Królowa pomyłek / Kocham Adama
Przedstawiamy "Królowa pomyłek" oraz "Kocham Adama", dwa nowe romanse Harlequin z cyklu HQN ŚWIATOWE ŻYCIE DUO.
Milly Devlin po kłótni z siostrą ucieka z rodzinnego przyjęcia. By wrócić do Sorrento, pożycza motorówkę szwagra. Na morzu orientuje się jednak, że pomyliła łodzie – z kabiny wyłania się obcy mężczyzna. Milly powinna się przestraszyć, lecz Roman Garner, choć surowy i stanowczy, ma w oczach ogień, który rozpala jej zmysły. Nie protestuje, gdy Roman zmienia kurs na swoją prywatną wyspę…
Mia D’Angelo zaopiekowała się córką zmarłej siostry. Udaje jej się odnaleźć ojca małej Rose, znanego architekta Adama Chese’a. Zanim jednak odda mu dziecko, chce go lepiej poznać. Zaczyna spotykać się z Adamem i wkrótce zakochują się w sobie. Gdy Adam po pewnym czasie dowiaduje się o istnieniu Rose, czuje się oszukany…
Fragment książki
Milly Devlin podciągnęła pożyczoną designerską suknię, wartą tyle co jej roczna pensja, i zbiegła po stromych kamiennych stopniach prosto w księżycową noc.
Znów uciekała. Tym razem ze wzniesionego na szycie klifu pałacu Capri, z którego rozciągał się malowniczy widok na lazurowe morze. To olśniewające swym pięknem miejsce było świadkiem jej ostatniej katastrofy. Musiała przyznać, że głośna kłótnia z siostrą nie była najlepszym pomysłem. Zwłaszcza w obecności nadzianych, niedorzecznie atrakcyjnych ludzi sączących szampana i napychających się kawiorem na marmurowym tarasie pałacu. Milly nie planowała takiego zakończenia wieczoru, kiedy zgodziła się towarzyszyć siostrze na przyjęciu z okazji otwarcia nowej filii firmy jej męża, miliardera Brandona Cade’a.
Przeklęła pod nosem, kiedy obcas jej buta utknął pomiędzy kamieniami na brukowanej ścieżce. W ostatniej chwili złapała się żelaznej balustrady, chroniąc się przed upadkiem głową w dół do Zatoki Neapolitańskiej. To dopiero byłoby ukoronowanie wieczoru.
Odetchnęła głęboko i zdjęła niewygodne buty. Podobnie jak suknia, one też były własnością jej siostry, ponieważ Milly nie należała do osób posiadających luksusowe rzeczy. Ani do osób uczęszczających na wydarzenia towarzyskie. Lacey pożyczyła jej swoje ubrania, ponieważ nie chciała, by Milly czuła się nieswojo. Raczej ci nie wyszło, pomyślała Milly. Jej siostra oraz siostrzenica Ruby poprzez małżeństwo Lacey z Brandonem weszły już do kręgu bogaczy.
Milly przygryzła wargę i spojrzała w górę na toczące się w najlepsze przyjęcie. Przypomniała sobie szepty, które do niej dotarły, kiedy przepychała się przez tłum w poszukiwaniu wyjścia. Pożałowała, że tak dobrze zna włoski. „Nie rozumiem, jak Cade i jego żona wytrzymują z tą dziewczyną. To jakiś niewdzięczny bachor”. „Na pewno jest dla nich ciężarem. Słyszałam, że włóczyła się z plecakiem po Europie jak jakaś bezdomna!”.
Ale Milly nie obchodziło, co o niej myślą. Nie miała najmniejszego zamiaru stawać się częścią świata tych ludzi. Zgodziła się przyjść tylko po to, żeby pokazać Lacey, że wszystko u niej w porządku. Jednak zbiegając boso po nagrzanych słońcem stopniach, przypomniała sobie zatroskaną twarz siostry…
– Wróć do domu w Londynie, Milly. Ruby za tobą tęskni. Ja też. I oboje z Brandonem martwimy się o ciebie.
– To dlatego mnie tu zaprosiłaś? To jakiś podstęp? Ja jestem zupełnie szczęśliwa w Genui.
Niestety nie była to do końca prawda. Jej wielki plan zarabiania na życie sztuką trochę nie wypalił… Jeszcze. W rzeczywistości nie miała czasu na malowanie ani kreatywne pomysły, ponieważ wciąż łapała się różnych prac, ledwo wiążąc koniec z końcem. Najpierw we Francji, teraz tu, we Włoszech…
Ale nie mogła pozwolić sobie na powrót do Londynu z podkulonym ogonem. Nie mogła żyć na utrzymaniu szwagra. Musiała wziąć odpowiedzialność za własne życie. Nie miała też ochoty codziennie przyglądać się pijącym sobie z dzióbków nowożeńcom.
Z przykrością zauważyła, że ogarnęła ją zazdrość. Jej starsza siostra zasłużyła na szczęście. W wieku dziewiętnastu lat została samotną matką. Zajmowała się też Milly. Po tych trudnych początkach należała jej się miłość, którą znalazła w końcu w małżeństwie z ojcem swojego dziecka, bajecznie bogatym potentatem medialnym.
Zanim Cade dowiedział się, że Ruby jest jego córką, Milly, Lacey i Ruby tworzyły niezwykle bliską sobie, silną małą rodzinę. Ale osiemnaście miesięcy temu Brandon wtargnął w ich życie i nie odpuścił, dopóki Lacey nie zgodziła się wyjść za niego. Od tamtej pory wszystko się zmieniło i Milly nie czuła się już częścią rodziny. Nie pasowała do świata bogaczy i im szybciej jej siostra i szwagier to zrozumieją, tym lepiej dla wszystkich. A co do Ruby…
Milly co tydzień rozmawiała z siostrzenicą przez wideo czat, ale ostatnio Ruby była zajęta zabawą z tatą, szkoleniem swojego pieska Dzwoneczka i przyzwyczajaniem się do nowo narodzonego braciszka, Artura. Och, Lacey, pomyślała Milly, nawet nie wiesz, jak tęsknię za Ruby. Ale ani ona, ani ty już mnie nie potrzebujecie.
Teraz musiała skoncentrować się na swojej przyszłości. Dlaczego jej siostra tego nie rozumiała i nie chciała dać jej spokoju? Może i robiła bałagan w swoim życiu, ale nadopiekuńczość Lacey i jej męża nie pomagała.
Uczucie irytacji dodało jej siły, kiedy szła wzdłuż nabrzeża. Luksusowych jachtów było tam tyle, że blokowały widok na błyszczącą w świetle księżyca wodę.
Zajęło jej dwie minuty, żeby się zorientować, że popełniła kolejny błąd. Znalazła się w ślepym zaułku. Nie mogła stąd dotrzeć do terminalu promowego, chyba że przepłynęłaby naokoło cypla ubrana w suknię siostry. Mogła ewentualnie spróbować wspiąć się na klif.
Cudownie. Królowa Pomyłek znowu w akcji.
Przeklęła. Odpowiedziało jej tylko echo. Nawet głos nie mógł wydostać się z tego miejsca.
Zawsze mogła wrócić do palazzo i wyjść z drugiej strony. Tylko że miała na sobie przepoconą suknię, makijaż spływał jej z twarzy, a fryzura wykonana przez stylistę Lacey zaczęła wyglądać jak Krzywa Wieża w Pizie. Nie ma mowy, pomyślała, już wolę przepłynąć kilometr w tej głupiej sukni niż spotkać ponownie tych nadętych snobów.
Przeszła do samego końca osadzonego w kamiennej ścianie drewnianego pomostu, żeby sprawdzić, czy na pewno nie ma żadnego innego wyjścia z Portu Zagłady i zauważyła kołyszącą się na falach motorówkę.
Czy nie była to łódka, która przywiozła ją i Lacey z Sorrento?
Rozejrzała się wokoło, ale nie było żywej duszy. Starszy człowiek, który ich przywiózł, zapewne raczył się właśnie kolacją w palazzo z resztą służby. Miał odwieźć Milly i jej siostrę z powrotem do Sorrento tuż po północy. Wyjęła telefon, żeby do niego zadzwonić, i przeklęła. Nie miała zasięgu.
Bal miał trwać jeszcze co najmniej dwie godziny, a ona wolałaby umrzeć niż tam wrócić.
A może… Może pożyczy tę motorówkę? Wiedziała, jak nią sterować, ponieważ korzystała ze starszej jej wersji, żeby wozić turystów w Genui. Mogłaby wrócić do hotelu i poprosić kogoś z personelu, żeby wrócił po jej siostrę. Zatknęła rąbek sukni za majtki i przeskoczyła przez poręcz na pokład motorówki.
Łódka zakołysała się, kiedy szła do konsoli sterującej. Na widok tkwiącego w stacyjce kluczyka, uśmiechnęła się szeroko. To musiał być znak.
Pospieszyła odcumować łódź.
Jeśli udałoby jej się dotrzeć do Sorrento wcześnie, zdążyłaby się przebrać, spakować i dojść na stację autobusową przed powrotem Lacey. Nie miała ochoty znów wałkować z siostrą tematu swojego prawa do niezależności. Była to niekończąca się dyskusja, którą prowadziły od roku.
Wyśle siostrze esemesa z autobusu, że jest cała i zdrowa. Następnego dnia Lacey miała wracać prywatnym samolotem do Londynu.
Milly uruchomiła silnik i wyprowadziła motorówkę z portu. Obserwowała horyzont, starając się przyzwyczaić wzrok do ciemności. Fale rozbijały się o dziób łodzi, a przed nią rozciągały się przejrzyste wody Zatoki Neapolitańskiej. O tej porze wszyscy turyści i rybacy dawno już spali.
Przepełniło ją poczucie wolności i roześmiała się głośno, kiedy tak pruła przez fale. Miała wrażenie, że leci w powietrzu, a wiatr zdziera z niej kolejne warstwy trosk i zmartwień.
Nagle głos uwiązł jej w gardle, ponieważ otworzyły się drzwi prowadzące do kabiny i stanął w nich mężczyzna. Był bosy, miał na sobie wymięty smoking i rozpiętą do pasa białą koszulę. I na pewno nie był to sześćdziesięcioletni Paulo, który przywiózł ją na Capri trzy godziny wcześniej.
Z uznaniem spojrzała na pokrytą włoskami szeroką pierś i zauważyła na sercu tatuaż przedstawiający dwie skrzyżowane szable.
Chyba mam halucynacje, pomyślała. Widzę pirata w szytym na miarę smokingu…
– Kim jesteś? – zapytała zjawę i skrzywiła się na piskliwy dźwięk swojego głosu. – I dlaczego się tu chowasz?
Przystojna twarz mężczyzny zmieniła się we wściekłą maskę.
– Nie chowałem się. Spałem. A ty mnie obudziłaś – odrzekł głębokim basem, doskonale słyszalnym ponad rykiem silnika. – Nie bardzo rozumiem, dlaczego kradniesz moją łódź.
W tym momencie Milly doznała olśnienia. Królowa Pomyłek pożyczyła nie tę łódź.
Roman Garner przyglądał się dziewczynie, która, stojąc boso, sterowała jego motorówką. Jej kształtne nogi były doskonale widoczne poniżej zatkniętej za gumkę bielizny błyszczącej sukienki. Fryzura dziwnie zwisała jej po jednej stronie.
Przed chwilą został brutalnie obudzony, przelatując przez kajutę.
Musiał jednak przyznać, że odeszło go całe zmęczenie i jet lag, które chciał odespać, chowając się na swojej łódce przed nudą balu Cade’a. Złapał się relingu, żeby utrzymać równowagę i spojrzał w rozszerzone zdziwieniem oczy dziewczyny.
– Nie kradnę… – odezwała się, odzyskując głos.
– Nie? A czy to twoja łódź? – zapytał, starając się nie dać rozbawieniu. Nie chciał też dać się ponieść podnieceniu, które obudziło się w nim na widok jej piersi prężących się pod sukienką.
Bolała go głowa i była to jej wina.
– Ja tylko ją pożyczyłam.
– Zanim ktoś coś ode mnie pożyczy, zazwyczaj pyta mnie o zgodę – zauważył, pocierając czoło. Miał wrażenie, że upadek pozbawił go pewnej ilości szarych komórek. – A ja wtedy zwykle każę mu spadać.
– Myślałam, że to łódź mojego szwagra.
Czyżby miała go za idiotę?
– Tak, na pewno.
Dziewczyna otworzyła usta, żeby odpowiedzieć, kiedy niespodziewanie wielka fala uderzyła w łódź i wyrwała ster z jej rąk. Motorówka przechyliła się na jedną stronę.
Jej krzyk przeciął nocną ciszę, a Roman doskoczył do niej i złapał w ostatniej chwili, zanim wpadła w wody Morza Tyrreńskiego.
Z głośnym łupnięciem upadli oboje na deski pokładu. Udało mu się przejąć siłę uderzenia i nie przygnieść jej swoim dużo potężniejszym ciałem, ale zapłacił za swoją galanterię. Jęknął, kiedy ostry ból przeszył jego biodro.
Silniki łodzi zgasły natychmiast. Na szczęście zadziałał wyłącznik awaryjny.
Roman leżał oszołomiony, trzymając w ramionach małą złodziejkę i wpatrując się w rozgwieżdżone niebo. Dziewczyna była przyjemnie miękka we wszystkich właściwych miejscach.
Zdecydowanie za dużo czasu minęło, odkąd czuł na sobie kobiece ciało, skoro zauważał niuanse figury tej dziewczyny. Jego zainteresowanie jednak szybko ostudził rozchodzący się w dole pleców ból. Budząca się wściekłość wywołana całym tym zamieszaniem też pomogła.
Dziewczyna szybko zerwała się na nogi i popatrzyła na niego z niepokojem. Jednak nie było w jej twarzy ani krzty skruchy i wcale mu się to nie podobało.
– Nie chciałam ukraść twojej łodzi.
– A czyją? – warknął, unosząc się na łokciach.
W tym momencie zza chmur wyjrzał księżyc i Roman zobaczył ją dokładniej.
Jej makijaż był w stanie takiej samej rozsypki jak cała reszta jej wyglądu, ale ani strugi tuszu i eyelinera na policzkach, ani rozmazana szminka nie zdołały ukryć niezwykłych rysów twarzy dziewczyny. Duże oczy, wskazujący na upór podbródek i lekki nadzgryz tylko podkreślały jej niezwykłą urodę. Pazura dodawał mały złoty kolczyk w nosie.
Była uderzająco piękna…
I dziwnie znajoma. Skąd mógł ją znać?
Nagle go olśniło. Przyjechała z Lacey, żoną tego drania Cade’a. Gdyby wiedział, że Cade’a nie będzie na balu, wcale by się nie wybrał na tę imprezę, pomimo tego, że miała miejsce niecałe dwa kilometry od jego samotni, gdzie właśnie miał zacząć przymusowe dwa tygodnie urlopu.
– Pracujesz dla Brandona Cade’a? – Może była asystentką jego żony? Jeśli pracownica Cade’a kradła jego łódź, Roman znajdzie sposób, by użyć tego przeciwko swojemu rywalowi.
Może jakieś małe szpiegostwo przemysłowe? Albo, co lepsze, poważny pozew, żeby upokorzyć faceta.
– Co? Nie… Znasz Brandona? – Jej głos wyrażał teraz ostrożność, ale wciąż nie słychać w nim było skruchy.
Wstał, ignorując ból w lędźwiach.
A więc Brandon? Prawdopodobnie dziewczyna należała do zaufanych osób Cade’a. Kochanka? Czy o to właśnie kłóciła się z nią żona Cade’a wcześniej tego wieczoru? Chociaż to raczej dziwne, żeby przywozić kochankę męża na wydawany przez niego bal.
Jakkolwiek by na to nie spojrzeć, sytuacja przedstawiała się interesująco. Chyba że był to podstęp. Obudziła się w nim wrodzona podejrzliwość. Bo przecież dlaczego ukradła właśnie jego łódź? I dlaczego wyglądała jak siedem nieszczęść, skoro wcześniej była tak pociągająca?
Pociągająca? Serio? Weź się w garść, człowieku…
Po raz drugi tej nocy musiał studzić temperament. To jakiś rekord. Zdecydowanie potrzebuje kobiety, skoro podoba mu się była kochanka Cade’a.
– Tak. Znam Cade’a – oznajmił powściągliwie. – Obracamy się w podobnych kręgach – dodał, chociaż tak naprawdę łączyło ich dużo więcej. Ogarnęła go znajoma niechęć, ale nie chciał się jej poddać.
To, że Cade nie chciał uznać ich więzi, Roman zamienił w swoją siłę. Po szesnastu latach ciężkiej pracy był w końcu jego godnym przeciwnikiem na tym samym polu. Od pokoleń rządziła na nim angielska rodzina Cade’a. Tym, co ich obu różniło, był fakt, że Cade wszystko odziedziczył, podczas gdy Roman dotarł tam, gdzie był obecnie, dzięki własnej pracy.
– Kim ty jesteś? – zapytała ponownie dziewczyna.
Jeśli pracowała dla Cade’a, z pewnością wiedziała, z kim ma do czynienia. Roman dołożył wszelkich starań, żeby firma Cade Inc. doskonale go znała. Zwerbował ich najlepszych ludzi tylko po to, żeby zaleźć Cade’owi za skórę. Musiał jednak przyznać, że nawet w tym nieporządnym stanie i ze skłonnością do piractwa dziewczyna świetnie udawała niewiniątko.
– Ponieważ to ja tu jestem poszkodowany, żądam żebyś przedstawiła się pierwsza – powiedział swoim najgroźniejszym głosem.
Znajdowała się bez pozwolenia na jego łodzi, na środku Zatoki Nepalskiej i była bezpośrednią przyczyną siniaka na jego tyłku. Zdecydowanie nie była w położeniu pozwalającym na zadawanie pytań, ale ewidentnie tego nie dostrzegała.
Zirytowało go to, że jej upór zaczął mu imponować. Dlaczego nie chciała podać swojego nazwiska? I dlaczego przez to była jeszcze bardziej pociągająca? Zazwyczaj nie podniecały go wrogość i niedogodności.
– Jak to poszkodowany? – zapytała, najwidoczniej nie przejmując się tonem jego głosu. Było to dla Romana kolejne zaskoczenie. Zwykle kobiety robiły dokładnie to, czego żądał.
– Dobra. Dość tego. – Wyjął z kieszeni telefon. – Masz dokładnie dwie sekundy, żeby się przedstawić, wyjaśnić swój związek z Cade’em i wytłumaczyć, dlaczego ukradłaś moją łódź albo dzwonię po policję i oskarżę cię o piractwo i napaść.
– Piractwo i… – była widocznie zszokowana. Jej piersi unosiły się w szybkim oddechu. Było to niezwykle rozpraszające. – Żartujesz sobie? Jaką niby napaść?
Roman kliknął ikonę na telefonie – dzwonił do Giovanniego, swojego zarządcy na Isola Estiva, nie na policję, ale ona nie musiała tego wiedzieć.
– Minęła sekunda – stwierdził, podnosząc telefon do ucha.
– Ciao, la polizia? – odezwał się, kiedy Giovanni odebrał.
– Signor Garner, czy to pan? – zapytał zarządca i w tym samym momencie dziewczyna uniosła ręce w geście frustracji.
– Czekaj! Jestem Milly Devlin, siostra Lacey Cade.
Szwagierka Cade’a? Nie jego kochanka…
Ulżyło mu. A potem zmarszczył brwi z niesmakiem.
Dlaczego ucieszył się, że nie ma do czynienia z jakąś lalunią Cade’a, skoro tak dobrze by się to sprzedało w tabloidach?
– Va bene, signor… – powiedział do telefonu i przerwał połączenie, zanim Giovanni zdążył zapytać, co dokładnie się dzieje.
– Od razu lepiej – zauważył.
Był teraz bardziej zaintrygowany niż zły. Nie miał jednak zamiaru odpuścić jej tak łatwo. Jej związek z rodziną Cade’a miał w sobie spory potencjał.
Rozumiał teraz, dlaczego żona Cade’a przybyła na bal z tą dziewczyną. Nie wyjaśniało to jednak ich kłótni, chociaż tak naprawdę nie interesowała ona Romana. Relacje rodzinne nie były jego mocną stroną. I nie miał ochoty tego zmieniać. Jednakże kłopoty w rodzinie Cade’ów mogły okazać się czymś korzystnym. Rajskie obrazki z małżeńskiego pożycia Cade’a nie przekonywały Romana. Wykupił „Drystar”, plotkarską gazetę, żeby nagłośniła fakt, że Cade cztery lata zwlekał z uznaniem swojego dziecka i poślubieniem jego matki, ale jakimś cudem jego rywal obrócił tę historię na swoją korzyść, rozpowiadając wszem i wobec, jak bardzo jest zakochany.
Może dzięki tej dziewczynie uda mu się dowiedzieć czegoś więcej? Jakiś czas temu przestał fiksować na punkcie Cade’a. Postanowił zadbać o swoje zdrowie psychiczne, ale nie mógł przepuścić takiej możliwości. Zwłaszcza że dosłownie przysporzyła mu bólu.
– Dlaczego ukradłaś moją łódź?
Dziewczyna oplotła się ramionami, kiedy chłodny wiatr zakołysał motorówką. Cienka jak papier sukienka na pewno nie chroniła jej przed zimnem. Gdyby był dżentelmen, zaoferowałby jej swoją marynarkę. Ale nie był.
Zadrżała z zimna i spojrzała na horyzont.
– Pożyczenie twojej łodzi było głupim pomysłem i bardzo go żałuję. Ale ja naprawdę myślałam, że to łódka Brandona. – Tym razem w jej głosie zabrzmiała lekka skrucha.
Robimy postępy, pomyślał.
Fragment książki
Adam Chase miał pełne prawo poznać swoją córeczkę.
Sprawa była oczywista, ale Mię wciąż ogarniały wątpliwości. W końcu podjęła decyzję i bladym świtem wybrała się na Monnlight Beach. Szła brzegiem morza z japonkami w ręku, a piasek przesypywał jej się między palcami stóp. Było chłodniej, niż się spodziewała, a znad morza nadpłynęła mgła, osnuwając plażę niczym całun. Czy to był jakiś omen? Może nie powinna była tu dziś przychodzić? W pamięci stanęła jej drobna twarzyczka o cudownie różowych policzkach i wargach. Jej pierwszy dziecięcy uśmiech natychmiast chwycił Mię za serce.
Rose. Tylko ona została Mii po ukochanej siostrze, Annie.
Spojrzała na ocean. Tak jak się spodziewała, między falami dostrzegła sylwetkę pływaka. Światowej sławy architekt, zagorzały samotnik i zawołany pływak Adam Chase bywał tu wcześnie rano, bo później plaża była zbyt zatłoczona.
Chłodna bryza potargała Mii włosy i pokryła ramiona gęsią skórką. Zadygotała z chłodu, ale też z powodu spoczywającego na jej barkach ciężaru. Nie mogła się oprzeć wrażeniu, że jej obawy są jak najbardziej uzasadnione.
Co powie ojcu Rose, kiedy go w końcu spotka? Przygotowała sobie kilka opcji, ale żadna nie wydawała się odpowiednia. Tymczasem pływak zbliżał się do brzegu. Mia starannie oceniła odległość, by przeciąć mu drogę, akurat gdy wyjdzie z wody. Teraz, kiedy dotarł na płyciznę i stanął, miał bary szerokie jak wiking. Ruszył w jej stronę długimi krokami, demonstrując atletyczną budowę. Te kilka zdjęć, które wygrzebała, szukając informacji o nim, nie oddawały mu sprawiedliwości. W rzeczywistości był dużo wyższy i przystojniejszy.
Potrząsnął głową, strącając krople wody z rozjaśnionych słońcem włosów. Zauroczona tym widokiem, nie zauważyła stłuczonej butelki, na wpół zagrzebanej w piasku, i nastąpiła na nią całą stopą. Zabolało, a krew pojawiła się niemal natychmiast. Mia przyklękła na piasku.
– Skaleczyłaś się? – Zatroskany głos pływaka rozległ się tuż za jej plecami.
– Tak – potwierdziła. – Stanęłam na szkle.
Wziął ją za rękę i ułożył palce na stopie.
– Uciskaj tutaj. Zaraz wracam.
– Dzięki.
Pod uciskiem krew przestała płynąć, a pieczenie osłabło. Zerknęła na pływaka, który oddalał się truchtem. Z tyłu był równie atrakcyjny jak z przodu. Na widok długich opalonych nóg i smukłych bioder westchnęła tęsknie. Nie tak miało wyglądać spotkanie, ale skoro samo wyszło…
Wrócił po chwili, niosąc biało-granatowy ręcznik plażowy, i przyklęknął obok niej.
– Założę opatrunek. To powinno zatrzymać krwawienie.
Dotykał jej ostrożnie i fachowo, jakby należało to do jego codziennych zajęć. Była pełna podziwu dla jego umiejętności.
– Znasz się na tym.
– Przez trzy lata pracowałem jako ratownik. – Odsłonił w uśmiechu białe zęby. – Mam na imię Adam.
– Mia – przedstawiła się.
– Miło cię poznać, Mia.
– I ciebie.
Kiedy skończył, ciasno owinięta stopa przypominała ogórek, ale przynajmniej nie krwawiła, choć chodzenie było mocno utrudnione.
– Mieszkasz gdzieś blisko?
– Nie bardzo.
Adam przysiadł na piętach i zastanawiał się przez chwilę.
– To duża rana. Powinien ją obejrzeć lekarz.
– Chyba tak.
Próba podparcia się na zranionej stopie okazała się zbyt bolesna.
– Posłuchaj… Mieszkam niedaleko. – Wskazał najbliższy widoczny dom. – Nie jestem niebezpieczny i mam odpowiednie środki, żeby odpowiednio opatrzyć tę ranę.
Poza nimi na plaży nie było nikogo. A skoro przyszła tu, by go poznać…
Wiedziała tylko tyle, że ceni sobie swoją prywatność, nieczęsto gdzieś bywa, no i jest ojcem Rose. Tego, czego o nim nie wiedziała, było znacznie więcej i chętnie uzupełniłaby te braki. W końcu przyszłość Rose była najważniejsza.
– Chyba dam się namówić.
Co prawda, nikt nie znał celu jej dzisiejszej wycieczki. Rose została pod opieką swojej prababci. Gdyby jej nowy znajomy zamierzał coś złego, nieprędko by do niego trafili…
Kiedy wziął ją na ręce, instynktownie objęła go za szyję.
– Wygodnie ci?
Niezdolna wydobyć z siebie głosu, tylko kiwnęła głową.
– Dobrze – odparł. – Tak będzie najszybciej.
– Dziękuję – szepnęła.
Odprężyła się trochę, ale stopa zaczęła pulsować boleśnie i kilka kropli krwi spadło na jasny piasek.
– Boli? – spytał.
– Boli – przyznała. – Okropnie mi głupio.
– Niepotrzebnie. – Dążył przed siebie długimi krokami.
Dom okazał się przestronny, nowoczesny, z pięknym widokiem na ocean, przynajmniej dwa razy większy od jej apartamentu w Santa Monica.
– Jesteśmy – powiedział.
– Może zostańmy tutaj… – Wskazała obszerne patio.
– Cóż, jeżeli tu czujesz się bezpieczniej… – Mrugnął szelmowsko.
– Nie o to chodzi.
– Nie? – Z uśmiechem uniósł ładnie ukształtowaną brew.
– Nie chciałabym ci niczego pobrudzić krwią. Masz pewnie jakieś cenne dywany…
– Dywany? – Uśmiechnął się szerzej. – Na szczęście ani jednego.
Wniósł ją do obszernego, wyłożonego marmurem holu, z którego na górę prowadziły kręcone schody. Dom był godny właściciela.
Ruszyli na górę.
– Dokąd idziemy? – spytała, zaniepokojona.
– Apteczka jest w mojej łazience. Mary wyszła po zakupy, więc nam jej nie przyniesie.
– Mary to twoja dziewczyna?
– Gospodyni – poprawił.
– Och… Długo tu mieszkasz? – Pospiesznie zmieniła temat.
– Dosyć.
– Dom jest wspaniały. Sam go urządzałeś?
– Z małą pomocą.
Grzecznie, ale wymijająco.
– Przykro mi, że zajmuję ci czas. Na pewno masz ciekawsze zajęcia.
– Jak już mówiłem, byłem kiedyś ratownikiem.
Rzeczywiście, już o tym wspominał.
Adam posadził Mię na brzegu wanny. Zdawał sobie sprawę, że spod długich, czarnych rzęs zielone jak wiosenna łąka oczy o kształcie migdałów śledzą każdy jego ruch. Nie miała makijażu, a jej uroda wydawała się całkowicie naturalna. Podobały mu się delikatne rysy, usta w kształcie serca i miękka skóra o ciepłym, brzoskwiniowym odcieniu.
– Poczekaj chwilę, włożę coś i znajdę okulary.
Wrócił w znoszonym T-shircie i okularach w drucianych oprawkach. Przygotował potrzebne środki opatrunkowe: gazę, bandaż, wodę utlenioną, maść z antybiotykiem i zsunął okulary na czubek nosa.
– Gotowa?
Pokiwała głową, a on delikatnie odwinął ręcznik.
– Chciałbym się lepiej przyjrzeć tej ranie.
– Naprawdę się na tym znasz – powiedziała miękko.
– Mhm.
– Czym się zajmujesz?
Jej stopa, drobna i delikatna, mieściła mu się w dłoni.
– Mam swoją firmę.
– Ten dom jest niezwykły.
– Dziękuję.
– Mieszkasz tu tylko z Mary?
– Czasami. Przesuń się bliżej umywalki, to będzie mi łatwiej obejrzeć skaleczenie. – Pomógł jej usadowić się tak, że stopa zwisała nad umywalką.
Szorty i koszulka bez rękawów raczej odkrywały, niż zakrywały opalone ciało. Nogi miała długie i smukłe jak tancerka i dopiero teraz, kiedy siedziała tak blisko, dostrzegł pełnię jej urody. Złapał się na tym, że obserwuje ją w lustrze.
– Byłeś w UCLA? – spytała, spoglądając na jego wypłowiałą, uniwersytecką koszulkę.
– Tak. Zrobiłem tam licencjat.
Od czasu, kiedy był ratownikiem, upłynęły całe lata. Nigdy wcześniej nie miał żadnych wątpliwości. Udzielał pierwszej pomocy setki razy, nawet kiedyś reanimował sześćdziesięciolatka z zawałem. Mężczyzna przeżył i kilka lat później zlecił mu zaprojektowanie domu na Riwierze Francuskiej. To był pierwszy z jego wielkich projektów.
Mia zadawała mu strasznie dużo pytań. Już kiedyś ktoś próbował przeprowadzić z nim wywiad w podobnie nietypowy sposób, z pewnością jednak nie ona. Wiedział z doświadczenia, że niektóre kobiety pod wpływem stresu związanego z urazem potrafiły się nieźle rozgadać.
– Trzeba to umyć.
– Nie jesteś czasem fetyszystą?
– Nic z tych rzeczy – odparł z uśmiechem.
Odetchnęła z wyraźną ulgą.
– Dobrze wiedzieć. W takim razie, działaj.
Napełnił umywalkę ciepłą wodą.
– Mów, gdyby bolało.
Kiwnęła głową, sztywna, jakby kij połknęła.
– Rozluźnij się.
Bez powodzenia próbowała spełnić jego prośbę. On tymczasem, jedną ręką przytrzymując kostkę, drugą obmył stopę antybakteryjnym mydłem.
– Już nie krwawi.
– Świetnie. Przynajmniej niczego nie pobrudzę.
– To cię tak martwiło? – spytał z niedowierzaniem.
Niewielu osobom udało się go rozśmieszyć równie skutecznie.
– Niczym się nie przejmuj. Chyba nawet nie będziesz potrzebowała szycia. Rana nie jest aż taka głęboka, jak sądziłem, ale ze dwa dni poboli przy chodzeniu. Dla pewności niech to obejrzy lekarz.
Przemył skaleczenie wodą utlenioną i nałożył maść z antybiotykiem.
– Jak się czujesz? – Podniósł głowę i spotkali się wzrokiem.
W pięknych zielonych oczach można było zatonąć bez reszty.
– Dobrze – odpowiedziała po chwili.
W domu było bardzo cicho. Adam delikatnie poklepał kostkę.
– To doskonale. Zaraz kończę. Jeszcze tylko opatrunek…
Zauważył, że Mia przygląda się jego lewej dłoni, gdzie na palcu serdecznym nie było białego śladu po obrączce.
Stopa była już opatrzona i Mia wstała z brzegu wanny, kiedy nagle głośno zaburczało jej w brzuchu. Zawstydziła się okropnie, ale Adam z uśmiechem zaprosił ją na śniadanie. Poradził, by jeszcze przez jakiś czas trzymała stopę wysoko i posłuchała go chętnie, zadowolona z możliwości spędzenia z nim więcej czasu.
Rozmowa trochę kulała, bo gospodarz był raczej małomówny. Siedzieli w wygodnych fotelach na tarasie, a stopę Mia ułożyła na sąsiednim krześle. Część tarasu ocieniał balkon powyżej, a widok na ocean był niezrównany.
Poranna mgła zaczynała opadać i gdzieniegdzie widać już było niebieskie niebo i przebłyski słońca, a fale z hukiem uderzały o brzeg.
Adam wyglądał na kogoś, kto umie cieszyć się życiem.
– Pracujesz w salonie fryzjerskim? – spytał.
– Prowadzę firmę, ale sama nie obcinam włosów. Zatrudniam dwie dziewczyny.
Nie dodała, że First Clips obsługuje dzieci. Fryzjerki nosiły kostiumy, małe dziewczynki zasiadały do czesania na tronie księżniczki, a chłopcy w kabinie statku kosmicznego. Po strzyżeniu dzieci dostawały diadem albo specjalne kosmiczne okulary. Mia była ze swojej firmy bardzo dumna. Pomysł wyszedł od Anny i to ona początkowo czesała, a Mia zajmowała się finansami. Dlatego starała się zachować ostrożność. Jeżeli Anna opowiedziała Adamowi o swojej pracy, mógł łatwo skojarzyć fakty i uznać, że jej obecność na plaży nie była przypadkowa.
Gospodyni Adama, Mary, pani około sześćdziesiątki, postawiła na stole jajka w koszulkach, przyrumieniony bekon i chrupiące bułeczki. Adam przedstawił je sobie.
– Mia nastąpiła na szkło na plaży.
Mary pokręciła głową.
– To te głupie dzieciaki. Wciąż się tu kręcą wieczorami. Fakt, że studiują, nie daje im prawa do picia alkoholu i wyrabiania Bóg wie czego na plaży. Skończy się zawiadomieniem policji.
– Może i tak – mruknął, ale nie wydawał się w pełni przekonany do pomysłu. – Albo sam to załatwię.
– Na razie jedzcie, bo wystygnie – ucięła Mary.
– Dziękujemy – odezwał się Adam. – Wszystko wygląda fantastycznie.
Nałożyli sobie i przez chwilę jedli w milczeniu.
– Wspomniałeś, że masz firmę. Czym się zajmuje? – Mia odezwała się pierwsza.
– Projektowaniem – odparł, zajęty rozsmarowywaniem masła na bułce.
– Czego? – dociekała, niezrażona jego powściągliwością.
– Domy, kurorty, wille…
– Na pewno dużo podróżujesz.
– Niespecjalnie.
– Domator?
Wzruszył ramionami.
– To coś złego?
– Nie. Sama taka jestem.
Teraz, kiedy zajmowała się Rose, miała czas tylko na pracę i dziecko. I to jej odpowiadało, bo nie wyobrażała sobie rozstania z Rose. Odnalezienie Adama stanowiło pierwszy krok, ale chyba nie miała ochoty na następny. Gdyby się okazał nieodpowiednim człowiekiem, oszczędziłby jej rozterek.
Czy miał żonę? Może był kobieciarzem? Narkomanem, hazardzistą, seksoholikiem? Jej wyobraźnia hulała na całego, ale przynajmniej częściowo powodem było to, że prawie nic o nim nie widziała. Pozostawało postarać się spędzić z nim więcej czasu.
Dla Rose była gotowa na wszystko.
– Nie dasz rady wrócić do domu – powiedział Adam.
Włożenie klapek czy marsz po piasku nie wchodziło w grę.
– Nie mam wyboru.
W odpowiedzi przechylił głowę na bok i uśmiechnął się lekko.
– Mogę cię odwieźć.
Pokręciła głową.
– Wykluczone, nie będę ci rujnować całego dnia. Dam sobie radę. – Dzielnie spróbowała wstać, ale stopa zakłuła ją boleśnie, więc pospiesznie ją odciążyła.
Adam natychmiast znalazł się obok i podtrzymał ją troskliwie.
– Sama widzisz.
– Rzeczywiście – odparła zrezygnowana. – Chyba masz rację.
Po raz trzeci tego dnia wziął ją na ręce. Kiedy Mary szykowała śniadanie, wskoczył pod prysznic i pachniał teraz bardzo kusząco.
Objęła go za szyję, z całego serca ciesząc się tą sytuacją.
Adam niósł Mię długim korytarzem prowadzącym do garażu. Mniej więcej w połowie korytarz rozszerzył się w wielką salę na planie koła, w której stał nowoczesny rolls-royce z opuszczanym dachem. Pomieszczenie przypominało salon wystawowy. Mia, która nigdy wcześniej nie wiedziała czegoś podobnego, nagle uświadomiła sobie głębię przepaści pomiędzy sobą a Adamem.
Rozejrzała się wokoło. Na ścianach wisiało kilka obrazów, ale ją najbardziej zainteresowała mozaika zajmująca jedną trzecią pionowej powierzchni.
– Niezwykłe. Kolekcjonujesz dzieła sztuki?
– Po prostu cenię sobie piękno. W każdej formie. – Zatrzymał wzrok na jej twarzy, co uznała za ogromny komplement, choć wyrażony niewerbalnie.
Powinna jednak pamiętać, że nie przyszła tu flirtować czy fantazjować, tylko znaleźć odpowiedź na swoje pytania.
Adam wszedł na platformę, na której ustawiono samochód, i otworzył drzwi pasażera.
– Co robisz?
– Zawiozę cię do domu.
– Tym? Przecież to część twojej galerii. I nigdzie nie widzę drzwi garażowych.
Rozejrzała się raz jeszcze, ale nie, nie myliła się.
– Mam rację? – spytała na wszelki wypadek.
– Istotnie, nie ma drzwi – odparł. – Ale jest winda.
– Gdzie?
– Stoimy na niej. A teraz, wsiadamy.
Kremowa skóra siedzenia miękko się pod nią ugięła.
Adam obszedł samochód i usiadł na siedzeniu kierowcy.
– Tylko się nie przestrasz. Pojedziemy w dół.
Coś przycisnął, coś przekręcił i platforma wolno pojechała w dół przy dźwięku przypominającym wysuwanie podwozia w samolocie.
Kiedy spojrzała w górę, sufit już się zamykał. Tylko geniusz mógł zaprojektować coś podobnego.
Garaż znajdował się na poziomie ulicy. Stały tam trzy inne samochody: jaguar, terenowy jeep i sportowy, dwumiejscowy kabriolet.
– Nie mogliśmy wziąć któregoś z tych? – spytała.
– Tak jest najwygodniej dla ciebie – odparł z uśmiechem. – Poza tym już dawno nim nie wyjeżdżałem.
– Lubisz szybkie samochody?
Pilotem otworzył drzwi garażowe i do środka wlał się słoneczny blask.
– Strasznie dużo pytań zadajesz. Lepiej usiądź wygodnie i rozkoszuj się przejażdżką.
Jaki miała wybór? To jasne, że nie lubił mówić o sobie. Mii wciąż dźwięczały w głowie słowa umierającej siostry: „Ojcem dziecka jest Adam Chase, architekt. To była tylko jedna noc… Znajdź go”.
Nietrudno było zrozumieć, dlaczego Anna tak niewiele wiedziała o ojcu swojego dziecka. Zapewne podczas ich spotkania to ona mówiła o sobie, a może oboje mówili niewiele.
Podczas jazdy obserwowała jego profil. Rzeźbione kości policzkowe, zamyślone, szare oczy, mocno zarysowana broda. Rozjaśnione słońcem krótkie, proste, gęste włosy. Ani śladu obrączki. Równie dobrze mógł mieć dziewczynę, ale raczej sądziła, że jest samotny. Wyczuwała w nim coś nieodgadnionego. W sumie nadal prawie nic o nim nie wiedziała i nie mogła mu powiedzieć o Rose. Jeszcze nie.
Być może, wcale jej nie zechce w swoim życiu.
– Może jednak odwiozę cię do domu? – spytał. – Później przyślesz kogoś po swój samochód.
– Nie, najlepiej sama go zabiorę. Dam sobie radę.
– Jak chcesz… – Nie wyglądał na przekonanego, ale już nic nie mówił.
– Gdzie zaparkowałaś?
– Przy stacji pogotowia.
Resztę drogi przejechali w milczeniu. Zbyt szybko znaleźli się na parkingu.
Zaparkował obok wskazanej przez nią białej toyoty. Wśród zebranych tu samochodów rolls wyglądał śmiesznie nie na miejscu. Ze szkolnego busa wysypała się gromadka roześmianych dzieciaków.
– Zaczekaj tutaj, pójdę po twoje rzeczy. Gdzie dokładnie je zostawiłaś?
Cóż… w tej kwestii zwyczajnie skłamała. Nie miała ze sobą nawet plażowego ręcznika.
– Nie pamiętam… może włożyłam wszystko do bagażnika?
W ogóle się tym nie przejął, więc odetchnęła z ulgą. Przesunęła się na skraj siedzenia, wysunęła nogę nad chodnik i spróbowała ją obciążyć.
– W porządku – powiedziała w odpowiedzi na jego zatroskane spojrzenie.
– Na pewno?
– Pomóż mi tylko dojść do samochodu.
Objął ją ramieniem i znów ogarnęło ją tamto ciepłe, ckliwe uczucie. Na wpół idąc, na wpół podskakując na zdrowej nodze, dotarła do drzwi kierowcy.
– Masz kluczyki? – zapytał.
Sięgnęła do kieszeni szortów.
– Cóż… w takim razie chyba się pożegnamy.
– Tak.
Żadne się nie poruszyło. Wokół słychać było odgłosy zbudzonej do życia plaży, śmiech dzieci, płacz niemowląt, huk fal i tęskne nawoływanie mew, a pomimo to wciąż mieli wrażenie, że są tam sami. Adam z pewnością nie powie już ani słowa, choć przez moment miała wrażenie, że chciał to zrobić.
Stanęła na palcach i pocałowała go w policzek.
– Dziękuję. Byłeś kochany.
Cofnął się lekko.
– Bardzo proszę.
– Bardzo bym chciała ci się zrewanżować i ugotować któreś z ulubionych włoskich dań mojej babci, ale…
– Ale? – Uniósł pytająco brwi, wyraźnie zainteresowany.
– Kuchenka mi się zepsuła. – Nie całkiem kłamstwo. Dwa palniki nie działały, a piecyk rzeczywiście miewał swoje humory.
– Nie rób sobie kłopotu.
Powoli traciła nadzieję, ale nie przestała się uśmiechać.
– Szczerze mówiąc, uwielbiam włoskie jedzenie, więc może mogłabyś ugotować coś u mnie?

