Zapisz na liście ulubionych
Stwórz nową listę ulubionych
Misja lady Margot
Zajrzyj do książki

Misja lady Margot

ImprintHarlequin
Liczba stron384
ISBN978-83-291-3179-7
Wysokość170
Szerokość107
EAN9788329131797
Tytuł oryginalnyWild Wicked Scot
TłumaczAnna Pietraszewska
Język oryginałuangielski
Data premiery2026-09-08
Więcej szczegółówMniej szczegółów
Idź do sklepu
Idź do sklepu Dodaj do ulubionych

Przedstawiamy "Misja lady Margot" nowy romans Harlequin z cyklu HQN POWIEŚĆ HISTORYCZNA.
Lady Margot wychodzi za mąż za przywódcę potężnego szkockiego klanu, Arrana MacKenziego. Jej ojciec, lord Norwood, ma nadzieję, że dzięki temu małżeństwu powiększy majątek i zdobędzie wysoką pozycję na północy kraju. Po ślubie okazuje się, że Margot nie była gotowa zamienić wielkomiejskich rozrywek Londynu na życie w surowej Szkocji. Wkrótce ucieka do rodzinnego domu i przysięga sobie nigdy więcej nie odwiedzać północy.
Po kilku miesiącach wszystko wskazuje na rychły wybuch szkocko-angielskiej wojny. Lord Norwood namawia córkę, aby wróciła do męża. Margot ma odzyskać jego zaufanie i dowiedzieć się, po której stronie konfliktu stanie Arran...

Fragment książki

Noc była tak pogodna, że nawet z oddalonego od plaży dziedzińca słychać było szum morza. Okna średniowiecznego zamku Balhaire stały otworem, a w westybulu wciąż paliły się pochodnie. 
Wnętrze odnowiono i wyposażono we wszelkie możliwe wygody. Takiej rezydencji nie powstydziłby się sam król. Baronowi Arranowi MacKenziemu dom ten w zupełności wystarczał do szczęścia.
Przywódca klanu i jego ludzie odpoczywali po wieczerzy przy beczce piwa w towarzystwie kilku dziewcząt, które umilały im czas. 
Tymczasem na baszcie wartownicy grali w kości. 
Seamus Bivens wygrał u swego druha, Donalda Thane’a co najmniej dwa sgillingi . Nie żeby to była fortuna – lord MacKenzie sprawiedliwe opłacał lojalnych ludzi – ale roztropny Szkot nigdy nie gardzi zarobionym, a tym bardziej darowanym groszem. Następna kolejka i przegrana Donalda zakończyła się bójką. Dowódca warty Sweeney MacKenzie zamierzał przymknąć na nią oko, ale usłyszawszy z dołu jakiś hałas, przypadł do podkomendnych i rozdzielił ich bez ceregieli. 
– Mordy w kubeł, utrapieńcy! Zapomnieliście, po coście tu przyszli? A może na słuch wam padło od tych kości? 
Wartownicy natychmiast wyciągnęli szyje i nadstawili uszu. W oddali wyraźnie słychać było nadjeżdżający powóz. 
– Ki czort? – wymamrotał Seamus, wnet zapomniawszy o sprzeczce z Donaldem. Chwycił lunetę i wyjrzał za mury. 
– No i? – ponaglił Thane, spoglądając mu przez ramię. – Kogo diabli niosą? Pewno któregoś z Gordonów?
Bivens potrząsnął głową. 
– Eee… nie, to nie Gordon. 
– Skoro nie Gordon, to jak nic Munro – stwierdził z przekonaniem Sweeney. – Ponoć Munrowie czynią zakusy na nasze ziemie. 
– Nie, Munro też nie. 
Na dziedzińcu stanął powóz eskortowany przez czterech konnych.
– Kto, do diaska, nachodzi porządnych ludzi po północy? – oburzył się Donald. – Też mi pora na wizyty! Skaranie boskie… – Zamierzał dorzucić coś jeszcze, ale Seamus raptem wypuścił ze świstem powietrze, odskoczył od blanki, jak oparzony, po czym wychylił się raz jeszcze. Jakby chciał się upewnić, czy dobrze widzi. 
– Nie! Nie może być! Oczom własnym nie wierzę…
– Co, do pioruna? – dopytywali się zaciekawieni towarzysze. – To chyba nie Buchanan? – Najgorszy wróg MacKenziech raczej nie składał kurtuazyjnych wizyt w środku nocy.
– Gorzej. 
– Gorzej? Duchaś tam zobaczył, czy jak?
– W rzeczy samej… Tak jakby. 
– Mówże zaraz, kto zacz, bo nie ręczę za siebie! – pieklił się Sweeney. 
– No… lady MacKenzie… – wydusił szeptem Bivens. 
– Lady MacKen… Że jak?!
– No, mówię przecie…
– Jezusie Nazareński, niech skonam…! – Dowódca warty chwycił pistolet, po czym puścił się biegiem na dół, żeby ostrzec kuzyna o powrocie żony. Nie było to łatwe zadanie. Wieża była wysoka, a schody strome. Kiedy dotarł na dziedziniec, pani MacKenzie stawiała właśnie stopę na schodkach powozu. Sweeney zaklął pod nosem i pognał ku drzwiom. 
Arran odetchnął głęboko, rozkoszując się chwilą. Nie ma to, jak wieczór z kuflem dobrze uwarzonego piwa i ponętną dziewką na kolanach. Gdyby jeszcze pamiętał, jak miała na imię… Aileen? Irene?
– Arran! Arran! – rozległo się nagle natarczywe wołanie. 
MacKenzie wychynął zza pleców blondynki i rozejrzał się nieprzytomnie dookoła. Sweeney biegł ku niemu, sapiąc i słaniając się na nogach. Wyglądał tak, jakby miał za chwilę wyzionąć ducha. – MacKenzie! – wrzeszczał wniebogłosy, przeciskając się przez tłum. – P-p-prędko! G-g-gdzie się p-p-podział MacKenzie?! – Władał mieczem jak mało kto i był wytrawnym dowódcą, ale kiedy coś go wyprowadzało z równowagi, a zdarzało się to nader rzadko, jąkał się, jak w czasach, gdy obaj byli dziećmi. Dziwne… – pomyślał z niejakim niepokojem Arran.
– Sweeney! – krzyknął, zepchnąwszy z kolan dziewczynę, która dotrzymywała mu towarzystwa. – Tu jestem! Co tak dyszysz, bracie? Stało się co, czy jak? 
– I o-o-owszem, s-stało się – wysapał bez tchu dowódca straży. – W-wróciła…
– Że co? 
– No, w-wróciła, t-twoja…
MacKenzie podniósł się i chwycił krewniaka za ramiona. 
– Spokojnie, chłopie. Odsapnij i zacznij od nowa. Mówisz, że kto wrócił? 
– Tt-twoja p-p-pani. 
– Moja… Kto?
– Twoja p-p-pani. L-lady M-MacKenzie. 
Ostatnie słowa Sweeneya zawisły w powietrzu w kompletnej ciszy, jaka raptem zapanowała w westybulu. Arran na moment zamarł. Gdy odrobinę oprzytomniał, wymienił spojrzenie z Jockiem, lecz ten sprawiał wrażenie równie osłupiałego jak on sam. 
– Oj, chłopie – zwrócił się ponownie do Sweeneya. – Coś ci się chyba pomyliło. To nie może być ona…
– Nie pomyliło mu się – usłyszał nagle i ponownie zdębiał. Ten głos i wyrazisty angielski akcent rozpoznałby wszędzie. Popatrzył w stronę drzwi, ale w słabo oświetlonej sieni niewiele dało się zobaczyć. Zresztą nie potrzebował potwierdzenia. Wystarczył mu zbiorowy okrzyk zebranych w izbie towarzyszy. W istocie, Sweeney się nie mylił. Ta zdradliwa piekielnica rzeczywiście tu była. Żona marnotrawna wróciła na włości. Po trzech latach ni stąd, ni zowąd przypomniała sobie, że ma męża? Dobre sobie. 
Jego ludzie zapewne będą podzieleni. Część przyjmie jej powrót jako błogosławieństwo, część jako zwiastun katastrofy. On sam nie miał złudzeń. Był przekonany, że zjawiła się w Balhaire z jednego z trzech powodów: jej ojciec przeniósł się do lepszego świata i nie miała, gdzie się podziać, przepuściła wszystkie pieniądze MacKenziech albo chciała się rozwieść. 
To pierwsze było raczej niemożliwe. Gdyby stary Norwood umarł, już by o tym wiedział. Opłacał w Anglii człowieka, który miał baczenie na jego niewierną połowicę. Tłum rozstąpił się jak na zawołanie, żeby zrobić dla niej przejście. Przez chwilę sunęła ku niemu posuwistym krokiem w eskorcie dwóch wymuskanych rodaków w perukach. 
Byłoby to iście spektakularne wejście, gdyby nie natknęła się po drodze na jednego z psów, który drzemał w najlepsze na środku izby. Na widok uśpionej bestii zatrzymała się na chwilę, po czym przeszła dookoła i ruszyła dalej. 
Arran pomyślał wówczas, że najbardziej prawdopodobny jest trzeci powód. Chciała się rozwieść albo unieważnić ich małżeństwo; jedno z dwojga. Tak czy owak, pragnęła na zawsze się od niego uwolnić. Tylko po co przemierzyła w tym celu taki szmat drogi? Nigdy nie potrafił odgadnąć, co myśli. Nadal nie mógł uwierzyć, że stoi przed nim we własnej osobie, z miną niewiniątka i niepewnym uśmiechem. Jej ludzie trzymali przy niej wartę z rękoma na rękojeściach mieczy. 
Zeskoczywszy z podestu, podszedł do niej zdecydowanym krokiem. 
– Przypłynęłaś statkiem? – zapytał z pozornym spokojem. – Czy może przyfrunęłaś na miotle? 
W pełnej napięcia ciszy rozległ się nagle słabo tłumiony chichot któregoś z biesiadników. 
– Najpierw wsiadłam na statek – odparła, ignorując zaczepkę. – A potem jechałam powozem. – Przechyliła głowę na bok i zmierzyła go uważnym spojrzeniem. – Znakomicie się prezentujesz, mężu. Miałam nadzieję, że zastanę cię w dobrym zdrowiu. 
Zbył jej uwagę milczeniem. Co niby miałby jej powiedzieć po trzech latach rozłąki? Nie odezwał się także dlatego, że gdyby otworzył usta, ani chybi dałby upust długo tłamszonym emocjom, którymi nie miał ochoty dzielić się ze światem. 
Tymczasem Margot rozejrzała się dookoła, zatrzymując wzrok na płonących pochodniach, żeliwnych kandelabrach i psach, które kręciły się samopas po izbie. Norwood Park znacznie różniło się od siedziby rodu MacKenziech. Nawykła do przepychu londyńskich salonów i nigdy nie przepadała za tym miejscem. Zamiast surowego westybulu wolałaby wystawną salę balową, ale dla Arrana liczyła się nade wszystko wygoda, stąd dwa długie stoły, dwa ogromne paleniska i kilka dywanów, które tłumiły odgłos kroków na kamiennych posadzkach. 
– Staroświecko i uroczo, jak zwykle – skwitowała z uśmiechem. – Dokładnie tak, jak zapamiętałam. Nic się nie zmieniło. 
– Ależ wiele się zmieniło – oznajmił z przekąsem. – Nie spodziewałem się ciebie. 
– Domyślam się. – Na jej twarzy pojawił się ledwie zauważalny grymas. – Daruj, że cię nie uprzedziłam. 
Oczekiwał czegoś więcej. Wyjaśnienia albo chociaż przeprosin, może nawet prośby o przebaczenie. Na próżno. Najwyraźniej nie zamierzała się z niczego tłumaczyć. Popatrzyła w bok na podest, który miał za plecami. 
Obrócił się nieznacznie, podążając za jej spojrzeniem. Podium, przy którym przywódca klanu zwyczajowo spożywał posiłki i odbywał narady z doradcami, było jedyną pozostałością starego wystroju. Lubił je, bo miał stamtąd idealny widok na całe pomieszczenie. 
– Istotnie, teraz widzę, że coś się zmieniło – stwierdziła z entuzjazmem. – Bardzo gustowne. Podobają mi się. 
Upłynęła dłuższa chwila, nim uzmysłowił sobie, że ma na myśli rzeźbiony stół, tapicerowane krzesła i srebrne świeczniki, które przywiózł z ostatniej podróży. Dostał je w zamian za konie, których potrzebował pewien zdesperowany nieszczęśnik uciekający przed wymiarem sprawiedliwości. 
– Pochodzą z Francji, prawda? Wyglądają iście francusko. 
Czy pochodzą z Francji?! Nie dowierzał własnym uszom. Czy ta kobieta całkiem postradała zmysły? Lord i lady MacKenzie stanęli ponownie twarzą w twarz i obyło się bez walki na noże. Należałoby z tej okazji uderzyć w dzwony, a ona pyta, skąd się wzięły jego nowe meble? Jakie to ma, do diaska, znaczenie? Po co tu przyjechała? Po trzech latach, w dodatku bez uprzedzenia? Raptem przypomniała sobie, że ma męża? I ma czelność paplać o byle czym? Jej buta przekraczała wszelkie granice, bulwersował się w duchu. 
Panował nad sobą z najwyższym trudem. Serce omal nie wyskoczyło mu z piersi. 
– Nie sądziłem, że cię jeszcze kiedykolwiek zobaczę, pani. Czemu zawdzięczam ten zaszczyt?
Posłała mu szeroki uśmiech. 
– Co cię sprowadza do Balhaire? – ponaglił z ponurą miną. 
– Właśnie! – zawołał któryś z zebranych. – Też chcielibyśmy wiedzieć. 
– Och, wybaczcie. – Dygnęła z wdziękiem. – Jestem taka przejęta, że z tego wszystkiego zapomniałam o manierach. Wróciłam do domu. Na dobre. – Znów się uśmiechnęła i wyciągnęła ku niemu dłoń.
– Do domu? – parsknął z drwiną. – Raczysz żartować, pani. 
– Owszem, do domu. Jesteś moim mężem. Mój dom jest tam, gdzie ty. – Zamachała palcami, żeby mu przypomnieć, że wciąż nie podał jej ręki. 
Nie musiała. Doskonale widział tę rękę i urokliwy uśmiech, na którego widok boleśnie ścisnęło mu się serce. Na jej policzkach pojawiły się dołeczki, a zielone oczy świeciły w świetle pochodni jak szmaragdy. Spod nakrycia głowy wyzierały ciemnokasztanowe loki. 
– Nie przywitasz się ze mną? 
Zawahał się. Wciąż miał na sobie ubłocone od jazdy ubranie i niedbale związane włosy. Nie golił się od kilku dni i zapewne nie pachniał najlepiej. Mimo to ujął jej dłoń. Miała takie ładne i delikatne dłonie… Ścisnął ją mocniej i przyciągnął bliżej siebie. 
Stała teraz na wyciągnięcie ręki. Musiała zadrzeć głowę, żeby spojrzeć mu w twarz.
Wpatrywał się w nią przez chwilę, próbując przejrzeć jej zamiary. 
– To ma być powitanie? – spytała, uniósłszy brew. – Zrób to, jak należy. Powitaj mnie w domu, mężu. – Nim zdążył zareagować, kompletnie wytrąciła go z równowagi. Stanęła na palcach, objęła go za szyję i pocałowała w usta. 
A niech to! Pocałowała go. I nie był to bynajmniej niewinny pocałunek, jaki zapamiętał z przeszłości. Tylko takimi obdarowywała go wówczas młoda, nieśmiała żona. Teraz całowała go dojrzała, świadoma swego ciała kobieta. Kiedy skończyła, uśmiechnęła się i zajrzała mu w oczy. 
Udało jej się. Osiągnęła dokładnie to, co chciała. Niemal cała jego złość wyparowała, a raczej zmieniła się w zgoła inne uczucia. Obrzucił ją rozognionym spojrzeniem. Prawie w ogóle się nie zmieniła. Może sprawiała wrażenie odrobinę bardziej krzepkiej… Tak czy owak, nie była już tym samym zapłakanym dziewczątkiem, które uciekło od niego do papy. 
Ściągnął jej z głowy kaptur i sięgnął do aksamitnego loka, który wymknął się spod misternego upięcia. Potem rozpiął jej płaszcz i obejrzał idealnie skrojoną suknię i dekolt uwięziony w ciasnym gorsecie. Z niejakim zdumieniem odkrył, że jej szyję zdobi naszyjnik ze szmaragdów, który podarował jej niegdyś w prezencie ślubnym. Była zachwycająca. Wyglądała niezwykle ponętnie i kusząco, jak przedni posiłek w oczach wygłodniałego wędrowca. Myliła się jednak, jeśli sądziła, że będzie dziś biesiadował przy jej stole. 
– Widzę, że nie żałowałaś sobie moich pieniędzy – rzekł, spoglądając na drogą jedwabną spódnicę. – Przypuszczam, że nader często robiłaś z nich użytek. Zdrowie także ci dopisuje. 
– I owszem, nie mogę narzekać – odparła uprzejmie. – Ty także wyglądasz… – zawiesiła głos i przyjrzała się jego nieświeżemu strojowi – …dokładnie tak samo jak zwykle – dodała z krzywym uśmiechem. 
Jej zapach przyprawiał go o zawrót głowy. Wróciły nieproszone wspomnienia. Oczyma wyobraźni zobaczył znów jej nagie ciało, włosy rozrzucone na poduszce i krągłe piersi. Niemal poczuł, jak oplata go nogami. 
Bezbłędnie odczytała jego myśli. Dostrzegł to w jej oczach, zanim odwróciła się ku swoim towarzyszom. 
– Pozwól, że ci przedstawię, panowie Pepper i Worthing. Zadbali o to, bym dotarła bezpiecznie do celu. 
Tłum nie zareagował entuzjastycznie. Zewsząd podniosły się nieprzyjazne szepty. Pomimo niedawnego sojuszu pomiędzy Anglią i Szkocją, klan MacKenziech nie darzył Anglików szczególną sympatią. Zwłaszcza odkąd jego małżeństwo okazało się kompletną katastrofą. 
Arran ledwie spojrzał na angielskich trefnisiów. 
– Gdybym wiedział, że pragniesz wrócić do Balhaire, pani, wysłałbym po ciebie moich najlepszych ludzi. Swoją drogą, ciekawe, dlaczego nie dałaś mi znać o swoich zamiarach. 
– Zawsze byłeś wielkoduszny – odrzekła wymijająco. – Zechcesz ugościć nas wieczerzą? Jesteśmy zdrożeni i głodni. 
MacKenziemu szumiał w głowie alkohol i wciąż nie mógł otrząsnąć się ze zdumienia. Nie był jednak na tyle otumaniony, by pozwolić sobą pomiatać. Co to, to nie. Jego szanowna małżonka wpada do domu w środku nocy i udając, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, prosi o posiłek? Niedoczekanie. Należą mu się chyba jakieś wyjaśnienia. I bodaj sczezł, wydobędzie je z niej choćby przymusem, ale na pewno nie przy ludziach. 
– Muzyka! – wrzasnął na całe gardło i odczekawszy, aż ktoś zacznie grać na piszczałce, chwycił Margot za nadgarstek. – Przyjeżdżasz tu bez zapowiedzi i masz czelność domagać się jedzenia? Po tym jak ode mnie uciekłaś? Masz tupet, kobieto, tego nie można ci odmówić. 
Popatrzyła na niego spod przymrużonych powiek, zupełnie tak samo, jak w dniu, w którym ujrzał ją po raz pierwszy. – Nie nakarmisz żony i ludzi, którzy dopilnowali, aby wróciła bez szwanku do twego domu? 
– A zatem wróciłaś do domu – zadrwił bezlitośnie. – Jak powiadasz, na dobre. Wybacz, ale trudno dać temu wiarę. 
– Ponoć Szkoci słyną z gościnności. Niegdyś nieustannie mi to powtarzałeś. 
– Nie waż się mnie pouczać. Zwłaszcza na temat szkockich obyczajów. Chcesz jeść, odpowiedz najpierw na pytanie. Po co przyjechałaś? 
Uśmiechnęła się nieoczekiwanie. 
– Och, Arranie. To przecież oczywiste. Jestem tu, bo się za tobą stęskniłam. Bo wreszcie wrócił mi rozum. Chcę, żebyśmy spróbowali zacząć wspólne życie od nowa. Niby z jakiego innego powodu miałabym przemierzyć taki szmat drogi? 
Popatrzył na nią sceptycznie i pokręcił głową. 
– Z jakiego innego powodu? – powtórzył szyderczo. – Nie wiem, ty mi powiedz. Nie, czekaj, niech zgadnę. Mam pewne podejrzenia. Ojciec przegnał cię z domu? Postradałaś zmysły? A może zwyczajnie coś knujesz? Hm? Chcesz poderżnąć mi we śnie gardło? Możliwości jest wiele. 
– Poderżnąć ci gardło? – powtórzyła zgorszona. – Zamordować cię? Skądże znowu. Zbyt wiele krwi, jak na mój gust. Zmieniłam zdanie, to wszystko. Nie pojmuję, dlaczego sądzisz, że to niemożliwe. Nie jesteś przecież aż taki odpychający. Przeciwnie, bywasz nawet… uroczy… Na swój sposób. 
Krew zawrzała mu w żyłach. Ta jędza drwi sobie z niego w najlepsze. 
– Jeśli mam być całkiem szczera, wróciłabym już dawno, gdybyś choć raz, choć jeden jedyny raz, dał mi znać, że tego chcesz, że pragniesz mnie z powrotem. 
Roześmiał się z niedowierzaniem, mimo że wcale nie było mu do śmiechu. 
– Całkiem ci rozum odjęło, kobieto? Przez trzy lata nie dawałaś znaku życia. Trzy lata! Nie odezwałaś się do mnie ani słowem.
– Ty też do mnie nie pisałeś. 
Tego już było za wiele. Miarka się przebrała. Oburzenie walczyło w nim o lepsze ze ślepą furią. Miał ochotę mocno nią potrząsnąć. Nie wiedział, jaką prowadzi grę, ale nie zamierzał być w niej bezwolnym pionkiem ani tym bardziej pozwolić jej wygrać. Objął ją bezceremonialnie i przycisnął sobie do piersi. 
– A zatem nie powiesz mi prawdy? – zapytał, głaszcząc ją po policzku. 
– Wciąż mi nie wierzysz? – odpowiedziała słodko. 
Jej oczy kłamały. Wystarczyło w nie spojrzeć, żeby dostrzec fałsz. 
– Nie, nie wierzę w ani jedno twoje słowo – stwierdził dobitnie. 
Uśmiechnęła się i zadarła podbródek. Nagle pojął, że już się go nie boi. Kiedyś czuła przed nim niejaki respekt. Teraz najwyraźniej nic z niego nie zostało. 
– Nie wiedzieć czemu, jesteś przesadnie nieufny. Zawsze byłam z tobą szczera, prawda? Przypomnij sobie. Niby dlaczego miałabym raptem zacząć łgać? Jestem twoją żoną, MacKenzie. Nigdy nie przestałam nią być. Nawet jeśli mnie przy tobie nie było. Skoro nie chcesz mi uwierzyć, cóż, nie pozostaje mi nic innego, jak cię przekonać. 
Popatrzył na jej piękną twarz, zgrabny nosek, wielkie zielone oczy i ciemne brwi. Trudno było oprzeć się jej urodzie.

Napisz swoją recenzję

Podziel się swoją opinią
Twoja ocena:
5/5
Dodaj własne zdjęcie produktu:
Recenzje i opinie na temat książek nie są weryfikowane pod kątem ich nabywania w księgarniach oraz pod kątem korzystania z nich i czytania. Administratorem Twoich danych jest HarperCollins Polska Sp. z o.o. Dowiedz się więcej o ochronie Twoich danych.
pixel