiło. Była tego pewna, kiedy patrzyła na niego, rozmyślając o tym, co zniszczyła. Przez minione trzy lata, kiedy pracowała w tym domu, codziennie oglądała jego zdjęcia. Na wszystkich prezentował się niezwykle wytwornie i urzekająco. Było w nim coś niezwykłego, co niewątpliwie zawdzięczał swoim arystokratycznym przodkom: wrodzona elegancja, klasa i wyniosłość.
Wyglądał równie dobrze jak wtedy, kiedy Paige widziała go po raz ostatni, a może nawet lepiej. Patrzyła na niego jak zahipnotyzowana, wsłuchując się w bicie swojego rozszalałego serca. Podziwiała jego smukłe, umięśnione ciało, chociaż wiedziała, że nie będzie mogła dotknąć go nigdy więcej. Dał jej to jasno do zrozumienia.
Weź się w garść, upomniała się w duchu. Nic nie mogło naprawić szkód, które wyrządziła. Nie było dla niej ratunku.
– Przepraszam – wydusiła, hamując łzy, które zamierzała ronić, kiedy zostanie już sama. – Bardzo cię przepraszam, Giancarlo.
Mężczyzna drgnął gwałtownie, jakby wymierzyła mu policzek, a ją przeszył ból.
– Nie obchodzi mnie, dlaczego tutaj jesteś – wypalił szorstko. – Tak jak nie obchodzą mnie twoje gierki. Masz pięć minut, żeby opuścić to miejsce. Jeśli nie zrobisz tego z własnej woli, z przyjemnością osobiście wyrzucę cię za bramę.
– Giancarlo... – zaczęła, próbując zapanować nad głosem. Nerwowym ruchem wygładziła dopasowaną spódnicę, a on mimowolnie powiódł wzrokiem za jej ręką. Spojrzenie byłego kochanka podziałało na nią jak najczulsza pieszczota, rozpalając jej zmysły do czerwoności.
– Radzę ci, zamilcz i dla własnego dobra wyjdź w tej chwili. Nie obchodzą mnie twoje gierki.
– Ja w nic nie gram. Ja nie... – Paige nie dokończyła, ponieważ wyjaśnienia mogłaby się okazać zbyt skomplikowane. Powinna była lepiej to wszystko przemyśleć i przygotować się do konfrontacji z człowiekiem, który nie wierzył w żadne jej słowo. – Wiem, że nie chcesz ze mną rozmawiać, ale to nie jest tak, jak myślisz. Podobnie jak wtedy. Naprawdę.
Jego oczy błysnęły tak groźnie, że zapragnęła usiąść, zanim nogi odmówią jej posłuszeństwa. Ogarniały ją strach i rozpacz, ale także żal i tęsknota za tym, co straciła bezpowrotnie.
– Wytłumacz mi – warknął gniewnie, wykrzywiając twarz w potwornym grymasie – co takiego było inaczej, niż mi się wydaje. To, że ukradkiem zrobiłaś nam zdjęcia podczas seksu? Czy to, że sprzedałaś je później brukowcom? – Zrobił krok w jej stronę, zaciskając pięści. – A może chcesz mi wmówić, że nie pracujesz w domu mojej matki, aby dalej żerować na mojej rodzinie?
– Ja...
– Powiem ci dokładnie, jak jest. Jesteś wyrachowaną zdzirą, co ustaliliśmy już dziesięć lat temu. Dlatego powtórzę to samo, co powiedziałem wtedy. Nigdy więcej nie chcę na ciebie patrzeć.
Paige nie była pewna, co zabolało bardziej: jego słowa czy to, jak na nią patrzył. Ale zamiast pozbierać swoje rzeczy i uciec gdzie pieprz rośnie, wyprostowała się, unosząc wysoko głowę. Znalazła w sobie siłę, żeby spojrzeć prosto w oczy, z których wyzierało tyle gniewu i nienawiści.
– Kocham ją.
Kiedy te słowa poniosły się echem, zrozumiała, że prawie to samo powiedziała mu dziesięć lat temu, kiedy nie mogła już cofnąć zła, które wyrządziła. „Kocham cię, Giancarlo”.
– Jak śmiesz? – syknął zajadle. – Jak ci nie wstyd?
– To nie ma z tobą nic wspólnego. – Mówiła prawdę. Już dawno pogodziła się z tym, że go straciła. Nie podjęła pracy u Violet, żeby go odzyskać. Nie śmiałaby nawet próbować. Chciała tylko spłacić dług. – Nigdy nie miało.
Gwałtownie pokręcił głową, mrucząc coś po włosku.
– To jakiś koszmar. – Ponownie zaczął świdrować ją wzrokiem, jakby próbował wydobyć z niej prawdę. – Ale koszmary się kończą. Dwa miesiące i mnóstwo niedwuznacznych zdjęć... Popełniłem błąd, ufając takiej kobiecie jak ty, ale mam to już za sobą. Dlaczego nie zostawisz mnie w spokoju, Nicola?
– Paige. – Nie mogła znieść dźwięku tego imienia, które przypominało jej o fatalnych wyborach i wszystkim, co poświęciła dla kogoś, kto okazał się tego niewart. Dlatego skrzywiła się, jakby połknęła cytrynę. – Albo wyrachowana zdzira, jeśli wolisz.
– Nie obchodzi mnie, jak każesz się do siebie zwracać. – Chociaż nie krzyczał, z każdym słowem coraz bardziej podnosił głos. – Po prostu stąd wyjdź. Zniknij. Przestań zatruwać życie mnie i mojej matce. Nie mogę uwierzyć, że spędziłaś z nią tyle czasu bez mojej wiedzy.
– Przepraszam – powtórzyła kolejny raz. – Bardziej, niż możesz to sobie wyobrazić. Ale nie mogę zostawić Violet. Obiecałam, że nigdy jej nie opuszczę.
Kiedy Giancarlo stanął nad nią, kipiąc ze złości, Paige omal nie upadła. Najchętniej wzięłaby nogi za pas, ale nie miała w zwyczaju przed nikim uciekać. Nie zrobiła tego, kiedy prześladowali ją ludzie znacznie groźniejsi od Giancarla Alessiego, więc tym bardziej nie zamierzała postępować tak teraz. I nieważne, jak wielki ból wypełniał jej serce.
– Tobie się chyba wydaje, że ja żartuję – przemówił łagodnie imponujący mężczyzna. I te słowa podziałały na nią całkiem inaczej, niż powinny. Nie przestraszyła się, a jedynie zadrżała z ekscytacji. – Jeśli tak jest, to się mylisz.
– Rozumiem, że to dla ciebie trudne i nie masz zamiaru uwierzyć w moje dobre intencje. – Paige starała się, żeby jej głos brzmiał kojąco. W rzeczywistości pobrzmiewały w nim panika i gorycz. – Ale pozostanę lojalna wobec twojej matki.
– Czy ty w ogóle wiesz, co znaczy „lojalność”?
Paige zacisnęła zęby.
– Nie ty mnie zatrudniłeś, tylko ona.
– To nie będzie miało znaczenia, kiedy uduszę cię gołymi rękami – zagroził Giancarlo, ale ona mu nie uwierzyła. Nawet jeśli ranił ją słowami, nigdy nie podniósłby na nią ręki.
Może się jednak myliła. Może nadal żyła w niej tamta niewyobrażalnie naiwna dziewczyna, która sądziła, że miłość może wszystko naprawić – że nie liczyło się nic prócz tego wspaniałego uczucia. Teraz była mądrzejsza. Dostała nauczkę i wyciągnęła wnioski. Mimo wszystko nadal wierzyła w życzliwość Giancarla. Bez względu na to, jak bardzo się zmienił, w głębi serca pozostał dobrym człowiekiem.
– Masz rację – przyznała zachrypniętym głosem. – Ale tego nie zrobisz.
– Zapewniam cię, że gdybym tylko mógł, rozszarpałbym cię na strzępy.
– Gdybyś tylko mógł – powiedziała z naciskiem. – Ale ty taki nie jesteś.
– Człowiek, którego znałaś, nie żyje, Nicola – zwrócił się do niej, używając znienawidzonego imienia, a Paige się cofnęła. – Zmarł dziesięć lat temu i nie zdołasz go wskrzesić swoimi żałosnymi bajeczkami o lojalności i kłamstewkami. Może i wyglądam jak on, ale nie łączy nas nic więcej.
Nie mogła zrozumieć, dlaczego ogarnia ją tak wielki smutek. Przecież wiedziała to wszystko od dawna. Miała kilka lat na uporanie się z emocjami, a mimo to wciąż żyła pogrążona w żałobie.
– Ponoszę pełną odpowiedzialność za to, co się wtedy wydarzyło – odezwała się niespodziewanie. Nie zamierzała jednak dodawać nic więcej. Zachowała dla siebie, że te dwa miesiące, które z nim spędziła, były najlepszym okresem w jej życiu. – I nic na to nie poradzę. Ale obiecałam Violet, że jej nie opuszczę. Ukarz mnie, jeśli musisz, ale nie karz jej.

Giancarlo Alessi znał swoje wady, a miał ich wiele, o czym dosadnie przekonał się w minionej dekadzie, kiedy przyszło mu płacić za własną głupotę. Ale kochał matkę – skomplikowaną, górnolotną gwiazdę filmową, która uwielbiała go na swój własny sposób. I nieważne, jak często Violet sprzedawała jego prywatność dla własnych celów: żeby uciszyć plotki o kryzysie w jej małżeństwie, żeby odwrócić uwagę paparazzi od jej romansów albo poprawić swoje notowania.
Pogodził się z tym, że kiedy jest się dzieckiem tak wielkiej aktorki jak Violet, nie można uciec od świateł reflektorów. Z tego samego powodu obiecał sobie, że nigdy nie sprawi jej wnuków, które mogłaby wykorzystywać tak jak dawniej jego. Żadnemu dziecku nie życzył takiego losu.
Wybaczył matce wszystko, co przez nią wycierpiał, i zaakceptował ją taką, jaka była. To nie jej nienawidził, ale kobiety, która na zawsze pozostanie dla niego Nicolą, nieważne, pod jakim imieniem będzie się prezentować – architektki jego upadku.
Ze wstydem musiał przyznać, że jak skończony dureń stracił głowę dla niewyobrażalnie pięknej tancerki, przez którą później splamił swój szlachecki tytuł i stracił szacunek nieżyjącego już ojca. To przebiegłe, pazerne stworzenie robiło z nim, co chciał, aż stał się kimś, w kim nie rozpoznawał siebie. I tego nie zamierzał wybaczyć.
I ta kobieta, Paige – jak o sobie mówiła – stała teraz przed nim, wpatrując się w niego oczami, które nie były ani zielone, ani niebieskie. Swoje gęste ciemne włosy, które dawniej farbowała na rudo, zaplotła w warkocz, który opadał teraz na jedno niezwykle zgrabne ramię. Żałował, że nie mógł jej uznać za nieatrakcyjną, chociaż nie podobało mu się, że za bardzo schudła, upodabniając się do mieszkańców Los Angeles, którzy uważali, że sława może zastąpić dosłownie wszystko, nawet jedzenie i picie.
Znieruchomiała, kiedy wodził wzrokiem po jej ciele, więc kontynuował z tym większą żarliwością, wmawiając sobie, że nie obchodzi go, co ona myśli i czuje. Nie dbał o to, ponieważ dała mu jasno do zrozumienia, że bez względu na to, co ich połączyło, jak często wykrzykiwała jego imię w chwilach uniesienia, i jak bardzo ją pokochał, interesowały ją wyłącznie książeczka czekowa i sława Violet.
Mimo wszystko dobrze się trzymała, co niezmiernie go irytowało. Zachowała figurę i wdzięk tancerki. Przyjrzał się jej drobnym piersiom ukrytym pod cienką tkaniną białej bluzki bez rękawów i pełnym biodrom w opiętej spódnicy. Doskonale pamiętał, jak pieścił te krągłości i obsypywał je pocałunkami.
Pod tym czy innym imieniem prezentowała się zjawiskowo. Dziesięć lat temu w niczym nie przypominała innych dziewcząt, które zabiegały o jego względy. Przypominała żywy ogień tamtego dnia na planie teledysku, gdzie się poznali. Należała do grupy tancerzy, którzy tworzyli tło dla gwiazd popu prężących się na pierwszym planie. I chociaż on zasiadał wtedy w fotelu reżysera, całkowicie stracił dla niej głowę.
Zamieniła wprawdzie kusy strój, w którym wtedy występowała, na eleganckie ubranie odpowiednie dla sekretarki, nadal jednak przyciągała męskie spojrzenia – niestety także jego. Chociaż gardził sobą z tego powodu, nie potrafił stłumić pożądania, które w nim rozbudzała, nawet po tym wszystkim, co zrobiła.
– Czy teraz nadszedł czas na twoją łzawą historię? – zapytał chłodno, rozkoszując się jej gwałtowną reakcją na dźwięk jego głosu. Drżała tak, jakby ona także nie potrafiła zapanować nad tą niezwykłą siłą, która ich do siebie przyciągała. – Możesz wybierać spośród tylu wymówek.
– Nie zamierzam płakać – odparła beznamiętnym głosem. – Ani się usprawiedliwiać. Po prostu chciałam cię przeprosić. To nie to samo.
– Nie. – Spojrzał na te usta, które tyle razy całował i z których usłyszał same kłamstwa. – Muszę się zastanowić, co z tobą zrobić.
Westchnęła, jakby odczuwała zniecierpliwienie, a on nie wiedział, czy się roześmiać, czy ją udusić. To uczucie też pamiętał doskonale z czasów, kiedy przeszła przez jego życie niczym huragan, zostawiając po sobie same szczątki.
– Piorunowanie mnie wzrokiem nie sprawi, że się rozpłaczę – powiedziała po chwili, jakby w ogóle nie odczuwała emocji. – Może więc przestaniesz przeciągać w nieskończoność tę krępującą sytuację i coś w końcu zrobisz.
Roześmiał się złowieszczo.
– Nie mogę uwierzyć własnym oczom – odparł surowo. – Udajesz kogoś, kim nie jesteś. Ale Hollywood ma tę moc, prawda? Najobrzydliwsze, najpaskudniejsze rzeczy owija się tutaj w najładniejszy papier. Nic więc dziwnego, że wyglądają tak dobrze.
Pragnął zadać jej ból. Pragnął, żeby jego słowa wywarły na niej jakikolwiek efekt. Niestety to mówiło mu o jego własnych uczuciach względem tej kobiety znacznie więcej, niż chciał przyznać.

Napisz swoją recenzję

Podziel się swoją opinią
Twoja ocena:
5/5
Dodaj własne zdjęcie produktu:
Recenzje i opinie na temat książek nie są weryfikowane pod kątem ich nabywania w księgarniach oraz pod kątem korzystania z nich i czytania. Administratorem Twoich danych jest HarperCollins Polska Sp. z o.o. Dowiedz się więcej o ochronie Twoich danych.
pixel