Mężczyzna w masce
Przedstawiamy "Mężczyzna w masce" nowy romans Harlequin z cyklu HQN ROMANS HISTORYCZNY.
Znana londyńska aktorka Charity Weston czuje się zmęczona intensywnym życiem towarzyskim stolicy. Aby odpocząć, postanawia wyjechać do Yorkshire. Podczas podróży na jej dyliżans napada zamaskowany mężczyzna. Początkowo grozi pasażerom, ale dostrzegłszy piękną Charity, składa jej niecodzienną propozycję. Obiecuje zrezygnować z grabieży w zamian za jej kameę i namiętny pocałunek. Charity nie wie, że nie jest to ich ostatnie spotkanie. Wkrótce zamaskowany napastnik zjawia się ponownie, aby zwrócić klejnot. Stawia jednak pewien warunek…
Fragment książki
Charity szybko zaaklimatyzowała się w społeczności Allingford. Koledzy aktorzy odnosili się do niej przyjaźnie, tak samo jak ludzie z miasteczka, jednak spośród tych, którzy pochodzili z lepszych rodzin, tylko sir Mark i jego żona zaszczycali ją czymś więcej niż zdawkowym skinieniem głowy, gdy spotykali ją na ulicy, do tego jednak była przyzwyczajona. Aktorki w oczach wielu nie były osobami w pełni godnymi szacunku. Gdy nie uczestniczyła w próbach w teatrze, a pogoda sprzyjała przejażdżkom, chętnie jeździła po okolicy wynajętym gigiem. Dorastała niecałe piętnaście mil stąd, w Saltby, ale chociaż nie zamierzała odwiedzić rodzinnej wsi ani zbliżać się do miejsc, gdzie jej ojciec sprawował jurysdykcję jako sędzia, to okolice Allingford zwiedzała z przyjemnością. Wprawdzie służąca próbowała ją zniechęcić do samotnych wycieczek, ale Charity zbywała ją śmiechem:
– Co mi się może stać, jeśli nie będę się oddalać od miasteczka?
– Przede wszystkim w pobliżu przebywa rozbójnik – odparła Betty. – Wciąż go nie złapali.
– Pilnuje traktów, a ja jeżdżę bocznymi drogami. Nie spotkam go po raz drugi. – Choć starała się mówić pewnym głosem, nie była do końca przekonana, czy naprawdę w to wierzy, i jeszcze mniej pewna, czy chciałaby mieć rację.
Betty spróbowała ponownie:
– A jak pani natknie się na ojca?
Ta możliwość była bardziej niepokojąca. Charity zastanawiała się, czy postąpiła rozsądnie, wyjawiając Betty tak wiele ze swojej przeszłości, ale służąca wiele razy dowiodła, że jest również dobrą przyjaciółką. Do przejażdżek jednak Charity nie zamierzała dać się zniechęcić.
– Wątpię. Poza tym dopóki nie przekroczę granicy hrabstwa, on nie może mnie skrzywdzić.
Betty zmarszczyła czoło, a jej mina, zwykle ponura, stała się wręcz odpychająca.
– On na pewno już wie, że pani jest w Allingford. Ktoś musiał mu powiedzieć, że Charity Weston występuje w teatrze.
– Może uzna za zwykły przypadek, że aktorka ma takie samo imię i nazwisko jak jego córka.
– A jeśli planuje jakąś podłość?
– Bzdura, Betty. Minęło kilkanaście lat, odkąd opuściłam Saltby. Phineas prawdopodobnie całkiem o mnie zapomniał.
– Nie on, proszę pani. Z pani opowiadań wynika, że nie spocznie, póki pani jest w Allingford. Pani sukcesy będą mu solą w oku.
– Jakoś musi znieść to cierpienie, ponieważ nie zamierzam stąd wyjeżdżać – odparła Charity.
Oczywiście na wszelki wypadek skrupulatnie pilnowała, aby jadąc na północ lub wschód, trzymać się w granicach Allingford. Pewnego marcowego poranka postanowiła jednak zbadać okolicę na zachodzie. Powietrze było rześkie, a widok odległych zaśnieżonych wzgórz przypominał, że zima nie odeszła na dobre. Błękitne niebo wprawiło Charity w dobry nastrój, więc z zadowoleniem wyjechała z miasteczka. Na skrzyżowaniu przystanęła i zaczęła się zastanawiać, czy pojechać jeszcze kawałek dalej, czy zawrócić. Wieczorem grała w kolejnej premierze i musiała się przygotować.
Gdy biła się z myślami, zza zakrętu wyłonił się wędrowny handlarz. Prowadził osiołka dźwigającego skórzane sakwy. Koń zaprzężony do gigu parsknął i nerwowo przestąpił z nogi na nogę. Charity uspokoiła zwierzę i odciągnęła je na bok, żeby handlarz mógł przejść.
Uchylił kapelusza, a w jego oczach zalśniła ciekawość.
– Dzień dobry. Zgubiła pani drogę? – spytał.
– Nie – odparła pogodnie. – Rozglądam się po okolicy i nie mogę się zdecydować, w którą stronę pojechać.
– Rozumiem, pewnie pani przyjechała z Allingford. – Przystanął i przesunąwszy kapelusz do góry, podrapał się po głowie. – Tą drogą w prawo dojedzie pani do Kirby Misperton. Droga w lewo prowadzi do Great Habton. A ta… – wskazał szeroki trakt, wzdłuż którego ciągnęły się rowy – niby wygląda najlepiej, ale można nią dostać się tylko do Wheelston Hall.
– Dziękuję, to bardzo cenne informacje.
Handlarz przesłał jej bezzębny uśmiech, jeszcze raz dotknął kapelusza i ruszył w drogę. Charity popatrzyła na trzy drogi przed sobą. Na jazdę naprzód miała jeszcze najwyżej godzinę, potem musiała zawrócić. Nazwy Kirby Misperton i Great Habton brzmiały intrygująco, ale Wheelston… Zmarszczyła czoło, usiłując sobie przypomnieć, gdzie już ją słyszała.
Nagle stanął jej przed oczami mężczyzna, który zagadnął ją na przyjęciu po pierwszej premierze i szybko wyszedł, zamieniwszy z nią ledwie parę zdań. Ross Durden. Powiedział, że mieszka w Wheelston. Z trzech ciągnących się przed nią dróg trakt do dworu był zdecydowanie najszerszy i najsolidniejszy, choć zdradzał oznaki zaniedbania. Rowy były zarośnięte, a z nieprzyciętych żywopłotów sterczały na obie strony gałęzie. Czyżby była to wspaniała posiadłość, dla której nastały złe czasy? Przypomniała sobie słowa lady Beverley. Z panem Durdenem niewątpliwie wiązała się jakaś tajemnica. Ruszyła dalej.
„Nie możesz wjechać komuś do środka domu ze zwykłej ciekawości!” – odezwał się wewnętrzny głos, ale Charity zignorowała go i zawróciła konia. Chciała obejrzeć okolicę, więc dlaczego miałaby się tam nie zajrzeć? Wybór najciekawszej drogi nie wydawał się niedorzeczny, a na skrzyżowaniu nie było przecież drogowskazu.
Ale po przejechaniu pół mili zaczęła żałować decyzji. Obfite chmury zasłoniły słońce, zrobiło się bardzo zimno, a zdradziecki wiatr przewiewał jej podbity futrem płaszcz. Niestety niestrzyżone żywopłoty tak bardzo zarosły trakt, że nie można było zawrócić gigu.
– Zawrócę przy najbliższej bramie – powiedziała, a koń zastrzygł uszami. – Tak, wiem – zwróciła się do zwierzęcia – chcesz wrócić do ciepłej stajni. Przyznam, że i ja zaczynam myśleć z tęsknotą o ogniu na kominku i czymś ciepłym do picia.
Żadnej bramy jednak nie było, musiała więc pokonać zakręt i zatrzymać gig przed wjazdem do dużej posiadłości. Do Wheelston Hall.
Dom wzniesiony z szarego kamienia był wielką, dość chaotyczną budowlą z licznymi szczytami i prostym portykiem przy szerokich drzwiach wejściowych. Podjazd zakręcał łukiem przed frontem, ale był mocno zryty koleinami i zarośnięty chwastami. Nie czekając na sygnał od Charity, koń skręcił na węższą drogę wzdłuż bocznej ściany. Ponieważ była w znacznie lepszym stanie, więc Charity nie próbowała powściągnąć konia, który kłusem zbliżał się do licznych zabudowań gospodarskich.
Znalazła się na wielkim brukowanym podwórzu. W najodleglejszym kącie ktoś rąbał drewno, ale był odwrócony do niej tyłem i nie zdawał sobie sprawy z jej obecności. Jeśli sądzić po rozmiarach postaci i kręconych czarnych włosach, był to Ross Durden we własnej osobie. Mimo zimnego wiatru nie miał na sobie płaszcza czy żakietu, a jedynie koszulę, obcisłe spodnie z koźlej skóry i wysokie buty. Spod zakasanych rękawów widać było muskularne ramiona.
Wziął duże bierwiono i ustawił je na pieńku, potem uniósł siekierę na długim trzonku i zatoczywszy nią łuk, uderzył z dużą siłą. Uwagę Charity zwróciła płynność tego ruchu – niewielkie przesunięcie nóg i bioder, trzepotanie śnieżnobiałej koszuli podczas zamachu, błysk ostrza tnącego powietrze i satysfakcjonujący trzask rozłupywanego bierwiona, którego połówki upadły na bruk. Jedna z części potoczyła się za plecy Durdena, więc odwrócił się, by ją podnieść, i wtedy zauważył gig. Wolno się wyprostował, wrzucił drwa do kosza i ruszył w jej stronę.
Przez moment Charity była bliska rzucenia się do ucieczki, ale pokonała panikę. Nie dość, że takie zachowanie byłoby przejawem tchórzostwa, to w dodatku bardzo wątpiła, czy potrafiłaby zawrócić gig i zachęcić konia do dostatecznie szybkiego ruchu, by skutecznie się oddalić. Durden wydawał się znacznie roślejszy i mniej ucywilizowany niż w teatrze. Odniosła wrażenie, że to nieokiełznany hultaj, co kłóciło się z oceną, której dokonała po spotkaniu w zielonym salonie. Zmusiła się jednak, by zachować spokój, i po prostu przyglądała się, jak ten wielki mężczyzna z bujną czupryną i ciemnymi, groźnie patrzącymi oczami zbliża się do powoziku.
– Pani Weston.
Wypowiedział te słowa dźwięcznym głosem, który przyprawił ją o dreszcz. Nie zabrzmiały ani jak zaproszenie, ani jak pytanie. Było to zwykłe stwierdzenie jej obecności.
– Pan Durden. Właśnie… właśnie zwiedzałam okolicę i pojechałam tą drogą całkiem przypadkiem. – Przesłała mu promienny uśmiech, ale jego surowa, posępna twarz pozostała niewzruszona. Głupia jesteś, pomyślała. Powinnaś była trzymać się z dala od tego miejsca. Ujęła wodze. – Bardzo przepraszam za to niezamierzone najście… – Wyciągnął rękę i chwycił za uprząż.
– Nie ma mowy o najściu, ale jest pani daleko od Allingford. Zmarzła pani – odparł. – Może zechce pani wejść do środka i ogrzać się przy ogniu?
Nie! To nie do przyjęcia, uznała w duchu. Równie dobrze mogłabym wejść do klatki tygrysa.
Odwrócił się i zawołał kogoś ze stajni, potem stanął przy gigu i wyciągnął do niej rękę.
– Jed zajmie się koniem do czasu, aż pani będzie gotowa do powrotu. Zaprowadzi go do jednej z pustych szop, żeby miał ochronę przed zimnem.
W głowie rozległy się ostrzegawcze sygnały, ale na próżno. Przenikliwe spojrzenie Durdena i ręka wyciągnięta w królewskim geście odniosły skutek. Charity poczuła się w obowiązku skorzystać z pomocy przy wysiadaniu i wsparta na jego ramieniu weszła do domu. Stare masywne drzwi otwierały się na krótki korytarz, z którego wchodziło się do dużej kuchni, gdzie w głębi żarzył się ogień w palenisku. Z podłogi zerwał się duży kudłaty pies i podbiegł ich powitać, machając ogonem, a potem obwąchał spódnice Charity.
– Spokojnie, Samson, nie przestrasz naszego gościa.
Charity pochyliła się, by podrapać psa za uszami.
– Nie boję się. Czy to pies myśliwski do aportowania zwierzyny?
– Myśliwski, pasterski, towarzyszący, wedle potrzeby. – Pstryknięciem palcami Ross odesłał psa na posłanie w kącie.
– Jak przyjemnie – powiedziała Charity, ściągając rękawiczki.
Po panującym na dworze przejmującym zimnie kuchnia zapewniała miłe ciepło. Gospodarz skinął dłonią w stronę fotela przy ogniu.
– Proszę posiedzieć, a ja zrobię pani herbaty. – Poruszył węgle w kuchennym palenisku i nasunął fajerkę, na której postawił duży czajnik. – Zakładam, że woli pani herbatę niż piwo? Niestety nie mam niczego innego, co byłoby stosowne dla damy.
Powiedział to z powagą, ale gdy na nią spojrzał, zauważyła niepokojący wyraz jego oczu. Musiała bardzo się skupić, aby odpowiedzieć mu na pytanie, a przede wszystkim nie zapomnieć, że jest z nim sam na sam.
– Tak, proszę herbatę. Przyznaję, że trochę zmarzłam.
– Mnie dla odmiany jest bardzo ciepło po wysiłku fizycznym. Mam nadzieję, że nie będzie pani przeszkadzało, jeśli naleję sobie piwa.
Nie czekając na odpowiedź, odwrócił się i wziął ze stołu dzban. Charity usłyszała wesoły śpiew czajnika i ten dźwięk trochę dodał jej otuchy. Wiedziała, że powinna odwrócić wzrok, ale nie mogła się powstrzymać, by nie śledzić spod przymkniętych powiek, jak gospodarz napełnia piwem kufel i pije wielkimi haustami.
Gdy odstawił kufel i otarł usta wierzchem dłoni, przeszył ją spojrzeniem prawie czarnych oczu. Charity zacisnęła dłonie na poręczy fotela. Atmosfera wyraźnie zgęstniała. Charity była absolutnie pewna, że Ross Durden dobrze słyszy bicie jej serca.
Powinna coś powiedzieć, ale zaparło jej dech. Drapieżne męskie spojrzenie wręcz ją sparaliżowało. Nie była w stanie odwrócić wzroku. Musiała zresztą przyznać, że sama sobie jest winna, bo gospodarz nie robił niczego, co mogłoby wywołać u niej poczucie zagrożenia.
Może to grzechotanie przykrywki i syk pary sprawiły, że czar prysł. A może decydujące znaczenie miało to, że Durden odwrócił się do kuchni i zaczął przygotowywać herbatę? Zdjął z półki palisandrowy pojemnik z herbatą i srebrną łyżeczką przełożył trochę suszonych liści do srebrnego czajniczka, po czym zalał je wrzącą wodą.
Była zdecydowana za wszelką cenę przerwać milczenie, ale omal się nie wzdrygnęła, gdy dotarło do niej, jakie plecie androny:
– Herbatę zazwyczaj przygotowuje kobieta, panie Durden.
– Nie ma mojej gospodyni, więc obowiązek spada na mnie – odparł. – Mógłbym poprosić panią, ale nie mam zwyczaju zatrudniać gości.
Charity pomyślała, że z takimi manierami Durden zapewne w ogóle gości nie przyjmuje, ale zachowała tę opinię dla siebie. Przyglądała się z uwagą, jak wyjmuje z kredensu piękną filiżankę i spodeczek.
– Rzadko tego używam – powiedział, jakby czytając w jej myślach. – Cukier mam, gdyby pani sobie życzyła.
– Tylko trochę mleka, jeśli można.
Wielkie dłonie Rossa Durdena radziły sobie z kruchą porcelaną zaskakująco zręcznie. Zupełnie jakby pieścił piękną kobietę, pomyślała. Zalała się palącym rumieńcem, więc przesunęła się z fotelem dalej od ognia. Wzięła z rąk gospodarza filiżankę i wybąkała podziękowanie, ale nie podniosła wzroku.
Durden ponownie napełnił kufel i wziął sobie stołek. Charity ucieszyła się, że przestał nad nią górować, ale za to teraz siedzieli twarzą w twarz, a to było jeszcze bardziej krępujące. Zaczęła się rozglądać po kuchni. Pomieszczenie było wysokie i dostatecznie obszerne, by pomieścić kucharkę i przynajmniej pół tuzina pomocnic. Przypomniała sobie uwagę lady Beverley, że Ross Durden nie ma złamanego pensa przy duszy. Jednak mimo braku służby stół wyglądał nieskazitelnie, a miedziane patelnie lśniły.
– Bardzo panią przepraszam, że przyjmuję w kuchni, ale jest to jedyne pomieszczenie, w którym pali się ogień.
– Nic nie szkodzi, bardzo mi tu wygodnie, zapewniam. – Uśmiechnęła się do niego, zapominając o zakłopotaniu. – Po prostu pomyślałam, że utrzymanie takiego domu musi być bardzo pracochłonne.
– Rzeczywiście potrzebna byłaby armia służących – odparł. – Większość pomieszczeń zamknąłem do czasu, aż będę miał pieniądze na remont. Pani Cummings jest wyśmienitą gospodynią, ale nie ma pięciu rąk. Ciągle nalega, żebym pozwolił jej sprzątać dla mnie przynajmniej jeden salon i mój gabinet, ale ponieważ spędzam bardzo niewiele czasu pod dachem, nie ma sensu rozpalać w ciągu dnia ognia gdziekolwiek poza kuchnią.
– Bardzo rozsądnie.
Charity popijała herbatę, która okazała się smaczna. Jakkolwiek ubogi był jej gospodarz, nie kupował byle czego do picia. Im mocniej rozgrzewał ją napój, tym bardziej się odprężała.
– Podobała mi się pani gra w Rywalach.
– Dziękuję. Spotkała się z bardzo dobrym przyjęciem.
Ostrożnie odstawiła filiżankę na spodek i chciała wstać, by zostawić naczynia na stole, ale gospodarz ją uprzedził i sam sięgnął po spodek. Przy tej okazji musnął palcami jej dłoń.
Z trudem powstrzymała się przed cofnięciem ręki. Zrobił na niej tak wielkie wrażenie, że od dotyku poczuła przyjemne mrowienie. Zupełnie nie miała pojęcia, jak sobie z tym poradzić, więc zaczęła nerwowo szczebiotać:
– Dziś wieczorem odbędzie się premiera Męża sprowokowanego. Zna pan tę sztukę? Nie mogę się doczekać, bo gram lady Townly. Hywel, czyli pan Jenkin, wystąpi w roli mojego przejętego cierpieniem męża. Już razem odtwarzaliśmy te role, ale to było przed wieloma laty. Może przyjdzie pan obejrzeć?
– Nie.
Jego reakcja była tak bezceremonialna, że Charity aż zamrugała, zaraz jednak parsknęła śmiechem.
– A fe, panie Durden. Nie spodziewałam się tak stanowczej odprawy.
– Bardzo przepraszam. Chodzi o to, że rzadko jeżdżę do Allingford, chyba że muszę tam załatwić jakieś sprawy.
– Naturalnie. Proszę nie sądzić, że poczuję się urażona, jeśli pan nie przyjdzie. Nie jestem tak zarozumiała, by sądzić, że ludzie nie mogą żyć miło i przyjemnie bez oglądania moich występów. – Z uśmiechem wstała. – Zabrałam panu wiele cennego czasu i muszę wracać. Dziękuję za gościnę, panie Durden.
Skrzywił się.
– Jaka była, taka była.
Współczucie ścisnęło ją za serce. Nie wydawało jej się, by odczuwał zakłopotanie z powodu zubożenia, niewątpliwie jednak musiał zdawać sobie sprawę, jak to wygląda w oczach innych. Odruchowo położyła mu rękę na ramieniu.
– Ogrzałam się przy ogniu i napiłam ciepłej herbaty. Czego więcej można sobie życzyć?
Ponieważ wpatrywał się w jej palce spoczywające na jego obnażonym przedramieniu, zaczęła się zastanawiać, czy odczuwany przez nią pociąg nie jest wzajemny. Ostrożnie cofnęła rękę i zaczęła wciągać rękawiczki. Pies, który zszedł z legowiska, postawił uszy i przyglądał im się wyczekująco. Zadowolona z tego pretekstu, Charity odwróciła uwagę od gospodarza.
– Do widzenia, Samsonie – powiedziała z uśmiechem.
Zakłopotana, że rozmawia ze zwierzęciem, pospieszyła do drzwi. Gdy Durden wyminął ją, by je otworzyć, przygryzła wargę. Znajdował się tak blisko, że gdyby tylko trochę się pochyliła, ich ciała mogłyby się zetknąć. Odpychając od siebie tę przyjemną myśl, ruszyła naprzód i sama otworzyła drzwi wyjściowe.
Przeszyta ożywczym chłodem zapięła płaszcz i wygładziła rękawiczki, po czym zawołała Jeda, żeby podstawił gig. Za wszelką cenę musiała przerwać niezręczne milczenie. Jej wzrok padł na kosz i wysoką stertę nieporąbanych drew przy pieńku.
– Przerwałam panu pracę…
– Nie szkodzi. To była bardzo przyjemna przerwa.
Dobrał uprzejme słowa, ale ton, jakim zostały wypowiedziane, już taki nie był. Ross Durden pomógł jej wsiąść do gigu, strzepnął kocyk i okrył jej kolana. Trwała w bezruchu, by nie pomyślał, że jego zabiegi budzą u niej sprzeciw, choć w rzeczywistości było całkiem odwrotnie.
– Pewnie będzie padać. – Zerknął na niebo, a potem przeszył ją posępnym spojrzeniem. – Proszę jechać prosto do Allingford, pani Weston. Zwiedzania na dzisiaj wystarczy.
Spróbowała się uśmiechnąć, ale jej usta okazały się nieposłuszne. Przeszkadzało jej to rozstrajające spojrzenie Rossa Durdena. Zdawkowo skinęła mu głową, zręcznie strzeliła lejcami i wyjechała z podwórza. Droga była prosta i koń prawie nie potrzebował nadzoru. Mogłaby bez ryzyka się odwrócić, aby sprawdzić, czy Durden spogląda jej śladem… Nie! Skupiła uwagę na drodze przed sobą. To było tylko przypadkowe spotkanie, nic więcej.

