Zapisz na liście ulubionych
Stwórz nową listę ulubionych
Kochanek z Wenecji / Arabski sen
Zajrzyj do książki

Kochanek z Wenecji / Arabski sen

ImprintHarlequin
Liczba stron320
ISBN978-83-291-2094-4
Wysokość170
Szerokość107
EAN9788329120944
Tytuł oryginalnyHer Venetian SecretZarif's Convenient Queen
TłumaczMonika ŁesyszakDorota Viwegier-Jóźwiak
Język oryginałuangielski
Data premiery2026-04-07
Więcej szczegółówMniej szczegółów
Idź do sklepu
Idź do sklepu Dodaj do ulubionych

Przedstawiamy "Kochanek z Wenecji" oraz "Arabski sen", dwa nowe romanse Harlequin z cyklu HQN ŚWIATOWE ŻYCIE DUO.

Dyrektorka szkoły dla dziewcząt z bogatych rodzin Beatrice Higginbotham podczas wycieczki do Wenecji raz w życiu zdejmuje okulary, rozpuszcza włosy i w czerwonej sukience rusza w miasto na tańce. Poznaje urzekająco przystojnego Włocha i choć nic o nim nie wie, spędza z nim noc. Niedługo potem przyjmuje propozycję objęcia posady wychowawczyni. Jej podopieczną ma być nastoletnia zbuntowana siostra włoskiego milionera Cesarego Chiavariego. Gdy przyjeżdża do Toskanii, staje oko w oko ze swoim niedawnym kochankiem. Jednak Chiavari jej nie rozpoznaje…

Angielka Ella Gilchrist przed trzema laty odrzuciła oświadczyny Zarifa. Kochała go, ale wiedziała, że kieruje nim tylko poczucie obowiązku wobec państwa. Teraz Ella musi ponownie się z nim spotkać i prosić o pomoc. Jej ojciec zbankrutował i nie byli w stanie spłacić długu zaciągniętego kiedyś u Zarifa. Zarif jest gotów darować dług, jeśli Ella spełni jeden jego warunek…

Fragment książki

Podobno nikt nie śmiał niczego odmówić przerażającemu, bezwzględnemu Cesaremu Chiavariemu, ale Beatrice Mary Higginbotham przynajmniej spróbowała.

– Bardzo mi przykro, ale nie interesuje mnie posada guwernantki – odpowiedziała, prawdę mówiąc, bez cienia żalu, człowiekowi, którego pan Chiavari do niej przysłał.

Ucząc w Averell Academy w Anglii, ekskluzywnej prywatnej szkole dla sprawiających kłopoty wychowawcze dziedziczek możnych rodów, zawsze przyjmowała stosowną postawę na użytek rodziców, opiekunów i dobroczyńców podopiecznych.

Nie miała najmniejszej ochoty uczyć nikogo w wakacje, a zwłaszcza piętnastoletniej Mattei Descoteaux, kilkakrotnie okrytej niesławą w ciągu minionego roku. Jej pierwszy rok, być może nie przypadkiem, był też ostatnim rokiem Beatrice w Averell.

Przywołała na twarz uprzejmy uśmiech w oczekiwaniu nieuchronnej dyskusji. Potężni bogaci mężczyźni albo ich reprezentanci zawsze je wszczynali.

Ale wysłannik Cesarego Chiavariego nie dyskutował. Nie próbował jej przekonać do przyjęcia oferty, przynajmniej słowami. Usiadł naprzeciwko Beatrice w sekretariacie z notatnikiem i ołówkiem i napisał dość pokaźną kwotę wynagrodzenia.

Po każdej odmowie dopisywał kolejne zero, potem następne, póki nie wymamrotała w zadziwieniu, że nie potrafi sobie wyobrazić, jak daleko zajdzie. Ale on nie przestawał.

Kiedy w końcu oniemiała ze zdumienia jego obojętnością na nieprawdopodobną hojność pracodawcy, wreszcie przemówił:

– A więc doszliśmy do porozumienia? – zapytał gładko, gdy wciąż patrzyła w zadziwieniu na szereg zer, nie bardzo potrafiąc sobie wyobrazić, jak przyjęcie proponowanej posady odmieniłoby jej życie.

Nie postawiono przed nią szczególnie trudnego zadania. Mattea była wyjątkowo trudnym dzieckiem, ale sprawowałaby nad nią nadzór tylko tymczasowo, podczas wakacji. Egzaminy, klasówki czy inspekcje rodziców i opiekunów, oczekujących radykalnej transformacji niesubordynowanych uczennic, nie wchodziłyby w grę. Jak zapewnił wysłannik Cesarego, wystarczy, jeżeli zapobiegnie kolejnym skandalom w prasie i będzie trzymać piekielną przyrodnią siostrzyczkę jego mocodawcy z dala od brata, póki ten nie poślubi wybranej przez siebie kandydatki.

Beatrice położyła pod biurkiem rękę na brzuchu – prawdziwej przyczynie rezygnacji z posady. Nadal usiłowała dojść do ładu z konsekwencjami niespodziewanej ciąży, ale od początku postanowiła wychować maleństwo za skromne oszczędności, odłożone na własną emeryturę i być może kolejną nauczycielską pensję, jeżeli następna szkoła nie będzie wymagała od samotnej matki służenia za wzorzec moralności. Ołówkowa spódnica jeszcze skrywała rosnący brzuszek, ale już niedługo. Niedawno jedna z dziewcząt zauważyła, że przybrała na wadze.

Mimo wewnętrznych rozterek, jak mogłaby odrzucić szansę tak radykalnej odmiany losu?

– Kiedy zacznę? – zapytała.

– Pan Chiavari oczekuje pani przybycia do jego rodzinnego majątku w Toskanii za dwa dni – oświadczył jej rozmówca bez szczególnej radości z jej zgody. Niewątpliwie przewidział, że ją uzyska. – Zorganizowano pani transport. Wystarczy, że przyjdzie pani pod ten adres w Londynie punktualnie o dziewiątej rano z całym bagażem, jakiego potrzebuje pani na lato za granicą. Jeżeli będzie pani miała jakieś pytania, to proszę dzwonić o dowolnej porze – oświadczył, pewną ręką wpisując adres i numer telefonu poniżej proponowanej kwoty wynagrodzenia. – Pan Chiavari oczekuje owocnej współpracy – dodał na zakończenie.

Gdyby nie kartka, którą jej podsunął, Beatrice myślałaby, że śni.

Nie wyobrażała sobie, że tak szybko otrzyma nowe zajęcie po rezygnacji z jedynej pracy, jaką wykonywała po ukończeniu kursów pedagogicznych. Z początku tylko uczyła. Przez ostatnich sześć lat pełniła funkcję dyrektorki szkoły. Mimo wszystko szybko pożegnała grono nauczycielskie, za którym będzie tęskniła. Obiecała nie informować nikogo o przyczynie wymówienia. Zarząd jasno dał do zrozumienia, że nie mogliby nadal służyć za wzorce moralności dla panienek, gdyby wyszło na jaw, że dyrektorka oczekuje nieślubnego dziecka.

Niezależnie od czasów, w Averell Academy nadal panowały średniowieczne obyczaje.

Beatrice świeciła przykładem poprawności przez lata. Powinna była przewidzieć, że kiedyś natura dojdzie do głosu.

Wciąż nie mogła zrozumieć, jak to się stało.

Zabrała skromny dobytek ze służbowego pokoju i przeniosła trzy niewielkie walizki do hotelu w Londynie. Przypuszczała, że tuż przed trzydziestką powinna zgromadzić nieco więcej, ale nie zgromadziła.

Rodzice osierocili ją w dzieciństwie. Nie mając żadnych bliższych krewnych, dorastała w rodzinach zastępczych. Wszystko osiągnęła sama dzięki uporowi, determinacji i konsekwencji, aż do tamtej pamiętnej chwili sprzed czterech miesięcy.

Położyła się na porządnie pościelonym łóżku w czystym pokoju niedaleko Covent Garden. Na następny dzień zaplanowała zakup luźniej odzieży, skrywającej jej stan przez najbliższe miesiące. Nie przewidywała trudności. Doświadczenie nauczyło ją, że bogaci pracodawcy, tacy jak Cesare Chiavari, nie zauważają podwładnych. Nie musiała go osobiście znać, żeby to wiedzieć. Wystarczyło pozostawać poza zasięgiem jego wzroku i zarabiać na te zera.

Była to winna dziecku, którego powołania do życia nie zaplanowała. Zamierzała je kochać całym sercem, bezwarunkowo, do końca swoich dni, niezależnie od tego, jak jego narodziny odmienią jej życie.

Zaczęło się niewinnie.

Tuż przed maturą pojechała jako jedna z opiekunek z grupą prymusek do Wenecji. Najlepsze uczennice dostały tę wycieczkę w nagrodę za wzorowe wyniki w nauce i zachowaniu. Ufundował ją wdzięczny ojciec jednej z maturzystek. Nauczycielki i ich podopieczne mieszkały razem w jednej ze wspaniałych kamienic nad cichym kanałem. Dziewczęta korzystały ze wszystkich atrakcji od zwiedzania galerii, przez muzykę, szkło, po zabytki. Ostatniego wieczoru po nastrojowej kolacji pod gwiazdami na jednym z placów zgromadziły się w obszernym holu i zdecydowały, że najwyższa pora odmienić wizerunek pani dyrektor.

Beatrice zawsze utrzymywała dystans pomiędzy sobą a wychowankami. Wiedziała, że to jedyny sposób na utrzymanie dyscypliny. Ale podczas tych zagranicznych wycieczek ze wzorowymi uczennicami, które wkrótce zdadzą maturę, pozwalała sobie i im na nieco luzu.

Miała za sobą ciężki rok z piekielną Matteą Descoteaux, dokuczliwą jak zaraza. Dlatego nabrała ochoty na trochę więcej swobody niż zwykle. Pozwoliła, żeby dziewczęta rozpuściły jej włosy, zakręciły na lokówkach, a nawet zdjęły nieodłączne okulary i zrobiły mocny makijaż, jakiego nigdy nie nosiła i z pewnością nigdy więcej nie nałoży. Nie protestowała też, kiedy nakłoniły ją do włożenia niestosownej sukienki w śmiałym odcieniu czerwieni.

Gdy zerknęła w lustro, zobaczyła szokująco obcą osobę.

– Teraz czas na ostatni krok – orzekła najodważniejsza z podopiecznych, zaczerwieniona z zażenowania własną śmiałością. – Musi pani wyjść na miasto i zobaczyć, co z tego wyniknie.

– To będzie wielka przygoda – westchnęła jedna z bardziej romantycznych dziewcząt.

– Nie zrobię czegoś takiego! – odpowiedziała natychmiast Beatrice, ale z uśmiechem.

Kusiło ją bowiem, żeby wypić kieliszek wina gdzieś, gdzie nikt jej nie zna i niczego od niej nie wymaga. Nie wątpiła, że godzina anonimowości da jej więcej niż pielęgnacja w SPA.

– Proszę sobie przypomnieć, co pani mówiła, gdy nie miałyśmy odwagi przystąpić do ostatniego projektu – przypomniała pierwsza z uczennic. – „Do odważnych świat należy”.

– Pokonałyście mnie moją własną bronią – przyznała Beatrice ze śmiechem.

Doszła do wniosku, że ofiarowały jej dar. Pójdzie na wieczorny spacer w ciepłą wiosenną noc. Obejrzy kanały, odetchnie tajemniczą atmosferą bajkowego miasta i poczuje radość, jakiej zawsze doznawała podczas podróży. Nikt jej tu nie znał. Istniała nikła szansa, że ktoś ją rozpozna. I dobrze – stwierdziła, oglądając swoje odbicie w szybie zamkniętego już sklepu. Bynajmniej nie przypominała surowej dyrektorki szkoły.

Obrała przeciwny kierunek niż zwykle, gdy prowadziła podopieczne w stronę placu Świętego Marka. Pod wpływem impulsu skręcała w zaułki, aż trafiła przed winiarnię, z której oświetlonego wnętrza wychodzili rozweseleni goście.

Nie znała takiego życia, ale doskonale pasowało do jej nowej wersji samej siebie w tę przedziwną noc. W środku panował gwar i wesoła atmosfera. Zaprowadzono ją do stolika w rogu pomiędzy hałaśliwą rodziną z jednej strony a samotnym mężczyzną po drugiej.

Tysiąc razy roztrząsała wydarzenia tamtej nocy. Gdyby zostawiono ją samą, pewnie wypiłaby kieliszek wina, spróbowała smakowitych przekąsek z małych talerzyków, a potem wróciła do dawnej rutyny.

Opowiedziałaby dziewczętom swoje przeżycia. Może nawet nieco ubarwiłaby opowieść, wiedząc, że nic niezwykłego się nie wydarzyło. To właśnie sobie zaplanowała.

Tymczasem nieznajomy, siedzący przy sąsiednim stoliku, zwrócił na nią spojrzenie najbardziej błękitnych oczu, jakie w życiu widziała. I to ono wszystko zmieniło.

Beatrice nadal nie mogła uwierzyć, że postąpiła tak lekkomyślnie, tak nieodpowiedzialnie…

Jednak nawet kiedy przeklinała własną lekkomyślność, to bez specjalnego żalu do siebie.

Gdy popatrzyli na siebie, przepłynął między nimi jakby prąd elektryczny, tak silny, że oboje się roześmiali, prawdopodobnie z zaskoczenia. Albo pod wpływem jego spojrzenia albo też dzięki chwilowej przemianie w zupełnie obcą osobę nie widziała powodu, by powstrzymać śmiech. Nie odmówiła sobie też drugiego kieliszka wina ani sera z miodem, który podał jej z ręki wprost do ust.

Ta obca osoba, jaką stała się tej niezwykłej nocy, nie odmawiała sobie niczego.

Gdy spytał, czy miałaby ochotę poszukać z nim miejsca do tańca, dyrektorka szkoły panna Higginbotham znalazłaby sto powodów do odmowy, ale obca dama w czerwonej sukni ochoczo przyjęła propozycję.

Tańczyli w gorącym, zatłoczonym lokalu, pełnym przytulonych par, potem na łukowatym moście nad ciemną wodą i przy fundamentach, gdzie uliczny muzyk wypełniał piękną melodią powietrze nad cichym kanałem.

Wszystko było magiczne. Widocznie to ta magia sprawiła, że czuła się piękna. Tak piękna, że kiedy ją pocałował, zmiękła w jego objęciach, a potem ochoczo poszła z nim do jego hotelu.

Później ciągle próbowała besztać samą siebie za to, że straciła godność, tarzając się z nim w łóżku. Jednak nawet teraz, znając następstwa, nie czuła wstydu tylko tę samą magię, gdy myślała o jego dziecku. Dziecku mężczyzny, którego imienia nie znała, co czyniło z niej kobietę upadłą, jeszcze bardziej niemoralną niż niesubordynowane nastolatki, które usiłowała wychować na młode damy.

Mimo to, gdy zasypiała tej nocy, wspominała Wenecję.

Dzień po przyjęciu oferty sprawiła sobie obszerną, workowatą garderobę. Wyglądała w niej już na tyle grubo, że kiedy przytyje z biegiem lata, nikt nie zauważy różnicy. Kolejnego ranka poszła pod podany adres i wsiadła do czekającego auta. Została szybko przewieziona na lotnisko. Prywatny odrzutowiec już czekał, żeby zabrać ją do słynnej rezydencji Chiavarich, tak znanej, że z pewnością widziała jej zdjęcia wielokrotnie, ale nie zwracała na nie uwagi.

Znała tylko reputację pracodawcy. Choć szkołę nawiedzały całe tabuny możnych bogaczy, zatroskanych niesubordynacją swoich podopiecznych, Cesare Chiavari najwyraźniej zajmował szczególne miejsce w tym panteonie.

Beatrice wszędzie widywała metki z jego nazwiskiem. Widniało na wszystkim, od czekolad, przez jedwab, budynki, aż po sportowe samochody. Aż nagle Mattea przybyła jesienią do jej szkoły.

Doprowadziła ją kobieta o surowym wyrazie twarzy. Zwięźle przekazała instrukcje szefa. Jasno dała do zrozumienia, że Beatrice osobiście będzie ponosiła odpowiedzialność, jeżeli placówka nie dotrzyma rozlicznych obietnic.

Choć Mattea wychodziła ze skóry, żeby uprzykrzyć wszystkim życie, od tamtej chwili Beatrice spędziła wiele czasu na rozmyślaniach o Cesarem Chiavarim.

Majątek otaczały przepiękne wzgórza pod błękitnym niebem, obsadzone szeregami cyprysów. Miała spędzić lato w tym bajkowym pejzażu, z najbardziej odrażającą piętnastolatką na świecie.

Zamknęła oczy, gdy samolot schodził do lądowania. Wyobraziła sobie przytulną chatkę przy plaży, właśnie tu, z ukwieconym ogrodem w lecie i ogniem w kominku w środku w chłodne szare dni.

Kupi sobie właśnie taką za zarobione latem pieniądze. Tam wychowa dziecko z dala od kłopotów miliarderów i ich siostrzyczek z piekła rodem. Nauczy się gotować. Będzie piekła chleb jak matka, którą ledwie pamiętała. Stworzy maleństwu taki dom, o jakim marzyła w rodzinach zastępczych. Wystarczy, że przetrwa dwa krótkie miesiące w przepięknym toskańskim krajobrazie.

Po wylądowaniu otworzyła oczy i doszła do wniosku, że będzie jej trudno, tylko jeżeli na to pozwoli.

Nie zamierzała do tego dopuścić. Od lat z powodzeniem kierowała szkołą dla trudnej, rozpuszczonej młodzieży. Skierowała wielką liczbę uczennic na drogę ku szczęśliwej, wymarzonej przez ich rodziców przyszłości. Gdyby doskonale nie wykonywała swych zadań, nie trzymano by jej w Averell Academy tak długo.

Równie dobrze poradzi sobie przez dwa krótkie miesiące z jedną rozwydrzoną pannicą, nawet tak piekielną jak Mattea Descoteaux. Jakżeby inaczej?

Wysiadła z samolotu mocno podbudowana, niczym uosobienie optymizmu w podkutych żelazem butach. Dziewczyny jęczały, gdy słyszały to określenie, ale w końcu przyznawały, że najlepiej opisuje panią dyrektor Higginbotham.

Nucąc pod nosem, wsiadła do oczekującego SUV-a i ruszyła krętymi, wąskimi drogami wśród winnic, szeregów cyprysów i terakotowych dachów, rozrzuconych tu i ówdzie po okolicy.

Zamilkła na widok wspaniałej rezydencji na szczycie wzgórza. Podjechali do niej powoli podjazdem wzdłuż brzegów lśniącego jeziora, otoczonego sadami oliwnymi. Na tle malowniczego krajobrazu posiadłość robiła jeszcze większe wrażenie.

Nie ulegało wątpliwości, że zaprojektowano ją po to, żeby imponować innym. Tym niemniej stanowiła prawdziwe dzieło sztuki architektonicznej.

Z niewiadomych powodów Beatrice wspomniała nieznajomego z Wenecji. Swojego kochanka. To słowo tak bardzo nie pasowało do jej szarego, mozolnego życia, że nawet w myślach brzmiało obco. Mimo to je polubiła, pewnie dlatego, że przypominało jej odmienioną wersję samej siebie w śmiałej, czerwonej sukni i z rozpuszczonymi lokami do bioder.

Samochód przystanął przy reprezentacyjnym wejściu. Czekały tam na nią dwie kobiety w wykrochmalonych uniformach i z obojętnymi minami. Kierowca wysiadł i otworzył dla niej drzwi. Wysiadła tak zręcznie, jak zdołała przy braku doświadczenia w eleganckim opuszczaniu samochodów.

– Dziękuję, ale mógł mnie pan podrzucić przed wejście dla służby – powiedziała.

– Pan wydał wyraźne instrukcje – oznajmiła starsza z kobiet z chmurną miną.

– No trudno, ale nie potrzebuję specjalnego traktowania – odrzekła Beatrice z uśmiechem, bynajmniej niezrażona.

Tamta tylko prychnęła w odpowiedzi. Gdy ruszyła ku drzwiom po szerokich schodach, młodsza nie powstrzymała uśmiechu.

– Wytrąciła jej pani broń z ręki – szepnęła z błyszczącymi oczami. – Przez cały dzień gderała i zrzędziła na temat szczególnego statuzu niektórych osób.

Beatrice powstrzymała pokusę skorygowania błędu językowego. Dziewczyna mówiła po angielsku, ale z pewnością nie był to jej ojczysty język.

– Znam swoje miejsce w szeregu – zapewniła. – I tak pozostanie przez cały okres mojego pobytu.

Wiedziała co nieco o obyczajach panujących w rezydencjach bogaczy. Widywała je podczas wizyt u fundatorów i dobroczyńców, mieszkających w nich przeważnie od wielu pokoleń. Mimo to nie starczyło jej siły woli, żeby odebrać trzy żenująco skromne walizki od kierowcy, choć nie potrzebowała tragarza. Bez słowa podążyła w ślad za sztywno wyprostowaną gospodynią.

Dopiero po wejściu na schody zaczęła podziwiać splendor wnętrza. Wielki hol mógłby konkurować z pałacami, które zwiedzały w Wenecji. Ogromne żyrandole lśniły, jakby zrobiono je z prawdziwych diamentów. Zabudowania wzniesiono wokół eleganckiego dziedzińca. Na sufitach wymalowano ozdobne freski.

Gospodyni weszła na piętro schodami dla służby. Następnie wkroczyła do głównego holu z biblioteką po jednej stronie i tarasami po drugiej. Po drodze mijały salony, pokoje pełne dzieł sztuki i zabytkowych mebli. W końcu dotarły do wielkiego apartamentu na końcu. Gdy gospodyni otworzyła dla niej drzwi, Beatrice ujrzała wysoki sufit i otwarte malowane okiennice, odsłaniające kolejny zapierający dech w piersiach widok na basen, pergole i pagody w ogrodzie.

– To apartament dla honorowych gości, może nawet z królewskich rodów, nie dla guwernantki – zaprotestowała Beatrice. – Wystarczyłaby mi najzwyklejsza służbówka.

Gospodyni nie zareagowała, ale Beatrice nie musiała nawet zerknąć na jej młodszą towarzyszkę, żeby wyczuć, że zdała egzamin.

Beatrice nie miała nic przeciwko luksusom, nawet je lubiła, zwłaszcza jeżeli na nie zapracowała. Przypuszczała, że wymarzona chatka nad brzegiem morza będzie jej ulubionym luksusem, ale na razie miała inne troski.

– Przypuszczam, że tak pięknie urządzony pokój musi leżeć w pobliżu tych zajmowanych przez rodzinę. Zważywszy moją pozycję, nie byłoby stosowne, gdybym tu zamieszkała – dodała po chwili.

Obydwie jej towarzyszki przystanęły i wymieniły znaczące spojrzenia.

– To prawda – przyznała starsza. – Panienka Mattea mieszka zaledwie dwa pokoje dalej.

– Więc zarezerwujcie go dla kogoś, kto bardziej ode mnie zasługuje na taki komfort – poprosiła uprzejmie Beatrice.

Widziała, że nawet jeżeli nie zyskała przyjaciółek, to zdobyła szacunek gospodyni, taktownie dając do zrozumienia, że wolałaby przebywać nieco dalej od podopiecznej… jak każdy, kto nie widzi w bliskości pracodawców szansy na awans.

Właśnie dała do zrozumienia, że przyjechała tu tylko do pracy. Odetchnęła z ulgą, gdy umieszczono ją w schludnym pokoiku na poddaszu z całym niezbędnym wyposażeniem, bez biblioteki i innych zbytków.

– Proszę się rozgościć – zachęciła gospodyni. – Pan Chiavari będzie oczekiwał pani przybycia w głównym holu punktualnie o dwunastej. Czy chce pani nosić służbowy uniform podczas pobytu tutaj?

– Raczej nie – odpowiedziała Beatrice z autentycznym żalem.

Fragment książki

Zarif był znudzony. Ponętne kształty kochanki przestały na niego działać. Kobieta siedziała nago wśród rozrzuconej pościeli i przeglądała się w lustrze. Mlecznobiałą szyję zdobił przepiękny rubinowy wisiorek na złotym łańcuszku.

– Jesteś bardzo hojny. Dziękuję. – Odwróciła się ku niemu i przymilnie zmrużyła oczy.

Odpowiedział jej półuśmiechem i poprawił krawat.

Lena nie była głupia. Wiedziała, że cenny drobiazg jest pożegnalnym prezentem i że wkrótce będzie musiała opuścić luksusowy apartament w Dubaju i wyruszyć na poszukiwanie kolejnego bogacza łasego na jej wdzięki.

W sytuacji Zarifa seks nie był problemem. Do sypialni zapraszał jednak wyłącznie amatorki, a romanse opierały się na jasnych zasadach. On zapewniał kobietom komfortowe życie, one zaś z wdzięcznością zaspokajały jego potrzeby. Kobiety te wiedziały, co to dyskrecja, i rozumiały, że nagłośnienie sprawy w mediach byłoby ze wszech miar nierozsądne.

Zarif miał więcej powodów, by dbać o publiczny wizerunek bardziej niż inni mężczyźni w jego wieku. Gdy ukończył dwanaście lat, został królem Vashir. Do czasu osiągnięcia pełnoletności władzę w jego imieniu sprawował wuj pełniący funkcję regenta. Zarif był ostatnim z rodu feudalnych władców, którzy mieli prawo zasiadać na szmaragdowym tronie w starym pałacu. Vashir miał bogate złoża ropy naftowej, ale był bardzo konserwatywnym krajem i gdy tylko Zarif napomykał o konieczności wejścia w końcu w dwudziesty pierwszy wiek, spotykał się z oporem Rady złożonej z dwunastu szejków, z których każdy dawno temu przekroczył sześćdziesiątkę. Rada zwracała się do niego z prośbą o przemyślenie pomysłu, a on za każdym razem przyznawał jej rację.

– Będziesz się żenił? – zapytała Lena dość niespodziewanie, by po chwili spojrzeć przepraszająco. – Wybacz, to nie moja sprawa.

– Prawdopodobnie niedługo – rzucił. Następnie wygładził dłońmi marynarkę i ruszył w stronę drzwi.

– Twoja żona będzie prawdziwą szczęściarą.

Zarif zmarszczył brwi i nacisnął klamkę. Jeszcze w windzie zastanawiał się nad tym, co powiedziała Lena. Szczęście nie było wpisane w historię małżeństw zawieranych przez jego przodków. Zwykle małżeństwa były aranżowane i rodziło się w nich mało dzieci. Zarif też był jedynym dzieckiem swojej matki. Miał dwadzieścia dziewięć lat i był singlem, a właściwie wdowcem. Jego żona Azel i ukochany syn Firas zginęli w wypadku samochodowym siedem lat temu. Być może także z tego względu Rada traktowała go trochę łagodniej.

Po śmierci żony i syna Zarif myślał, że nigdy nie otrząśnie się z tak wielkiej straty. Każdy szanował jego prawo do żałoby, ale on wiedział, że ciążą na nim obowiązki i nie może odkładać kolejnego małżeństwa w nieskończoność. Musiał zapewnić krajowi następcę tronu. Jednak wcale nie miał ochoty powtórnie się żenić. Pogodził się już ze swoją samotnością, a nawet ją polubił.

Prywatnym odrzutowcem wrócił do Vashir. Przed lądowaniem zmienił szykowny garnitur na tradycyjny strój arabski, składający się z długiej białej tuniki, beżowej peleryny i nakrycia głowy. Był gotowy do uroczystości otwarcia nowego muzeum w centrum stolicy królestwa. Dopiero po spełnieniu obowiązków głowy państwa będzie się mógł zaszyć w starym pałacu, który był jego prywatną rezydencją ukrytą wśród w bujnej zieleni otaczających ją ogrodów. Nie dorównywała co prawda nowoczesnemu pałacowi, który jakiś czas temu wzniesiono po drugiej stronie miasta i który pełnił funkcję siedziby rządu, ale Zarif wychował się tutaj i nie chciał go opuszczać.

Teraz, gdy jego wuj Halim chorował, Zarif poświęcał mu mnóstwo czasu. Pod wieloma względami wuj zastępował mu ojca, którego Zarif nigdy nie miał okazji poznać. Halim był skromnym i łagodnym człowiekiem. Nauczył go wszystkiego, co było potrzebne do sprawowania władzy: sztuki negocjacji, samodyscypliny i sprawiedliwości.

W gabinecie Zarif zastał swojego doradcę finansowego i księgowego Yamana. W przeciwieństwie do przyrodnich braci, którzy wyrobili sobie nazwiska w świecie finansjery, Zarif niezbyt interesował się ekonomią. Ze względu na złoża ropy Vashir stał się zamożnym państwem na długo przedtem, zanim się urodził, toteż dorastał otoczony bogactwem. Czuwanie nad majątkiem przyszłego władcy powierzono Yamanowi.

– Czy coś się stało? – zapytał Zarif, nieco zaskoczony. Yaman rzadko pojawiał się bez zapowiedzi.

– Jest pewna sprawa. Uznałem, że wasza wysokość musi o niej wiedzieć – powiedział Yaman z grobową miną.

– Słucham. – Zarif oparł się o krawędź biurka. Ciemne oczy wpatrywały się w doradcę.

Yaman nieznacznie się skrzywił.

– Chodzi o pożyczkę, której udzielił pan Jasonowi Gilchristowi trzy lata temu.

Zarif wyprostował się, słysząc nazwisko przyjaciela z dawnych lat. Jednak słowa Yamana przywołały w jego pamięci obraz siostry Jasona, Eleonory. Była prześlicznym stworzeniem o złocistych, układających się w miękkie fale włosach, szafirowych oczach i smukłych nogach gazeli. Zarif zachmurzył się. W jego uszach wciąż rozbrzmiewało raniące pożegnanie, jakim go uraczyła, gdy widzieli się po raz ostatni.

„Jestem Angielką. Nie mogłabym żyć w kulturze, która traktuje kobiety jak obywateli drugiej kategorii. Zresztą, czy ja wyglądam na przyszłą królową?”

Zarif westchnął i przykre wspomnienie zbladło.

– Jakieś problemy? – zapytał, wkładając dużo wysiłku w to, by głos zabrzmiał naturalnie.

Ella weszła do pogrążonego w ciszy domu. Była tak zmęczona, że jedynie siłą woli powstrzymywała się od zamknięcia powiek i dojścia do łóżka zupełnie po omacku.

Spod drzwi prowadzących do salonu przezierało światło. Jason jeszcze nie spał. Na palcach przemknęła obok zamkniętych drzwi. Nie czuła się na siłach, by odbyć kolejną kłótnię ze swoim porywczym bratem. W kuchni panował bałagan. Stół był zastawiony talerzami. Krzesła wciąż stały poodsuwane, w takiej samej pozycji, w jakiej wszyscy je zostawili, zrywając się na równe nogi, gdy Jason powiadomił rodzinę o bankructwie.

Ella nie chciała rozpamiętywać tego smutnego wydarzenia i od razu zabrała się do sprzątania.

Bez rodziców dom nie wydawał się już tak przyjazny jak dawniej. Przypomniała sobie matkę leżącą bez ruchu na szpitalnym łóżku, bladą i nagle postarzałą, i ojca, którego ramionami wstrząsał szloch. Łzy napłynęły jej do oczu. Szybko zamrugała powiekami, by się nie rozpłakać. Użalanie się nad sobą i tak nie odwróci biegu wydarzeń.

Horror minionych czterdziestu ośmiu godzin osiągnął w tej chwili ciężar trudny do uniesienia. A wszystko zaczęło się, gdy Jason ogłosił, że rodzinna firma stoi na skraju bankructwa, a dom ich rodziców, w którym wszyscy mieszkali, prawdopodobnie pójdzie pod młotek. Rodzice dopiero co wrócili z rejsu po Morzu Śródziemnym, na który namówił ich Jason, obiecując, że zajmie się firmą podczas ich nieobecności. Ojciec o mało nie wyszedł z siebie na wieść, że coś podobnego mogło się wydarzyć w tak krótkim czasie. Gerald Gilchrist pobiegł do biura przejrzeć księgi i zadzwonić do banku, by dał im trochę czasu. Jason został w kuchni i próbował wytłumaczyć sytuację matce.

Początkowo Jennifer Gilchrist nie zdradzała objawów paniki. Wierzyła, że jej mądry syn będzie umiał poradzić sobie z tą sytuacją. W przeciwieństwie do męża nie potępiła Jasona nawet wtedy, gdy się dowiedziała, że sfałszował ich podpisy, aby zastawić dom. Uznała, że próbował w ten sposób ochronić ich przed kłopotami finansowymi.

Trudno się jej było dziwić, skonstatowała Ella ironicznie. Jason zawsze był oczkiem w głowie rodziców i wszystko mu wybaczali, nawet kiedy kłamał. Jej brat, obdarzony zarówno inteligencją, jak i atletyczną figurą, błyszczał przez całe dzieciństwo i młodość, napawając rodziców niekłamaną dumą. Zupełnie nie dostrzegali jego drugiej, ciemniejszej strony, która objawiała się brakiem skrupułów. Zapracowywali się ponad siły, aby wysłać go do prywatnej szkoły, a kiedy dostał się na Oxford, gratulowali mu sukcesu.

Podczas studiów Jason nawiązał wiele znajomości z przeważnie bogatszymi od siebie kolegami. Być może już w tym okresie dał się ponieść chciwości, która zawsze wpędzała go w kłopoty. A może nastąpiło to dopiero wtedy, kiedy po pierwszych sukcesach w karierze bankowca kupił sobie porsche i zaczął brylować w towarzystwie? Pokusa szybkiego wzbogacenia się zawsze sprowadzała go na złą drogę. Pół biedy, jeśli pakował się w kłopoty sam. Ale teraz pociągnął za sobą całą rodzinę. Tego Ella nie mogła mu wybaczyć.

Najgorsze już chyba mieli za sobą, pomyślała, chociaż biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności, było to marne pocieszenie. Matka wytrwale broniła Jasona, ale kiedy do jej świadomości dotarła wreszcie groza sytuacji, biedna kobieta doznała ataku serca. Przerażona Ella wezwała karetkę i matkę cudem udało się odratować. Ojciec został w szpitalu. Czekał, aż żona wybudzi się po operacji. Poza obawą o zdrowie Jennifer, dręczyło go ogromne poczucie wstydu. Gorączkowo przeliczał w pamięci oszczędności ulokowane na kontach, ale czuł, że nie wystarczy ich nawet na wypłacenie pensji pracownikom. Nie patrzył synowi na ręce. Nie dopilnował. Uwierzył zapewnieniom, że wszystko będzie dobrze.

Ella odwróciła głowę, słysząc za sobą szmer. W drzwiach kuchni stał Jason, jej potężny brat o figurze rugbysty i minie nieznoszącej sprzeciwu. W dłoni trzymał szklankę whisky.

– Co z mamą? – zapytał szorstkim tonem, od którego aż się wzdrygnęła.

– Wciąż nie odzyskała przytomności, ale lekarze są dobrej myśli – odpowiedziała spokojnie i wróciła do zmywania naczyń. Nie miała ochoty na rozmowę. Jason nie pofatygował się z nimi do szpitala tamtego feralnego wieczora. Nie odwiedził matki także dzisiaj.

– To nie moja wina, że miała atak serca – rzucił z nieskrywaną agresją.

– Nie mówię, że twoja – odrzekła, nawet się nie odwracając.

– Mogła trafić do szpitala kiedykolwiek. A tak przynajmniej wszyscy byli w domu – tłumaczył mętnie.

– Chcę cię o coś zapytać. – Obróciła głowę w jego stronę. – Ta pożyczka, o której mówiłeś trzy lata temu…

– O co ci chodzi? – Jason odsunął szklankę od ust. Widać było, że nie ma ochoty odpowiadać na żadne jej pytania.

– W jakim banku ją zaciągnąłeś?

– Żaden bank nie dałby mi takiej kwoty bez zabezpieczenia. – Spojrzał na nią z politowaniem. – Zarif pożyczył mi pieniądze.

Ella drgnęła, słysząc wypowiedziane na głos znajome imię. Talerz wyślizgnął jej się z rąk i uderzył o krawędź zlewu.

– Zarif? – zapytała z niedowierzaniem.

– Gdy w banku mi odmówili, Zarif zaproponował, że pożyczy mi pieniądze na rozwinięcie biznesu. Bez odsetek i bez spłat przez pierwsze trzy lata. Tylko głupiec by nie skorzystał – wyjaśnił Jason z ledwie skrywaną satysfakcją.

– To… miło z jego strony. – Ella z trudem przełknęła ślinę, wytarła dłonie i odwróciła się w stronę brata. Uczucia, które, jak sądziła, umiała już kontrolować, przepełniły jej serce, przypominając jedno z najdziwniejszych doświadczeń jej niedługiego życia. – Ale przecież ty nie założyłeś własnej firmy, tylko zostałeś wspólnikiem ojca.

– Tam dom twój, gdzie serce twoje. – Uśmiechnął się nieprzyjemnie i wychylił resztkę alkoholu. – Firma rodziców stała w miejscu, dopóki się nie pojawiłem.

Ella zacisnęła zęby. Wolałaby, żeby Jason doprowadził do bankructwa swoją firmę. Firma rodziców może i nie przynosiła spektakularnych dochodów, ale zapewniała wszystkim spokojne życie.

– Naprawdę wziąłeś od niego pieniądze?

– Kiedy miliarder macha ci gotówką przed oczami, zawsze bierz – zadrwił. – Chyba rozumiesz, że Zarif pożyczył mi te pieniądze wyłącznie dlatego, że miałaś wyjść za niego za mąż. Bezrobotny szwagier byłby dla niego kłopotem.

Ella poczuła, jak mięśnie wokół kręgosłupa naprężają się, zamykając ją w tak ciasnym kokonie, że z trudem oddychała.

– Jeśli to prawda, powinieneś był mu zwrócić pieniądze, gdy się rozstaliśmy.

– Wy się nie rozstaliście. Dałaś kosza najlepszej partii na całym świecie. Jeśli szukasz winnych tego całego bałaganu, to spójrz w lustro.

Ella szeroko otworzyła swoje niebieskie oczy, a na policzki wystąpił rumieniec sygnalizujący gniew.

– Chcesz powiedzieć, że jestem odpowiedzialna za to, co się stało?

W oczach Jasona błysnęło rozżalenie.

– Odrzucając jego oświadczyny, okazałaś się egoistką i jeszcze go obraziłaś. Przez ciebie straciłem przyjaciela. Nigdy więcej się do mnie nie odezwał.

Opuściła głowę. Jej twarz przesłoniły blond loki.

– Po prostu do siebie nie pasowaliśmy – powiedziała, patrząc na podłogę. Jej głos zabrzmiał niepewnie.

– Kiedy pożyczałem pieniądze od Zarifa, byłem pewien, że go poślubisz. Oczywiście więc, że to twoja wina, że jesteśmy teraz w takiej sytuacji. Zresztą sama też korzystałaś z tych pieniędzy.

Ella powoli podniosła głowę. Skąd przyszedł mu do głowy taki zarzut?

– Z jakich pieniędzy? Nigdy nie tknęłam pieniędzy Zarifa.

– Ależ tknęłaś. – Jason uśmiechnął się ze złośliwą satysfakcją. – Jak ci się zdaje, skąd się wzięła kasa na to, żebyś mogła razem z Cathy otworzyć sklep?

Ella patrzyła na brata z rosnącym przerażeniem.

– Powiedziałeś, że to twoje oszczędności! A teraz okazuje się, że wziąłeś pożyczkę od Zarifa?

– Jakie oszczędności? Byłem zadłużony po uszy. Kredyt na samochód, pożyczki w banku, hipoteka…

Ella przyłożyła dłoń do czoła, próbując odtworzyć w pamięci ciąg wydarzeń. Zaraz po studiach razem ze swoją przyjaciółką Cathy postanowiły otworzyć księgarnię w miasteczku, gdzie mieszkały. Ella pożyczyła od Jasona pieniądze na udział w przedsięwzięciu i co miesiąc regularnie spłacała pożyczkę. Po dwóch i pół roku nadal była biedna jak mysz kościelna i musiała mieszkać z rodzicami. Księgarnia radziła sobie całkiem dobrze, ale nie na tyle, żeby po zapłaceniu raty stać ją było na luksusy w rodzaju własnego samochodu czy mieszkania. Cathy, córka zamożnych rodziców prowadzących sieć domów opieki dla seniorów, była w znacznie lepszej sytuacji, ponieważ sklep nie był jej jedynym źródłem utrzymania.

– Oszukałeś mnie – powiedziała roztrzęsiona. Drżące ręce przycisnęła do skroni. – Nigdy nie wzięłabym tych pieniędzy, gdybym wiedziała, że pożyczyłeś je od Zarifa. – Chwiejnym krokiem podeszła do stołu kuchennego i opadła na krzesło. – Jeśli to prawda, co mówisz, to oczywiście mam udział w twoim długu wobec Zarifa, ale nie możesz winić mnie za to, że resztę tych pieniędzy przepuściłeś na głupoty.

– Miałaś wyjść za niego za mąż. Gdyby doszło do ślubu, nie siedzielibyśmy teraz w tym bagnie.

Ella chciała się zerwać z miejsca, ale nie miała siły. Z odrazą obserwowała brata, który nie potrafił się pogodzić z porażką i nie umiał wziąć na siebie odpowiedzialności.

– Złamałeś prawo, fałszując podpisy rodziców. Kłamałeś w żywe oczy, mówiąc ojcu, że z firmą wszystko w porządku. Oszukałeś mnie, pożyczając mi pieniądze, które nie były twoją własnością. Jak w ogóle śmiesz obarczać mnie winą?

– Jesteś egoistką. – Jason poczerwieniał na twarzy, a Ella skuliła się na krześle. – Przez ciebie mamy kłopoty, więc bądź tak miła, spotkaj się z nim i poproś, żeby dał nam trochę czasu na załatwienie spraw.

– Mam się z nim spotkać? Zwariowałeś?

– A kto miałby to zrobić? Jeśli nie wzruszy go piękna kobieta błagająca o przysługę, to nie wiem co…

Perspektywa błagania Zarifa o cokolwiek przyprawiła Ellę o dreszcze.

– Nie mogę. – Minęło już tyle czasu, a Zarif wciąż budził w niej trudne do zdefiniowania uczucie tkliwości albo może tęsknoty.

– Ze mną raczej nie będzie chciał rozmawiać, ale z tobą się spotka, choćby z czystej ciekawości – przekonywał Jason. – Nawet nie będziesz musiała do niego lecieć. Pojutrze będzie tutaj z okazji otwarcia pawilonu naukowego na Uniwersytecie Oxfordzkim.

Twarz Elli była blada jak płótno.

– To bez znaczenia. Nie spotkam się z nim!

– A gdyby to miało uratować rodziców? – Jason wiedział, w które struny uderzyć. – Pomyśl logicznie. Jesteś naszą ostatnią nadzieją.

– Nie jestem odpowiedzialna ani za twoją pożyczkę, ani za to, że zastawiłeś dom rodziców – powiedziała, rozważając, że może jednak Jason ma rację i upierając się przy swoim, wychodzi na skrajną egoistkę.

Czy Jason nią manipulował, by ratować swoją skórę, czy rzeczywiście chciał pomóc rodzicom? I czy naprawdę wierzył w to, że Zarif ją wysłucha? Zarif lubił i szanował jej rodziców. Prawdopodobnie nie miał pojęcia o tym, jak Jason wykorzystał jego pożyczkę ani o tym, że doprowadził rodzinę do ruiny.

– Masz w ogóle pojęcie, jak cenna jest przyjaźń takiego bogacza? Nie rozumiesz, że odrzucając go wtedy, zniszczyłaś moje plany i nadzieje? Z pomocą Zarifa mógłbym rozwinąć skrzydła.

– Szkoda, że sam nic nie potrafisz osiągnąć.

– Co powiedziałaś? – Jason doskoczył do stołu.

Ella wstała i wyminęła go.

– Nic nie powiedziałam. Idę spać. Jestem wykończona.

– Wredna suka! – mruknął, sądząc, że go nie usłyszy. – Mogłaś mieć u stóp cały świat – rzucił za nią. – A co wybrałaś? Połowę udziałów w ledwie zipiącym sklepiku.

Odwróciła głowę, patrząc na niego dumnie.

– Przynajmniej uczciwie zarabiam na życie.

Wiadomość o tym, że pieniądze na sklep pochodziły od Zarifa, wytrąciła ją z równowagi i krążyła w świadomości jak upiór po opuszczonych komnatach starego zamczyska.

 

 

Napisz swoją recenzję

Podziel się swoją opinią
Twoja ocena:
5/5
Dodaj własne zdjęcie produktu:
Recenzje i opinie na temat książek nie są weryfikowane pod kątem ich nabywania w księgarniach oraz pod kątem korzystania z nich i czytania. Administratorem Twoich danych jest HarperCollins Polska Sp. z o.o. Dowiedz się więcej o ochronie Twoich danych.
pixel