Zapisz na liście ulubionych
Stwórz nową listę ulubionych
Kłopotliwe zauroczenie
Zajrzyj do książki

Kłopotliwe zauroczenie

ImprintHarlequin
Liczba stron272
ISBN978-83-291-2737-0
Wysokość170
Szerokość107
EAN9788329127370
Tytuł oryginalnyMiss Clairborne's Illicit Attraction
TłumaczEwelina Grychtoł
Język oryginałuangielski
Data premiery2026-05-12
Więcej szczegółówMniej szczegółów
Idź do sklepu
Idź do sklepu Dodaj do ulubionych

Przedstawiamy "Kłopotliwe zauroczenie" nowy romans Harlequin z cyklu HQN ROMANS HISTORYCZNY.

India Clairbone miała urodę, wdzięk, duży posag i była szczęśliwie zakochana. Kilka dni przed ślubem straciła narzeczonego, niedługo potem zginęli jej rodzice. Panna, która wiodła beztroskie życie, teraz musi zarządzać zadłużonym majątkiem i zadbać o przyszłość brata. Długo unikała towarzystwa, lecz za namową przyjaciółki zgadza się wziąć udział w skromnym przyjęciu na prowincji. Spotyka tam Carricka Eisleya, którego wini za śmierć narzeczonego. Powinna go nienawidzić, tymczasem Carrick bardzo ją pociąga. India próbuje zwalczyć kłopotliwe zauroczenie, lecz rozsądek rzadko wygrywa walkę z uczuciami.

Fragment książki

Carrick zaśmiał się i popędził swój zaprzęg. Niech Landon spróbuje, niech tylko spróbuje! Landon rzucił mu triumfujące spojrzenie, przemykając między Carrickiem a rowem.

- Ja nie dam rady?! - zawołał.

Jadąc po zewnętrznej, Carrick pierwszy dostrzegł nadjeżdżający dyliżans.

- Landon! - zawołał ostrzegawczo, gwałtownie szarpiąc za lejce. Świat skurczył się do serii obrazów, następujących zbyt szybko jeden po drugim. Nie mógł nic zrobić, by zapobiec katastrofie. Rozpędzony faeton Landona przechylił się i wpadł do rowu, konie przewróciły się razem z nim, a siła uderzenia wyrzuciła Landona z pojazdu.

Carrick ostro ściągnął lejce, zatrzymując zaprzęg w bezpiecznym i pobiegł na prawą stronę drogi, wykrzykując rozkazy do woźnicy dyliżansu.

- Poślij kogoś po pomoc! Sprowadź Logana Maddoxa! - Miał nadzieję, że Landon żyje. Zeskoczył do rowu. Spanikowane konie próbowały się podnieść, ale nie były w stanie się ruszyć, wciąż zaprzęgnięte do leżącego pod dziwnym kątem powozu. Co zrobić najpierw? Nie widział Landona, a konie potrzebowały pomocy. Przecisnął się do nich i zaczął walczyć z uprzężami. Ktoś był z nim w rowie, może pasażer dyliżansu.

Udało im się uwolnić jednego konia, Kinga. Gniadosz wstał, potykając się. Drugi zarżał, cierpiąc z bólu. Carrick i jego nieznajomy pomocnik uwolnili zwierzę od dyszla i uprzęży. Koń spróbował wstać, ale osunął się z powrotem na ziemię.

- Noga jest złamana - ocenił ponuro Carrick. Ten piękny koń nigdy nie opuści tego rowu.

- Mam pistolet - powiedział bezbarwnie nieznajomy.

- Poczekaj, musimy znaleźć powożącego. - Carrick położył dłoń na ramieniu mężczyzny. Ruszył przez zarastające rów zarośla. - Landon! - krzyknął ochryple. Pozostali pasażerowie dyliżansu zdążyli wysiąść i przyłączyć się do poszukiwań, lecz to Carrick go znalazł, piętnaście metrów od powozu, u podnóża opadającego nasypu.

Carrick zsunął się po nasypie; z jego gardła wydobywały się nieskładne dźwięki. Nawet z daleka widział, że nie ma nadziei na cud. Nienaturalny kąt ciała, makabrycznie wykrzywiona noga...

- Landon, jestem tutaj. Landon… - Kark przyjaciela złamał się w chwili uderzenia.

Carrick zaczął płakać. Spazmatyczny, niekontrolowany, gwałtowny szloch wstrząsał jego ciałem w miarę, jak docierał do niego ogrom tragedii. Jak to możliwe? Śmiali się razem, razem pędzili na skrzydłach wiatru, a potem… Przeczesał rękami włosy, jakby to mogło mu pomóc odzyskać równowagę. Ale nic nie było w stanie powstrzymać dzikiego wycia, które rozpacz wydzierała z jego gardła.

Wciąż wył, z rękami wczepionymi we włosy, kiedy znalazł go Logan, kiedy jacyś obcy ludzie zabierali ciało martwego przyjaciela. Logan nie zaciągnął go siłą z powrotem na drogę, do wraku. Zebrał się spory tłum. Inni zawodnicy przerwali wyścig i kręcili się wokół. Kilku podeszło, żeby z nim porozmawiać.

- Dobry Boże, nie widzicie, że on nie jest w nastroju na pogawędki? - warknął Logan, wsadzając go do karykla, z dala od tłumu. - Zabieram cię do gospody. - Logan ujął lejce i popędził Sterope i Bronte.

Carrick nie miał pojęcia, jak poradziłby sobie z pierwszymi strasznymi godzinami po wypadku, gdyby nie Logan. To Logan zorganizował dla niego pokój, gorącą kąpiel, mocny trunek i ciepły posiłek.

Carrick wpatrywał się w bursztynowy płyn w szklance.

- Miał się w tym tygodniu ożenić - wymamrotał wciąż odrętwiały, ale nie na tyle, by poradzić sobie z następstwami katastrofy. India. Dobry Boże, India. - Muszę jej powiedzieć. - Ale jak? Olśniewająca India Claiborne, której uśmiech rozświetlał sale balowe, która spędziła poranek na ostatniej przymiarce sukni ślubnej, będzie zdruzgotana. Kiedy budziła się tego ranka, jej świat był promienny i doskonały, a teraz wszystko nagle legło w gruzach. Zbyt dobrze wiedział, jak odczuwa się taki szok i jak bardzo jest się wobec niego bezradnym.

Coś bolesnego wypłynęło na powierzchnię z głębi jego duszy, wspomnienie utraty najważniejszej osoby na świecie, wspomnienie piętnastoletniego chłopca tracącego ukochanego ojca.

India będzie cierpieć. Nie życzyłby tego nikomu, a zwłaszcza nie jej, dziewczynie, która miała wszystko, która była uosobieniem tego, co znaczy być żywym. Pod tym względem byli podobni. Łączyła ich radość życia.

To, że towarzyszyła im w londyńskich przygodach, nigdy nie było uciążliwe. Carrick lubił jej towarzystwo. Zaprzyjaźnili się dzięki Landonowi, ale teraz Landona nie było. Powinien przy niej być, pocieszać ją.

- Już posłałem wieści do wszystkich, którzy powinni wiedzieć. - Logan położył dłoń na jego dłoni w geście pocieszenia. - Nie musisz się martwić.

Carrick wyrwał rękę.

- Nie! Nie rozumiesz? Muszę jej powiedzieć. To była moja wina. Powinienem był ustąpić mu drogi. - Czy India kiedykolwiek mu wybaczy?

Logan spojrzał mu w oczy.

- Słyszałem relację woźnicy dyliżansu. Jego historia jest inna od twojej. Landon podjął ryzyko, Carrick. Wybrał wyprzedzanie z prawej strony. Był doświadczonym powożącym, wiedział, jak niebezpieczny jest taki manewr.

- Zmusiłem go, żeby go rozważył - odparował Carrick. Landon Fellowes nie żył, człowiek z perfekcyjnym życiem zginął, zanim zdążył je przeżyć. - W jednej chwili pędził obok mnie, a w następnej… - Carrick zakrztusił się brandy - ...zniknął.

- Lekarz powiedział, że złamał kark - powiedział Logan rzeczowo.

- Wiem! - Carrick gwałtownie odepchnął krzesło i cisnął szklanką z brandy o ścianę. Wycelował palcem w Logana, trzęsąc się z wściekłości. - Nie! Nie waż się mówić, że nic nie poczuł, jakby to mogło mnie pocieszyć.

Logan uniósł dłonie w geście poddania.

- No dobrze. Nie powiem tego. - Spokojnie sięgnął po karafkę i nową szklankę, nalał drinka i podsunął Carrickowi.

- Koń? - Carrick upił solidny łyk trunku. Z pewnością wkrótce nadejdzie otępienie, a po nim zapomnienie, którego pragnął.

- Sam go dobiłem. Drugi jest w stajni, w tej gospodzie.

Carrick przełknął ślinę przez ściśnięte gardło i skinął głową.

- Dziękuję. - Zastanowił się, czy w piwniczce karczmarza jest dość brandy. Pewnie nie. Najlepsze, na co mógł liczyć, to chwilowa ucieczka. Te chwile zostaną z nim na zawsze. Nic nie będzie takie samo. - Jutro pojadę do panny Claiborne.

- Powinienem cię ostrzec, że może nie zechcieć cię przyjąć - stwierdził Logan.

- Ile pieniędzy mam w banku? - zapytał Carrick. Nigdy nie zajmował się swoimi wygranymi, nigdy nie wiedział, ile dokładnie ma. To było zadanie Logana.

- To zależy - odparł ostrożnie Logan. - Do czego chcesz je wykorzystać? Chyba nie myślisz o oddaniu ich pannie Claiborne? Ma dość własnych pieniędzy.

Carrick wziął głęboki, drżący oddech i dopił duszkiem kolejną szklankę brandy. Która to już była? Piąta? Może szósta?

- Czy możesz przeprowadzić w moim imieniu transakcję? Chcę kupić te warsztaty powozowe w Benson. - Zapragnął znaleźć się daleko stąd, uciec z tego świata nagle pełnego tragedii, jednej z dwóch rzeczy, których przysiągł sobie unikać, kiedy zginął jego ojciec. Drugą rzeczą było przywiązanie, które mogłoby sprawić, że znów doświadczy tak dotkliwej straty. Kochać znaczyło pogodzić się z utratą, a utrata była jedną z rzeczy, których Carrick absolutnie nie tolerował.

- Jesteś pewien? Przemyśl to jeszcze - zachęcił go Logan. - Może to nie jest najlepszy moment, żeby…

- Nie - przerwał mu stanowczo Carrick. Sięgnął po karafkę. Ręka mu drżała, a żołądek zaczynał się buntować. Miał trudności z nalaniem kolejnej szklanki. Zachwiał się na nogach. - Logan, chyba zaraz… - Nim zdążył dokończyć, zawartość jego żołądka wylądowała na wypolerowanych butach Logana. Ogrom wydarzeń tego dnia, tego, co zrobił, znów go przygniótł. Jeśli nie był najbardziej beztroskim hulaką w Londynie, to kim był? Mordercą. Zabił przyjaciela, skradł świetlaną przyszłość cudownej kobiety i zatrząsł kratami własnych demonów. Nieważne, że nikt inny tak tego nie postrzegał. On będzie to tak widział, do końca życia.

***

Uda jej się. Zejdzie na dół i weźmie udział w swojej pierwszej popołudniowej herbatce od trzech lat. India Claiborne zatrzymała się na schodach, wsłuchując się w szmer dobiegających z salonu głosów. Kiedyś perspektywa herbatki spędzonej na wymianie plotek w damskim gronie napełniłaby ją podekscytowaniem. Od rana rozmyślałaby nad tym, którą suknię włożyć, jak ułożyć włosy, jak usiąść, by pokazać się z najlepszej strony. Ale dzisiejsza to było po prostu wydarzenie, które należało przetrwać.

Kiedy Elizabeth zaprosiła ją na jesienny zlot myśliwski w Foxfields, udział w nim wydawał się dobrym pomysłem. Od śmierci rodziców ani razu nie wyjeżdżała z Londynu. Elizabeth obiecała, że grono będzie małe, presja towarzyska minimalna, a nikt z obecnych nie będzie jej znał, nie będzie wiedział o śmierci Landona i o wypadku, w którym pół roku później zginęli jej rodzice.

Po tym podwójnym ciosie India, która niegdyś uwielbiała życie towarzyskie, wycofała się z niego, by uciec przed współczującymi spojrzeniami i nieustannym gradem pytań. Wycofała się też z konieczności. Ktoś musiał rozplątać sprawy finansowe jej ojca, które okazały się bardzo pogmatwane. Ktoś musiał mieć oko na jej młodszego brata Hala. Ktoś musiał dopilnować, by we właściwym momencie odziedziczył rodową posiadłość. Tym kimś musiała być ona. Nie było nikogo innego, komu mogłaby w tej kwestii zaufać.

Był jeszcze kuzyn Victor, ale jego propozycja pomocy miała swoją cenę, której nie była gotowa zapłacić. Nie, nie ufała mu na tyle, by powierzyć mu swój majątek lub dziedzictwo brata. W istocie było wręcz odwrotnie. Obawiała się go i zapewne będzie się go obawiać, dopóki Hal nie skończy dwudziestu pięciu lat i nie obejmie Belle Weather. Jeszcze siedem lat. Do tego czasu to ona musiała stać na posterunku.

- Tu jesteś, moja droga! - Elizabeth, która właśnie wyłoniła się z salonu, zauważyła Indię, podbiegła i wzięła przyjaciółkę pod ramię. - Wyglądasz pięknie. Róż zawsze był twoim znakiem rozpoznawczym.

India spuściła wzrok na swoją suknię. Wybrała ją ze względu na jej elegancki krój, a nie na kolor. Uwaga Elizabeth była zbędna, tak samo jak przypominanie czasów, gdy India była ozdobą każdego balu. Te dni minęły. Nie zamierzała do nich wracać.

- Przepraszam, nie chciałam budzić wspomnień - powiedziała ze skruchą Elizabeth, zbyt późno zdając sobie sprawę ze swojego błędu. - Zamierzałam tylko powiedzieć, że wyglądasz ślicznie.

India uścisnęła dłoń Elizabeth.

- Wiem. - Była przewrażliwiona. Jej przyjaciółka chciała jedynie dodać jej otuchy. W wieku osiemnastu lat India wyjechała do Londynu, gdzie święciła triumfy przez dwa sezony, podczas gdy Elizabeth została w domu. Kiedy Elizabeth wychodziła za mąż, India była jej druhną na cichym, wiejskim ślubie z Godrikiem Blackmonem. Elizabeth miała wkrótce odwzajemnić jej się tym samym. Żadna z nich nie przypuszczała, że stanie się inaczej.

Elizabeth przez ostatnie trzy lata była źródłem wsparcia, jedną z nielicznych przyjaciółek Indii, które pozostały jej wierne. Elizabeth nigdy o niej nie zapomniała, nigdy nie męczyła pytaniami, po prostu była obok, oferując pocieszenie i wsparcie, podobnie jak brat Elizabeth, Laurie. India była im za to dozgonnie wdzięczna.

- Mam dla ciebie dobre wieści - szepnęła Elizabeth, gdy schodziły po schodach. - Laurie przyjechał. Będzie znajomą twarzą pośród nowych ludzi.

Widok Lauriego, Lawrence'a Benefielda, wysokiego i szczupłego młodzieńca o brązowych oczach, ucieszył Indię. Stał przy kominku, rozmawiając z innymi mężczyznami, ale jego przyjazne spojrzenie odnalazło ją prawie natychmiast. Uśmiechnął się do niej i skinął głową na powitanie. India odwzajemniła uśmiech, nieco się odprężając.

Nie miała już cierpliwości do towarzyskich pogawędek. Nawet teraz, gdy Laurie po kolei przedstawiała ją gościom, wymiana zwyczajowych grzeczności prawie natychmiast zaczęła działać jej na nerwy.

- Czy Hal jeszcze nie zszedł? - zapytała cicho Elizabeth, gdy podchodziły do ostatniej grupki gości. Było po czwartej; Hal powinien był dawno się pokazać.

Elizabeth zmarszczyła brwi i omiotła wzrokiem salę.

- Nie wiem. Przepraszam, nie pomyślałam, żeby tego dopilnować. - Oczywiście. Była gospodynią, miała tysiąc innych spraw na głowie. Nie miała czasu na doglądanie dzikiego osiemnastolatka. To mój obowiązek, zganiła się w myślach India. Dziś go zaniedbała, ociągała się przed zejściem na dół. Najwyraźniej Hal to wykorzystał i wymknął się.

Elizabeth zakończyła swój obchód przy kominku, gdzie Laurie stał z Godrikiem.

- Czy któryś z was widział Hala? India się o niego martwi - zapytała. Godric i Laurie wymienili szybkie spojrzenie.

- Nie, ale nie martwiłbym się, panno Claiborne - zapewnił ją Godric z niemal ojcowskim uśmiechem. Zwrócił spojrzenie łagodnych oczu na żonę. - Popołudniowe herbatki nie są szczególnie interesującym zajęciem dla młodych mężczyzn w jego wieku. Właściwie to znam wielu dorosłych mężczyzn, którzy czują to samo.

To właśnie martwiło Indię: te zajęcia, które interesowały Hala.

- Oczywiście nie mówię o sobie. - Godric zaśmiał się, ujął dłoń żony i podniósł do ust.

Laurie zaśmiał się i odchrząknął.

- Być może ja i panna Claiborne powinniśmy wyjść na chwilę na zewnątrz. Co ty na to, Indio? Poszukamy twojego brata. - Podał jej ramię, a India je przyjęła, wdzięczna za szansę, by na moment wyjść z przyjęcia, a także poszukać Hala. Jak zawsze Laurie czytał jej w myślach i zaoferował pomoc, zanim o nią poprosiła.

- Wiesz, Godric ma rację - powiedział Laurie, prowadząc ją w stronę ogrodu. - Herbatka raczej znudziłaby Hala. Pewnie się gdzieś zaszył, może na stryszku.

India rzuciła Lauriemu sceptyczne spojrzenie. Chciałaby, żeby to było takie proste. Niestety Hal często pakował się w kłopoty, a zwłaszcza po śmierci ich rodziców. Mimo pięcioletniej różnicy wieku ona i Hal mieli podobne charaktery. Oboje byli towarzyscy, swobodni, a niegdyś też oboje poszukiwali dreszczyku emocji, każde na swój sposób.

Jednak jeśli chodzi o sposób, w jaki poradzili sobie ze stratą najbliższych, stali na dwóch przeciwnych biegunach. Podczas gdy India wycofała się z pogoni za ekscytacją, Hal zatracił się w niej, podejmując każde wyzwanie.

Laurie poprowadził ją żwirową ścieżką, którą latem zdobiły liczne kwiaty.

- Jeśli chodzi o Hala, to jego obecność tutaj nieco mnie zaskoczyła. Myślałem, że w tym semestrze zaczyna studia na Oksfordzie.

To był drażliwy temat dla Indii. Uprzejme pytanie Lauriego wystarczyło, by poczuła, jak się jeży. Zasadniczo Hal powinien był wyjechać na studia, wszystko było już zorganizowane, ale sprzeciwiał się temu zaciekle, posuwając się nawet do groźby ucieczki. Po jakimś czasie India ustąpiła.

- Poszliśmy na kompromis - oświadczyła stanowczo. - Zacznie zimą, po Bożym Narodzeniu.

- A do tego czasu? - naciskał Laurie. - Kompromis polega na tym, że obie strony dostają przynajmniej część tego, czego chcą.

India wyczuwała, że jest rozczarowany jej postawą. Wyzywająco uniosła podbródek.

- Uczy się zarządzać majątkiem w Belle Weather. - Nie była w stanie zmusić go do regularnych spotkań z zarządcą, ale to był jakiś początek.

Laurie przyglądał się jej uważnie, być może domyślając się tego, co przemilczała.

- Jest w trudnym wieku, Indio. Potrzebuje zasad - powiedział łagodnie. Nigdy nie ośmieliłby się jej pouczać, ale zdarzało mu się doradzać, jeśli uważał, że sprawa jest ważna. India bardzo to ceniła, ale dziś usłyszała w jego głosie zarówno troskę, jak i naganę.

- Według ciebie potrzebuje mężczyzny, który weźmie go w karby - podsumowała dosadnie, wbijając w Lauriego wyzywające spojrzenie.

Laurie spokojnie wytrzymał jej spojrzenie.

- No cóż, mówiąc wprost, to tak, Indio.

- Robię, co mogę.

- Wiem - zapewnił ją szybko. - Jednak są granice tego, co możesz mu dać, i powoli do nich docierasz. Jako twój przyjaciel mam obowiązek zwrócić ci uwagę na problem. Wybacz mi, jeśli posunąłem się za daleko. Nie chciałem sprawić ci przykrości.

Irytacja Indii zniknęła tak szybko, jak się pojawiła. Uśmiechnęła się przepraszająco.

- Oczywiście, Laurie. Nie masz za co przepraszać. Nie mogę się na ciebie złościć tylko dlatego, że mówisz prawdę. - To była nieprzyjemna prawda, ale taka, którą znała od dawna.

Jak to się stało, że dwudziestoletnia dziewczyna stała się jednocześnie ojcem i matką dla piętnastolatka? Nawet teraz często zastanawiała się, jak dwudziestotrzylatka ma dalej pełnić tę rolę. Znajdowała się w trudnej sytuacji, w których musiała potępiać zachowania, którym niegdyś przyklaskiwała, i wybryki, z których niegdyś się śmiała. Hal uważał ją za hipokrytkę.

 

Napisz swoją recenzję

Podziel się swoją opinią
Twoja ocena:
5/5
Dodaj własne zdjęcie produktu:
Recenzje i opinie na temat książek nie są weryfikowane pod kątem ich nabywania w księgarniach oraz pod kątem korzystania z nich i czytania. Administratorem Twoich danych jest HarperCollins Polska Sp. z o.o. Dowiedz się więcej o ochronie Twoich danych.
pixel