Na wybrzeżu Amalfi
Przedstawiamy "Na wybrzeżu Amalfi" nowy romans Harlequin z cyklu HQN ŚWIATOWE ŻYCIE EKSTRA.
Gdy Eliza Lincoln poznała we Włoszech Lea Valentego, zapragnęła choć na chwilę uciec w jego ramiona od zobowiązań, w które była uwikłana. Zraniła Lea, ponieważ on zakochał się i chciał ją poślubić. Nieoczekiwanie po kilku latach Leo zjawia się u Elizy w Londynie i prosi, by pojechała z nim do Włoch i zaopiekowała się jego trzyletnią córką. Eliza nie potrafi odmówić pomocy dziecku. Boi się jednak namiętności, która w niej jeszcze nie wygasła…
Fragment książki
Eliza od kilku tygodni ze strachem czekała na dzisiejsze zebranie. Ona i jej cztery koleżanki usiadły w pokoju nauczycielskim, aby wysłuchać dyrektorki, która miała im do zakomunikowania ważne nowiny.
– Zamykamy szkołę – oświadczyła na wstępie Marcia Gordon.
Te słowa wywarły piorunujące wrażenie na zgromadzonych w pomieszczeniu kobietach. Wszystkie poczuły to samo: rozczarowanie, rozpacz i panikę. Eliza pomyślała o swoich uczniach, o tym, co się z nimi stanie po likwidacji szkoły. Życie i tak dawało im w kość – wszyscy wywodzili się z nizin społecznych, a niektórzy z rodzin patologicznych. Nie mieli szansy poradzić sobie z nauką w zwykłej szkole i groziło im to, że podzielą los swoich rodziców.
Niewiele brakowało, a niegdyś ona sama skończyłaby na marginesie społeczeństwa…
Wiedziała, że przerażający cykl biedy i zaniedbania będzie trwał. Ci mali ludzie nadal będą stygmatyzowani i tępieni, i prędzej czy później wielu z nich skończy jako pospolici przestępcy.
– Nie da się tego oddalić, choćby na trochę? – spytała Georgie Brant, wychowawczyni trzeciej klasy. – Może zorganizujemy jeszcze jedną sprzedaż ciast albo jarmark?
Dyrektorka ze smutkiem pokręciła głową.
– Obawiam się, że tym etapie nawet tona sprzedanych ciast i ciasteczek nie utrzyma nas na powierzchni – westchnęła. – Potrzebujemy sporego zastrzyku gotówki, i to jeszcze przez końcem semestru.
– Przecież semestr kończy się za tydzień! – Eliza załamała ręce.
– Wiem. – Marcia pokiwała głową. – Przykro mi, ale nic nie wymyślimy. Starałyśmy się oszczędzać, jednak w obecnej sytuacji gospodarczej życie stało się naprawdę trudne. Nie mamy wyboru. Szkołę trzeba zamknąć, żeby nie popadać w jeszcze większe długi.
– A może część z nas zgodzi się na obniżkę wynagrodzenia lub wręcz pracę za darmo? – podsunęła Eliza. – Dałabym radę pracować bez poborów przez miesiąc lub dwa.
Przyszło jej do głowy, że to absolutne maksimum, gdyż po tym czasie jej sytuacja stałaby się dramatyczna. Nie mogła jednak czekać z założonymi rękami. Gorączkowo zastanawiała się, czy nie powinny wystąpić z apelem o pomoc albo o przyznanie grantu przez rząd lub jedną z instytucji dobroczynnych.
Zanim jednak zdążyła cokolwiek dodać, Georgie zerwała się z krzesła.
– A gdybyśmy wystąpiły o wsparcie publiczne? – W jej głosie słychać było entuzjazm. – Pamiętacie, jak dużo mówiło się o nas i pisało, kiedy Lizzie dostała w zeszłym roku nagrodę? Może zamieścimy w gazetach ogłoszenie z informacją o tym, co zapewniamy potrzebującym dzieciom? Kto wie, czy nie objawi się nagle jakiś obrzydliwie bogaty filantrop i nie zaproponuje nam utrzymania. – Usiadła i dodała: – Naturalnie, dobrze by było, gdyby któraś z nas znała kogoś obrzydliwie bogatego.
Eliza siedziała bez ruchu. Czuła mrowienie na karku, a po jej karku przebiegł dreszcz. Za każdym razem, gdy przychodził jej do głowy Leo Valente, odnosiła wrażenie, że składa jej osobistą wizytę, a jej serce niebezpiecznie przyspieszało rytm na wspomnienie jego śniadej twarzy…
– Lizzie, znasz może kogoś takiego? – spytała Georgie, spoglądając na nią uważnie.
– Hm… nie – odparła Eliza. – Nie obracam się w takich kręgach.
Już nie, dodała w myślach.
Marcia bawiła się długopisem.
– Chyba nie zaszkodziłoby spróbować – mruknęła. – Przygotuję krótkie oświadczenie do prasy. Nawet gdyby udało nam się jedynie dotrwać do Gwiazdki, to i tak już coś. Jutrzejszą pocztą prześlę stosowny list do rodziców. – Westchnęła ciężko. – Jeśli któraś z was wierzy w cuda, to właśnie nadszedł odpowiedni moment, żeby zmówić modlitwę.
Eliza dostrzegła samochód, kiedy tylko skręciła w swoją ulicę. Poruszał się powoli, jak czarna pantera na łowach, a jego halogenowe reflektory lśniły drapieżnie. Było zbyt ciemno, aby zajrzeć do wnętrza pojazdu i sprawdzić, kto go prowadzi, ale natychmiast pomyślała, że za kierownicą siedzi mężczyzna. Na domiar złego, niewątpliwie szukał właśnie jej. Przeszył ją dreszcz, gdy zobaczyła, że najdroższy model mercedesa parkuje na jedynym wolnym miejscu przed jej mieszkaniem.
Wstrzymała oddech na widok doskonale ubranego, wysokiego bruneta, który wysiadł z auta. Po raz pierwszy od czterech lat zobaczyła Lea Valentego. Nic dziwnego, że z wrażenia zakręciło jej się w głowie i ugięły się pod nią nogi.
Po co przyjechał? Czego chciał? Jak ją znalazł?
Z najwyższym trudem zapanowała nad sobą i spokojnie patrzyła, jak mężczyzna zatrzymuje się przed nią na chodniku.
– Witaj, Leo – powiedziała cicho, choć głos utykał jej w gardle.
– Witaj, Elizo. – Skinął głową.
Jego głos z seksownym włoskim akcentem nadal sprawiał, że jej kolana zamieniały się w galaretę. Leo wyglądał jak zwykle perfekcyjnie: był wysoki, szczupły i zabójczo przystojny, o oczach tak ciemnobrązowych, że wydawały się kruczoczarne. Już na pierwszy rzut oka widać było, że przywykł do stawiania na swoim. Wydawał się teraz odrobinę starszy niż poprzednim razem, a wśród jego czarnych włosów połyskiwał szron. W kącikach ust i oczu Lea pojawiły się zmarszczki, ale raczej nie od śmiechu.
– Co słychać? – zapytała.
Od razu przyszło jej do głowy, że powinna była zacząć bardziej formalnie. Przecież nie rozstali się w przyjaźni.
– Chciałbym zamienić z tobą słowo na osobności. – Ruchem głowy wskazał okna jej mieszkania na parterze. – Wejdziemy do środka?
Przestąpiła z nogi na nogę.
– Hm… Właściwie jestem zajęta…
Zmrużył oczy, jakby od razu przejrzał jej kłamstwo.
– Zajmę nie więcej niż pięć lub dziesięć minut twojego czasu – oznajmił.
Eliza usiłowała patrzeć mu prosto w oczy, ale ostatecznie pierwsza odwróciła wzrok.
– Dobrze – westchnęła. – Pięć minut.
Całym ciałem wyczuwała jego bliskość i była boleśnie świadoma, że trzęsą jej się ręce, gdy wsuwała klucz do zamka. W końcu pchnęła drzwi i minęła próg, nieco zawstydzona ubóstwem swojego mieszkania, które nie umywało się do willi Lea w Positano. Wyobrażała sobie, co teraz myślał: „Jak ona mogła zadowolić się czymś takim, wiedząc, co jej ofiarowuję?”.
Eliza odwróciła się do Lea, kiedy wchodził. Musiał się pochylić, a jego szerokie barki niemal wypełniły wąski przedpokój. Powiódł wokoło krytycznym spojrzeniem, jakby się zastanawiał, czy sufit runie mu na głowę. Zauważyła, że lekko wykrzywił górną wargę.
– Jak długo tu mieszkasz?
– Od czterech lat – odparła.
– Wynajmujesz?
Eliza w milczeniu zacisnęła zęby i doszła do wniosku, że zapewne robił to celowo. Specjalnie przypominał jej o wszystkim, z czego zrezygnowała, odrzucając jego oświadczyny. Bez wątpienia wiedział, że nie byłoby jej stać na kupno mieszkania ani w tej części Londynu, ani w żadnej innej. Na domiar złego groziła jej utrata pracy i brak pieniędzy na czynsz.
– Oszczędzam na własne cztery kąty. – Położyła torebkę na stoliku w przedpokoju.
– Mógłbym ci jakoś pomóc – oznajmił.
Nie miała pojęcia, co mu chodzi po głowie. Nerwowo zwilżyła wargi językiem, usiłując zachowywać się nonszalancko.
– Nie jestem pewna, co sugerujesz – powiedziała ostrożnie. – Ale tak czy owak dziękuję, nie ma potrzeby.
Nie odrywał od niej wzroku.
– Mamy rozmawiać w przedpokoju?
Eliza zawahała się, nie do końca pewna, w jakim stanie pozostawiła maleńki salonik. Wcześniej przeglądała stertę czasopism z pobliskiego kiosku, żeby wybrać coś na wczorajsze zajęcia plastyki. Zastanawiała się gorączkowo, czy zamknęła plotkarskie pisemko, które czytała. Znalazła tam fotografię Lea na jakimś balu charytatywnym w Rzymie. Magazyn liczył sobie kilka tygodni i było to jedyne zdjęcie Lea, jakie kiedykolwiek widziała w prasie, gdyż konsekwentnie chronił swoje życie prywatne. Na widok fotografii Eliza zupełnie straciła głowę i długo nie mogła dojść do siebie.
– Skąd – zaprzeczyła nerwowo. – Zapraszam.
Gdy wszedł do salonu, pomieszczenie nagle skurczyło się w oczach Elizy do rozmiarów pokoiku z domku liliputa. Skrzywiła się, kiedy Leo zahaczył głową o tani żyrandol. Korzystając z jego nieuwagi, dyskretnie zamknęła czasopismo i ukryła je na samym dnie sterty.
– Lepiej usiądź na sofie – powiedziała.
– A ty gdzie usiądziesz? – spytał.
– No… Przyniosę sobie krzesło z kuchni.
– Ja je przyniosę – oznajmił. – Ty usiądziesz na sofie.
W innych okolicznościach Eliza obstawałaby przy swoim, ale w tej chwili jej nogi odmawiały posłuszeństwa, więc bez protestów zajęła miejsce na sofie i położyła dłonie na udach, chcąc zamaskować ich drżenie. Leo postawił krzesło na ostatnim skrawku wolnej przestrzeni i rozsiadł się na nim z szeroko rozstawionymi nogami.
Cisza zdawała się przeciągać w nieskończoność, kiedy tak siedział bez ruchu i tylko wpatrywał się w Elizę.
– Nie nosisz obrączki – zauważył w końcu.
– Nie… – Miała wrażenie, że jej policzki płoną, zupełnie jakby usiadła zbyt blisko ognia.
– Ale nadal jesteś zaręczona.
Eliza niespokojnie dotknęła palcami pierścionka z brylantem.
– No, tak… – Nadal nie była w stanie sformułować pełnego zdania.
– Długie te wasze zaręczyny – mruknął, ani na chwilę nie spuszczając z niej uważnego spojrzenia. – To aż dziwne, że twój narzeczony jest tak cierpliwy.
Eliza pomyślała o biednym, załamanym Ewanie, całkowicie zależnym od innych, który dzień po dniu, rok po roku tkwił w fotelu albo na wózku inwalidzkim, wpatrując się pustym wzrokiem w przestrzeń. O tak, Ewanowi nie pozostało nic poza cierpliwością.
– Wydaje się zadowolony z takiego układu – powiedziała cicho.
– A ty? – spytał. – Czy ty jesteś zadowolona?
Eliza z wysiłkiem odwzajemniła jego badawcze spojrzenie. Przez cały czas myślała o tym, czy Leo był w stanie zorientować się, jak bardzo jest samotna i nieszczęśliwa, tkwiąc w pułapce bez wyjścia.
– Jestem najszczęśliwszą dziewczyną pod słońcem – oświadczyła głucho.
– On tu z tobą mieszka?
– Nie, ma własne mieszkanie.
– To dlaczego nie przeprowadzisz się do niego? – drążył.
Eliza opuściła wzrok na złączone dłonie.
– To trochę daleko stąd i dojeżdżanie do szkoły zajmowałoby mi zbyt dużo czasu – wyjaśniła, zasadniczo nie mijając się z prawdą. – Kiedy tylko się da, spędzamy razem weekendy.
Zapadła pełna napięcia cisza.
W pewnej chwili Leo wstał i zaczął krążyć po pokoju. Nieustannie rozprostowywał palce i ponownie zaciskał pięści.
– Dlaczego? – spytał w końcu i przystanął.
– Co dlaczego? – Eliza nadal z trudem panowała nad sobą.
– Dlaczego wybrałaś jego, a nie mnie? – warknął z wściekłością.
– Jego poznałam wcześniej, a poza tym on mnie kocha.
Często zastanawiała się, jak wyglądałoby jej życie, gdyby nie związała się z Ewanem. Czy byłoby jej lepiej, czy gorzej? Przed wypadkiem zdarzyło się tyle dobrego...
– Uważasz, że ja cię nie kochałem? – wycedził.
– Naturalnie, że mnie nie kochałeś, Leo – burknęła z ledwie słyszalną pogardą w głosie. – Po prostu miałeś ochotę ułożyć sobie z kimś życie po śmierci ojca, a ja byłam pod ręką: młoda, do wzięcia i w miarę atrakcyjna.
– Mogłem ofiarować ci wszystko, czego dusza zapragnie. – Starannie dobierał słowa. – A mimo to wybrałaś życie biedaczki u boku faceta, który nawet nie ma chęci z tobą zamieszkać. Skąd wiesz, że cię nie zdradza, kiedy ty tkwisz w tej klitce?
– Zapewniam cię, że na pewno mnie nie zdradza.
– A ty jego? – zapytał cynicznie.
Zacisnęła usta. Nawet nie miała ochoty zaszczycać tej sugestii odpowiedzią.
– Dlaczego nie powiedziałaś mi tego na samym początku? – westchnął. – Powinnaś była wyjawić mi prawdę o swoich zaręczynach już w dniu, w którym się poznaliśmy. Naprawdę musiałaś z tym zwlekać do moich oświadczyn?
Eliza powróciła myślami do trzech cudownych tygodni przed czterema laty, kiedy wyjechała do Włoch. Nie wzięła ze sobą pierścionka zaręczynowego, bo jeden z ząbków podtrzymujących kamień wymagał naprawy, więc na czas wyjazdu zostawiła pierścionek u jubilera. Na urlopie starała się zachowywać jak typowa singielka, mimo świadomości, że po powrocie już na zawsze utkwi w dobrowolnym areszcie.
Spotkanie z Leem Valentem okazało się słodko-gorzkie. Od początku wiedziała, że ich związek nie ma przyszłości, ale cieszyła się każdym wspólnie spędzonym dniem. Dała się porwać romantycznym uniesieniom i wmawiała sobie, że nikogo nie krzywdzi, udając, że jest wolna. Nie było jej zamiarem zakochiwanie się; nie doceniła jednak Lea. Okazał się nie tylko uroczy, ale i bezlitośnie uparty oraz zdeterminowany. Urzekł ją inteligencją w rozmowie i namiętnością w łóżku.
Dni mijały, a Eliza była coraz bardziej zakochana. Czas wyjazdu zbliżał się wielkimi krokami, lecz ona nawet nie próbowała walczyć z uczuciem do przystojnego Włocha. Konsekwencje tego, co robili, nie miały dla niej większego znaczenia.
– Zgadzam się z tobą, kiedy teraz o tym myślę – odparła. – Pewnie powinnam była coś powiedzieć. Wtedy jednak wydawało mi się, że to tylko wakacyjna przygoda. Nie sądziłam, że jeszcze kiedyś się spotkamy, a już na pewno nie mogłam przewidzieć, że mi się oświadczysz. Na litość boską, przecież znaliśmy się raptem kilka tygodni!
Leo popatrzył na nią z goryczą.
– Po powrocie do domu pewnie nieźle się ubawiłaś, opowiadając o nas przyjaciołom. Dlatego pozwoliłaś, żebym robił z siebie durnia? Chciałaś potem mieć temat do anegdot?
Eliza zerwała się z miejsca i przycisnęła ręce do ciała, jakby zmarzła, choć w mieszkaniu panował lekki zaduch. Podeszła do okna i popatrzyła na krzew róży w ogródku przed domem.
– Nikomu nie powiedziałam o nas ani słowa – oświadczyła cicho. – Po powrocie do domu czułam się tak, jakbym się ocknęła z głębokiego snu.
– Nic nie powiedziałaś narzeczonemu? – zdumiał się.
– Nie.
– Dlaczego?
Odwróciła się twarzą do niego.
– Nie zrozumiałby – odparła cicho.
– W to nie wątpię – prychnął Leo. – Gość zostaje w domu, a jego narzeczona wyjeżdża do Włoch i rozkłada nogi przed pierwszym lepszym poznanym w barze facetem. Fakt, coś takiego trudno zrozumieć.
Eliza popatrzyła na niego ciężkim wzrokiem.
– Pięć minut minęło – warknęła. – Czas na ciebie.
Leo bez słowa podszedł do niej i spojrzał na nią z góry. Eliza wstrzymała oddech. Zauważyła, że jego nozdrza rozszerzają się raptownie, zupełnie jakby chłonął jej zapach. On sam pachniał złożoną mieszanką drewna, cytrusów i przypraw korzennych, która pobudziła jej zmysły i wywołała lawinę od dawna tłumionych wspomnień. Nagle ogarnęło ją pożądanie; żaden inny mężczyzna nie budził w niej tak pierwotnej żądzy.
– Mam dla ciebie inną propozycję – oznajmił.
– Chyba nie matrymonialną? – Z wysiłkiem przełknęła ślinę.
Zaśmiał się nieprzyjemnie.
– Nie, nie zamierzam prosić cię o rękę – zapewnił ją. – To oferta biznesowa, bardzo intratna.
Eliza usiłowała wyczytać coś z jego twarzy i doszła do wniosku, że nie chodzi o nic dobrego.
– Nie chcę i nie potrzebuję twoich pieniędzy – oświadczyła wyniośle.
– Może i nie – uśmiechnął się ironicznie. – Ale twoja bankrutująca szkółka osiedlowa i owszem.
Te słowa nią wstrząsnęły, co na próżno usiłowała ukryć. Skąd wiedział o szkole? Przecież artykuł nie trafił jeszcze do gazety, dziennikarz i fotograf opuścili szkołę zaledwie dwie godziny temu. Kto doniósł Leowi o problemach w jej miejscu pracy? Przyszło jej do głowy, że być może osobiście interesował się tą sprawą.
– Co proponujesz? – zapytała ostrożnie.
– Pół miliona funtów.
Zaskoczona Eliza wytrzeszczyła oczy.
– Pod jakim warunkiem? – zapytała dopiero po dłuższej chwili.
– Pod takim, że cały następny miesiąc spędzisz ze mną we Włoszech – odparł Leo z nieprzyjemnym uśmiechem.
Usiłowała zachowywać się jakby nigdy nic, choć wszystko w niej wrzało.
– W jakim charakterze?
– Potrzebuję opiekunki. Niańki do dziecka.
Gdy tylko padły te słowa, Eliza poczuła bolesne ukłucie w sercu.
– Jesteś… żonaty?
– Jestem wdowcem – oznajmił obojętnym tonem. – Mam trzyletnią córkę.
Eliza szybko dokonała obliczeń w pamięci. Niewątpliwie poznał żonę niedługo po tym, jak ona wyjechała z Włoch. Nie mogła zrozumieć, dlaczego tak ją to zabolało. Wolałaby, żeby ożenił się znacznie później. Najwyraźniej niespecjalnie przejął się rozstaniem. Nie spędził wielu miesięcy, rozpaczając po wyjeździe ukochanej, nie jedząc i nie śpiąc. Przeciwnie, momentalnie o niej zapomniał, choć ona wspominała go każdego dnia i każdej nocy. W prasie nie zauważyła jednak żadnej wzmianki o jego ślubie i śmierci żony. Miała ochotę zapytać, kim była ta kobieta i co się z nią stało, ale doszła do wniosku, że chyba nie wypada. Zerknęła na lewą dłoń Lea.
– Nie nosisz obrączki – zauważyła.
– Nie.
– Co się… zdarzyło? – zaryzykowała.
Popatrzył na nią ciężko.
– Mojej żonie?
W milczeniu skinęła głową.
– Giulia popełniła samobójstwo – wyjaśnił bez cienia emocji, zupełnie jakby odczytywał nagłówek w gazecie.
Mimo to Eliza dostrzegła w jego oczach ból, świadczący o tym, że śmierć żony niewątpliwie była dla niego ciosem.
– Ogromnie mi przykro – szepnęła. – To musiało… musi być straszne.
– Moja córka bardzo źle znosi brak matki. Nie wie, dlaczego nagle zniknęła.
Eliza doskonale rozumiała rozpacz małych dzieci, których rodzice umierają lub odchodzą. W wieku siedmiu lat sama została opuszczona przez matkę, która zamiast córki wybrała narkotyki i alkohol, co ostatecznie doprowadziło do jej śmierci.

