Nie uczono mnie szczęścia
Kiedy masz szesnaście lat, jedną z ostatnich rzeczy, na które masz ochotę, jest zrywanie się o świcie i praca w piekarni rodziców. Świat i tak jest wystarczająco przeciwko tobie. Do tego jesteś z tym zupełnie sama.
W rodzinie Hal More liczyło się „co ludzie powiedzą” i „czy wypada” (a zwykle nie wypadało). Musiała odłożyć na bok marzenia o śpiewaniu, o wyjeździe z miasteczka i wiecznie grać rolę grzecznej dziewczynki.
Edmundo Soler – to on staje się przyczyną zmian w życiu Hal. Uczucie, które wybucha między nimi daje jej szczęście, pewność siebie i budzi w sercu głos, który mówi „To jest twój czas, twoje marzenia! Walcz o to!”.
Nie uczono mnie szczęścia opowiada o dorastaniu w małym miasteczku, pierwszej miłości i odnajdowaniu siebie.
To także historia o szukaniu własnego głosu, o odwadze i wychodzeniu do świata ze skorupy wstydu. Poruszająca opowieść Hal, która zbyt długo żyła pod dyktando innych, zapominając o sobie.
To totalny MUST READ!
Fragment tekstu
ROZDZIAŁ 1
Pierwszy lutego 2024
Szkolna ławka, w której siedziałam, dotykała ściany. Taka zwykła. Metalowe nogi w trawiastozielonym kolorze, blat ze sklejki, wyskrobane wyznanie: A + K = Love. Sala lekcyjna wielkości boiska do squasha, ulokowana na wprost schodów, przyciągała uwagę każdego przechodzącego korytarzem ucznia. Nie było przerwy, by rzesza towarzyskich gapiów nie zaglądała do środka. Przy odrobinie szczęścia, zanim wygonił ich dzwonek brzmiący jak koreański hymn, przechwytywali kilka chipsów.
Siedziałam z Melisą Tudor, która znowu w domu nie odrobiła matmy, tylko teraz szybko uzupełniała wyniki. Jej piersi wielkie jak dwa arbuzy opierały się o brzeg ławki, rozpraszając wszystkich chłopców w klasie. Nie zazdrościłam popularności, bo żaden z kolegów nie wzbudzał we mnie romantycznych emocji. Zresztą babcia od dziecka mi wpajała, że mężczyzna musi kobietę szanować. Nazywanie „cycatką”, „dojną krową”, czy „dziewczyną z »Playboya«” gryzło się z tą nauką. Melisie te wyzwiska nie sprawiały przykrości – tak twierdziła. Przeciwnie, potrafiła wkładać mocno opięte, półprzezroczyste bluzeczki, które między lekcjami w dziwnych okolicznościach gubiły pierwsze guziki. Chłopacy tracili ołówki, gumki, długopisy i Bóg wie co jeszcze, byle tylko podbiec do naszej ławki i skorzystać ze sposobności pożyczenia przyborów szkolnych. Melisa nachylała się z uśmiechem, przygryzając zalotnie skuwki długopisów. Seksapil kipiał jak gotujące się mleko z garnka. Melisa brała go w ręce i smarowała się niczym miss mokrego podkoszulka. Gdybym była les albo bi, zapewne też bym się w niej skrycie kochała.
– Ach… – westchnęłam bezgłośnie i odpłynęłam myślami, gdy na tablicę wjechały ułamki dziesiętne. Dzielenie, mnożenie. Tak bym chciała móc się z kimś podzielić sercem. Znaleźć tego jedynego, który będzie moim mężem. Ja, on, dłonie splecione w nierozerwalnym węźle dopóki śmierć nas nie rozłączy. Biały koronkowy welon ciągnący się po ziemi tak długo, jak długie będzie nasze piękne życie. On…
Puk… Puk…
Gwałtownie wyrwana z zamyślenia, przywołana do porządku, spojrzałam na otwierające się drzwi klasy. Dyrektor rozmiarów Froda z Władcy Pierścieni wślizgnął się do środka. Za nim wszedł jakiś ciekawy osobnik. Chłopak. Uczeń? Z profilu – grecki bóg: równy nos, księżycowy podbródek i pełne usta odcinające się od mocno brązowej skóry, z kruczoczarnymi włosami. Natychmiast się wyprostowałam, wygładziłam białą bluzkę i założyłam pasmo włosów za ucho. Szturchnęłam Melisę łokciem, pytając:
– Uuu, kto to?! – Zlustrowałam nowego. Melisa zaśmiała się i szepnęła mi do ucha:
– Twój przyszły chłopak!
Na te słowa oblała mnie fala gorąca, bo choć wstydziłam się do tego przyznać, pomyślałam to samo. Z miejsca zapragnęłam poznać go bliżej. Patrzyłam. Patrzyłam, a gorąco rozchodziło się coraz bardziej po moim ciele. Dłonią odsunął na bok grzywkę. Opadła niczym film puszczony w zwolnionym tempie. Odwrócił się twarzą w kierunku uczniów mocno zainteresowanych sytuacją. Jego ciemna cera przyciągała uwagę.
– Myślisz, że jest z Hiszpanii? Z Włoch? A może z Florydy? – Zbliżyłam usta do ucha sąsiadki, bardziej skupionej na swoich kratkach w zeszycie niż na gościach rozmawiających z matematykiem.
– Raczej Afryka. Chyba za ciemny na Europejczyka – skwitowała Melisa. – Wygląda jak diler narkotyków. Na pewno przypłynął nocą na nielegalnym pontonie wypełnionym po brzegi mocnym towarem i zamierza nim handlować.
– Weź przestań! – syknęłam na przyjaciółkę. Z tym dilerem przegięła na całego. Ale zgodziłam się z tym, że wygląda egzotycznie.
– Szanowni państwo – nasze dywagacje przerwał dyrektor wzrostu szóstoklasisty z podstawówki. – Od dzisiaj macie nowego kolegę, przedstawiam, oto Edmundo Soler.
– Najlepiej po prostu Ed – odezwał się chłopak, wcinając się w przemowę dyrektora.
I wtedy, właśnie wtedy jego oczy spotkały się z moimi po raz pierwszy. Mocno czekoladowe tęczówki, otoczone śnieżną bielą zderzyły się z moją zielenią letnich wód. Na zegarze minęła sekunda, ale dla mnie niebiosa otworzyły wrota wieczności.
To znak! To na pewno znak!
Nauczyciel matematyki rozejrzał się po sali i wskazał ręką na jedyne wolne miejsce, jakie się ostało. Środkowy rząd, trzecia ławka, Jasmin. Syk zazdrości utknął mi w gardle. Choć klimaty emo, które prezentowała Jasmin, nie pasowały mi do latynoskiego ciacha w koszuli z krótkim rękawem i luźnych dżinsach, to instynktownie czułam potrzebę wbicia w nią szponów i rozszarpania kawałka twarzy. Granżówa bowiem mimo licznych kolczyków wsadzonych w lewe ucho, czarnych kresek na oczach, hennowych tatuaży na przedramionach, z ustami obrysowanymi konturówką, nosiła długie, jasne jak słońce włosy, opięte spodnie i odsłoniętą talię dającą się objąć obiema rękami. Gdyby lubiła róż, zyskałaby tytuł Barbie albo królowej balu.
Do końca lekcji nie było mowy o skupieniu na działaniach matematycznych. Przepisywałam biernie znaki i cyfry z tablicy, robiąc sobie kolejne zaległości. Że też musiał przerwać właśnie ten przedmiot! Przed oczami migały mi małe cyferki. Nie mógł wejść na… informatyce? Biologii?! Musiał na matmie? Czy los chce ze mnie zakpić? Co prawda rodzice zaplanowali mi już życie, w którym matma ograniczy się do wciskania cyfr na kasie fiskalnej, ale tak dla samej siebie… Chciałam po prostu umieć. Nie czuć się głupia…
Ale to nie teraz, bo moje skupienie wędruje w kierunku latynoskiego objawienia.
Odłożyłam długopis i podparłam głowę ręką. Dyskretnie zerknęłam w bok i udając, że spoglądam na Melisę, łowiłam wzrokiem fragmenty twarzy pięknego nieznajomego. Poraziły mnie jego białe zęby. Przysunęłam dłoń do swoich, uwikłanych w aparat ortodontyczny. Jeden, dwa, trzy… przeliczyłam siekacze, które wypychały mi usta.
– Melisa… – szturchnęłam koleżankę, która w skupieniu rozwiązywała zadany przykład.
– Yhm? – mruknęła, nie odwracając wzroku od zeszytu. Przedmioty ścisłe wchodziły jej doskonale.
– Myślisz, że w aparacie ortodontycznym da się całować?
– Co?!!! – wykrzyknęła tak głośno, że osiemnaście par oczu zwróciło się na nas, a bardziej na mnie, palącą się ze wstydu, jakby co najmniej moje pytanie podano w specjalnym alercie pogodowym. Skóra na twarzy parzyła, a serce odbijało się echem w bębenkach.
Chłopaki za mną zachichotali, ogólny szum rozszedł się po klasie. Melisa szeroko się uśmiechnęła, prostując przy tym plecy. Łudziłam się, że w tej jednej sekundzie jej biust odwróci uwagę od głupiej sytuacji. Niestety. Uwaga wciąż spoczywała na mnie.
– Drogie panie, proszę o spokój! – sarknął pan od matematyki. Pokiwałam nerwowo głową i spuściłam wzrok. Melisa zasłoniła ręką usta, nie mogąc opanować śmiechu.
– Przestań! – wycedziłam i wróciłam do sumiennego przepisywania przykładu z tablicy. Ogarnął mnie mdły zaduch, jakby powietrze zgęstniało. Próba wciągnięcia powietrza nosem nie powiodła się. Rozchyliłam wargi i spróbowałam jeszcze raz. Wdech i wydech. Ręce mi się trzęsły. Rety, jak ja nie znosiłam zwracać na siebie uwagi.
– Wyluzuj. – Melisa złapała mnie za rękę i ścisnęła. – Przecież nic się nie stało.
Przerwałam pisanie. Powoli przekręciłam głowę, wciąż paląc się ze wstydu. Oczy Melisy patrzyły na mnie rozbawione. Powtórzyła jeszcze raz:
– Wyluzuj. Po prostu chcesz się całować. To normalne. – Mrugnęła do mnie zaczepnie. Melisa miała doświadczenie w tych sprawach. Chłopaków zmieniała jak rękawiczki i to na coraz starszych i starszych. Od kiedy się znamy, czyli od mniej więcej półtora roku, miała ze trzech. Wszystkich pełnoletnich. Tłumaczyła się, że chłopcy w naszym wieku to dzieciaki i że trzeba ich wychowywać, zamiast imprezować. Starsi opiekują się nią. Odwiozą, przywiozą, kupią bilet do kina, ochronią. Ostatni? To chyba student trzeciego roku informatyki. „Kujonowe usposobienie, ale wie, co kobiety lubią” – mówiła.
Odwdzięczyłam się uśmiechem. Temat zamknięty. Oficjalnie. Zaś w środku… Czemu ją o to zapytałam!? Co mnie podkusiło? Co mi rozwiązało język i obudziło takie myśli? Całować się? Tak po prostu?! A gdzie „Cześć, co słychać?”. Gdzie spacer i niewinne spojrzenie?! A ja od razu o tym całowaniu! Aaaaa! Czy całując się, przekroczę granicę przyzwoitości? Przecież pocałunek może być jak muśnięcie płatka róży… delikatny… aksamitny… ciepły… Albo czuły… namiętny… Skąd we mnie tyle gorących myśli? Co się ze mną dzieje?!
Wieczorem pójdę się przewietrzyć. Muszę oczyścić umysł.
Do końca lekcji próbowałam nie patrzeć na Edmunda. Skrobałam długopisem po kartce, aż się ławka trzęsła. Jednak gdy zadzwonił dzwonek na przerwę, nasze oczy znów się spotkały, a we mnie ponownie zawrzało… Edmundo przeszedł obok, a ja nie wytrzymałam. Musiałam spojrzeć na jego oddalające się plecy. Nie spodziewałam się tylko, że jego głowa będzie odwrócona i skierowana wprost na mnie. NA MNIE! Nie na Melisę, nie na Jasmin, nie na żadną inną, tylko na mnie!!! Na Hal More, przeciętną dziewczynę z aparatem na zębach. Uśmiechnął się przyjaźnie, a ja z płonącymi policzkami, odwzajemniłam uśmiech. Czy to oznaczało miłość od pierwszego wejrzenia? Wiadomo, że nie. Ale poczułam się zauważona, a to więcej niż wygrana na loterii.
ROZDZIAŁ 2
Edmundo, Ed. Ciekawe, jak na niego wołają rodzice? „Edmundo” brzmi tak poważnie i oficjalnie, ale Ed zbyt luzacko. Może Edi?
– Bóg zapłać… – Staruszka przede mną zbliżyła usta do wiszącej na drewnianym konfesjonale stuły. Schyliła się mocno przyklękając na prawe kolano, a potem wciąż zgarbiona przesunęła się w stronę rzędu ławek kościelnych. Zapach wilgoci i stęchlizny mieszał się z zapachem kadzidła, które nie opuszczały starych murów kościółka. Rzeźby, obrazy i witraże spoglądały na wiernych z góry. Obok mnie wisiał obraz przedstawiający Świętego Antoniego Padewskiego. Spojrzałam na jego uśmiechniętą twarz:
– Może mi znajdziesz męża, a może już mi znalazłeś? – szepnęłam i zrobiłam dwa kroki w stronę welurowej spłaszczonej poduszki, leżącej na klęczniku. Od drugiej strony kolejna kobieta wyznawała swoje grzechy, tak głośno, że nie dało się nie słuchać.
Do kościoła chodziłam z przymusu, „bo trzeba, bo wypada, bo co ludzie powiedzą”. Nie protestowałam, bo nie umiałam. Siadałam po prostu w ławce i myślałam… Myślałam, o czym tylko chciałam. Analizowałam dzień, ludzi wokół i moje nudne życie.
– Kobieta jest stworzona do miłości i tej miłości szuka. Trzeba mądrze rozdzielać, co jest miłością, a co pociągiem fizycznym. Módl się do Matki Bożej codziennie, powierzaj jej swoją kobiecość, byś w przyszłości stała się wspaniałą żoną i matką. I pamiętaj, że intymność jest zarezerwowana tylko dla męża – produkował się wikary w konfesjonale.
Ilekroć słyszałam podobne zdania, zastanawiałam się, w jakiej epoce żyjemy i dlaczego wszystkich mierzymy jedną miarą? A co, jeśli ja nie zechcę być matką czy wspaniałą żoną? Czy o to też mam się modlić?
Wracałam z głową pełną przemyśleń i rozkmin. Szkoda tylko, że ani ksiądz, ani rodzice by ich nie pochwalili. Dlatego uśmiechałam się, przytakiwałam, a w głowie miałam swoje. Nie mówię, że kościelne nauki są złe. Nie, nic z tych rzeczy. Może komuś one pasują, a nawet kogoś zachwycają.
Po prostu dla mnie są… trochę niewygodne. A jak coś uwiera, to trzeba to dopasować. Jakoś. Rozciągnąć, jak skarpetkę w ręku.
* * *
– Melisa, o której wróci twoja mama? – Weszłyśmy do mieszkania Mel. Dwupokojowe, wynajmowane, z balkonem z widokiem na zalew – lub bardziej romantycznie: na lagunę. Jeden pokój zajmowała matka Melisy, a drugi ona. Pokój mamy był zawsze zamknięty. Raz jeden do niego zajrzałam, gdy Mel wślizgnęła się pożyczyć jej bluzkę.
– Wróci jak zwykle w nocy, gdy skończy drugą zmianę. – Otworzyła drzwi swojego królestwa i wpuściła mnie do środka. Sama wyszła do przedpokoju i włączyła odświeżacz powietrza do kontaktu. Po mieszkaniu szybko rozpłynęły się konwalie. Na osiedlu Mel był problem z kanalizacją i często zawiewało szambem.
– Widziałyście się rano? – Podeszłam do okna i wyjrzałam. Dawno niemyta szyba nie umniejszała boskiej panoramy, która była najlepszą częścią tego mieszkania. Przestrzeń, woda, trochę zieleni i żaglówki. Wiosną i latem całe mnóstwo.
– Nope. W tygodniu się mijamy. Gdy ja wstaję, ona śpi niedźwiedzim snem. Gdy wracam ze szkoły, ona już zdąża wyjść do roboty.
– Dobrze, że macie weekendy dla siebie – dodałam niepewna, czy rzeczywiście spędzają je razem.
– Powiedzmy – prychnęła. – Matka w weekendy też często łapie dodatkowe zmiany, a ja mam swoje sprawy. – Stanęła w progu pokoju i pokazała mi nową sukienkę, wyglądającą na drogą. Przyłożyła do siebie i zapytała:
– Jak ci się podoba? To prezent od Samuela. Uważa, że wyglądam w niej bardzo hot.
Nie dało się zaprzeczyć. Wąski kawałek materiału na pewno dokładnie opinał każdy fragment jej ciała.
Powiodłam wzrokiem po pokoju. Proste meble w stylu skandynawskim. Trochę książek, szkatułka na biżuterię, kilka flakonów markowych perfum, Coco Mademoiselle Chanel i innych zabawnie kontrastowało ze zwisającą z sufitu żarówką bez abażura i polarowym kocem udającym narzutę na łóżko.
– Ty we wszystkim wyglądasz szałowo. Wiesz o tym. – Podniosłam kciuk w górę. Nawet nie próbowałam sobie wyobrażać Mel w tej kiecce. Moja pruderyjność mi na to nie pozwalała. Wiedziałam jedno: mnie nie kręciły tak seksowne ubrania ani starsi faceci. To wykraczało poza moją strefę komfortu. Nie chciałam wnikać, jakie mieli układy i układziki. Kto i co na tym ugrywał i zyskiwał. Kto jaką płacił cenę…
Wiedziałam tylko, że moja babcia powtarzała, że dziewczynka wychowywana bez ojca w przyszłości może chcieć sobie zapełnić pustkę szukając starszego faceta, takiego „tatusia-partnera”. Czy studenci Mel to już ta kategoria? W końcu byli tylko kilka lat starsi. Czy może zwyczajnie ich wykorzystywała, zyskując drogie prezenty? Raczej to drugie, ale nie wtrącałam się. To były jej sprawy. Wyglądała na szczęśliwą, a to było dla mnie najważniejsze.
– Okej! Sytuacja jest taka, że lodówka jest kompletnie pusta – krzyknęła z kuchni, trzaskając drzwiczkami. – Mamy dwa wyjścia: idziemy do marketu po zakupy, tylko mam mało kasy na karcie, albo wracamy do ciebie, ratując paczkę u twojej mamy. – Wycelowała we mnie telefon z aplikacją, w której właśnie złapała paczkę składającą się z chleba, trzech cynamonek i z trzech makaroników. – Uśmiechnęła się, jakby decyzja była z góry podjęta. – Lecimy ratować paczkę!
Weszłyśmy i wyszłyśmy.
Ratowanie paczek to był ulubiony sposób na kolację Melisy. Śledziła trzy podobne aplikacje i wyłapywała okazje. Potrafiła upolować wielką porcję sushi pięć razy taniej. A od kiedy nasza piekarnia dołączyła do programu, Mel korzystała i z niej. Nam przestało się marnować jedzenie, a ludzie płacili kilka razy mniej. Każdy był zadowolony.
ROZDZIAŁ 3
Drugi lutego 2024
– Hal!!! Zaspałaś!!!! – pisnęła Emma, której od jakiegoś czasu co rano robiłam śniadanie. Tak już się w naszym domu utarło, że na starszej siostrze spoczywają obowiązki opiekowania się młodszą. Co z tego, że jest tylko dwa lata młodsza i również ma dwie ręce…
Otworzyłam oczy. Powolnie i niechętnie. Światło poranka wpadło przez skośne okna i osiadło na białej meblościance. Spojrzałam na sufit. Pierzaste obłoki przesuwały się żwawo. Znacznie żwawiej niż ja w tym momencie. Nie zważając na wołania siostry, naciągnęłam na siebie kołdrę, a uszy wcisnęłam w poduszkę. Zmrużyłam ponownie powieki. Jeszcze minutkę… Wyobraziłam sobie, jak do mnie podchodzi... i staje naprzeciwko. Pachnie wspaniale. Męsko. Przechyla głowę i zbliża się niebezpiecznie. Nachyla coraz bliżej i bliżej. Dzieli nas tylko odległość tabliczki czekolady. Uśmiecha się szeroko. Ja zadziornie wsuwam do ust kosmyk włosów, a wtedy on wyciąga rękę, by złapać mnie za nadgarstek i przyciągnąć do siebie. Ręka sunie w moim kierunku, oczy nie odrywają się od moich i…
– WSTAAAAAAWAJ! – Emma uderzyła mnie z całej siły drugą poduszką w twarz. Pierze rozsypało się po całym pokoju, mieszając się z drobinami kurzu, widocznego pod światło.
– GŁUPIA! – Zerwałam się gwałtownie, wściekła. Aż mi żyła na skroni pulsowała. Wydarłam się tak, że natychmiast złapałam się za bolące gardło. Pieczenie przypomniało mi o niedawno porzuconych lekcjach śpiewu. – Powaliło cię!? – Czułam, jak krew pulsuje nerwowo i napływa do mózgu.
– Spóźnię się przez ciebie! – Siostra nie spuszczała z tonu. Krzyczała z zaplecionymi na piersiach rękami. Zdążyła już umalować oczy i nałożyć błyszczyk. Z domu wychodziła tylko „zrobiona”. Babcia mawiała, że nic dobrego z niej nie wyrośnie i że całą nadzieję pokładała we mnie. Miło. Tylko czemu to ja robiłam jej śniadanie?!
– Nie dramatyzuj! – Zsunęłam kołdrę na bok łóżka i wyskoczyłam, przepychając Emmę. Prychnęła, przewróciła oczami i zdmuchnęła piórko unoszące się przy jej nosie. Bosymi stopami przemaszerowała po dywanie, jęcząc i stękając.
– Co na śniadanie? – zapytała potulniejszym tonem, a ja próbując to zignorować, wślizgnęłam się do łazienki i zatrzasnęłam przed nią drzwi. Odkręciłam kran lodowatej wody, zwilżyłam twarz. Emma dobijała się nerwowo. Nabrałam głęboko powietrza i policzyłam w myślach do dziesięciu. Siostra napierała coraz mocniej:
– Hal! Będziesz się smażyć w piekle!!!




