Kręte ścieżki miłości
Przedstawiamy "Kręte ścieżki miłości" nowy romans Harlequin z cyklu HQN ŚWIATOWE ŻYCIE.
Arystokratka Beatrice Medford i miliarder Mason Foxx poznają się podczas imprezy i zafascynowani sobą spędzają razem noc. Nazajutrz Mason dowiaduje się, że ojciec Beatrice chętnie widziałby w nim męża dla swojej córki. Podejrzewa, że Beatrice specjalnie go uwiodła. Ona zaś, nie chcąc być przedmiotem dalszych intryg, wyjeżdża i podejmuje pracę w hotelu w Portofino. Cieszy ją zdobyta niezależność i nie obawia się też tego, że zostanie samotną matką. Niespodziewanie pół roku później do Portofino przyjeżdża Mason…
Fragment książki
Mason Foxx siedział przy długim na kilkanaście metrów barze wyciosanym z jednego pnia mahoniu. Przed nim stał kieliszek lekko ciepłego różowego Dom Pérignon 1959. Patrzył na gości prowadzących rozmowy i objadających się darmowymi przekąskami w przestronnej hali poniżej, udekorowanej sztuczną roślinnością. Trwało przyjęcie z okazji premiery wody perfumowanej dla mężczyzn, która jego zdaniem wyraźnie zalatywała pleśnią.
Dawny budynek elektrowni na południowym brzegu Tamizy został wybebeszony kilka lat temu i poddany rewitalizacji. Powstało w nim centrum rozrywkowe.
Mason uśmiechnął się nieznacznie. To zabawne, że tak ultranowoczesny i utrzymany w minimalistycznym stylu pałac ze stali i szkła znajdował się o rzut beretem od ponurej nory, w której dorastał. Bezwiednie potarł kciukiem bliznę nad brwią. Przypominała mu dzieciństwo i to, jak ciężko walczył, by nigdy więcej nie znaleźć się w podobnym miejscu.
Na jego twarzy odmalowała się pogarda. Żaden ze zgromadzonych tu dziś licznie narcyzów nie miał pojęcia, jak to jest toczyć bój o najdrobniejsze rzeczy, by przeżyć. Z drugiej strony, imperium hotelowe, które stworzył i bezustannie rozbudowywał, wiązało się z takimi wydarzeniami jak dzisiejszy raut. I jeśli czegoś mu brakowało z dawnych czasów, to adrenaliny. Wolałby chyba dostać parę kopniaków pod pubem The Dog and Duck albo szwendać się po ulicach Bermondsey niż siedzieć tutaj, popijając nieziemsko drogie bąbelki i nudząc się niemiłosiernie.
Ale The Dog and Duck też padł ofiarą buldożerów jakąś dekadę temu, a dzielnica Bermondsey była teraz równie zgentryfikowana jak reszta Southwark. Zbóje, których bał się jako nastoletni chłopak, siedzieli w pudle lub poumierali. Trzeba jednak przyznać, że były to postacie z krwi i kości w przeciwieństwie do tej masy pustych, pozbawionych talentu bogatych dzieciaków, korposzczurów i celebrytów, którzy regularnie pojawiali się na tego typu imprezach.
Wychylił resztkę szampana i odstawił kieliszek na blat. Pora wracać do pustego apartamentu na ostatnim piętrze hotelu Foxx Grand w Belgravii albo do równie pozbawionego duszy loftu w Foxx Suites z widokiem na Tower Bridge. Tu mógł powspominać stare czasy i łotrzyków, którzy zmienili wtedy jego życie w piekło.
– Podać szampana, sir? – spytał młody barman.
– Nie, dzięki. Prowadzę. I nie mów do mnie sir.
Barman stropił się i zaśmiał z przymusem. Po chwili jednak jego spojrzenie powędrowało za plecy Masona. W oczach barmana odbił się zachwyt.
– A niech mnie! Jest jeszcze piękniejsza niż na zdjęciach.
Mason zaczął powoli odwracać głowę, nie spodziewając się niczego więcej jak rozczarowania. Przez jego łóżko przewinęło się sporo kobiet, ponadto był przekonany, że sam wygląd to niewiele. Tym razem jednak musiał zmienić zdanie.
Zatrzymał spojrzenie na kobiecie, o której mówił barman. Jego umysł przypominał pustą kartkę papieru, a serce spowolniło, by po chwili pogalopować z prędkością jakichś pięciu tysięcy uderzeń na minutę. Przymiotnik „piękny” zupełnie nie oddawał jej urody.
Kobieta ubrana była w zwiewną błękitną suknię, która otulała idealne kształty, iskrząc się w świetle padającym na część barową usytuowaną na balkonie. Miała typ królewskiej urody, którą dawni poeci opiewaliby w sonetach. Patrząc na nią, Mason zastanawiał się, czy jej mlecznobiała skóra jest tak miękka w dotyku, na jaką wyglądała.
Poczuł przemożną ochotę, by dotknąć blond loków upiętych w misterną fryzurę, wsunąć w nie palce i…
Schował dłonie w kieszeniach spodni i zacisnął je mocno, próbując się skoncentrować. Owszem, chętnie pofolgowałby instynktowi, ale nawet on nigdy tak bardzo nie pragnął kobiety, a już na pewno nie takiej, którą dopiero co zobaczył. Nie spodobało mu się to wcale a wcale, a to dlatego, że przypominało mu dzieciństwo, kiedy z zazdrością patrzył na idealne według niego życie innych ludzi.
Kobieta spojrzała na niego, jakby przyciągnął ją myślami. Mógł się teraz lepiej przyjrzeć jej delikatnym i doskonale symetrycznym rysom. Podkreślone ciemnym makijażem oczy wydawały się ogromne i dziwnie… niewinne.
Oczywiście, musiała grać. Żadna kobieta w tym typie nie mogła nie być świadoma wrażenia, jakie robi na otoczeniu.
Czubkiem języka zwilżyła wargi, co skłoniło Masona do poświęcenia im chwili uwagi. Były tak kształtne, uwodzicielsko wilgotne i wprost stworzone do pocałunków, że na samą myśl o tym zaschło mu w gardle.
Nabrał powietrza w płuca, poirytowany szturmem krwi w okolice lędźwi i związanym z tym stanem oszołomienia. Mimo tych wszystkich dziwnych sensacji, nie mógł oderwać oczu od kobiety. Zobaczył, jak jej wielkie oczy rozszerzają się jeszcze odrobinę i zupełnie nagle kobieta wzdrygnęła się. O co jej mogło chodzić? Chyba nie przeczytała z daleka jego niesfornych myśli? Zanim zdecydował się na jakąkolwiek reakcję, odwróciła się i zniknęła.
Przez kilka długich chwil stał bez ruchu jak manekin na wystawie, zastanawiając się, czy kobieta pojawiła się tu naprawdę, czy może była wytworem jego rozerotyzowanej wyobraźni. Nie był na randce od ponad miesiąca. Głównie dlatego, że Della nie mówiła o niczym innym jak o zamieszkaniu z nim.
– A niech mnie! – powtórzył barman. – Dlaczego nazywają ją Królową Śniegu? Nie ma chyba gorętszej kobiety od niej?
– Kto to w ogóle jest? – spytał Mason, po raz pierwszy w życiu żałując, że nie czytał regularnie kolumn plotkarskich.
– To Beatrice Medford – wyjąkał mężczyzna z nabożeństwem. – Córka lorda Henry’ego Medforda.
Córka Medforda? Poważnie? Mason znał przecież Medforda, to znaczy, spotkali się kilka razy w ekskluzywnym klubie dżentelmenów, do którego Mason wstąpił parę lat temu, głównie zresztą po to, by utrzeć nosa bogatym snobom, którzy się tam pojawiali. Medford był pompatycznym dupkiem, który odziedziczył fortunę i przehulał zdecydowaną jej większość. Nie umiałby rozpoznać świetnej inwestycji, nawet gdyby wpadła mu prosto w ręce.
Jakim cudem kobieta tak piękna dzieliła tę samą pulę genów co ten pajac Medford?
– Jest też szwagierką Jacka Wolfe’a – dodał barman półgłosem. – Byli zaręczeni kilka lat temu, ale on poślubił jednak jej starszą siostrę, Katherine. Rozpisywały się o tym wszystkie brukowce.
Mason nadal wpatrywał się w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą stała Beatrice Medford.
Wolfe. Jego Mason znał dużo lepiej niż Medforda. Wywodzili się z podobnego środowiska. Podobnie jak Mason, Jack Wolfe był inteligentnym, ambitnym i bezwzględnym biznesmenem. Zanim się ożenił, urodziło mu się dziecko i został domatorem. Poznał także jego żonę. I choć Katherine cechowała zmysłowość, która uziemiła Wolfe’a, Mason nie mógłby powiedzieć, że jest w jakiś sposób podobna do bogini, którą w swej wyobraźni zdołał już rozebrać do naga i która zniknęła, jakby była duchem.
– Proszę, proszę – zwrócił się do barmana z udawaną obojętnością. Pożądanie nadal buzowało w jego żyłach i to go w pewnym sensie niepokoiło. Coś podobnego czuł ostatnio, będąc nastolatkiem.
A więc bogini urodziła się w arystokratycznej rodzinie. Stąd ta królewska gracja, ale też bogactwo, przywileje i poczucie wyższości, które zawsze uważał za coś absolutnie odstręczającego.
Z drugiej strony tak dawno nie czuł tego dreszczyku emocji towarzyszącego uganianiu się za kobietą. Może strącenie jakiejś księżniczki z piedestału uratowałoby dzisiejszy, w większości nudny wieczór.
Podszedł do balustrady balkonu i spróbował poszukać jej wśród ludzi na dole. Nie było to trudne. Jasne jak słońce włosy przykuły od razu jego uwagę.
Na dole przyciemniono światła i znany didżej na scenie znajdującej się na samym końcu przestronnej sali rozpoczął swój set.
Mason zszedł na dół, pokonując kręte metalowe schody prowadzące prosto na parkiet pełny już ludzi kołyszących się w rytm dudniącej muzyki. Kolorowe lasery przecinały kłęby sztucznego dymu. Cała ta atmosfera zdawała się podsycać w nim ciekawość.
Co prawda wątpił, by nadal pragnął córki Medforda, gdy już z nią porozmawia. Miał wyjątkowo niski poziom tolerancji dla wyszczekanych damulek z towarzystwa.
Przed sobą dostrzegł blond koczek i jego właścicielkę, wchodzącą po schodach prowadzących na zewnątrz. Czyżby już zamierzała wymknąć się do domu?
Nie tak szybko, słonko…
Kim był ten facet przy barze? Wyglądał, jakby chciał mnie połknąć w kilku kęsach…
Beatrice Medford uniosła nieco wyżej długą suknię i prawie wbiegła na schody. Powinna być wzburzona. Przyglądał się jej figurze, jakby była jego własnością. Większość mężczyzn patrzyła na nią z zachwytem lub podziwem. Widzieli w niej klasę, urodę i godność, które były elementami fasady stworzonej przez jej ojca.
Ale wzburzenie jakoś nie chciało się pojawić i gdyby miała być zupełnie szczera, to o wiele bliżej jej było do ekscytacji i podniecenia, co było naprawdę dziwne z dwóch powodów. Męskie spojrzenia nigdy nie doprowadziły jej do takiego stanu, a poza tym przyszła tu właściwie z musu i źle się czuła w zbyt odważnej, prześwitującej sukni i na zbyt wysokich obcasach. Zrobiła to tylko dla ojca, który ją tu przysłał.
Powinna była się mu postawić, zwłaszcza że doskonale wiedziała, dlaczego kazał się jej pokazać na premierze zapachu Cascade Scent. Henry Medford był coraz bardziej zdesperowany, by wydać córkę za pierwszego miliardera, który się nawinie, a powodem tego były jego kulejące finanse.
Dziś po południu, gdy była u niego w gabinecie, przedstawił jej listę odpowiednich kandydatów, z którymi powinna „nawiązać kontakt”. Do teraz miała w pamięci chłodne spojrzenie, jakim ją otaksował, będące mieszaniną wyrachowania i pogardy. Na liście znalazł się trzykrotnie rozwiedziony bankier inwestycyjny, starszy nawet od ojca, i magnat hotelowy, wywodzący się z szemranych okolic w południowym Londynie, słynący z licznych romansów.
Dzięki, tato. Równie dobrze mógłbyś kazać mi stanąć pod latarnią.
Beatrice westchnęła i weszła do jednego z położonych na uboczu barów. Stała teraz, bezradnie patrząc na tłum ludzi blokujący jej drogę do wyjścia.
Tym razem powinna kazać ojcu spadać, co zresztą od wielu lat sugerowała jej Katie, zamiast dać się wyekspediować na to przyjęcie w prawie prześwitującej sukience i pantoflach, od których bolały ją stopy. Wolałaby stopić się ze ścianą niż „nawiązać kontakt” z którymś z zasugerowanych przez ojca mężczyzn, którzy bez wątpienia byli równie bezwzględni jak on sam.
Tylko raz przeraziła się ojca… Miała wtedy dwanaście lat i była świadkiem dzikiej awantury, jaką urządził szesnastoletniej wtedy Katherine, a następnie wyrzucił ją z domu. Do teraz nie mogła sobie darować, że nie kiwnęła palcem w jej obronie. Zamiast tego ukryła się w kącie, zasłoniła dłońmi uszy i zamknęła oczy, udając, że w ogóle jej tam nie ma.
Potem Katie ułożyła sobie życie z Jackiem Wolfe’em, który najpierw był narzeczonym Beatrice, ale niestety byli zupełnie niedobrani pod względem charakterologicznym. Poprosiła więc Katie, by spotkała się z nim i rzuciła go w jej imieniu. To wtedy oboje wpadli sobie w oko i Beatrice uznała, że w pewnym sensie spłaciła dług wobec siostry. Teraz nadeszła pora, by to ona ułożyła sobie życie, niezależnie od planów ojca i bez polegania na jego pieniądzach.
Nie bała się go już tak bardzo, zadbała też o to, by mieć więcej opcji. Ostatnie dwa lata spędziła, ucząc się zaocznie w czasie, który powinna spędzać w centrum fitness lub na lunchach z przyjaciółmi. Miała wrodzony talent do języków obcych. Jej ucho z łatwością wyłapywało niuanse wymowy, a umysł był zafascynowany złożonymi kwestiami gramatycznymi i stylistycznymi. Miała nadzieje, że pewnego dnia umiejętności te pozwolą jej rozwinąć karierę, choć na razie nie miała pomysłu, jak się do tego zabrać.
Katie nie tylko opłaciła jej szkołę, ale także zaproponowała, by zamieszkała z nią, Jackiem oraz ich synkiem Lucą w ich domu w Mayfair, ale Beatrice odmówiła, nie chcąc nadużywać gościnności siostry.
Była przekonana, że w końcu uda jej się znaleźć sposób, by wydostać się spod wpływów ojca. Musiała to jednak zrobić sama. Niestety jej domeną było planowanie i rozmyślanie, a niekoniecznie działanie.
Beatrice zaczęła przeciskać się do przodu wśród tańczących ludzi i przez chwilę nawet ją porwał pulsujący dyskotekowy rytm.
Siedząc w limuzynie, która ją tu przywiozła, była tak zła, że postanowiła uwieść pierwszego lepszego faceta tylko po to, by pokazać ojcu, że jej życie prywatne to nie jego sprawa, a manipulowanie to kiepska strategia inwestycyjna. Kiedy jednak natknęła się na bezczelne spojrzenie mężczyzny z baru, które jakimś cudem uruchomiło jej uśpiony dotąd popęd seksualny, totalnie straciła rezon.
Miała dwadzieścia dwa lata, wciąż była dziewicą i nadal mieszkała razem z ojcem, który ją utrzymywał. Nawet fakt, że znała pięć języków, w niczym nie pomagał, jeśli nie potrafiła go przekuć na konkretną karierę.
Beatrice doszła do końca baru i skręciła w długi korytarz.
Dlaczego na widok przystojniaka przy barze rzuciła się do ucieczki?
Był fascynujący w szorstki sposób. Wysoką, muskularną sylwetką wyróżniał się spośród innych osób przy barze. Modny garnitur świadczył o wyrobionym guście. Ale to spojrzenie mężczyzny przykuło jej uwagę. Ciemne oczy patrzyły na nią tak, jakby wiedział o niej wszystko. To dlatego przeszył ją dreszcz ekscytacji i po raz pierwszy od dawna poczuła, że obudziło się w niej libido.
Beatrice zwolniła kroku, ponieważ zaczęło jej brakować tchu. Zirytowała ją jej własna kapitulacja przed tym mężczyzną, który przecież nawet do niej nie podszedł. Nie zaczepił jej, nie próbował flirtować. Po prostu patrzył.
Nie mogła zrozumieć, co nią powodowało. Wzięła kilka głębszych wdechów, by uspokoić rozpraszające ją pulsowanie w dole brzucha. Wtedy kątem oka dostrzegła postać na końcu korytarza. Serce podskoczyło jej do gardła.
To był on! Czyżby szedł za nią?
– Witaj, Beatrice – mruknął, podchodząc bliżej. – Dokąd tak się spieszysz?
Stał naprzeciwko, na tyle blisko, że wyczuwała zapach świeżo wypranej koszuli zmieszany z drewnem sandałowym, nałożony na słodkawy aromat alkoholu dochodzący od strony baru.
Ile on ma wzrostu? – zaczęła się zastanawiać. Sama była dość wysoka i zwykle nie musiała zadzierać głowy, by popatrzeć mężczyźnie w oczy. Teraz, nawet na niebotycznie wysokich obcasach, zmuszona była unieść głowę.
– Skąd wiesz, jak mam na imię? Znamy się? – spytała. Zabrzmiało to tak sztywno, że gdyby mogła, wymierzyłaby samej sobie kuksańca. Oczywiście, że musiał ją znać. Wielu ludzi ją znało. Ostatecznie stała się bohaterką skandalu obyczajowego, gdy zerwała z Jackiem dwa lata temu. Ślub Jacka z jej siostrą kilka miesięcy później spowodował falę plotek i domysłów, które długo nie schodziły z pierwszych stron magazynów plotkarskich.
Zmysłowe usta uśmiechały się ironicznie.
– Nie zostaliśmy sobie oficjalnie przedstawieni – powiedział, choć tego zdążyła się domyślić. Trudno byłoby kogoś takiego nie zapamiętać. – Według barmana jesteś córką Medforda, słynną Królową Śniegu.
Beatrice skrzywiła się.
– Nienawidzę tego przezwiska – wypaliła.
Mason zaśmiał się.
– Nie jestem tym zaskoczony. Zupełnie do ciebie nie pasuje. – Beatrice zaczerwieniła się, ale zanim zdążyła odpowiedzieć na to, mężczyzna zadał kolejne pytanie. – Dlaczego tak szybko uciekłaś?
Zafrasowała się, nie wiedząc, co powiedzieć. Najwyraźniej mężczyzna wiedział, że wystraszyła się tych paru chwil, kiedy oboje stali, patrząc na siebie.
– Nie mam pojęcia, o czym mówisz – odparła, chcąc zyskać na czasie.
Uniesiona brew wyrażała powątpiewanie.
– Na pewno wiesz. Wystraszyłaś się mnie?
– Nie wystraszyłam się, skądże znowu – fuknęła obrażona.
Ironiczny uśmiech był zdecydowanie szerszy niż przed chwilą.
– Kiedy naprawdę nie wiem, o czym mówisz – powtórzyła, choć być może lepiej byłoby po prostu zamilknąć.
– Dobrze, w takim razie może się przestawię – rzucił gładko. – Mason Foxx.
– Foxx?
Gdzieś już słyszała to nazwisko. Rozmyślała przez chwilę, zanim ją olśniło. To on był numerem jeden na liście przedstawionej przez ojca. Magnat hotelowy znany z licznych romansów.
Szok został przykryty kolejnym gwałtownym rumieńcem. Niestety odkrycie tożsamości mężczyzny wcale nie przyczyniło się do uśpienia endorfin kursujących po jej organizmie.
Patrzyła przez chwilę na wyciągniętą w swoją stronę rękę. Długie palce mogły należeć do arystokraty, choć dostrzegła też kilka blizn przy kłykciach. Tatuaż drapieżnego ptaka w locie był jeszcze bardziej intrygujący.
Beatrice chwyciła jego dłoń i potrząsnęła nią energicznie.
– Bea Medford – wymamrotała, nie mogąc przestać myśleć o dotyku jego dłoni, który wywołał gęsią skórkę na jej ramieniu.
– Bea? To imię też do ciebie nie pasuje. Wolę Beatrice – stwierdził poufale.
Zdaje się, że Mr Foxx nie przywiązywał większej wagi do konwenansów.
– Cóż, miło mi było poznać… – powiedziała, wysuwając dłoń.
– Naprawdę? Mógłbym przysiąc, że wolałabyś połamać nogi na tych obcasach niż mnie poznać. Tak szybko uciekałaś.
– Co cię zatem skłoniło, żeby za mną biec? – spytała, unosząc dumnie głowę.

