Gdy liczy się tylko miłość
Przedstawiamy "Gdy liczy się tylko miłość" nowy romans Harlequin z cyklu HQN ŚWIATOWE ŻYCIE.
Harper Lawson zgadza się zastąpić w pracy przyjaciółkę. Wie, że bycie asystentką Salvadora da Rochy to bardzo trudne zadanie, ale potrzebuje pieniędzy, a dwa tygodnie szybko miną. Jednak już pierwszego dnia orientuje się, że to nie nadmiar obowiązków i dyspozycyjność dwadzieścia cztery godziny na dobę będą największym problemem. Salvador jest tak seksowny, że Harper zupełnie nie wie, jak uda jej się zachować profesjonalizm, jadąc z nim w służbową podróż…
Fragment książki
– Rozumie pani, na czym polega ta praca? – Salvador da Rocha sceptycznie patrzył na Harper Lawson.
Harper zwalczyła chęć przypomnienia mu, że w zasadzie jest na nią skazany. Jego osobista asystentka już przekazała Harper wszystkie obowiązki i wyjechała na dwa tygodnie.
– Oczywiście, proszę pana.
Nadal patrzył na nią surowo. Czy chciał ją zdenerwować? Pracowała już dla tylu dupków, że były na to małe szanse – nawet jeśli był jednym z najbogatszych ludzi na świecie.
– Amanda pracuje do późna, czasami siedem dni w tygodniu. Jeśli muszę podróżować, ona jest gotowa jechać ze mną bez uprzedzenia. Całkowicie na niej polegam.
Harper wszystko to wiedziała już od Amandy.
– Jeśli przyjmie pani tę pracę, przez następne dwa tygodnie będzie pani żyć po to, by mi służyć. Rozumie to pani? – spytał z naciskiem.
Zignorowała dziwny dreszcz, który przebiegł wzdłuż jej kręgosłupa na jego dobór słów.
– W zamian – kontynuował – otrzyma pani pokaźną premię.
To właśnie „pokaźna premia” była powodem, dla którego dała się namówić Amandzie na tę pracę. Jako jedna z najstarszych przyjaciółek matki, Amanda była jedną z niewielu osób, które rozumiały sytuację Harper. To ona dwa lata temu namówiła Harper do podjęcia pracy w da Rocha Industries w Chicago, które słynęło z hojnych wynagrodzeń. Harper potrzebowała pieniędzy, by móc płacić za pobyt mamy w domu opieki.
– Jak pokaźną? – zapytała, nie krygując się. Dawno już nauczyła się ustalać wszystkie kwestie finansowe z góry i bez fałszywego wstydu.
Salvador odwrócił się do laptopa i nacisnął kilka klawiszy.
– Oprócz regularnej pensji – powiedział, nie pozostawiając jej wątpliwości, że ma jej akta osobowe na ekranie – otrzyma pani czteromiesięczne wynagrodzenie i związane z nim świadczenia.
– Cztery miesiące – powtórzyła, mnożąc w myślach.
– To powinno dać pani pewien wgląd w poziom usług, jakich będę oczekiwał – powiedział mężczyzna sucho.
– Jestem bardzo pracowita, panie da Rocha.
– Widzę, że ma pani doskonałe oceny – odpowiedział. – Ale ja jestem bardzo wymagający.
– Potrzebuje pan zastępstwa za Amandę, a ja jestem najlepszą opcją – zauważyła.
– Jest pani bardzo pewna siebie.
– Tak – powiedziała, wzruszając ramionami.
Ruch spowodował, że jedwab jej bluzki napiął się lekko na jej biuście. Na chwilę oczy Salvadora opadły niżej, a w dole jej brzucha zamigotał mały płomień żaru. Pojawił się bez ostrzeżenia i zaskoczył Harper. Natychmiast go stłumiła. Już nauczyła się na własnej skórze, że romanse w pracy nigdy nie były dobrym pomysłem.
– Rozumie pani, że będzie pani mieszkać ze mną?
Na chwilę jej oczy przeniosły się poza plecy Salvadora na rozciągający się za oknem tropikalny las deszczowy, a następnie na lśniący południowy Atlantyk, który rozciągał się aż do białych plaż Copacabana, po drugiej stronie cieśniny. Ilha do Sonhos, prywatna wyspa, na której mieszkał i pracował miliarder, była jednym z najpiękniejszych miejsc, w jakich Harper kiedykolwiek była. Gdy helikopter zniżał się nad lądowisko, podziwiała błękit oceanu, skaliste góry, klify i drzewa tworzące bujną, zieloną dżunglę. Wyspa była dzika i prawie niezamieszkana, z wyjątkiem tego domu, całego z drewna i szkła, z niesamowitymi widokami.
– Tak.
Przeniosła wzrok z powrotem na niego i przeszył ją dreszcz. Wcześniej widziała go tylko z daleka, na imprezie firmowej w jej rodzinnym Chicago. Rozmawiał tylko z Amandą i dyrektorem finansowym, Alanem Bridgesem, z nikim innym, ale był w nim jakiś magnetyzm. Nie mogła się powstrzymać od obserwowania go. Przyciągały ją jego siła i charyzma, pewność siebie i inteligencja, umiejętność przejmowania kontroli bez widocznego wysiłku. Praca z Salvadorem da Rocha, nawet przez dwa tygodnie, będzie dla niej prawdziwą okazją.
– Ma pani imponujące CV – powiedział, wskazując na ekran.
Mając dwadzieścia sześć lat, Harper mogła się pochwalić doświadczeniem jako asystentka kilku szefów wielkich korporacji i, z wyjątkiem tego okropnego zamieszania z Peterem Cavstockiem, było to pasmo sukcesów. Przez ostatnie dwa lata pracowała w chicagowskim biurze da Rocha Industries, asystując dyrektorowi operacyjnemu na region Ameryki Północnej.
– Dlaczego dołączyła pani do da Rocha Industries? – zapytał.
Chciała zapytać, jakie to ma znaczenie, ale się powstrzymała.
– To była doskonała okazja – odpowiedziała enigmatycznie.
– Co się pani podoba w obecnej roli?
– To nie ma znaczenia – powiedziała. – To praca.
– Nie lubi pani tego, co robi?
– Tego nie powiedziałam – odparła. – Ale nie pracuję dla przyjemności. Niezależnie od tego, czy lubię swoją pracę, czy nie, nadal wykonuję ją doskonale.
Potarł podbródek w zamyśleniu. Jego twarz była fascynująca. Jej wzrok przylgnął do jego ostrych rysów dłużej, niż było to konieczne lub mądre. Podziwiała wyraźne kości policzkowe, silną szczękę i świeży zarost nadający mu nieco beztroski wygląd.
– Lubi pani pracować z Jackiem?
Wróciła myślami do chwili obecnej.
– Tak – powiedziała. – Ale pracowałam też z wieloma ludźmi, których nie lubiłam. Jestem profesjonalistką, panie da Rocha. Przychodzę do pracy, żeby ją wykonać i nie wychodzę, dopóki nie skończę. Czy to pana satysfakcjonuje?
Obserwował ją z taką intensywnością, że poczuła się nieswojo.
– Amanda powiedziała mi, że ma pani jakieś warunki.
Harper nie miała wątpliwości, że Amanda poinformowała go o tych warunkach, ale Salvador chciał ocenić jej umiejętności negocjacyjne.
– Tak. Potrzebuję pół godziny dziennie dla siebie. Będę w tym czasie całkiem niedostępna.
Ich spojrzenia spotkały się, obydwa nieustępliwe. Kto pierwszy mrugnie?
– To niezwykła prośba – powiedział.
– Mieć trochę czasu dla siebie?
– Tak konkretną ilość czasu.
Zacisnęła usta, nie dając się zbić z tropu.
– Panie da Rocha, chciałabym pracować u pana boku i jestem pewna, że potrafię zastąpić Amandy. Zależy mi na pieniądzach, ale przede wszystkim na doświadczeniu. Taka praca nie zdarza się codziennie. Ale nie przyjmę jej, jeśli nie zgodzi się pan na mój warunek.
Uniósł brwi, wyraźnie zaskoczony.
– Nie podoba mi się to – powiedział po chwili.
Nie mogła ustąpić. Codziennie dzwoniła do matki w domu opieki i czytała jej. Lekarze nie byli pewni, ile z tego matka rozumiała, ale Harper wiedziała, że dla mamy to ważne. Nie chciała, by mama sądziła, że Harper nagle zniknęła.
– Mam poczekać na zewnątrz, aż się pan nad tym zastanowi? – zapytała, podnosząc się.
– To nie będzie konieczne – odparł, wstając. – Jeśli Amanda panią zarekomendowała, jestem pewien, że dobrze sobie pani poradzi.
„Dobrze”. Cóż za letnia pochwała!
– Będę do pani dzwonił, gdy będę pani potrzebował – oznajmił. – Oczekuję też, że będzie pani szanować moją prywatność.
– A więc mam się nie odzywać, dopóki pan się do mnie nie odezwie? – nie mogła się powstrzymać od kpiącej odpowiedzi.
– Podsumowanie bezpardonowe, ale trafne – stwierdził.
– Nie mam z tym żadnych problemów – zgodziła się.
– W takim razie jesteśmy umówieni, pani Lawson.
– Proszę mówić do mnie Harper – powiedziała i ruszyła w stronę drzwi.
Szedł tuż za nią, tak blisko, że czuła emanujące od niego ciepło. Niedorzeczne, skarciła samą siebie. Zazwyczaj nie miała skłonności do tego rodzaju fantazji! Sięgnął obok niej, by otworzyć drzwi.
– Nie jesteśmy przyjaciółmi, pani Lawson. Kiedy miną te dwa tygodnie, już nigdy się nie zobaczymy. Nie widzę potrzeby zwracania się do pani po imieniu ani używania mojego.
To był bezpośredni cios. Ostrzeżenie: nie spoufalaj się, nie czuj się komfortowo.
– Dobrze, panie da Rocha – odpowiedziała. – Czy zechciałby pan wskazać mi, gdzie jest moje biuro?
Dziesięć minut później znajdowała się w oszałamiającym biurze z panoramicznym widokiem na ocean, z najnowocześniejszym sprzętem i tylko jednym małym problemem: biuro Salvadora znajdowało się tuż obok, oddzielone dużą szybą, więc przez cały czas mogła go widzieć, a on mógł widzieć ją. Żaluzje były tylko po jego stronie, pozostawiając kontrolę całkowicie w jego rękach. Nie podobało jej się to, ale nie zamierzała robić z tego problemu – wytrzyma te dwa tygodnie.
– Czy Amanda przekazała pani obowiązki?
– Tak, proszę pana.
– Dobrze. Ten stos jest najpilniejszy. Proszę zacząć od razu. – Ruszył w stronę drzwi jej gabinetu. – Posiłki są o siódmej rano, o pierwszej po południu, potem przekąska o czwartej i kolacja o ósmej, ale oczywiście kuchnia jest zaopatrzona i może pani się wszystkim częstować, kiedy ma pani ochotę. Ja jem sam. Przygotowano dla pani pokój. Gospodyni, Catarina, zaprowadzi panią do niego później. W sprawach domowych proszę się z nią kontaktować. Czy Amanda zostawiła pani listę moich kontaktów?
– Oczywiście.
– Dobrze. – Jego zmarszczka pogłębiła się. – Nie toleruję błędów, pani Lawson. Jeśli będzie pani uważna, jestem pewien, że następne dwa tygodnie pójdą dobrze.
Salvador wyszedł z biura, a lekka nuta groźby wciąż wisiała w powietrzu.
Harper zebrała się w sobie, przypominając sobie, że wiele zależało od najbliższych dwóch tygodni. Chociaż jej pensja była świetna, po zapłaceniu raty kredytu hipotecznego i kosztów leczenia matki ledwie starczało jej na życie. Wynagrodzenie za te dwa tygodnie pozwoli jej zbudować mały zapas na czarną godzinę. Może nawet fundusz na studia? – pomyślała nieśmiało, ale szybko odrzuciła tę myśl. Już dawno zrezygnowała z marzeń o studiach i ani przez chwilę tego nie żałowała. Idąc po szkole prosto do pracy, mogła utrzymać mamę.
To nie była wina Harper Lawson – nic z tych rzeczy. Nie jej wina, że dwadzieścia siedem lat temu Amanda Carey urodziła córkę. Ani to, że rok temu ta córka zaręczyła się, za dwa tygodnie wychodziła za mąż i „potrzebowała” swojej matki. To nie była wina Harper Lawson, że Amanda wzięła swój pierwszy od ośmiu lat urlop, a Salvador musiał zmierzyć się z tym, że całkowicie uzależnił się od tej kobiety.
I to zdecydowanie nie była wina Harper Lawson, że miała oczy koloru oceanu w burzowe popołudnie, oczy dokładnie w tym samym odcieniu, co inna kobieta, którą Salvador kiedyś znał i widział, jak w ciągu dwóch lat zmieniły się z błyszczących jak szmaragdy w matowe jak łupek. Zanim odeszła.
Wstał zza biurka i ruszył wolno w stronę okien z widokiem na ocean, starając się uciszyć niepokój. Nie lubił zmian. Nie lubił ludzi, zwłaszcza nowych.
I było coś w zachowaniu Harper Lawson, co było szczególnie denerwujące, ale nie potrafił tego określić. Poza kolorem oczu, nie była podobna do Anny Marii. Anna Maria miała blond włosy, które miękkimi falami otulały jej twarz. Była wysoka i posągowa, dopóki chemioterapia nie sprawiła, że stała się tak chuda, jakby mógł ją złamać głębszy oddech.
Starał się nie myśleć o Annie Marii, o dziecku, które stracili, ani o tym, że Anna Maria oddała życie za ich dziecko, opóźniając niezbędne leczenie raka, by dziecko miało jak największe szanse na przeżycie. Starał się nie myśleć o latach przyjaźni z Anną Marią – o tym, jak bawili się razem jako dzieci, pisali do siebie jako nastolatkowie, a potem, pewnej pijanej nocy, uprawiali seks i wszystko zmienili. Starał się o tym nie myśleć, ale od czasu do czasu wszystko do niego wracało, a żal niemal go przygniatał. Nie tylko z powodu ich utraty, ale także z powodu faktu, że nie był w stanie powstrzymać śmierci. Nie pokonał raka. Był przekonany, że uda mu się to dzięki pieniądzom i współczesnej medycynie, ale był arogancki i głupi.
Ich córka zmarła, a zaledwie kilka miesięcy później zmarła też Anna Maria. W wieku dwudziestu dziewięciu lat pochował swoją żonę, jedną ze swoich najstarszych przyjaciółek. Rok później Salvador wciąż musiał się wysilać, by wstawać rano i żyć, co sprawiło, że nieobecność Amandy była niezwykle irytująca.
Nic z tego nie było winą Harper Lawson, ale była tutaj, kiedy jej nie chciał, a co gorsza, wiedział, że musi na niej polegać tak samo jak na Amandzie.
Mimo wszystko to tylko dwa tygodnie. Przetrwa to. Za czternaście dni Amanda wróci, Harper zniknie, a jego życie wróci do normy.
ROZDZIAŁ DRUGI
Harper piekły oczy ze zmęczenia, ale nie miała zamiaru wychodzić z biura jako pierwsza. Nie w sytuacji, gdy wciąż miała mnóstwo pracy. Widoczny za szybą Salvador pracował z niespożytą energią.
Czy to naprawdę wciąż był ten sam dzień?
Odłożyła długopis na biurko i odchyliła się na krześle, poddając się na chwilę fali zmęczenia, zamykając oczy i oddychając głęboko. Policzyła do dziesięciu, po czym otworzyła oczy i ponownie skupiła się na ekranie. Liczby wciąż się zamazywały.
Przycisnęła palce do oczu, delikatnie masując powieki.
– Może pani iść.
Dźwięk jego głosu zaskoczył ją. Spojrzała na niego i zobaczyła, że też nie wygląda już tak świeżo jak rano. Rozpiął kołnierzyk koszuli, odsłaniając szyję, a podciągnięte do łokci rękawy ukazywały opalone przedramiona. Widok ten sprawił, że zaschło jej w ustach.
Był jej szefem, tak samo jak niegdyś Peter. W jej głowie rozległy się dzwonki alarmowe. Przełykając ciężko, odwróciła się z powrotem do ekranu.
– Niedługo skończę.
– Jest pani wyczerpana. – Brzmiał na rozczarowanego.
– Jest już po dwunastej – zauważyła.
– Jeśli to jest dla pani za dużo...
– Z ciekawości, do której godziny Amanda zazwyczaj pracuje? – Wyłączyła komputer i wstała od biurka.
– Amanda wykonuje tę pracę od ośmiu lat.
– Rozumiem, że zwykle kończy pracę wcześniej.
– Jeśli to dla pani za dużo...
– Jak kończy się to zdanie? – przerwała mu z irytacją. – Ma pan jakąś alternatywę? Kogoś innego, kogo mógłby pan tu przetransportować, by przejął tę rolę?
Była zrzędliwa, ale co z tego? Była zmęczona, a on oczekiwał zbyt wiele. Najwyraźniej trafiła w słaby punkt, sądząc po tym, jak zmarszczył brwi, a jego oczy, tak wyraziste i piękne, pociemniały na chwilę.
– Czy gosposia zaprowadziła panią do pokoju gościnnego? – zmienił temat.
– Nie widziałam się z gosposią – odparła Harper, opierając się pokusie zwrócenia uwagi na to, że pracowała cały dzień obok niego.
– W takim razie ja panią zaprowadzę.
Poszła za nim przez dom. Za wielkimi oknami rozciągała się noc. Gwiazdy błyszczały na niebie ponad ciemniejszymi sylwetkami drzew. Gdy skręcili za róg, ukazał się widok na księżyc w pełni, który rzucał srebrną poświatę na ocean. Harper zaparło dech z wrażenia.
– Jak pięknie! – powiedziała, po czym poczuła się głupio i niezręcznie z powodu tak naiwnej uwagi.
Nie odpowiedział, co tylko pogorszyło jej samopoczucie. Na szczęście ich spacer dobiegał końca. Dotarł do podwójnych drzwi i otworzył jedne z nich, popychając je do środka.
– Wszystko jest przygotowane na pani pobyt. Jest tu też biurko.
Pokój był tak luksusowy, jak w pięciogwiazdkowym hotelu. Spojrzała na duże łóżko, sofę, ogromny telewizor z płaskim ekranem i francuskie drzwi, które, jak przypuszczała, prowadziły na balkon.
Jej wzrok powędrował z powrotem na łóżko. Nie mogła się doczekać, aż się w nim położy i odnajdzie zapomnienie we śnie. Ale najpierw gorący prysznic.
Odwróciła się z powrotem do Salvadora, wciąż stojącego po drugiej stronie drzwi.
– Dziękuję.
– Dobranoc, pani Lawson.
Zamknął za sobą drzwi, a ona wypuściła oddech, choć wcześniej nie zdawała sobie sprawy, że go wstrzymuje. Cieszyła się, że w końcu jest sama. Co za dzień! Kręciło jej się w głowie, ale, do cholery, nie zamierzała po prostu spełnić jego oczekiwań, zamierzała je przerosnąć. Praca była bardzo intensywna. Podsumowywała skomplikowane raporty finansowe, odpowiadała na niezliczone maile z całego świata i zaplanowała kalendarz spotkań, który pękał w szwach. W głowie jej szumiało ze zmęczenia.
To nie była jej wina, że zapomniała torebki. W zasadzie wypchnął ją z biura, nalegając, że zaprowadzi ją do jej pokoju. Salvador przeklął, podniósł torbę i ruszył z powrotem do jej pokoju.
„Jak pięknie”, przypomniał sobie jej cicho wyrażony zachwyt nad księżycem i plażą. Miała rację, przyznał niechętnie – to był piękny widok – faktycznie zapierał dech w piersiach – ale minęło dużo czasu, odkąd pozwolił sobie naprawdę go zobaczyć, a tym bardziej go podziwiać.
Zapukał dwa razy do drzwi jej pokoju, usłyszał, że coś mówi. Wziął to za zaproszenie, więc pchnął drzwi, wkraczając do środka z zamiarem postawienia torby na stoliku do kawy obok sofy, ale zamarł po dwóch krokach. Pani Lawson była w trakcie rozbierania się. Zdjęła już bluzkę i ołówkową spódnicę, ale wciąż miała na sobie jedwabną haleczkę, koronkowe stringi i, Boże, dopomóż, szpilki.
Salvadora da Rocha niełatwo było zaskoczyć, ale w tym momencie stracił panowanie nad sobą. Mógł tylko patrzeć na nią, na jej krągłości, wcześniej całkowicie ukryte przez strój…

