Zapisz na liście ulubionych
Stwórz nową listę ulubionych
Miłość to wszystko / Gorące Rio
Zajrzyj do książki

Miłość to wszystko / Gorące Rio

ImprintHarlequin
Liczba stron320
ISBN978-83-291-2091-3
Wysokość170
Szerokość107
EAN9788329120913
Tytuł oryginalnyTwo Secrets to Shock the ItalianWhat The Greek Wants Most
TłumaczAdam BujnikEwa Pawełek
Język oryginałuangielski
Data premiery2026-04-21
Więcej szczegółówMniej szczegółów
Idź do sklepu
Idź do sklepu Dodaj do ulubionych

Przedstawiamy "Miłość to wszystko" oraz "Gorące Rio", dwa nowe romanse Harlequin z cyklu HQN ŚWIATOWE ŻYCIE DUO.

Aristide Angelico spotykał się ze Scarlett Pearson, lecz zawsze dawał jej do zrozumienia, że nie chce się wiązać na stałe ani mieć dzieci. Niemile go jednak zaskoczyła jej decyzja, by poślubić innego. Gdy po dwóch latach mąż Scarlett ginie w wypadku, Aristide pojawia się ponownie w jej życiu. Sam nie bardzo wie, czego chce, ale zaprasza ją na weekend do Włoch, na rodzinne spotkanie. Ten wspólny wyjazd na zawsze odmieni jego życie…

Theo Pantelides przyjeżdża do Rio de Janeiro w jednym celu – by wyrównać rachunki z Benedictem da Costą. Zamierza wykorzystać córkę da Costy, piękną Inez, by zniszczyć reputację jej ojca. Szantażem zmusza ją, by mieszkała z nim przez trzy miesiące i wykonywała jego polecenia. Wkrótce jednak przekonuje się, że zemsta nie uleczy jego duszy, a od nienawiści do miłości jest jeden krok…

Fragment książki

Miliarder Aristide Angelico, założyciel Angelico Technologies, a niegdyś znany playboy, rozsiadł się wygodnie w swojej limuzynie, w drodze na nabożeństwo żałobne po śmierci Luke’a Walkera. Był mężczyzną o smukłej, ale atletycznej budowie ciała i wzroście przekraczającym metr dziewięćdziesiąt, z zielonymi oczyma oraz gęstwiną niesfornych czarnych loków, które okalały bardzo przystojną twarz.

– Dlaczego pan tam w ogóle jedzie? – spytała go rano zaskoczona asystentka. – Przecież właściwie go pan nie znał.

Prawda była taka, że Aristide jechał na nabożeństwo z czystej i niepohamowanej ciekawości.

Wcześniej nie zamierzał przyglądać się temu, jak jego była dziewczyna lamentuje nad trumną swojego męża. Jej rozpacz potwierdzałaby tylko, że miał do czynienia z osobą dwulicową i płytką emocjonalnie. Zamiast więc na samym pogrzebie, Aristide postanowił pojawić się tylko na organizowanym jakiś czas później dodatkowym nabożeństwie żałobnym.

Aristide sypiał z sentymentalną nauczycielką klas jeden-trzy Scarlett Pearson przez prawie rok, uważając, że zna ją na wylot. Okazało się jednak, że jego zaangażowanie w związek z tą filigranową rudowłosą pięknością było przejawem czystej głupoty i naiwności. Jakież było bowiem jego zaskoczenie, gdy – po kilku tygodniach trudnej do wytłumaczenia niedostępności – Scarlett oznajmiła mu nagle, za pomocą tchórzliwego esemesa, że wychodzi za mąż za swojego przyjaciela z dzieciństwa Luke’a Walkera… z którym jej relacja, jak wielokrotnie zapewniała Aristide, ma charakter czysto platoniczny.

Aristide czuł, że po prostu wystrychnięto go na dudka! A najbardziej przerażające było to, że chociaż tak bardzo starał się panować nad sytuacją, i tak nie uniknął zranienia i padł ofiarą kobiety – jak wcześniej jego dziadek, ojciec i zmarły brat, Daniele. Mężczyźni z rodu Angelico po prostu nie mieli szczęścia do kobiet. I między innymi dlatego dorastający Aristide postanowił wieść żywot beztroskiego playboya. Teraz miał lat dwadzieścia dziewięć, ale już jako osiemnastolatek mocno używał życia. Zawsze dbał jednak o to, by przypadkiem nie związać się zbyt mocno z jakąś nieczułą jędzą, jak jego matka, czy pokrętną naciągaczką, czego doświadczył jego nieszczęsny brat.

Aristide bał się, że za chwilę jego życie zatoczy jakieś makabryczne koło. Matka wywierała na niego olbrzymią presję, by się ożenił, a on czuł, że długo jeszcze nie będzie gotowy wpaść w szpony tej instytucji. Mógł wprawdzie nie przejmować się matką, ale oznaczałoby to, że lekceważy ostatnią prośbę swojego zmarłego brata. Kierując się więc treścią listu pożegnalnego, który zostawił dla niego Daniele, Aristide starał się wykazywać przynajmniej trochę zrozumienia dla trudnego charakteru matki, chociaż wiele go to kosztowało.

Przy każdej okazji matka podsuwała mu kolejne kandydatki na żonę, a on zaczynał mieć już tego serdecznie dość. Dla niego małżeństwo wchodziło bowiem w grę dopiero w wieku średnim i wyłącznie w celu spłodzenia spadkobiercy. Miał też konkretne wyobrażenie o tym, jakimi przymiotami powinna się wykazywać kandydatka na żonę: musi mieć urodę, własny majątek i dobrze rozwinięty instynkt macierzyński. Ten ostatni warunek był szczególnie nienegocjowalny, bo nikt nie wiedział lepiej od Aristide, czym jest dorastanie w obecności zimnej i okrutnej matki.

– Jesteś wykończona – zauważyła tonem pełnym współczucia teściowa Scarlett, Edith, przyglądając się jej podkrążonym oczom w słabo oświetlonej kruchcie kościoła.

– Ty też – odparła smutno Scarlett, ponownie uświadamiając sobie, jak potworny wpływ na całą rodzinę miała niespodziewana śmierć jej męża.

Luke zginął w wypadku rowerowym, w drodze do pracy. Przez dwa miesiące po wypadku leżał w śpiączce, ponieważ jednak nie było żadnej nadziei na powrót świadomości, Scarlett, wspólnie z teściami, podjęła decyzję o odłączeniu go od aparatury.

Miał zaledwie dwadzieścia cztery lata – przypomniała sobie Scarlett, ciężko wzdychając.

Nie potrafiła już płakać. Tygodnie, w których Luke pozostawał w śpiączce całkowicie opróżniły ją z łez, bo na początku był to naturalny sposób wyrażania żalu. W dodatku, nie była to pierwsza tragedia rodzinna, której doświadczyła Scarlett w ostatnim czasie. Niedługo po tym, jak wyszła za mąż, zmarli jej przybrani rodzice – jedno z nich po długiej chorobie, drugie zaś po olbrzymim wylewie, prawdopodobnie spowodowanym żalem po śmierci współmałżonka. Tracąc rodziców, Scarlett tym mocniej cieszyła się obecnością Luke’a i jego rodziców. Teraz, bez Luke’a, czuła się poważnie rozchwiana, choć miała świadomość, że musi sobie z tym poradzić, bo miała do wychowania dwójkę małych dzieci.

Gdy w drzwiach kościoła, w którym stała w otoczeniu teściów i grupki przyjaciół, pojawił się jej były chłopak, od razu wiedziała, że nie jest na ten widok gotowa. W ciemnym garniturze, Aristide Angelico wyglądał bardzo elegancko i dokładnie tak, jak go pamiętała. Nie było w tym też nic dziwnego, bo Scarlett wiedziała, że niewiele jest go w stanie dotknąć, a po raz ostatni widziała go zaledwie dwa lata temu. Dla niej jednak te dwa lata wypełnione były ciążą, ślubem, narodzinami bliźniąt i próbą zbudowania nowego życia, przerwaną przez śmierć Luke’a. A wszystkie te elementy tak bardzo różniły się od tego, czego doświadczała, będąc z Aristide.

Na jego widok Scarlett poczuła, że uginają się pod nią kolana, a w jej krwioobiegu zaczyna się rozchodzić jakaś dziwna substancja. Przed oczami stanęły jej wszystkie złe wspomnienia: wielka miłość, wobec której czuła się bezbronna, i ciągły lęk przed tym, że ją straci. Siła tych przykrych wspomnień pomogła jej chociaż trochę zapanować nad własną reakcją, gdy Aristide wyciągnął rękę do Edith, pochylając głowę i wypowiadając uprzejme słowa kondolencji.

Potem zaś zwrócił się do niej…

Patrząc w jego szmaragdowe oczy, nie rozumiała, co do niej mówi. Nie zdawała sobie nawet sprawy, że na chwilę dotknął jej dłoni. Mając wrażenie, że w jego oczach czai się niechęć i szyderstwo, podświadomie zrobiła krok w tył, on zaś zwrócił się z wyrazami współczucia do Toma, ojca Luke’a.

A potem wróciło następne wspomnienie: urzekająca twarz Aristide, gdy zobaczyła go po raz pierwszy… Uśmiechnięty i zatroskany, nachylił się nad nią, gdy podczas joggingu skręciła kostkę. Wcześniej nie wierzyła, że można się zakochać od pierwszego wejrzenia. A jednak zauroczenie, którego wówczas doznała, było natychmiastowe i wszechogarniające. Zanim naprawdę dotarło do niej, z kim ma do czynienia, z czym praktycznie wiąże się jego bogactwo i status społeczny – i jaki miało to wpływ na jego oczekiwania względem niej – była już zbyt zakochana, by się wycofać.

Nie, nie! – powtarzała sobie teraz w duchu ze złością – tylko nie dzisiaj, nie w dniu poświęconym mojemu największemu przyjacielowi…

Aristide usadowił się w kościelnej ławce, z odległości obserwując profil pogrążonej w smutku wdowy. Z porcelanowej cery Scarlett można było sporo wyczytać. Choć od śmierci męża minęło już kilka miesięcy, nadal wyglądała blado, a pod pięknymi, niebieskimi oczami widniały ciemne sińce. Pozbawiona blasku skóra zbyt mocno kontrastowała z ciemnokasztanowymi włosami, o odcieniu stopionej miedzi, upiętymi w brzydki kok. Ku własnemu zaskoczeniu, Aristide zdał sobie sprawę, że widok cierpiącej Scarlett sprawia mu mniejszą przyjemność, niż się spodziewał.

Powtórzył sobie jednak ponownie, że – na szczęście – Scarlett nie ma już w jego życiu i dobrze, że pozwolił, by się tak stało. Nie śledził jej dalszych losów i przestał się nią interesować. Wiedział, że w ogólnym rozrachunku łatwiej jest pogodzić się z rozstaniem niż zastanawiać się, jak przebiega jej życie z innym mężczyzną.

Nie oznacza to, że w zakamarkach jego umysłu przestały kłębić się pytania, na które wówczas postanowił nie szukać odpowiedzi – by się nie poniżać. Czy będąc z nim, jednocześnie kochała Luke’a Walkera? Czy sypiała z nim tylko po to, by rozbudzić zazdrość i pożądanie u swego przyjaciela? A może cały czas sypiała z oboma – uwikłana w jakiś toksyczny układ, z którym nie potrafiła sobie poradzić?

Aristide zawsze jasno mówił o tym, co może, a czego nie może jej dać. A ona – podobnie jak wszystkie kobiety, z którymi miał wcześniej do czynienia – akceptowała zaproponowane warunki. W jego odczuciu Scarlett miała jednak pewne trudności z poruszaniem się w obrębie granic, które wyznaczył: nie przyjmowała od niego drogich prezentów czy kosztownych wyjazdów i nie potrafiła pogodzić się z tym, że jego praca na stanowisku dyrektora generalnego międzynarodowej korporacji ma w naturalny sposób pierwszeństwo przed jej znacznie skromniejszymi potrzebami. Zachowania Scarlett były dla niego czasami tak trudne, że nieraz zastanawiał się, dlaczego w ogóle z nią jest.

A gdy odeszła, potrafił przyznać się przed samym sobą, że Scarlett Pearson-Walker intrygowała go również dlatego, że była jedyną kobietą, która go porzuciła.

Ale fakt ten wciąż go drażnił – i wiele dałby za to, by się dowiedzieć, w czym inny mężczyzna okazał się od niego lepszy.

Po skończonym nabożeństwie, wraz z innymi gośćmi udał się na poczęstunek przygotowany w sali wspólnotowej. Słuchając spontanicznych wystąpień upamiętniających postać Luke’a Walkera – który okazał się znanym wolontariuszem, angażującym się w wiele działań prowadzonych przez lokalną parafię i inne podmioty – Aristide czuł się totalnie wyobcowany. Chodzący ideał – pomyślał – zastanawiając się, jakie mroczne sekrety musi kryć w sobie ten nieskazitelny obraz…

Nie potrafił sobie wyobrazić, jak Scarlett w ogóle mogła z kimś z takim być. A myśl, że mogła go nawet podziwiać, irytowała go do głębi. Przypomniał sobie, że gdy ją poznał, ona też każdą wolną chwilę poświęcała na działania filantropijne. Aż kiedyś musiał jej jasno powiedzieć, że ta „cała dobroczynność” sprawia, że nigdy nie ma dla niego czasu wtedy, gdy on tego potrzebuje. I dopiero wówczas Scarlett zaczęła bardziej koncentrować się na nim. Słuchając pochwał dotyczących jej męża, uświadomił sobie, że w ogóle jej nie znał. Nigdy nie zadał sobie trudu, by spróbować wejść w jej świat – konserwatywny, uporządkowany i pełen konwenansów. Świat, którego fundamentalnie nie rozumiał, bo tak bardzo różnił się on od jego otoczenia kierującego się zupełnie inną dynamiką.

Aristide nigdy nie doznał ciepła czy wsparcia ze strony rodziny. Odkąd pamiętał, jego rodzice nienawidzili się nawzajem. Ojciec nie znajdował przyjemności w małżeństwie czy ojcostwie. Matka zaś, szczególnie po śmierci swojego drugiego syna, próbowała zrobić z Aristide rodzinne bożyszcze, ale on po cichu jej nienawidził i unikał.

Niezależnie od wszystkiego, utrzymanie dobrego imienia firmy wymagało tworzenia pozorów jedności, godności i odpowiedzialności za rodzinę. Naprawdę zaś Aristide kochał tylko swojego brata bliźniaka, który sześć lat wcześniej odebrał sobie życie. Po śmierci zwykle optymistycznie nastawionego do życia Daniele, świat był dla Aristide miejscem z gruntu ponurym, czasami nieco rozjaśnianym obecnością Scarlett.

Widząc, że omijając grupki zaproszonych gości, Aristide zmierza w jej stronę, Scarlett zamarła. Siedziała z rodzicami Luke’a, ukradkiem obserwując każdy jego ruch. Ze względu na wysoki wzrost łatwo było go dostrzec w tłumie, a rozpoznawalność zwiększał jeszcze nienaganny garnitur, kosztowny złoty zegarek i eleganckie spinki.

Aristide prezentował się naprawdę dobrze. Scarlett z trudem próbowała pozbyć się tej myśli i odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego pojawił się na nabożeństwie. Bo, według jej wiedzy, nie było go na pogrzebie.

A musiał przecież przelotnie spotkać Luke’a co najmniej z dziesięć razy, nigdy nie wykazując najmniejszego zainteresowania jego osobą. I chociaż z jego ust nie padło też choćby jedno słowo krytyki i nigdy w nic nie ingerował, Scarlett czuła, że nie podoba mu się to, że ona przyjaźni się z innym mężczyzną. Potrafiła już wówczas rozpoznawać rzeczy, które go denerwują, i jeszcze na długo przed tym, jak się rozstali, tak dobrze odczytywała jego myśli, że mogłaby napisać o nim książkę.

– Mogę zamienić z tobą kilka słów? – zapytał uprzejmie Aristide.

Scarlett podniosła się z miejsca, czując, że trzęsą jej się nogi.

– Jasne – odparła, a gdy oddalili się od teściów, dodała nerwowym szeptem:

– Dlaczego tu przyjechałeś?

– Z ciekawości.

Wpatrując się w porcelanową skórę Scarlett nieprzesłoniętą na szyi prostą sukienką, pragnął zobaczyć więcej. I nagle brak takiej perspektywy bardzo go zirytował. Analizując wydatny, choć łagodny kształt jej warg, mimowolnie przypomniał sobie smak jej ust.

Gwałtownie rosnące podniecenie zbiło go na moment z tropu. Czuł, że to reakcja nie na miejscu – niewłaściwa, niesmaczna i niezgodna z jego osobowością – a świadomość tego drażniła jego dumę.

– Co to znaczy z ciekawości? – spytała z pozornym zdziwieniem Scarlett.

Aristide, który chlubił się tym, że nigdy nie tracił panowania nad sobą, poczuł przetaczającą się przez jego wnętrze falę gniewu. Był pewny, że Scarlett bawi się jego uczuciami, ale nie pozostawało mu nic innego, jak wziąć udział w prowadzonej przez nią grze.

– Choćby to, dlaczego mnie zostawiłaś – odparł oschle, z nutą niechęci w głosie.

Scarlett spojrzała na niego z wyraźnym zdumieniem, rozszerzając szafirowoniebieskie oczy.

– To chyba oczywiste – odpowiedziała beznamiętnie, odwracając się w kierunku innej osoby, która zwróciła się do niej z jakimś pytaniem.

Oczywiste? By móc zamknąć tę sprawę, Aristide potrzebował wyjaśnień. Powinien był już dawno o wszystkim zapomnieć, ale Scarlett tkwiła mu w głowie jak cierń – dręcząc podświadomość i nie dając się usunąć z myśli.

Wyczerpana i roztrzęsiona tą krótką rozmową, Scarlett wróciła na miejsce obok teściów. Nachylając się ku niej, Edith położyła dłoń na jej rozdygotanych kolanach, próbując ją uspokoić.

– Czy to on? – spytała cicho. – Jest taki podobny do naszych wnucząt.

Bladość Scarlett była najlepszym potwierdzeniem. Z wdzięcznością pomyślała teraz o mądrości zmarłego męża, który ujawnił swoim rodzicom fakt, że jest gejem oraz nalegał, by nie ukrywać przed nimi, kto jest ojcem dzieci.

– Tak – potwierdziła krótko Scarlett. Zresztą oliwkowa karnacja skóry, ciemne loki i jasnozielone oczy i tak czyniły z Rome i Alice miniaturowe sobowtóry ich ojca.

– Przyprowadzę dzieci dopiero za godzinę – zapowiedziała Edith, rozmawiając ze Scarlett przez telefon. – Na razie bawią się na zjeżdżalni. Mam tu jeszcze dla nich coś do jedzenia, a potem wrócimy do domu. Na pewno będą zmęczone i pójdą na trochę do łóżka, a ty będziesz miała jeszcze chwilę, żeby odpocząć.

– Nie potrzebuję specjalnego odpoczynku – broniła się lekko Scarlett. – Dzisiaj nie byłam przecież w pracy.

– Ale na pewno miałaś coś do roboty w domu.

To prawda – przyznała w duchu Scarlett. Włożyła do wózka zrobione pranie, by wywieźć je na dwór i rozwiesić w tylnej części ogrodu. Jak właściwie każdego dnia od śmierci Luke’a, również dzisiaj czuła się zmęczona. Zaczynała wierzyć, że stan chronicznego wyczerpania jest po prostu częścią składową żałoby. Życie bez Luke’a było dla niej trudniejsze i bardziej samotne. A i tak miała dużo szczęścia, że na piętrze tego samego domu mieszkali kochający ją teściowie.

Od kilku tygodni znów pracowała – choć tylko na część etatu – w szkole, w której była zatrudniona od momentu ukończenia studiów. O tym, czy chce wrócić na cały etat, mogła zdecydować dopiero po wakacjach. Na szczęście Luke miał dobre ubezpieczenie na życie, więc gdy zginął, Scarlett przez kilka miesięcy mogła bez problemu zajmować się wyłącznie dziećmi.

Po ślubie teściowie przebudowali swój obszerny dom, dzieląc go na dwie niezależne części, by Luke i Scarlett z dziećmi mogli zamieszkać na parterze, ciesząc się bezpośrednim dostępem do ogrodu. W praktyce wszyscy korzystali z ogrodu w podobnych proporcjach, a za zajmowanie się roślinnością nadal odpowiadał Tom, dla którego jak zawsze była to świetna odskocznia od pracy w biurze rachunkowym, które prowadził.

Gdy odezwał się dzwonek do drzwi, Scarlett zmarszczyła czoło, bo nie spodziewała się żadnych gości, a jej najbliższa przyjaciółka, Brie, była jeszcze w pracy. Zakładając, że musi to być jakaś dostawa, wyszła z kuchni, przeszła przez wąski korytarz i z uśmiechem otworzyła drzwi.

Gdy zobaczyła, kto stoi po drugiej stronie, z jej twarzy natychmiast znikł uśmiech i na sztywnych nogach pospiesznie zrobiła krok do tyłu.

– Zadzwoniłbym, że chcę wpaść, ale nie mam twojego aktualnego numeru.

– Aristide… – mruknęła chrapliwie Scarlett, czując suchość w gardle, bo fakt, że stał w progu jej domu, wypełniał ją paniką.

W pierwszym odruchu podziękowała niebiosom, że dzieci są ciągle na dworze z teściową, przez ułamek sekundy zastanawiając się, czy w salonie zostały posprzątane zabawki. Następnie, zdając sobie sprawę, że w mieszkaniu są pooprawiane w ramki zdjęcia dzieci, wyszła na zewnątrz, by nie wpuścić gościa do środka.

– Co ty tu robisz? – spytała sztywno, nie potrafiąc wyobrazić sobie powodu wizyty.

Fragment książki

Theo Pantelides z piskiem opon zatrzymał czarnego astona martina przed głównym wejściem hotelu Grand Rio. Wystawne przyjęcie, którego celem była kwesta na rzecz dzieci z najuboższych dzielnic, rozpoczęło się piętnaście minut temu. Oczywiście zdążyłby na czas, gdyby nie kolejny telefon od starszego brata, Ariego.

Pospiesznie wysiadł z samochodu, czując na twarzy wieczorne, nieco duszne powietrze, typowe dla Rio de Janeiro. Rzucił boyowi hotelowemu kluczyki, a sam z dziwnym, zagadkowym uśmiechem na ustach, wszedł do holu luksusowego, pięciogwiazdkowego hotelu. Marmurowa posadzka lśniła czystością, a ściany zdobiły artystycznie oświetlone reliefy. Doskonałe miejsce świadczące o zamożności, dobrym guście i szerokich kontaktach gospodarza imprezy. Theo prychnął pod nosem. Trzeba czegoś więcej, żeby go oszukać. Postanowił jednak udawać, że bierze udział w tej grze. Przyjdzie czas, gdy z satysfakcją zakończy zabawę. Już wkrótce.

Na spotkanie wyszła mu starannie ubrana blondynka, w diamentowej kolii na szyi i niebotycznie wysokich szpilkach. Usta w kolorze dojrzałej truskawki rozchyliły się w szerokim uśmiechu.

‒ Dobry wieczór, panie Pantelides. Dziękujemy, że zaszczycił nas pan swoją obecnością.

Theo odpowiedział w podobnym tonie, przywołując na twarz specjalny uśmiech, którego się nauczył, odkąd skończył osiemnaście lat. Nie potrafiłby zliczyć, ile razy dzięki niemu udało mu się uniknąć kłopotów, a także ukryć prawdziwe emocje.

‒ Oczywiście. Byłoby wielkim nietaktem, gdybym się nie zjawił, będąc honorowym gościem, prawda?

Zaśmiała się lekko.

‒ Tak… nie, to znaczy, cieszymy się, że pan przybył. W zasadzie wszyscy goście już są i częstują się drinkami w sali balowej. Gdyby pan czegoś potrzebował, czegokolwiek, mam na imię Carolina. – Przez uczernione maskarą długie rzęsy posłała mu kokieteryjne spojrzenie, wyraźnie sugerujące, że pomimo obowiązków hostessy gotowa jest się nim zająć w specjalny sposób.

‒ Obrigado – odparł po portugalsku, bez obcego akcentu. Poświęcił wiele czasu, studiując niuanse tego języka. Podobnie jak opracowując sekretny plan zniszczenia pewnej osoby. Nie mógł sobie pozwolić na żaden błąd, żadną pomyłkę.

Stojąc w podwójnych drzwiach sali balowej, odwrócił się jeszcze w stronę hostessy.

‒ Powiedziała pani, że wszyscy goście już przybyli. A gospodarz przyjęcia Benedicto da Costa z rodziną również? – spytał chłodnym tonem.

‒ Tak, przyjechali pół godziny temu – odparła z wyraźną rezerwą.

‒ Dziękuję – powiedział, uśmiechem pokrywając buzujące w nim emocje. – Jest pani bardzo pomocna.

Blondynka ponownie posłała mu zalotne spojrzenie, ale zanim zdążyła wytoczyć cały arsenał kobiecych sztuczek, Theo zniknął za drzwiami. Przybył na przyjęcie w jednym celu, dla Benedicta da Costy. To, co zamierzał zrobić, poparte było długimi przygotowaniami. Jego działania cechowały skrupulatność i skuteczność. Pewnie dlatego w rodzinnym przedsiębiorstwie Pantelides Inc. pełnił funkcję mediatora i specjalisty od rozwiązywania problemów. Nie wierzył w przeznaczenie, ale nie mógł zlekceważyć głęboko zakorzenionego w sercu przeświadczenia, że jego profesja sprawiła, że znalazł się w Rio, blisko człowieka, którego nienawidził od dwunastu lat. Najchętniej przeprowadziłby akt zemsty tu i teraz, ale na to był zbyt rozsądny. Wkrótce…

Ari i Sakis zaczęli się domyślać, dlaczego postanowił przedłużyć pobyt w Rio. Nie zważał jednak na opinię starszych braci. Nic nie mogło go powstrzymać. Był pewien swoich racji i zamierzał sam decydować o swoim losie. Oczywiście, gdyby Ari znał szczegóły, próbowałby go od tego odwieść na wszelkie sposoby. To on od wielu lat pełnił rolę głowy rodziny. Theo dziękował Bogu, że cała uwaga Ariego skupiała się teraz na jego pięknej narzeczonej Perli i dziecku, które było w drodze. W przeciwnym razie, byłby gotów przyjechać do Rio, żeby się rozmówić z młodszym bratem. Nie, nawet Ari nie byłby w stanie go powstrzymać. Potrząsnął głową, odrywając się od myśli o rodzinnych relacjach, i zrobił krok w przód.

Gdy przekroczył próg sali balowej, była pierwszą osobą, którą zobaczył. Trudno było jej nie zauważyć, wyróżniała się w tłumie innych gości. Wytyczne co do ubioru na ten wieczór były jasno określone w zaproszeniu. Obowiązał strój wieczorowy i stonowane kolory. Ona zaś miała na sobie prowokująco krótką, krwistoczerwoną sukienkę, dopasowaną do bardzo kobiecej sylwetki. Mógł tylko stać i się gapić, sycąc wzrok zjawiskową dziewczyną. Poznał ją od razu. Inez da Costa… Najmłodsza latorośl Benedicta. Dwudziestoczteroletnia, zmysłowa, niepokorna… Wbrew woli poczuł, że robi mu się gorąco, gdy obejmował wzrokiem duży biust, wąską talię i proporcjonalne biodra.

Wiedział wszystko o każdym członku rodziny da Costa. Aby jego plan mógł się powieść, musiał mieć dostęp do wszelkich informacji, by potem odpowiednio je wykorzystać. Inez da Costa nie była wcale lepsza od swojego ojca i brata. Z tą różnicą, że oni, aby osiągnąć cel, stosowali brutalną przemoc i szantaż, ona zaś posługiwała się swoimi wdziękami.

Nie dziwił się, że mężczyźni szaleli za jej kształtami Marlin Monroe. Nieczęsto można było spotkać kobietę o idealnych proporcjach klepsydry. Widział, jak goście, z którymi rozmawia, spijają z jej ust każde słowo, wpatrując się w nią z cielęcym zachwytem.

Niedaleko stał sam Benedicto, a obok niego syn. Pomimo skrojonego na miarę garnituru i drogich dodatków było w nim coś, co budziło niechęć i niekontrolowany lęk. Grube, nieregularne rysy twarzy i małe, świdrujące oczka sprawiały, że przypominał jaszczura albo innego gada. Nie budził sympatii, raczej strach, ale to akurat mu bardzo odpowiadało. Theo wiedział, że Benedicto potrafił odpowiednią mimiką i tonem głosu osiągnąć wszystko, na czym mu zależało. Był bardzo wpływowym człowiekiem i jednym gestem mógł kogoś pogrążyć lub uratować. Nic więc dziwnego, że połowa gości, przybyła na kwestę tylko po to, by zyskać w jego oczach.

Pięć lat wcześniej Benedicto jasno nakreślił swoje polityczne aspiracje i od tego momentu sukcesywnie rósł w siłę, stosując podejrzane metody. Theo na własnej skórze przekonał się, jak groźny potrafi być da Costa, i nie zamierzał tego darować.

Wziął ze stolika kieliszek szampana i upił łyk, ruszając w głąb sali. Wymieniał uprzejmości z ministrami i dygnitarzami, którzy starali się zyskać przychylność kogoś, kto nosił nazwisko Pantelides. W pewnym momencie zorientował się, że Benedicto i Pietro spostrzegli jego obecność. Theo mało nie parsknął śmiechem, gdy zobaczył, jak poprawiają muchy i prostują się na baczność. Udał, że ich nie widzi, odwrócił się i skierował kroki tam, gdzie stała córka Benedicta. Dziewczyna uśmiechała się figlarnie do swojej najnowszej zdobyczy, Alfonsa Delgada, brazylijskiego milionera i filantropa.

‒ Jeśli chcesz, żebym ci towarzyszyła podczas gali, wystarczy, że powiesz słowo, Alfonso. Moja matka zawsze była gwiazdą na tego typu przyjęciach. Podobno odziedziczyłam po niej ten talent. A może w to wątpisz?

Alfonso uśmiechnął się, niemal z uwielbieniem w oczach. Theo zmusił się, by powstrzymać pogardliwy grymas, upił kolejny łyk szampana, przysłuchując się rozmowie.

‒ Nikt przy zdrowych zmysłach nie śmiałby wątpić. – Alfonoso wiedział, co to kurtuazja. – Może moglibyśmy to omówić przy kolacji któregoś wieczoru w tym tygodniu?

Usta rozciągnęły się w pięknym uśmiechu.

‒ Oczywiście, z przyjemnością. Przy okazji może moglibyśmy również porozmawiać o twojej obietnicy, że wesprzesz kampanię mojego ojca?

Theo uznał, że czas najwyższy włączyć się do rozmowy. Podszedł bliżej, wyciągając rękę do Alfonsa. Ten porzucił czarujący uśmiech playboya na rzecz zwykłego, przyjacielskiego.

‒ Amigo, nie wiedziałem, że znów przyjechałeś do mojej ukochanej ojczyzny.

‒ Przed tym, co zamierzam osiągnąć w Rio, nie powstrzymałoby mnie nawet stado dzikich koni – odparł, wdychając zapach kobiety stojącej obok. Używała drogich, ale subtelnych perfum, przywodzących na myśl woń kwiatów i zachód słońca latem.

‒ A skoro mowa o koniach… ‒ Oczy Alfonsa rozbłysły.

‒ Nie, Alfonso. – Theo pokręcił głową. – Twoje konie wyścigowe mnie nie interesują. Co innego wyścigi łodzią motorową. Co powiesz na mały pojedynek?

‒ Nic z tego, mój przyjacielu. Wszyscy wiedzą, że pod tym eleganckim smokingiem skrywasz naturę rekina. Jeśli miałbym się z tobą zmierzyć, to tylko na lądzie.

Inez da Costa chrząknęła znacząco. Alfonso natychmiast zwrócił się w jej stronę z przepraszającym uśmiechem. Theo znał go od lat i wiedział, że jego kolega ma wyjątkową słabość do brunetek o ponętnych kształtach.

‒ Wybacz mi, querida. Pozwól, że ci przedstawię…

Theo powstrzymał go gestem ręki.

‒ Sam dokonam ceremonii prezentacji, a ty lepiej już idź. Jesteś potrzebny w innym miejscu.

Alfonso otworzył szeroko oczy ze zdumienia.

‒ W innym miejscu?

Theo pochylił się i szepnął coś na ucho przyjacielowi. Niedowierzenie i złość pojawiły się na twarzy Alfonsa. Zerknął na dziewczynę stojącą obok niego, po czym znów popatrzył w twarz Thea.

‒ Chyba jestem ci winien za to przysługę.

‒ I to nie jedną, ale kto by liczył.

‒ Spokojnie. Potrafię się odwdzięczyć. Ate a proxima.

‒ Do następnego razu – odparł Theo. Usłyszał ciche, gniewne fuknięcie, które wyrwało się z gardła Inez. Alfonso odszedł, nie obdarzając jej nawet jednym spojrzeniem, nawet jednym słowem. Theo leniwym gestem uniósł kieliszek i upił kolejny łyk, delektując się nie tyle alkoholem, co sytuacją. Najwyraźniej tylko on jeden był zadowolony, bo gdy spojrzał na Inez, zobaczył w jej oczach wściekłość.

‒ Kim jesteś i co takiego powiedziałeś Alfonsowi?!

Theo musiał przyznać, że zdjęcia, które posiadał, gromadząc informacje o rodzinie da Costa, nie oddawały w pełni urody Inez. Dziewczyna była po prostu zachwycająca. Stojąc blisko niej, nie mógł oderwać wzroku od pięknej twarzy o regularnych rysach. Cerę miała nieskazitelnie gładką, a duże oczy podkreślał wyraźny, nienaganny makijaż. Podobała mu się. I to jak!

‒ Zadałam pytanie. Dlaczego jeden z moich gości właśnie opuścił przyjęcie?

‒ Powiedziałem mu, że jeśli nie chce założyć sobie stryczka na szyję, powinien się trzymać od ciebie z daleka.

Otworzyła szeroko usta, ukazując rząd równych, białych zębów.

‒ Co takiego? Wybacz, ale…

‒ Wybaczam.

‒ Jak śmiesz!

‒ Spokojnie, anjo, nie rób scen. Tatuś byłby niezadowolony, gdybyś zepsuła mu przyjęcie.

‒ Nie wiem, kim jesteś, ale może powinieneś wziąć kilka lekcji etykiety, jak się należy zachowywać na spotkaniach towarzyskich. Zasada pierwsza, nie obraża się gospodyni bądź gospodarza przyjęcia i…

‒ Nie miałem takiego zamiaru. Moje intencje są bardzo proste. Chciałem się pozbyć konkurencji.

‒ Konkurencji?

W tym momencie kelnerzy otworzyli drzwi do drugiej sali przygotowanej na uroczystą kolację.

‒ Owszem. Teraz, kiedy Alfonso wyszedł, mam cię tylko dla siebie. A kim jestem? Theo Pantelides, twój gość honorowy. Chyba nie tylko mnie przydałyby się lekcje etykiety. Dobra gospodyni powinna wiedzieć, kim są jej najważniejsi goście.

‒ Ty jesteś Theo Pantelides? – mruknęła speszona, porzucając agresywny ton.

‒ Jak widzisz. Sugeruję, żebyś była miła, bo w przeciwnym razie sobie pójdę. Już wystarczy, że Alfonso wyszedł. Fakt, że jeden z ważniejszych gości opuszcza przyjęcie przed kolacją, można jeszcze jakoś wytłumaczyć, ale jeśli zrobi to dwóch… Niedobrze. A teraz uśmiechnij się. Służę ramieniem.

Theo Pantelides.

To o tym człowieku rozmawiał jej ojciec z Pietrem. To ten, który miał przejąć większość udziałów w Da Costa Holdings. Ten, o którym Pietro mówił, że jest aroganckim łajdakiem. No cóż, mogła potwierdzić, że był arogancki. Nie przypuszczała jednak, że może być tak… pociągający.

‒ Myślałam, że jesteś starszy – wypaliła, zanim zdążyła ugryźć się w język.

‒ I nie tak urzekający, przystojny i pełen życia? – kpił, przeciągając samogłoski.

Choć jego pewność siebie zaczynała jej działać na nerwy, nie mogła zaprzeczyć. Czuła się dziwnie, czując na sobie spojrzenie brązowych oczu. Uniosła wzrok i przez chwilę patrzyła na mocną, opaloną szyję i poruszającą się grdykę, gdy Theo powoli, leniwie popijał szampana. Nagle zorientowała się, że ma ochotę go dotknąć. Santa Maria! Powinna pamiętać o tym, że jest na niego zła. Nie mogła jednak zapomnieć o swojej roli na przyjęciu – być miłą, zalotną, by w ten sposób zachęcać gości do większej hojności. Taką umowę zawarła z ojcem. Na szczęście już niedługo będzie wolna. Ojciec przestanie mieć wpływ na jej życie. Ucieknie daleko od tego wszystkiego, co ją otaczało, od wstrętnych plotek, które towarzyszyły jej od dziecka, i którymi zawsze zamartwiała się matka.

Teraz jednak powinna w miarę bezkonfliktowo dotrwać do końca wieczoru.

‒ Rzeczywiście, to bardzo urzekające, że obcesowo przeszkodziłeś mi w rozmowie, a potem wystraszyłeś czymś mojego gościa do tego stopnia, że nawet nie powiedział „do widzenia”.

‒ Zastanów się przez chwilę. Naprawdę chciałabyś kogoś takiego? Wystarczyło, żebym szepnął mu na ucho kilka słów, a natychmiast cię zostawił.

‒ Pewnie teraz gratulujesz sobie skuteczności.

Theo zaśmiał się, a Inez zastanawiała się, czy istnieje jakikolwiek sposób, by wytrącić z równowagi tego mężczyznę. Przyzwyczajona była do tego, że ojciec i brat nieustannie z niej kpili. Pośród rubasznych żartów szydzili z jej ambicji, do czasu aż spakowała walizkę i zagroziła, że odchodzi z domu na zawsze. Nigdy nie miała z nimi łatwo. Konflikty nasiliły się po śmierci matki, która zginęła, spadając z konia, na tydzień przed jej osiemnastymi urodzinami. Inez szybko się zorientowała, że jest bardzo osamotniona w swoim bólu i żałobie. Ojciec ledwie zdążył pochować żonę, a już myślał tylko o władzy w polityce i zaszczytach. Nawet Pietro nie miał czasu przeżyć żałoby, bo Benedicto natychmiast wciągnął go w swoje interesy. Był ktoś, o kim myślała, że jest inny, szlachetny i honorowy, a okazał się tak samo bezwzględny i żądny władzy jak wszyscy mężczyźni w jej rodzinie. Constantine Blanco. To on ją pozbawił wszelkich złudzeń.

‒ Inez… – usłyszała tuż przy uchu miękki, zmysłowy głos. Głos, który kusił i niepokoił. Nagle jej sercem szarpnął ból na wspomnienie matki. To ona nadała jej imię. Nie chciała, by ten obcy mężczyzna traktował ją z poufałością, na którą pozwalała tylko najbliższym. Czując na szyi gorący oddech, zadrżała lekko.

‒ Nie mów do mnie po imieniu, w ogóle do mnie nie mów… Idź sobie i zostaw mnie w spokoju.

‒ Widzę teraz, że plotki okazały się nieprawdziwe – rzucił w zamyśleniu.

Odepchnęła od siebie niechciane myśli o Constantinie, ile straciła w pogoni z miłością.

‒ Jakie plotki? – spytała ostrożnie.

‒ Słyszałem, że jesteś słodką istotą, która rozsiewa wokół wdzięk i czar, a tymczasem mam przed sobą prawdziwą jędzę.

‒ W takim razie radzę, żeby trzymał się pan ode mnie z daleka ‒ ostrzegła, przechodząc na oficjalną formę. ‒ Nie chciałabym uszkodzić pańskiej urzekającej i przystojnej buzi. A teraz proszę wybaczyć, obowiązki wzywają.

Pospiesznie umknęła w kierunku jadalni. Bogato przystrojone stoły mieniły się okazałością srebrnych sztućców i wypolerowanych kryształów. Dwadzieścia tysięcy dolarów od talerza. Inez miała nadzieję, że przyjęcie okaże się sukcesem, w przeciwnym razie ojciec przez miesiąc będzie nie do wytrzymania. Na szczęście nic nie wskazywało na to, by Benedicto miał jakiekolwiek powody do niezadowolenia. Nie licząc tajemniczego zniknięcia brazylijskiego milionera.

Inez rozejrzała się krótko po sali. Każdy stolik zastawiony był dla ośmiu osób. Na gospodarzy wieczoru czekało miejsce pośrodku jadalni. Stało się tak na wyraźne życzenie Benedicta, który chciał, by wszystkie oczy zwrócone były właśnie na niego. Inez z wyraźnym napięciem popatrzyła na puste miejsce, które miał zająć Alfonso. Przy stoliku siedział już sekretarz stanu z żoną, a także druga para ważnych gości. Trzy krzesła czekały jeszcze na nią, ojca i brata. Inez czuła coraz większy niepokój. Jeśli do tej pory nikt nie zauważył, że jeden z najważniejszych i najzamożniejszych gości opuścił przyjęcie, teraz będzie to nieuniknione. Ojciec będzie wściekły. Powinna znaleźć kogoś, kto usiadłby razem z nimi przy stole, tylko kogo?

 

Napisz swoją recenzję

Podziel się swoją opinią
Twoja ocena:
5/5
Dodaj własne zdjęcie produktu:
Recenzje i opinie na temat książek nie są weryfikowane pod kątem ich nabywania w księgarniach oraz pod kątem korzystania z nich i czytania. Administratorem Twoich danych jest HarperCollins Polska Sp. z o.o. Dowiedz się więcej o ochronie Twoich danych.
pixel