Morderstwo w Paryżu
Są tajemnice, które nigdy nie zostaną odkryte.
Są takie, które przez osiemdziesiąt lat czekają w ciszy.
I są też takie, które zabijają, gdy wreszcie wyjdą na jaw.
Doktor Olivia Finn, ceniona londyńska psychoterapeutka i specjalistka od ludzkiej pamięci, odbiera telefon, który wywróci jej świat do góry nogami. W eleganckim paryskim hotelu Lutetia jej sędziwa babcia przyznaje się do zbrodni popełnionej w 1945 roku.
Prawda czy urojenie umysłu niszczonego przez demencję?
Olivia rusza do Paryża, gdzie luksusowe wnętrza wciąż drżą echem powojennych sekretów, zdrady i skradzionej tożsamości. Im głębiej sięga w przeszłość rodziny, tym wyraźniej czuje, że ktoś zrobi wszystko, by pewne wspomnienia pozostały pogrzebane na zawsze.
Komu można zaufać, gdy nawet własne wspomnienia mogą okazać się kłamstwem?
1
Olivia
Telefon dzwoni w najmniej odpowiedniej chwili.
Szykuję TJ-a do szkoły. Jak zawsze, nie chce włożyć skarpetek, bo go drapią, potem odmawia włożenia butów, a czy ma w plecaku pracę domową z geografii, lepiej nawet nie pytać. Toczymy ze sobą bój, ale ten sześciolatek ma już dość siły, by każdy poranek zamienić w zapasy. Czasami żałuję, że moim życiowym partnerem nie jest The Rock. Nie wątpię, że problem z butami rozwiązałby w góra trzydzieści sekund. Niestety, jestem sama. I zawsze mam wrażenie, że w pojedynkę odwalam robotę za dwóch.
W końcu dopadam TJ-a na schodach, wkładam mu buty i zapinam je ciasno na rzepy, nie dając mu szansy na protest. Pracę domową z zagiętymi oślimi uszami znajduję na kuchennym stole, niebezpiecznie blisko słoika z marmoladą. Błędnie podpisał Azję jako Afrykę, a Amerykę Północną naniósł na kontur Europy. Za późno na korektę. Ale górny róg się klei, więc wycieram go do czysta palcami, wkładam pracę do plecaka i jak zwykle sama taszczę to cholerstwo.
– No już, biegiem, biegiem, biegiem.
TJ nuci coś pod nosem. To jakaś okaleczona wersja ni to Dua Lipy, ni to Taylor Swift; widocznie usłyszał ją w radiu podczas jazdy do szkoły. Nie przypominam sobie, żeby moja mama robiła to co ja. O tak wczesnej porze chodziła w szlafroku i zaciągała się jednym z sześćdziesięciu papierosów, które wypalała dziennie. Uważała, że tradycyjne wychowywanie dzieci wyszło z mody, było przestarzałym poglądem odrzucanym przez takie wyzwolone kobiety jak ona, więc zawsze sama musiałam szykować się do szkoły.
Teraz stoję w jakże stosownym własnym bliźniaku w nijakiej, kompletnie bezbarwnej dzielnicy na przedmieściach Londynu (Redbridge, jeśli już musicie wiedzieć; nie jest ani tak prestiżowa jak Islington, ani tak modna jak Camden; nikt nigdy nie użył słów „Redbridge” i „malownicza” w tym samym zdaniu) i przytrzymuję drzwi śpiewającemu sześciolatkowi. Jestem mamą, odźwierną, szoferem, a także, co nie bez znaczenia, psychoterapeutką i neurolożką, specjalistką od pamięci.
Zamykam drzwi na klucz. TJ wskakuje do samochodu, a ja mu zapinam pasy. Gdy próbuję uruchomić rozklekotanego forda mondeo, włącza się radio. Sprawdzam godzinę. Zostało nam sześć minut na trasę, którą się pokonuje w dziesięć minut. Zaplanowałam nasze poranne czynności z taką dokładnością, jak ćwiczenia wojskowe, dlaczego więc w dni zajęć szkolnych zawsze jesteśmy w niedoczasie? Wstaję grubo przed siódmą, by wykroić choć dziesięć minut na gimnastykę z tej chwilki, którą mam dla siebie. Ale dojechać do szkoły na ósmą trzydzieści to jak przebiec sto metrów w mniej niż dziesięć sekund. Taki wyczyn jest ponad moje możliwości, piekielnie trudny niczym algebra albo ugotowanie idealnego risotto.
– Maaaamoooo!
To kolejny sposób TJ-a na przykucie mojej uwagi. Wie, że mnie to wkurza, i dlatego to robi. Nauczył się tego od Kyle’a, swojego ojca, a mojego byłego – mistrza zwracania się do ludzi tak, żeby nie mogli go zignorować.
Już mam go zbesztać, gdy naraz z głośników samochodu dobiega dzwonek. Nie mam tego numeru na liście kontaktów. Nie oczekuję telefonu, ale może to jakiś pacjent albo dzwonią ze szpitala. Odbieram i uciszam syna oraz Sabrinę Carpenter wyśpiewującą w radiu Please Please Please.
– Halo? – rzucam. – Tu doktor Finn.
To jedyna rzecz, która zwykle ucisza TJ-a. Nie może pojąć, kim jest ten ktoś, kto się nazywa „doktor Finn”. Doktor Finn wygląda i mówi jak mamusia, ale przemawia służbowym tonem, który jest całkiem inny, nie zabrania mu dotykać lepkich rzeczy i nie każe mu ciągle myć rąk. W głowie TJ-a jestem dla doktor Finn jak Pepper Potts dla Iron Mana – użyteczną asystentką, która przekazuje wiadomości i pilnuje, żeby wszystko było na czas.
– Doktor Olivia Finn z oddziału zaburzeń pamięci w szpitalu Charing Cross?
– Tak. Kto mówi?
– Dzwonię z hotelu Lutetia w Paryżu.
To tłumaczy akcent i dziwny numer; w pierwszej chwili, pomimo poważnego tonu, sądzę, że to żart. Czasami dla rozrywki biorę udział w konkursach, w których można wygrać krótkie wakacje w Cotswolds albo pięciodniowy rejs po Morzu Śródziemnym. Ale nie pamiętam, żeby była mowa o Paryżu albo hotelu Lutetia. Jestem w połowie Francuzką, ale w Lutetii nigdy się nie zatrzymywałam. Za noc w klitce na piątym piętrze trzeba tam wydać astronomiczną sumę, co daleko przekracza moje możliwości. Jest wprawdzie coś, co mnie wiąże z Lutetią, ale to całkiem inna sprawa. I wiąże nie tyle mnie, a w każdym razie nie tylko, ile moją rodzinę.
Wracam myślami do pracy. Być może to jeden z dawnych pacjentów, który zachował moją wizytówkę? Albo kolega po fachu? Ale psychoterapeuci nie zarabiają tyle co programiści z Doliny Krzemowej i nikogo, z kim pracuję, nie stać na pobyt w najsłynniejszym pięciogwiazdkowym hotelu na paryskim lewym brzegu.
Patrzę na zegar w aucie. W Paryżu jest godzina później niż w Londynie. Gdybym była paryską matką, mój syn niewątpliwie spóźniłby się do szkoły. Z drugiej strony jako paryżanka miałabym talię jak osa, a do odwożenia dziecka na czas podchodziłabym z uroczą niefrasobliwością. Zapewne byłabym już po drugim espresso i jechała na spotkanie z namiętnym kochankiem o imieniu Gabriel albo Jean-Luc. A tymczasem o dziewiątej trzydzieści mam randkę z Alanem, pacjentem, z którym omawiam jego niepokojące wspomnienia lekcji pływania w szkole. Na drugie mam Splendor.
– Przepraszam, ale jestem w Londynie, właśnie odwożę syna do szkoły. Będzie lepiej, jeśli oddzwonię.
Zapada cisza.
– Czy zna pani niejaką Sophie Leclerc? – pyta po chwili dzwoniący.
Spotkałam w życiu mnóstwo ludzi. Pamiętam nazwiska pacjentów, dopóki ich leczę. Potem trafiają do akt. Kiedyś przeczytałam, że ludzki mózg ogarnia najwyżej sto pięćdziesiąt bliskich znajomości. Powyżej tego jesteśmy do bani. Czasami mam wrażenie, że już pięćdziesiąt znajomości mnie przerasta.
– Nie – odpowiadam. – Nie przypominam sobie. Proszę pana, oddzwonię…
– Madame Leclerc czeka w Paryżu, siedzi w holu Lutetii. Jest głęboko przygnębiona i twierdzi, że tylko pani może jej pomóc.
– Przykro mi, chyba ma pan zły numer. Jestem w Londynie, nie w Paryżu. I nigdy nie poznałam Sophie Leclerc.
Spoglądam na syna. Stracił zainteresowanie rozmową oraz doktor Finn i teraz bawi się breloczkiem z logo Chelsea przy plecaku, wbijając kciuk w ostry koniec. Czekam na skaleczenie, na krew i łzy. Dzień zaczął się koszmarnie, a wygląda na to, że będzie gorzej.
– Nie bardzo wiem, jak to pani powiedzieć – ciągnie dzwoniący. – Ale ta kobieta w holu…
Chcę przerwać połączenie i skupić się na dowiezieniu syna do szkoły, lecz tamten mówi dalej:
– …twierdzi, że jest pani babką.
2
Olivia
– Babką?
To w jakimś sensie tłumaczy związek z Paryżem. Mówię i zachowuję się jak rodowita Brytyjka, ale mam dwa paszporty. Babka ze strony mojej matki jest stuprocentową Francuzką, jedną z tych kobiet, o których już wspomniałam – z talią osy i luzackim podejściem do punktualności. Jako nastolatka, która dorastała w Londynie, wyglądałam przez okno na deszcz i myślałam o tym, jak moja paryska wersja spaceruje lewym brzegiem. Francuska Olivia popijałaby café au lait i rozprawiała o egzystencjalizmie, a wieczorami zakochiwała się i malowała oszałamiające akwarele. Mój francuski ideał mężczyzny byłby dużo bardziej elegancki niż jakiś pryszczaty Kev, Mike czy Andy z liceum Oaks Park. Ta fantazja bez dwóch zdań biła na głowę lekcje biologii czy obowiązkowe śpiewanie w chórze.
– Może mi pan opisać tę kobietę? – pytam.
– Szczupła, średniego wzrostu, zebrane w kok siwe włosy i coś w rodzaju płaszcza w japońskim stylu. W kwestii ubrania mogę się mylić.
Wzdycham. A więc to tak. W końcu do tego doszło. Każdy krewny najbardziej boi się takiego właśnie telefonu. Babcia od dawna nie czuła się najlepiej, ale nie dopuszczałam do siebie myśli, że jej stan tak szybko się pogarsza. Wychowywanie sześciolatka z awersją do butów jest wystarczająco trudne. W połączeniu z troską o kobietę w wieku dziewięćdziesięciu sześciu lat, która niczego nie pamięta, to szybka droga do ataku serca. Chciałabym mieć kogoś do pomocy. Tyle że Kyle ma Nową Dziewczynę, a mama umarła, gdy byłam nastolatką. Tak że wszystko jest na mojej głowie.
– Opis pasuje do mojej babci – przyznaję. – Ale ona nie nazywa się Sophie Leclerc.
– Słucham?
– Moja babcia nie nazywa się Sophie Leclerc. Ma na imię Josephine. Josephine Benoit.
Przeważnie nie rzucam tego od niechcenia. Chociaż to mój jedyny powód do chwały. I w skrytości ducha go uwielbiam. W szkole nie miało to znaczenia, bo babcia nie była środkowym napastnikiem Manchester United ani półfinalistką X Factora, tylko malarką. Ale bycie wnuczką jednej z najlepszych portrecistek na świecie ma swoje zalety. Po drugiej stronie znów zapada milczenie, jakby dzwoniący zobaczył zdezorientowaną staruszkę w nowym świetle.
– Tak jak ta malarka? – pyta. – Jak osoba, która namalowała portret w holu Lutetii? Ten, pod którym teraz siedzi?
No właśnie. Od lat sześćdziesiątych dwudziestego wieku najsłynniejszym portretem babci jest chluba wejścia do Lutetii. Namalowała też inne portrety, wszystkie osadzone w czasach wojny, ale to ten zyskał największy rozgłos. Goście hotelu wchodzą przez drzwi obrotowe i nagle widzą jeden z najbardziej znanych powojennych portretów w Paryżu. Wisi na ścianie po lewej, jeszcze przed recepcją, a turyści fotografują się na jego tle. Większość z nich pewnie nie wie, kto go namalował ani kogo przedstawia, ale to atrakcja jak się patrzy. Ostatnio zyskał nowe życie na TikToku. Kiedyś próbowałam wyjaśnić babci, co to jest „viral”.
– Owszem. A ściśle mówiąc, nie jak ta malarka, ponieważ to ona jest tą malarką. I z pewnością ma na imię Josephine, nie Sophie.
– Pani wybaczy. Przedstawiła się jako Sophie. Nalegała, żebym zadzwonił pod ten numer i porozmawiał z doktor Olivią Finn.
– Rozumiem.
Naprawdę go rozumiem. Nawet ci, którzy nie znają się na malarstwie, wiedzą o mojej babci jedno – że jest odludkiem. Słynie z tego, że nie chce być słynna. Ta nieśmiałość stała się jej największą zaletą. Tylko ja i moja mama wiedziałyśmy, jaka jest naprawdę. Reszta świata musiała się domyślać.
– Czy może pani przyjechać i odebrać babkę?
– Jak mówiłam, jestem teraz w Londynie. Odwożę dziecko do szkoły.
– Ona nie może siedzieć tu pod tym obrazem, nawet jeśli sama go namalowała.
Przerzuciłam się tymczasem na tryb doktor Finn. Jedną z zalet bycia psychoterapeutką jest zwracanie uwagi na to, co mówią inni. Przywołuję w pamięci jego dokładne słowa.
„Dzwonię z hotelu Lutetia w Paryżu”.
Nie powiedział, że pracuje w hotelu ani że dzwoni z recepcji. Ja to tylko założyłam.
– Czy pracuje pan w hotelu Lutetia?
– Nie – odpowiada. – Mówi kapitan Vidal. Pracuję w paryskim oddziale DNPJ, direction nationale de la police judiciaire.
To nie brzmi dobrze i powoli uświadamiam sobie, że sprawa jest poważna. Najwyraźniej babci sztuka pomieszała się z życiem. Jakby dziecko, które po raz pierwszy zostało na noc u kolegi, próbowało samo trafić z powrotem do domu.
– A skąd to zainteresowanie policji?
– Dojdziemy do tego.
– Babcia ma mieszkanie dziesięć minut piechotą od Lutetii. Codziennie o siódmej rano przychodzi do niej opiekunka.
– Na pewno ma w Paryżu przyjaciół, którzy mogliby po nią przyjechać?
Korci mnie, żeby powiedzieć: nie. Odludki nie mają przyjaciół. Mają tylko krewnych, a z nich żyję już tylko ja. Czasami zastanawiałam się nawet nad przeprowadzką do Paryża, ale babcia lubi niezależność. Nie znosi, gdy ktoś wtrąca się w jej sprawy. Na wszelkie propozycje całodobowej opieki reaguje wściekłym spojrzeniem.
– Wszyscy jej przyjaciele są starzy albo nie żyją. Niestety, ci, którzy przekroczyli dziewięćdziesiątkę, muszą się z tym liczyć.
– Zostaje więc tylko pani.
W głębi duszy wiem, że jeszcze dzisiaj pojadę do Paryża, by rozwiązać ten problem. Tak to już jest z córkami i wnuczkami ludzi w podeszłym wieku, prawda? A ja myślałam, że po trzydziestce będę tylko piekła torty na urodziny albo otwierała na patio butelki drogiego wina, podziwiając swój przepięknie urządzony ogród. Że będę patrzyła na niepoplamione deski tarasu i przy palenisku podejmowała starych przyjaciół i uroczych nowych sąsiadów posiłkami na świeżym powietrzu.
– Ustalmy coś. Czy w hotelu mogą się nią zająć do mojego przyjazdu?
– Zapytam.
– Dziękuję. – Patrzę na zegarek i wiem, że TJ już jest spóźniony. Zaraz zaczyna się poranny apel, przy bramie stanie któryś z nauczycieli z podkładką do pisania.
Nic dziwnego, że TJ się ich boi, przed tymi nauczycielami sama się trzęsę ze strachu. Mogłabym im powiedzieć, że się spóźniłam, bo moja babka artystka ma demencję, ale wątpię, żeby mi uwierzyli.
– A co moja babcia robiła w hotelu? – pytam. – Jak się tam znalazła?
– I tu, niestety, sprawa robi się jeszcze bardziej zawiła – mówi tamten. – Okazuje się, że przyszła przyznać się do zbrodni.
3
Olivia
Jestem oszołomiona tymi słowami, ale kapitan Vidal nie daje mi szansy na domaganie się wyjaśnień. Nie podoba mi się to, kompletnie. Wygląda na to, że za chwilę dopadnie mnie przeszłość.
– Ile lat ma pani babka? – pyta kapitan.
Mam ochotę odpowiedzieć, że kobiety nie pyta się o wiek. Ale nie w głowie mi żarty. Babcia należy do tej części pokolenia czasów wojny, które wciąż ściemnia na temat swojego wieku – czasami dodaje sobie lat, czasami ujmuje. Przyznaje się, że ma dziewięćdziesiąt sześć.
– Jest po dziewięćdziesiątce – odpowiadam dyplomatycznie.
– A zatem pod koniec drugiej wojny światowej była dorosła?
Nie muszę się bawić w obliczenia. Kapitan Vidal niewątpliwie zna nazwisko mojej babci, ale nie ma pojęcia o jej malarstwie. Babcia zasłynęła obrazami przedstawiającymi okupację Paryża oraz piekło, jakie stało się udziałem Francji podczas wojny. Nie wiem, czy próbowała malować inne rzeczy, ale jeśli tak, to jej się nie udało.
– Mniej więcej.
– Według dyrektora hotelu pani babka przedstawiła się jako Sophie Leclerc i oświadczyła, że musi się dostać do pokoju numer jedenaście.
– Od pewnego czasu babcia ma kłopoty z pamięcią. Chyba pomieszało jej się w głowie. Z tego, co słyszę, nawet bardzo. Myli obrazy z prawdziwym życiem.
– Czy to oficjalna diagnoza?
Podchwytliwe pytanie.
– Ona nie znosi lekarzy i nie pozwala się badać. Od zawsze twierdzi, że nie chce wiedzieć, co jej dolega. Ale od lat jest chora.
Żadne z nas nie ośmiela się użyć słowa „demencja”. Łatwiej się mówi o sklerozie albo lukach w pamięci. I chociaż żyję z leczenia zaburzeń pamięci, nawet ja mam zahamowania.
– Nadal nie powiedział mi pan, co się stało.
Kapitan Vidal zanosi się kaszlem.
– Mniej więcej przed godziną pani babka weszła do holu Lutetii. Przedstawiła się jako Sophie Leclerc. I przyznała się do winy.
Nareszcie zajeżdżam przed szkołę. Mieści się obok liceum Oaks Park, tego samego, do którego chodziłam. TJ trzyma plecak na kolanach. Nachylam się, obejmuję go niezdarnie i szeptem każę mu zmykać na apel. Z poczuciem winy, że nie odwiozłam go na czas, zastanawiam się, czy nie jestem bardziej podobna do matki, niż mi się zdawało. Kiedyś powiedziała, że jej spóźnialstwo jest wyrazem protestu wobec późnego kapitalizmu i kompleksu wojskowo-przemysłowego. Twierdziła też, że ja robię to samo z wynoszeniem śmieci.
Wracam do rozmowy telefonicznej. Babcia przyznała się do zbrodni? Można jej przypisać niejedno, ale na pewno nie przestępstwo. Mimo że jest artystką, zawsze kieruje się rozsądkiem. Ale wyżsi rangą śledczy francuskiej policji nie dzwonią w sprawie drobnych wykroczeń takich jak kradzież w sklepie albo to, że jakaś staruszka zajrzała do hotelu, by skorzystać z toalety. To zapowiada się na coś gorszego.
– Do jakiej zbrodni się przyznała? – pytam.
Jego głos jest spokojny, ale nie wróży nic dobrego. Przeraża mnie.
– Do zabójstwa – odpowiada kapitan po chwili.

