Zapisz na liście ulubionych
Stwórz nową listę ulubionych
Nowy początek
Zajrzyj do książki

Nowy początek

ImprintHarlequin
Liczba stron272
ISBN978-83-291-3056-1
Wysokość170
Szerokość107
EAN9788329130561
Tytuł oryginalnyA Lady of Notoriety
TłumaczBarbara Ert-Eberdt
Język oryginałuangielski
Data premiery2026-08-04
Więcej szczegółówMniej szczegółów
Idź do sklepu
Idź do sklepu Dodaj do ulubionych

Przedstawiamy "Nowy początek" nowy romans Harlequin z cyklu HQN ROMANS HISTORYCZNY.
Lady Daphne Faville dokonała wielu niewłaściwych wyborów. Udało jej się jednak uwolnić od przeszłości i rozpocząć nowe życie. Powraca do Anglii po kilku latach spędzonych w klasztorze, ale los nie wita jej życzliwie. W zajeździe, gdzie zatrzymała się na noc, wybucha pożar. 
Z płomieni ratuje ją nieznajomy, który wskutek obrażeń traci wzrok. Daphne rozpoznaje w nim Hugh Westleigha. Przed laty go skrzywdziła i kierowana wyrzutami sumienia postanawia się nim zaopiekować…

Fragment książki

 – Pali się! Niech pani wstaje! – krzyczała pokojówka.
Lady Daphne Faville wyskoczyła z łóżka. Dym drażnił nozdrza i drapał w oczy. Z korytarza gospody dochodziły krzyki, ktoś walił w drzwi pokoju.
– Pali się! Wychodzić! – wołał jakiś mężczyzna.
Daphne panicznie bała się ognia. Wsunęła stopy w pantofle, a jej pokojówka w pospiechu upychała rzeczy do walizki.
– Zostaw to, Monette. Wychodzimy! – Złapała sakiewkę z pieniędzmi, narzuciła pelerynę i położyła dłoń na klamce, a gdy spanikowana dziewczyna zastąpiła wejście, dodała pewnym głosem: – Nie bój się, na korytarzu jest bezpiecznie. – Otworzyła drzwi.
Myliła się. Korytarz wypełniał dym, języki ognia lizały ściany i lada chwila zabójczy żywioł mógł zagrodzić im drogę. Daphne stanęły w oczach sceny z innego pożaru. A więc taka śmierć jest mi pisana? Mam zginąć w ogniu? – przemknęło jej przez głowę, ale szybko się otrząsnęła.
– Uważaj, żeby nie zajęła ci się spódnica! – krzyknęła do pokojówki i ruszyły na oślep korytarzem. – Szybciej, Monette! – W duchu przeklinała pomysł, by zażądać od oberżysty pokojów najbardziej oddalonych od schodów.
– Ktoś jest w głębi korytarza! – zawołał jakiś mężczyzna, a po chwili wyłonił się z dymu. Dopadł do nich, objął je i ruszył ku schodom.
Z mijanych pokojów uciekali inni goście, najczęściej w nocnej bieliźnie. Na podeście klatki schodowej mężczyzna dał znak Monette, by weszła na schody. Posłuchała i ruszyła w dół, ale Daphne nie potrafiła się na to zdobyć. Szalejący na dole ogień przerażał ją.
– Przeniosę panią – zaoferował nieznajomy i nie czekając na odpowiedź, pochwycił ją i zaczął znosić po spiralnych schodach. Wtuliła twarz w jego pierś, żeby nie widzieć płomieni, a głowę uniosła dopiero wtedy, gdy poczuła powiew chłodnego powietrza.
Gdy znaleźli się na zewnątrz gospody, mężczyzna postawił Daphne na ziemi i uściskał ją z radości. Nie zdążyła mu jednak podziękować, bowiem natychmiast pognał do płonącego budynku.
– Niech pani stąd odejdzie, milady. – Koło Daphne stanął jej lokaj, a następnie poprowadził ją do stojących w ściśnionej grupce, przerażonych i niekompletnie ubranych współtowarzyszy niedoli. – Ja wracam podawać wiadra.
– Dobrze, Carter. Potrzebna jest każda para rąk.
Szybko dołączył do łańcucha ludzi podających sobie wiadra z wodą. Inni wyprowadzali konie ze stajni, jeszcze inni wytaczali z wozowni powozy.
Daphne nie odrywała wzroku od drzwi gospody. Miała nadzieję, że ujrzy w nich swojego wybawcę. Nie zdążyła przyjrzeć się nawet jego twarzy, lecz wiedziała, że go pozna. Był wysoki, ciemnowłosy i postawny, miał na sobie czarny żakiet i irchowe spodnie, jakie nosili dżentelmeni. W końcu ukazał się. Niósł pod pachą dwoje dzieci, a za nim biegła przerażona i lamentująca matka.
Daphne ruszyła w jego stronę, by wreszcie mu podziękować, ale gdy do niego podeszła, zawrócił z powrotem do budynku.
– Boże, spraw, żeby wyszedł – wyszeptała żarliwe błaganie do Najwyższego.
– Lady Faville? – zagadnął ją jakiś starszy dżentelmen.
Daphne nie chciała wdawać się w żadne rozmowy, ważne dla niej było tylko jedno: czy w drzwiach gospody ukaże się ponownie jej wybawca.
– Pamięta mnie pani? – nie dawał za wygraną.
– Przepraszam, ale nie…
– Lord Sanvers. Znamy się z Maskarady.
Tak bardzo chciałaby zapomnieć o tym miejscu. Był to londyński dom gry, do którego można było przychodzić w maskach, jeśli chciało się zachować anonimowość. Niewiele brakowało, a spaliłaby budynek, w którym się mieścił.
– Dawno tam nie byłam.
Jeśli ją pamiętał z Maskarady, to musiał wiedzieć, tak samo jak każdy z ówczesnych bywalców, że przychodziła tam, żeby spotykać pewnego mężczyznę, którego miłości, jak się okazało, nie miała szansy zdobyć.
Po pożarze uciekła na kontynent. Schronienie i spokój ducha odnalazła ostatecznie w szwajcarskim opactwie w Fahr. Dopiero tam potrafiła skonfrontować się ze swoimi słabościami. Ale czy się zmieniła na tyle, by być gotowa na takie poświęcenie, na jakie zdobywał się ów śmiałek, który ją uratował?
Minuty przeciągały się w nieskończoność, w końcu jednak jej wybawca ponownie wyłonił się z ogarniętego pożarem budynku, prowadząc dwie kolejne osoby. Ogień szalał jak dzika bestia, ze środka wciąż dobiegały rozpaczliwe krzyki. Czy kolejny raz zaryzykuje życie?
Zawrócił. Jego sylwetka stała się wyraźnie widoczna na tle wejścia, kiedy z sufitu runęła płonąca belka, budynek zatrząsnął się niczym w przedśmiertnych konwulsjach, a z dachu posypała się więźba. Mężczyzna uniósł dłonie do oczu. Daphne oniemiała z przerażenia, widząc, jak pada pod ciężarem wielkiej głowni.
– Nie! – ruszyła ku niemu z krzykiem.
Ale inni byli szybsi. Kilku mężczyzna wywlekło go za ubranie na środek podwórza, a tuż potem z potwornym hałasem runął dach budynku.
Daphne uklękła koło leżącego na ziemi bohatera, a inni dogaszali tlące się na nim ubranie.
– Żyje? – zapytała.
Gdy przewrócono go na plecy, ktoś przyłożył mu palce do szyi, by zbadać puls.
– Żyje. Jak na razie.
– Znam go! – krzyknęła.
Miał twarz umazaną sadzą, ale poznała go. Nazywał się Hugh Westleigh. Był bratem młodego hrabiego Westleigha… a także bratem kobiety, którą tak bardzo skrzywdziła w Maskaradzie.
Daphne była pewna, że nie byłby zachwycony, gdyby spotkał ją po tym wszystkim, co zrobiła. Jednak teraz był nieprzytomny.
– Trzeba zanieść go do lekarza – powiedział ktoś, podniósł rannego i zarzucił sobie na plecy.
Lekarz przyjmował w pobliskim sklepie. Daphne również tam poszła.
– Mamy kogoś w ciężkim stanie, panie doktorze – powiedział mężczyzna, który przyniósł nieprzytomnego bohatera.
Lekarz nakazał posadzić go na krześle.
– Czy on przeżyje? – zapytała Daphne.
– Nie wiem, proszę pani – odparł lekarz.
– Otrzymał silne uderzenie w głowę. Sama to widziałam.
– Rzeczywiście, uderzenie musiało być potężne – przyznał doktor, gdy już obejrzał głowę rannego. – Niech się pan obudzi! – zawołał, ale odpowiedzią było tylko jęknięcie. – Wiadomo, kto to jest?
– Nazywa się Westleigh – powiedziała Daphne. – Jest młodszym bratem hrabiego.
– To prawda? – zapytał osiłek, który przyniósł Hugh. – Kto by się spodziewał, paniczyk, a taki bohater.
– Panie Westleigh! – zawołał ponownie lekarz. – Proszę się obudzić! – A gdy ranny znów jęknął, dodał podniesionym głosem: – Proszę otworzyć oczy!
– Nie mogę… – Chciał wykonać polecenie, ale skrzywił się z bólu i uniósł dłonie do oczu.
– Niech pan nie dotyka! – Lekarz chwycił ręce Westleigha i dodał, patrząc na Daphne: – Zabandażuję mu oczy. Opatrunek musi pozostać na miejscu przez dwa tygodnie, inaczej grozi mu utrata wzroku. Zresztą możliwe, że i tak jest już za późno. Bardziej martwi mnie jego głowa. Doznał wstrząsu. Wymaga troskliwej opieki.
– Jakiego rodzaju opieki?
– Potrzebuje odpoczynku i spokoju. Żadnych wzruszeń przynajmniej przez tydzień. – Zajrzał mu do ust i nosa. – Nie ma krwi. To dobry objaw.
– Moja głowa – jęknął Westleigh.
Lekarz pospiesznie dokończył zakładanie opatrunku i skinieniem głowy dał znać, żeby wyszli.
– Muszę się zająć innymi rannymi – oznajmił, po czym dodał na koniec: – Proszę zapewnić mu spokój i dopilnować, by cały czas miał zabandażowane oczy. To bardzo ważne!
Daphne sięgnęła do sakiewki po kilka monet i zostawiła je na stole, natomiast mężczyzna, który przydźwigał tu rannego, podniósł go z krzesła i powiedział:
– Idziemy, proszę pana. – Spojrzał na Daphne. – A pani niech idzie z nami. – Najwidoczniej myślał, że podróżowali razem.
Na dworze już świtało. Ponieważ czekał na nich Carter, lokaj Daphne, nieznajomy skorzystał z okazji i popchnął Westleigha w jego ramiona, po czym odszedł bez pożegnania.
– Milady, stangret znalazł stajnię dla koni. Czekają razem z Monette przy naszym powozie niedaleko gospody – wyjaśnił Carter, po czym spytał: – Co mam z nim zrobić?
– Zanieś go do naszego powozu – po krótkim namyśle zdecydowała Daphne. – Potem pomyślimy, komu go przekazać.
Na pogorzelisku wciąż panowała krzątanina. Dogaszano resztki ognia i wynoszono ocalały dobytek. Kufry Daphne i jej pokojówki zostały na dachu powozu. Spaliły się jedynie te walizki, które wniesiono do pokojów.
Gdy Carter i stangret ułożyli Westleigha na siedzeniu w powozie, Monette spytała:
– Weźmiemy go ze sobą?
– Nie – szybko odparła Daphne. – Nie życzyłby sobie tego. Zapewne podróżował w jakimś towarzystwie, więc musimy się dowiedzieć, w jakim. Carter, wypytaj o to ludzi – poleciła lokajowi. – To Hugh Westleigh. – Gdy poruszył się niespokojnie i sięgnął do bandaża zasłaniającego oczy, szybko dodała: – Proszę nie dotykać opatrunku, panie Westleigh. – Podłożyła mu pod głowę poduszkę i okryła pledem.
– Pić – jęknął.
– Monette, przynieś piwo i coś pożywnego do jedzenia – nakazała pokojówce, przeklinając się w duchu, że wcześniej o tym nie pomyślała. Sięgnęła do sakiewki i podała pokojówce oraz lokajowi kilka monet. – Kupcie też jakieś jedzenie sobie i nie zapomnijcie o stangrecie.

Monette wróciła po kwadransie z pobliskiej piwiarni z jedzeniem i piciem dla Westleigha i stangreta.
– Mają wolny pokój, w którym może się pani przebrać – oznajmiła. – Zamówiłam też posiłek.
Daphne była wdzięczna pokojówce, że o tym pomyślała. Nie uśmiechało się jej jedzenie w powozie stojącym na ulicy, gdy powietrze zatruwał ciężki odór spalenizny.
– Popilnuję tego dżentelmena – zaofiarował się stangret. – I tak muszę zostać przy powozie.
Po chwili Monette zaprowadziła Daphne do piwiarni odległej o dwie przecznice. W lokalu było tłoczno, ponieważ schronili się tu gośćcie spalonego zajazdu, którzy wywodzili się z różnych warstw społecznych. Daphne zemdliło od zapachu potu, dymu i piwa. Damy z jej sfery zazwyczaj w takich spelunkach nie bywały. Zakryła dłonią usta, żeby nie zwymiotować, ale przypomniała sobie słowa przeoryszy z Fahr: „Musisz nauczyć się znajdować w sercu współczucie dla wszystkich ludzi, wszyscy bowiem jesteśmy dziećmi Boga”.
Kochana przeorysza, pomyślała. Wielka sympatia, jaką przełożona klasztoru obdarzyła ją niemal od razu, gdy tylko się poznały, była wzruszająca. Oczy Daphne wypełniły się łzami. Śmierć starej zakonnicy była dla niej bardzo silnym ciosem, nawet boleśniejszym, niż odejście matki i męża. Po jej pogrzebie Daphne opuściła Fahr. Wyjechała, lecz słowa sędziwej przeoryszy zachowała w sercu na zawsze. Niekiedy odnosiła wrażenie, że zmarła mentorka stoi tuż obok i szepce jej do ucha swoje nauki.
Spojrzała na stłoczonych w piwiarni ludzi innymi oczami. Zasługiwali na współczucie. Brudni, nie całkiem ubrani, niektórzy w bandażach, mieli wypisane na twarzach zmęczenie i smutek. Daphne dziękowała losowi, że z nią obszedł się łaskawiej.
W drodze do zarezerwowanego pokoju natknęła się znowu na lorda Sanversa, który zapamiętał ją z Maskarady. Na jej widok wstał od stołu.
– Łaskawa pani, martwiłem się o panią. – Siwe włosy miał starannie uczesane, ewidentnie zdążył się już przebrać. W porównaniu z innymi w piwiarni wyglądał nienagannie.
– Nic mi nie jest, proszę pana.
– Czy mógłbym pani pomóc? Jestem do dyspozycji.
Oczy Daphne zalśniły, a w jej głowie pojawiła się doskonała myśl: Sanvers mógłby zaopiekować się Westleighem! Czy to nie byłoby najlepsze rozwiązanie dla wszystkich?
Daphne spojrzała na stół, który lord Sanvers zajmował zupełnie sam, podczas gdy wielu innych nie miało nawet krzesła, żeby usiąść. Czy proponowałby jej pomoc, gdyby nie była piękną i majętną wdową po wicehrabim?
– Moi służący zajęli się już wszystkim, ale dziękuję. – Dygnęła i podążyła za Monette.
W pokoju opadła z ulgą na krzesło, ale szybko ogarnęło ją poczucie winy. W skrajnie zatłoczonej piwiarni miała cały pokój dla siebie. Czy oznacza to, że jest równie samolubna, jak lord Sanvers?
Zdjęła nocną bieliznę, włożyła suknię przygotowaną przez Monette i wraz z pokojówką szybko zjadła posiłek. Płacąc karczmarzowi, Daphne zostawiła dodatkowe pieniądze z prośbą, by udostępnił zwalniany pokój i trochę jedzenia najbardziej potrzebującym, lecz nie czekała, żeby się przekonać, czy spełnił jej prośbę.
Przy powozie, oprócz stangreta, zastały również Cartera.
– Rozmawiałem z właścicielem spalonej gospody – powiedział. – Twierdzi, że pan Westleigh podróżował sam. Nie miał nawet służącego.
– Jak on się ma? – zapytała Daphne stangreta.
– Śpi. Napił się piwa i zasnął.
– Musimy znaleźć kogoś, kto się nim zaopiekuje.
– To niemożliwe. W Ramsgate jest pełno rannych, więc trudno będzie znaleźć dla niego jakiś pokój, tak samo jak dla nas. Powinniśmy wyjechać jeszcze dzisiaj, milady. Jeśli niebawem wyruszymy, znajdziemy jakieś lokum po drodze, a pojutrze dotrzemy do Faville.
Podróż z Ramsgate do majątku w Vadley koło Basingstoke w normalnych warunkach powinna zająć trzy dni. Mąż pozostawił tam Daphne wiejski dwór, żeby nie musiała przeprowadzać się do wdowiej rezydencji w Faville. Jednak Daphne nie zdążyła zadomowić się w Vadley, mieszkała tam bowiem tylko kilka tygodni po zakończeniu żałoby. Potem wyjechała do Londynu i na kontynent. Dopiero teraz planowała osiąść tam na stałe. Nie była tylko pewna, czy w ten sposób odpokutuje za próżność i bezmyślność, które w przeszłości były jej znakiem rozpoznawczym.
– Nie możemy wziąć go ze sobą – oznajmiła. – Zresztą lekarz stwierdził, że podróż może być dla niego zbyt wyczerpująca.
– Nie mamy wyboru, milady – powiedział cicho Carter.
– Ruszajmy – wtrącił się stangret. – Może po drodze znajdziemy dla niego odpowiednią opiekę. Tutaj nie ma na to szans.
– Nie zostawiajmy go – odezwała się proszącym głosem Monette.
Daphne wciąż nie potrafiła zdecydować, jak powinna postąpić. Czy dlatego, że wiedziała, że Westleigh z pewnością by nie chciał, żeby doglądała go kobieta, która wyrządziła tyle zła jego siostrze? A może kierowała się wyłącznie myślą o własnej wygodzie?
– Dobrze – podjęła w końcu decyzję. – Ale pojedźmy w kierunku Londynu, nie do Vadley. Jestem pewna, że jego rodzina jest w mieście. Kiedy znajdziemy jakieś miejsce, gdzie będzie można go bezpiecznie zostawić, powiadomimy ich, żeby po niego przyjechali. A jeśli nie uda nam się zostawić go pod odpowiednią opieką, pojedziemy z nim aż do Londynu. Nie nadłożymy więcej niż dwa dni drogi.

Słońce chyliło się ku zachodowi, a w żadnym zajeździe ani w żadnej gospodzie nikt nie chciał podjąć się opieki nad rannym. Co gorsza, stało się jasne, że chory nie wytrzyma kolejnego dnia podróży do Londynu. Droga była wyboista, powóz trząsł się, Hugh Westleigh krzyczał z bólu, a gorączka wzrastała.
Dojechali do Thurnfield, małej wioski przy gościńcu do Maidstone. W gospodzie brakowało miejsc, ale oberżysta przekazał im, że w bliskiej okolicy jest niewielki dom do wynajęcia. Daphne dopełniła formalności, ale zanim wyruszyli do wynajętego domu, odbyła poufną rozmowę z Carterem, Monette i stangretem.
– Powiedziałam tutejszym, że nazywam się Asher. Wydaje mi się, że pan Westleigh nie chciałby, żeby opiekowała się nim lady Faville, bowiem jego rodzina ma powód, żeby mnie nienawidzić. Asher to moje panieńskie nazwisko…
Daphne wiedziała, że postępuje niezgodnie z naukami przeoryszy klasztoru w Fahr, zgodnie z zasadą, że kłamstwo to grzech, a także ostrzeżeniem, że nawet niewinne kłamstwo pociąga za sobą kolejne. Nie miała jednak wyjścia.
– Postarajcie się zapamiętać, że od dzisiaj nazywam się pani Asher, i nie zwracajcie się do mnie „milady”.
Służący pokiwali głowami na znak, że rozumieją polecenie, a Daphne nawiedziły wyrzuty sumienia, że nakłania ich do nieuczciwości.
– Jak sobie pani życzy, milady – powiedział Carter. – To znaczy proszę pani.
– No to ruszajmy.
Podjechali pod otynkowany na biało domek z dobrze utrzymanym żywopłotem i niewielką stajnią. Na progu stali gospodyni i dozorca.
– Nazywam się Pitts, a to moja żona. – Wskazał kobietę stojącą obok. – Do usług szanownej pani.
– Dzień dobry – przywitała się Daphne, przedstawiła swoich służących i dodała: – Mamy rannego. Trzeba go jak najszybciej zanieść do sypialni.
– Proszę za mną. – Gospodyni zaprosiła gestem do środka. – Niech pani wybierze pokój dla tego dżentelmena.
Dom był urządzony skromnie, ale w porównaniu z opactwem w Fahr wydał się Daphne wręcz luksusowy. Sprawiał przyjemne wrażenie. Nie miało to jednak znaczenia, bowiem zamierzała zatrzymać się tutaj tylko na dwa dni, do czasu, aż przyjedzie ktoś z familii Westleighów.
Wybrała dla Hugh najładniejszą sypialnię, narożną, z oknami na dwie strony, pełną światła i świeżego powietrza.
– Czy łóżka są pościelone? – zapytała gospodynię.
– A jakże – odpowiedziała pani Pitts. – Przygotowaliśmy pokoje, gdy tylko dostaliśmy wiadomość, że będziemy mieć gości.
Tak zrobiłaby każda dobra gospodyni, pomyślała Daphne. Pamiętała jednak, że również służący lubią być chwaleni.
– To ładnie z pani strony. – Uśmiechnęła się do kobiety. – Przynieście tutaj pana Westleigha – zwróciła się do dozorcy i Cartera, którzy wnieśli na górę jego kufer.
– Zechce pani obejrzeć resztę domu? – zapytała gospodyni.
– Później. Najpierw ranny.
– W takim razie dopilnuję przygotowania posiłku.
Gospodyni się oddaliła. Wkrótce Westleigh leżał już w łóżku.
– Gdzie jestem? – zaniepokoił się. – Dokąd mnie przywieźliście?

Napisz swoją recenzję

Podziel się swoją opinią
Twoja ocena:
5/5
Dodaj własne zdjęcie produktu:
Recenzje i opinie na temat książek nie są weryfikowane pod kątem ich nabywania w księgarniach oraz pod kątem korzystania z nich i czytania. Administratorem Twoich danych jest HarperCollins Polska Sp. z o.o. Dowiedz się więcej o ochronie Twoich danych.
pixel