Miłość ponad wszystko
Przedstawiamy "Miłość ponad wszystko" nowy romans Harlequin z cyklu HQN ROMANS HISTORYCZNY.
Prudence zgadza się z powszechną opinią, że nie ma adoratorów, bo brakuje jej urody, jest nudna i zbyt zasadnicza. Rezygnuje z bywania na salonach i przyjmuje posadę damy do towarzystwa, a wolny czas poświęca na działalność dobroczynną. Chętnie wspiera potrzebujących, dlatego wyciąga pomocną dłoń do poznanego w niezwykłych okolicznościach księcia Garricka Chauntry’ego. Uwikłany podstępnie w skandal książę jest też coraz częściej oskarżany o szpiegostwo. Prudence odkrywa, kto i dlaczego rozsiewa plotki na jego temat. Niestety Garrick traktuje ją z coraz większą rezerwą. Nie chce zrujnować reputacji kobiecie, która skradła mu serce. Na szczęście konwenanse rzadko wygrywają z prawdziwą miłością.
Fragment książki
Dochodziła północ, a Prudence Clifford wciąż nie mogła zasnąć. Było wyjątkowo pogodnie jak na kwiecień; zasłon w saloniku nie zaciągnięto, więc chłodne powietrze wpadało przez otwarte okno i lekko kołysało firanką.
Miała za sobą męczący dzień. Cały ranek asystowała lekarzom w szpitalu w Bath, a potem dołączyła do ciotki robiącej zakupy na Milsom Street. Pani Clifford udała się na spoczynek wkrótce po kolacji, natomiast Prudence pozostała w salonie i czytała książkę. Treść raczej nie mogła uchodzić za mądrą, ale Prudence zawsze podobały się przygody bohaterek gotyckich powieści. Porównując się z nimi, czuła, że jej świat jest bardzo nudny. Ona także była nudna. Wiedziała to. bo właśnie tak ją opisano.
Incydent zdarzył się podczas ostatniego wydarzenia towarzyskiego, w którym uczestniczyła przed przyjazdem do Bath. Nie zapomniała go, choć od tamtego czasu minęły już prawie cztery lata. Tańczyła z młodym dżentelmenem bawiącym z wizytą w Melksham, a potem usłyszała, jak mówi o niej do przyjaciół: „Ach, chodzi wam o pannę Prudence Clifford, damę równie nieciekawą, jak jej imię!”
Prudence dopiero co zakończyła żałobę po swym ukochanym bracie Walterze, przez co złośliwa opinia młodzieńca tym mocniej ją zabolała.
Walter zmarł na skutek wypadku jeździeckiego niedługo po swoich dwudziestych pierwszych urodzinach, co stanowiło cios dla wszystkich, ale szczególnie dla Prudence. To ona pielęgnowała go przez ostatnie tygodnie życia. Po utracie dziedzica ich ojciec miał przekazać majątek dalekiemu kuzynowi, więc rodzice oczekiwali, że Prudence, jako najstarsza z ich czterech córek, dobrze wyjdzie za mąż.
Prudence nigdy nie błyszczała. Własny wzrost ją onieśmielał. Z natury powściągliwa i samokrytyczna, uznała, że zasługuje na opinię nieciekawej. Kiedy kilka tygodni później ciotka Minerva oznajmiła, że zamierza wynająć damę do towarzystwa, która zechce zamieszkać z nią w Bath, Prudence zaoferowała jej swoje usługi, dając młodszym i znacznie pewniejszym siebie siostrom szansę na zaistnienie w towarzystwie.
Nigdy nie żałowała swojej decyzji. Dwie z sióstr wkrótce potem się zaręczyły, co szczerze ją cieszyło. Obecnie miała dwadzieścia pięć lat, a że wyzbyła się wszelkich nadziei na własne zamążpójście, życie w Bath bardzo jej odpowiadało. Ciotka Minerva stanowiła uosobienie dobroci i niewiele wymagała od damy do towarzystwa. Nie miała nic przeciwko temu, żeby bratanica udzielała się w parafialnym kole wsparcia wdów i sierot, oraz innych dobroczynnych przedsięwzięciach. Pozwalała jej nawet spędzać dwa poranki tygodniowo na pracy w miejscowym szpitalu. Teraz Prudence uchodziła nie tylko za nieciekawą, ale też zacną, co brzmiało jeszcze gorzej.
Pogrążonej w lekturze Prudence przeszkodził nagły hałas. Głuchy łomot dobiegał chyba z domu pani Triscombe mieszkającej w bliskim sąsiedztwie. Urodziwa wdowa urządzała karciane przyjęcia, które trwały do rana. Prudence wróciłaby do lektury gdyby nie to, że cienkie muślinowe firanki w oknach zafalowały, jakby otwarto drzwi wejściowe.
Spojrzała na zegar. Dochodziła pierwsza, lecz mimo niezwykłej pory nie pomyślała, że źródłem hałasu są nieproszeni goście lub duch. Uznała całkiem rozsądnie, że pewnie ktoś ze służby wymyka się z domu lub do niego wraca. Nie zaznałaby jednak spokoju, nie upewniwszy się, że klucz w zamku został przekręcony.
Zapaliła świecę i skierowała się do holu. Widząc, że główne drzwi są należycie zabezpieczone, zeszła do piwnicy. Pod schodami znajdowała się tylko jedna sypialnia, zajmowana przez służącego Nicholasa. Prudence zajrzała do środka i zobaczyła w pełni ubranego sługę wyciągniętego na łóżku. Jedna ręka zwisała mu bezwładnie i dotykała leżącej na podłodze opróżnionej butelki po brandy.
Weszła do pokoju i potrząsnęła ramieniem Nicholasa, ale nie zareagował. Prudence czuła, jak ogarnia ją irytacja. Najwidoczniej dostał się do domu tylnym wejściem przez kuchnię. Dostrzegła smugę światła nad kuchennym progiem, co jeszcze podsyciło jej złość. Skoro zostawił w kuchni zapalone lampy, prawdopodobnie nie zamknął też tylnych drzwi. Prudence zacisnęła mocniej dłoń na uchwycie świecznika i ruszyła naprawiać domniemane zaniedbania.
Drzwi okazały się zamknięte, co bez wątpienia przyniosłoby jej ulgę, gdyby przy kuchennym stole nie siedział jakiś intruz.
***
- Co to ma znaczyć?
Słysząc pełne złości pytanie Prudence, nieznajomy podniósł wzrok. W pierwszej chwili wzięła go za jednego ze znajomych Nicholasa, ale szybko zmieniła zdanie. Obok niego na stole leżał modny, obszyty bobrowym futrem kapelusz, a jego ciemny surdut musiał pochodzić od dobrego krawca. Na jedwabnej białej kamizelce dostrzegła piękny haft, a kiedy mężczyzna uniósł głowę, błysnęła brylantowa spinka na niedbale związanym krawacie.
Nie wstał na jej widok, tylko łypał gniewnie.
- Brama do tylnego wejścia była otwarta.
- To nie usprawiedliwia pańskiego wtargnięcia.
- Spadłem z tych cholernych schodów! Skoro było otwarte, pomyślałem, że mogę wejść tamtędy, zamiast wracać do frontowych drzwi.
- Ale przecież jest pierwsza po północy! – przypomniała mu z naciskiem.
- Owszem. Noc jeszcze młoda.
Lekko bełkotliwy głos intruza kazał podejrzewać, że nie jest całkiem trzeźwy. Prudence zdmuchnęła świecę, z którą przyszła i umieściła ją na stole.
- Byłabym zobowiązana, gdyby pan się oddalił tą samą drogą, którą przyszedł. Natychmiast – oznajmiła chłodno.
- Och, to niemożliwe. Wie pani, ja bardzo potrzebuję rozrywki.
- Proszę wyjść – rozkazała.
- Aha, zakłada pani, że nie mam pieniędzy – stwierdził. Opuścił wzrok na swoje ubranie. – Przyznaję, jestem trochę zakurzony, ale stać mnie na przyjemności. – Rzucił na blat pękatą sakiewkę. – Proszę, czy teraz zniesie pani moją obecność?
- Nie – wycedziła przez zęby. – Gdyby pan był dżentelmenem, natychmiast opuściłby pan ten dom.
- Nie jestem dżentelmenem, tylko księciem…
- Jeszcze gorzej!
- Na litość boską, madam. Przyszedłem tu tylko po to, żeby się zabawić.
Zrobił krok w stronę Prudence, na co odruchowo chwyciła pogrzebacz.
- Proszę się trzymać z daleka – ostrzegła. – Niech się pan wynosi, albo zawołam służącego.
Nieznajomy ściągnął brwi.
- Do licha, kobieto, ani mi w głowie nastawać na twoją cnotę! Chcę pograć w karty.
- Karty! – Prudence zaczynała rozumieć, co się stało. – W takim razie trafił pan do niewłaściwego domu.
- To nie jest dom Sally Triscombe?
- Z całą pewnością nie.
- Chyba mnie szlag…
Skrzywiła się, oburzona niestosownym językiem i stwierdziła:
– Bardzo prawdopodobne, ale nie tutaj. A teraz proszę wyjść.
- To nie jest Kilve Street, prawda? – Przetarł oczy. – Sal Triscombe ma gdzieś tu dom. Jest wdową – dodał. – Bardzo atrakcyjną i… gościnną, jak mi powiedziano.
- Jak pan śmie sugerować, że mogłabym znać taką osobę?
- Zatem pani jej nie zna?
Prudence zagryzła wargę. Rzecz jasna doszły ją pewne plotki, ale żadna dama nie rozmawiałby o tym z nieznajomym.
- Wydaje mi się, że taka osoba chyba mieszka dwa domy dalej – powiedziała ostrożnie.
Pokiwał głową, tak energicznie, że o mało nie stracił równowagi.
- Bardzo panią przepraszam – wymamrotał, opierając się ciężko o stół. – Ale jestem strasznie pijany.
- Zauważyłam.
- Piłem z moimi znajomymi od świtu.
- Nie mam ochoty słuchać o tym, co i jak pan świętował.
- Ależ ja wcale nie świętowałem. – Próbował się uśmiechnąć. – Topiłem smutki. Chociaż nie powiedziałem o tym przyjaciołom.
- Kiedy pan ostatnio jadł? – spytała.
- Nie pamiętam. Nie dzisiaj. Zaczęliśmy rano od wina…
- Wielkie nieba. – Machnięciem wskazała mu krzesło. – Niech pan usiądzie.
- Co?
- Potrzebuje pan wzmocnienia, zanim stąd wyjdzie.
- Nonsens!
- Ależ tak. Nie przejdzie pan więcej niż kilka kroków w takim stanie. Prędzej pan padnie bez czucia i stanie się łupem rozbójników. Proszę usiąść, znajdę panu coś do jedzenia.
- Czemu miałaby pani to zrobić?
- Bo nie chcę mieć pańskiej śmierci na sumieniu!
Wzruszył ramionami i opadł na krzesło. Prudence krzątała się wokół niego, wynosząc ze spiżarni różne produkty. Postawiła przed intruzem talerz z resztkami pasztetu z dziczyzny, następnie znalazła chleb, ser i kilka słoików pikli oraz szynkę.
- Dołączy pani do mnie? – odezwał się, kiedy zaczęła kroić mięso.
- Nie.
- Ale będzie mnie pani obserwować.
- Z pewnością nie zostawię tu pana samego. – Położyła mu na talerzu dwa grube plastry szynki. – Proszę. Niech pan zacznie od tego, a ja przyniosę kufel piwa.
- Nie wino?
- Chcę, żeby pan wytrzeźwiał, a nie upił się jeszcze bardziej.
- No to niech pani naleje też dla siebie.
Prudence już miała na końcu języka zgryźliwą ripostę, ale uświadomiła sobie, że w istocie przydałoby jej się coś na uspokojenie.
Pięć minut później siedziała naprzeciw intruza przy stole i sączyła słabe piwo, podczas gdy on się posilał. Jakaż była prozaiczna. Jaka pospolita. Bohaterka jej powieści niechybnie by zemdlała na widok obcego mężczyznę w swoim domu, a już z pewnością by go nie karmiła.
- Co panią tak bawi? – Głos nieproszonego gościa przerwał jej rozmyślania. Zobaczyła, że przygląda jej się z uwagą.
- Uśmiechała się pani – stwierdził, machając nożem.
- Nieumyślnie.
- Może i nie. – Przez chwilę gapił się na nią w milczeniu. – A, rozumiem. Usta same się pani tak wyginają.
- Owszem. – Odwróciła wzrok i przyznała z westchnieniem: - Taka wada.
- Jakby pani miała się roześmiać. Jak coś takiego może być wadą?
- Mam zbyt szerokie usta.
- Nie wydaje mi się.
Prudence uświadomiła sobie, że tego rodzaju rozmowa z nieznajomym mężczyzną jest co najmniej niestosowana, więc pozostawiła uwagę bez odpowiedzi.
- Mogę wiedzieć, komu zawdzięczam tę kolację? – spytał.
- Mojej ciotce, pani Clifford. To jej dom.
- Chciałem poznać pani nazwisko.
- Panna Clifford.
Uniósł brwi, a Prudence zacisnęła usta. Nie zamierzała mu wyjawiać swego imienia.
- A pan, sir?
- Garrick Chauntry. Książę Hartland.
- Zatem rzeczywiście jest pan arystokratą.
- Nie wierzyła mi pani?
- Jest pan intruzem. Do tego bardzo pijanym.
- A mimo to chyba pani się mnie nie boi.
Prudence uzmysłowiła sobie ze zdumieniem, że w istocie nie czuje strachu. Nawet kiedy chwytała za pogrzebacz, robiła to raczej ze złości. Powinna być przerażona i wołać o pomoc. Tylko co by jej to dało? Jedyny służący płci męskiej leżał pijany jak bela. Najwidoczniej brakowało jej wyobraźni.
…”równie nieciekawa jak jej imię!”
Echo tamtych słów wciąż ją prześladowało.
- Woli pan kobiety, które wpadają w histerię?
- Nie, strasznie mnie irytują.
Powiedział to takim tonem, jakby zdobył w tym zakresie bogate doświadczenie.
- Co się stało ze znajomymi, z którymi pan pił?
- Miałem inne spotkanie. Obiecałem do nich dołączyć u pani Triscombe.
- I właśnie tam pan zmierzał?
- Postanowiłem najpierw pokrzepić się w tawernie, ale zrozumiałem, że jestem zbyt pijany, by pójść na to spotkanie. – Zamilkł, ściągając usta. - Posłałem wiadomość z przeprosinami i zapowiedzią, że przyjdę jutro rano. A potem zamówiłem kolejną butelkę. Albo dwie, nie pamiętam. Sądziłem, że spacer na Kilve Street mnie otrzeźwi. Najwyraźniej się myliłem.
- Dziwne, że nie leży pan nieprzytomny w rynsztoku.
- Zasługuję na to.
- Pomoże panu, jeśli mi o tym opowie? – spytała. Zarumieniła się, kiedy spojrzał na nią ze zdumieniem. – Pracuję w kilku instytucjach dobroczynnych, które pomagają różnym osobom. Niektórym łatwiej porozmawiać z kimś obcym, kogo nigdy więcej nie spotkają. Zapewniam pana, że jestem bardzo dyskretna.
- Słucha pani o kłopotach innych ludzi?
- Owszem. Czasami im to pomaga.
- Ależ z pani święta osoba.
Uśmiechnął się niespodziewanie i nagle wydawał się znacznie młodszy, bardziej atrakcyjny. Prudence poczuła dziwne ściskanie w środku.
- Pański kufel jest pusty – powiedziała, wstając. – Doleję panu piwa.
Podziękował, po czym spojrzał na nią z powątpiewaniem.
- Naprawdę chce pani wiedzieć, dlaczego znalazłem się w tym położeniu?
Nie, pomyślała z rezygnacją. Zdusiła jednak niechęć i odparła:
- Jeśli zechce mi pan powiedzieć.
Zapadła cisza. Książę długo wpatrywał się w zawartość kufla.
- Świętowałem swoje nadchodzące zaręczyny – zaczął w końcu. – Wczoraj… nie, przedwczoraj rozmawiałem z ojcem tej kobiety i otrzymałem pozwolenie na oświadczyny. Miałem wrócić wczoraj i poprosić ją o rękę.
- To o tym spotkaniu pan mówił?
- Tak. Okazałem się jednak zbyt wielkim tchórzem i zamiast tego strasznie się upiłem.
- Proszę wybaczyć, ale skoro pan się tak ociąga… - zaczęła z wahaniem.
- …to po co się oświadczać? – wszedł jej w słowo. Westchnął głośno. – Mieliśmy umowę. Ta biedna dziewczyna czekała na moje oświadczyny dziesięć lat.
- Rozumiem.
- Nasz związek zaaranżowano, kiedy Annabelle była w kołysce. Dość częsta historia, dwie rodziny łączą się poprzez małżeństwo z rozsądku. Kiedy skończyła szesnaście lat, porozmawiałem z panną Speke, by się upewnić, czy jest zadowolona z ustaleń. – Urwał i pociągnął duży łyk piwa. – Ustaliliśmy, że oświadczę się w jej następne urodziny.
- I co się stało?
- Musiałem… nagle wyjechać za granicę.
- I to było dziesięć lat temu? – Zmarszczyła czoło. – Przebywał pan poza krajem dziesięć lat?
- Owszem. – Wzruszył ramionami, jakby z rezygnacją. – Nie miałem po co wracać do domu. Byłem głupcem, zakładałem, że rodzice Annabelle porzucili myśl o naszym ewentualnym związku. Wicehrabia Tirrill zawsze pedantycznie przestrzegał zasad. I nagle dwa miesiące temu dostałem list od lady Tirrill. Powiadomiła mnie, że jej córka nadal oczekuje moich oświadczyn. Dlatego przyjechałem do Bath. Obecnie cała ich rodzina tu rezyduje. Zna ich pani?
- Nie, ale wiem, kim są. Wicehrabia regularnie wspomaga finansowo szpital.
- Tak?
- Pracuję tam jako wolontariuszka. Jednakże nigdy osobiście nie poznałam lorda Tirrilla ani jego rodziny. Moja ciotka i ja nie bywamy w tak wysokich kręgach.
- Nieważne. Chodzi o to, że panna Speke uważa się za moją wybrankę, zatem zaręczyny muszą się odbyć.
Prudence nie zdołała powstrzymać cichego westchnienia.
- Nie zgadza się pani, madam?
- Chyba – zaczęła, ostrożnie dobierając słowa – pańskie dzisiejsze zachowanie świadczy, że nie chce pan tego związku.
- Nie chodzi o to, czego chcę. Ta kobieta pozostała z mojego powodu wolna przez dziesięć lat. Ma dwadzieścia sześć lat, więc raczej już nie otrzyma innej godnej uwagi propozycji małżeństwa. Honor nakazuje mi pojąć ją za żonę.
Ukrył twarz w dłoniach. Prudence czekała w milczeniu, aż się uspokoi. W końcu opuścił ręce i wyprostował plecy.
- Zbyt długo uciekałem przed obowiązkami. Jutro udam się na Royal Crescent, poproszę panną Speke o wybaczenie i oświadczę się.
Prudence odniosła wrażenie, że wyraźnie się odprężył. Zaczął nakładać sobie jedzenie na talerz, twarz mu się rozpogodziła.
Łatwo mogła go sobie wyobrazić jako trochę szalonego, porywczego młodzieńca. Domyślała się, że ma nie więcej niż trzydzieści lat. W towarzystwie musiał uchodzić za kawalera w idealnym wieku.
- Bardzo pani spoważniała – stwierdził, wyrywając ją z zadumy. – O czym pani myśli?
- O tym, że pewnie wiódł pan bardzo ciekawe życie – odparła z uśmiechem.
- Raczej nie.
- Ja nigdy nie opuszczałam Anglii – wyznała. – A pan spędził dziesięć lat, podróżując po świecie.
- Niezupełnie. Przebywałem we Francji, kiedy w 1803 zerwano pokój zawarty w Amiens. Na szczęście miałem dobrych znajomych i dość pieniędzy, żeby uciec do Austrii. To nie była przyjemna wycieczka.
- No to po co pan wyjechał za granicę? – spytała zdziwiona. – I czemu został tam na tak długo?
Odsunął od siebie pusty talerz i spojrzał jej prosto w oczy.
- Nie wie pani? Zabiłem człowieka.

