Zapisz na liście ulubionych
Stwórz nową listę ulubionych
Ogień i woda / Uwięziona w raju
Zajrzyj do książki

Ogień i woda / Uwięziona w raju

ImprintHarlequin
Liczba stron320
ISBN978-83-291-2066-1
Wysokość170
Szerokość107
EAN9788329120661
Tytuł oryginalnyPrince’s Forgotten DiamondThe Russian's Ultimatum
TłumaczBarbara BryłaMałgorzata Świątek
Język oryginałuangielski
Data premiery2026-07-07
Więcej szczegółówMniej szczegółów
Idź do sklepu
Idź do sklepu Dodaj do ulubionych

Przedstawiamy "Ogień i woda" oraz "Uwięziona w raju", dwa nowe romanse Harlequin z cyklu HQN ŚWIATOWE ŻYCIE DUO.

Książę Julius Carvalho budzi się w londyńskim hotelu. Niczego nie pamięta, ale guz na głowie i brak zegarka uświadamiają mu, że został napadnięty. Z zapisków na wizytówce orientuje się, że tego dnia ma odebrać pierścionek z brylantem. Nie wie, dla kogo go kupił, ale jubiler podaje mu adres Esmeraldy Clark, byłej pracownicy jego ochrony. Julius jedzie do niej, licząc na to, że pomoże mu wszystko sobie przypomnieć. Gdy staje przed rudowłosą Esmeraldą, od razu czuje, że łączyło go z nią coś wyjątkowego…

Emily Richardson włamuje się do biura rosyjskiego milionera Saszy Virszilasa. Chce wykraść dane, które pomogą oczyścić jej ojca z zarzutów. Przy okazji niechcący poznaje plany Saszy dotyczące ważnej transakcji. Emily postanawia zagrać vabank i szantażuje Saszę. Virszilas przyjmuje jej warunki, lecz stawia też swoje. Nie wierzy, że Emily dotrzyma słowa, a ponieważ on nigdy nie ryzykuje, zabiera ją na tydzień na tropikalną wyspę…

Fragment książki

Ocknął się, łapiąc gwałtownie oddech. Wdzierające mu się do płuc powietrze boleśnie je rozdarło. Wydusił przekleństwo i zamarł. Ból stopniowo ustępował. Każdy oddech nadal palił go jak diabli, ale przynajmniej był w stanie się podnieść. Pokój wirował. Zacisnął zęby i zamknął oczy, odczekał chwilę, a potem powoli je otworzył.

Świat zwolnił na tyle, że mógł się przyjrzeć otoczeniu – od puszystego dywanu na lśniącej mahoniowej posadzce po błyszczący żyrandol wiszący mu nad głową. Siedział na pikowanej skórzanej kanapie. Nad marmurowym kominkiem po lewej wisiał obraz przedstawiający gotyckie wieże opactwa Westminster. Po prawej stało ogromne łóżko, przykryte elegancką narzutą i stertą starannie ułożonych poduszek.

Odgłos klaksonu gdzieś z oddali sprawił, że skrzywił się z bólu. Cokolwiek go spotkało, pozostawiło po sobie nie tylko ból w piersi, ale i potworną migrenę. Przeciągnął palcami po włosach i wyczuł u podstawy czaszki wielkiego guza. Wstał i ruszył do łazienki. Odkręcił kran, nabrał w dłonie kojąco chłodnej wody i ochlapał nią twarz. Podniósł głowę, przemknął oczami po lustrze – a potem gwałtownie wlepił w nie wzrok, bo nagle poczuł niepokój. Niepokój, który szybko przerodził się w szok. Z lustra patrzył na niego nieznajomy. Uniósł dłoń i przesunął opuszkami palców po twarzy. Mężczyzna w lustrze powtórzył ten gest. Wpatrujące się w niego piwne oczy były podkrążone. Obce.

Kim ja jestem? – To pytanie przemknęło mu przez głowę, ale spotkało się tylko z pustką. Poza tą chwilą nie pamiętał niczego.

Powstrzymał przerażenie. Nie było tu miejsca na panikę. Wziął głęboki wdech i wrócił do sypialni.

Nie znalazł ani żadnego portfela, ani telefonu komórkowego. Jedynym bagażem była elegancka torba podróżna. Znajdujące się w niej ubrania były proste, ale świetnej jakości. Miały metki znanych mu jakimś cudem luksusowych marek, chociaż nie pamiętał własnego imienia. Gruba biała koperta w wewnętrznej kieszeni torby zawierała prawie dziesięć tysięcy euro. Kimkolwiek był, wyglądało na to, że miał pieniądze. Albo zabrał je komuś, kto je miał. Zaniepokojony tą myślą dotknął znowu rany. Ostry ból przywrócił go do rzeczywistości, powstrzymując przed spekulacjami, które prowadziły donikąd. Wyjrzał przez okno na rząd eleganckich budynków z cegły i białego kamienia. Po ulicach mknęły czarne taksówki i czerwone piętrowe autobusy.

Londyn.

Znajdował się w Londynie. Coś jeszcze przemknęło mu przez głowę, ale zniknęło, zanim zdążył to uchwycić. Odszedł od okna i stanął pod podwójnymi drzwiami. Przez minutę nasłuchiwał, po czym ostrożnie wyjrzał na długi przestronny korytarz. Między oznaczonymi numerami drzwiami wisiało kilka cennych obrazów. A więc był w hotelu. Czy zaatakowano go w pokoju? Nie, napastnik na pewno zabrałby torbę, a przynajmniej ją przeszukał. Ból głowy powrócił ze zdwojoną siłą. Zażył leki przeciwbólowe, które znalazł w łazience, i odpoczął na kanapie. Dwadzieścia minut później poczuł się na tyle dobrze, że był w stanie ponownie rozejrzeć się dookoła. Jego wzrok przykuła leżąca na podłodze pod kanapą czarna lśniąca wizytówka. Rozpoznał ją. Wiedział, że są na niej delikatne srebrne litery pisane kursywą. Kiedy zacisnął na niej palce, ożywił się. Wizytówka miała zaokrąglone rogi. Na jednej stronie widniał napis „Smythe’owie”. Na przeciwnej wydrukowany był adres wraz z numerem w lewym dolnym rogu. W prawym rogu ktoś napisał srebrnym atramentem „Sobota, 7:30”.

Nagle zaczął się niecierpliwić. Ta wizytówka i to spotkanie były ważne. Spojrzał na swój nadgarstek, ale w miejscu, gdzie powinien znajdować się zegarek, znalazł tylko pasek bladej skóry.

Podniósł słuchawkę stojącego przy łóżku telefonu.

– Dobry wieczór, dziękujemy za telefon do hotelu Bancroft, mówi Anthony.

Zarejestrował w pamięci nazwę hotelu.

– Witaj, Anthony. Czy możesz mi podać datę i godzinę?

– Oczywiście, proszę pana. Dzisiaj jest piąty kwietnia, dochodzi siódma wieczorem.

– To sobota?

– Tak, proszę pana.

Zaryzykował ostatnie pytanie.

– Dziękuję, Anthony. Na jakie nazwisko jest zarezerwowany mój pokój?

Zapadła krótka cisza.

– Proszę pana?

– Chciałbym tylko sprawdzić, na jakie nazwisko został zarezerwowany.

– Oczywiście, proszę pana. W naszej bazie figuruje nazwisko John Adamos.

– Dziękuję.

Odłożył słuchawkę.

John Adamos. Greckie nazwisko. Wypowiedział je na głos i powtórzył kilka razy. Za każdym razem brzmiało tak samo obco.

Powrócił wzrokiem do wizytówki. Miał trzydzieści minut do podanego na niej terminu spotkania. Mógł zadzwonić na policję lub udać się do szpitala, ale tam badania mogły trwać godzinami. W końcu będzie musiał udać się do lekarza, ale na razie załagodził ból tabletkami. Policja przesłucha go i rozpocznie szczegółowe śledztwo. To również zajęłoby dużo czasu.

Postukał wizytówką o dłoń. Dzięki niej mógł uzyskać odpowiedzi w ciągu godziny. Podniósł słuchawkę i ponownie wybrał numer.

– Dobry wieczór, dziękujemy za...

– Anthony, tu... John. – Wciąż miał z tym imieniem kłopot.

– Tak, proszę pana.

– Czy mógłbyś zamówić mi taksówkę?

Piętnaście minut później stał na chodniku przed elegancką kamienicą. Z zewnątrz nic nie wskazywało na to, że nie była po prostu domem mieszkalnym. Wspiął się po schodach i nacisnął dzwonek. Nie minęły nawet dwie sekundy, a drzwi się otworzyły i ukazał się w nich mężczyzna. Bardzo wysoki mężczyzna w czarnym garniturze, w którym najwyraźniej nie czuł się komfortowo.

– Dobry wieczór.

Mężczyzna nie odpowiedział.

– Mam umówione spotkanie.

Na widok wyciągniętej z kieszeni wizytówki mężczyzna uniósł krzaczastą brew.

– Przepraszam pana. Wstęp jest dozwolony tylko po okazaniu wizytówki. – Cofnął się, zapraszając Johna gestem do środka. – Witamy u Smythe’ów.

John zawahał się. Przez głowę przemknął mu obraz lśniącego żyrandola oraz wspomnienie ochrypłego kobiecego głosu. Potem wszystko zniknęło.

Wszedł do środka, starając się zachować niewzruszoną minę. Hol wejściowy był oszałamiający, z kutą balustradą na krętych schodach, lśniącą marmurową podłogą i cennymi obrazami na ścianach. Renoir, Monet, Kahlo i Rembrandt. Jeśli były to oryginały, na aukcji osiągnęłyby miliony. Jednak to nie dzieła sztuki sprawiły, że zamarł w miejscu, a kryształowy żyrandol nad jego głową. Poczuł satysfakcję. Najwyraźniej był tu już wcześniej.

– Winda zawiezie pana na górę. – Mężczyzna nacisnął przycisk na ścianie, otwierając drzwi do windy. Po krótkiej jeździe drzwi otworzyły się bezgłośnie. John rozejrzał się wokoło.

Krótkie schody prowadziły w dół do pokoju obwieszonego lustrami w złotych ramach, dzięki czemu wydawał się dwa razy większy. Wzdłuż ścian co kilka metrów stały szklane gabloty z biżuterią. Każda zawierała misternie ułożone klejnoty, od luźnych kamieni po eleganckie naszyjniki, bransoletki, kolczyki i pierścionki z rubinami, szmaragdami, szafirami i brylantami.

– Dobry wieczór – rozległ się zmysłowy damski głos. Na szczycie schodów stała piękna kobieta. Czarna suknia bez rękawów opinała jej kształty. Gładkie hebanowe włosy miała ścięte na boba, a krótka grzywka podkreślała jej wyraziste kości policzkowe i duże oczy.

– Witamy ponownie, panie Adamos.

– Dziękuję.

Na ustach kobiety pojawił się zalotny uśmiech, ale oczy miała przenikliwe.

– Czy wszystko w porządku?

John chciał od razu przejść do zadawania pytań, ale instynkt podpowiadał mu, żeby postępować ostrożnie i najpierw zbadać grunt.

– Tak. – Podniósł wizytówkę. – Sobota o siódmej trzydzieści, prawda?

Przez chwilę kobieta wpatrywała się w niego, po czym zeszła po schodach. Przy każdym kroku biodra kołysały jej się zmysłowo, a palce zatrzymywały się na poręczy. Jednak kiedy napotkała jego wzrok, za teatralną fasadą dostrzegł silną, wyrachowaną kobietę. Kimkolwiek panna Smythe była, na pewno nie była głupia.

– Szampana?

– Nie, dziękuję.

Wskazała na mahoniowe biurko ustawione pod ścianą, za którym znajdowało się lustro sięgające od podłogi do sufitu i pikowane skórzane krzesła.

Czekał, aż okrążyła biurko i usiadła, zanim zajął swoje miejsce. Wyciągnęła szufladę i, sądząc po cichych kliknięciach, wpisała kod. Rozległo się kolejne kliknięcie, a następnie szum otwieranych drzwi. Kobieta pochyliła się, stawiając na biurku między nimi małe czarne pudełko.

– Tak, jak obiecałam.

John wpatrywał się w pudełko. Potem powoli otworzył wieko. Na czarnym jedwabiu lśnił brylant. Nigdy takiego nie widział. W jego wnętrzu widoczne były czarne kropeczki, niektóre w postaci drobnych plamek, inne tworzyły wirujące wzory przypominające nocne niebo. Kamień otaczały maleńkie krople pereł i akwamarynów, a całość osadzona była w idealnie wypolerowanej srebrnej oprawie. Pierścionek był klasyczny. Elegancki. Romantyczny.

Płomień. Jedwabisty płomień rudych loków rozlewający mu się po palcach. Śmiech, który budził w nim ekscytację i radość. A potem imię, wyszeptane z takim uczuciem, że serce mu się ścisnęło. Julius...

– Jest olśniewający – wymamrotał.

Na rubinowych ustach panny Smythe pojawił się uśmiech.

– Dziękuję. Niewielu moich klientów prosi o brylanty typu „sól i pieprz”. Było to dla mnie prawdziwe wyzwanie i sprawiło mi przyjemność.

– Sól i pieprz?

Uniosła idealnie wyprofilowaną brew.

– Tak jak to ustaliliśmy podczas pańskiej ostatniej wizyty.

– Proszę mi przypomnieć.

Wyjęła pierścionek i uniosła go.

– Brylanty typu „sól i pieprz” uznawano kiedyś za wadliwe. Ze skazą. Czarne plamki, które pan widzi, to fragmenty węgla lub minerałów, które nie skrystalizowały się podczas tworzenia diamentu. Jednak stopniowo zaczynają być doceniane za swoją wyjątkowość. – Pochyliła pierścionek, by mógł zajrzeć w głąb kamienia. – W przeciwieństwie do tradycyjnych brylantów, które odbijają światło, ten przyciąga wzrok. Zachęca do ponownego spojrzenia. Im dłużej patrzysz, tym więcej widzisz.

Próbował sięgnąć pamięcią, aby przywołać obraz nieznanej rudowłosej kobiety, którą najwyraźniej zamierzał poprosić o rękę. Ale nieskończona ciemność udaremniła jego wysiłki. Poza ostatnimi kilkoma godzinami nie pamiętał nic. Paraliżujący ból przeszył mu głowę. Zacisnął powieki, tłumiąc jęk.

– Panie Adamos?

– Chwileczkę – wycedził. W końcu ból ustąpił. Otworzył oczy i ujrzał przed sobą butelkę wody oraz świdrujący wzrok panny Smythe.

– Kiedy dojdzie pan do siebie, daję panu pięć minut na wyjaśnienie, co się dzieje, albo proszę natychmiast wyjść.

Wziął głęboki wdech, upił długi łyk wody, a potem oparł się na krześle.

– To ból głowy, panno Smythe. Na pewno słyszała pani o czymś takim.

Zmarszczyła brwi.

– Jeśli zażywa pan jakieś nielegalne substancje, każę pana…

– Nawet o tym nie myśl! – zawołał ostro. Ten rozkaz wypłynął mu z ust naturalnie.

Panna Smythe nawet nie drgnęła i tylko skinęła mu lekko głową ze skruchą.

– Przepraszam, jeśli pana uraziłam. Ale – odparła, pochylając się do przodu i eksponując biust – nadal nie mówi mi pan prawdy.

– Jest pani piękną kobietą, panno Smythe. Ale potrzeba czegoś więcej niż odrobina dekoltu, żebym zdradził pani moje sekrety.

Zaśmiała się i odchyliła się na krześle.

– Warto było spróbować – odparła i nagle spoważniała. – Panie Adamos, do tej pory nasze relacje były bez zarzutu. Zapłacił pan o czasie i całą sumę. Pańskie prośby dotyczące pierścionka były dobrze przemyślane i szczegółowe. Ale jestem w branży wystarczająco długo, by wiedzieć, że od naszego ostatniego spotkania coś się zmieniło. Jeśli ma to wpływ na pański zakup lub moją firmę, mam prawo wiedzieć.

Zawahał się. Instynkt ostrzegał go przed wyjawieniem prawdy. Ale to była jego jedyna szansa.

– Obudziłem się godzinę temu i nie pamiętam, kim jestem. – Z lekką satysfakcją dostrzegł, jak kobieta otwiera usta.

– Słucham?

– Ocknąłem się w apartamencie hotelu Bancroft z potworną migreną i bólem w piersi. Nie pamiętam, kim jestem, nie mam ani portfela, ani telefonu – podniósł lewą rękę – ani zegarka. Jedyne, co znalazłem, to luksusowy bagaż, kopertę pełną euro i pani wizytówkę.

– Nie pamięta pan niczego? Nawet naszego pierwszego spotkania pięć dni temu?

– Tu i ówdzie jakieś przebłyski. Nic konkretnego.

– Dlaczego nie poszedł pan na policję? Albo do szpitala?

– To zajęłoby zbyt dużo czasu. Kiedy upewniłem się w sprawie daty i godziny, zdecydowałem, że przyjazd tutaj będzie najszybszym sposobem, by znaleźć odpowiedzieć na pytanie, kim jestem.

Kobieta zastukała palcem w biurko. Ten dźwięk rozbrzmiał w całym pokoju.

– Przedstawił się pan jako John Adamos – odezwała się w końcu.

– To nazwisko nic mi nie mówi.

Wzruszyła ramionami.

– Nie zdziwiłabym się, gdyby było nieprawdziwe. Smythe’owie prowadzą interesy od pokoleń. Prosperujemy dzięki ekskluzywności i dyskrecji. A to znaczy, że nie wypytujemy o dane naszych klientów. Jeśli mają wizytówkę, są wpuszczani. Jeśli mają pieniądze – przyjmujemy ich zamówienie. Poza tym niewiele wiemy o ludziach, dla których pracujemy.

John wstał i zaczął chodzić po pokoju.

– Kiedy umówiłem się na spotkanie?

– Trzy tygodnie temu, kiedy złożył pan wniosek i wpłacił zaliczkę.

– Zaliczkę?

– Wymagam połowy należnej kwoty, ale pan zapłacił od razu całość. Milion euro.

Spojrzał na nią.

– Milion?

– Tak. Jesteśmy najlepsi.

– Nie wspomniałem nic o kobiecie, dla której zamówiłem ten pierścionek?

– Nie. – Panna Smythe otworzyła pudełko i spojrzała na pierścionek ze smutkiem. – Ktokolwiek jest adresatką tego pierścionka, jest szczęściarą, mając kogoś, kto tak bardzo ją kocha. Odmówił pan szampana. Zarezerwował godzinę i bardzo dokładnie obejrzał biżuterię. Wielu klientów wybiera najdroższe klejnoty. Pan chciał czegoś pięknego, ale wyjątkowego i tajemniczego. – Na jej twarzy pojawił się kolejny uśmiech. – Praca nad tym pierścionkiem sprawiła mi wielką przyjemność.

John znowu zaczął się niecierpliwić.

– Czy może mi pani powiedzieć coś jeszcze?

– Umówił się pan na spotkanie dwa tygodnie później. Przyszedł pan w zeszłym tygodniu i wybrał ten brylant – powiedziała, wskazując na pudełko. – I potwierdził, że wróci pan dzisiaj, by odebrać pierścionek.

– I nie zostawiłem żadnych danych kontaktowych? Żadnego numeru telefonu, adresu e-mail?

Panna Smythe tańczyła palcami po ekranie komputera.

– Zostawił pan adres. – Wymieniła szybko numer i nazwę ulicy. – To na wyspie Grenada na Morzu Karaibskim. Do rąk Esmeraldy Clark.

Znał to imię. Przez głowę przemknął mu obraz roześmianych zielonych oczu i rudych loków okalających twarz pokrytą piegami.

– Czy wie pani, kim ona jest?

– Nie. Jak już wspomniałam, szanujemy prywatność naszych klientów.

Poczuł, że musi jak najszybciej odnaleźć Esmeraldę Clark. Na pewno nie podałby nazwiska kogoś przypadkowego w takiej sprawie. Przynajmniej będzie miała jakieś informacje na jego temat. Instynkt podpowiadał mu, że była kimś ważnym. Może nawet to jej zamierzał dać ten pierścionek.

– Zapisze mi pani ten adres?

– Tak.

Panna Smythe zapisała adres na kartce papieru i podała mu ją.

– Mam prośbę, panie Adamos.

– Pomogła mi pani. Spełnię każde pani życzenie.

Uśmiechnęła się.

– Proszę dać mi znać, jak skończy się ta historia.

Każdy, kto przechadzał się po białym piasku plaży Little Bay, był przekonany, że wylegująca się w hamaku kobieta świetnie się bawi na wakacjach. Promienie słońca przebijały się przez liście palm i ogrzewały jej skórę. Lekka bryza nadciągająca znad lazurowych fal niosła ze sobą rześki, słony zapach Morza Karaibskiego. Spotniała szklanka grenadyjskiego ponczu stała na ziemi w zasięgu jej ręki, a krople skroplonej pary leniwie spływały po niej na piasek.

Esme Clark westchnęła. Ciężko jej było cieszyć się wakacjami, skoro miesiąc wcześniej została zwolniona z pracy przez swego byłego szefa i zarazem ekskochanka. Poinformował ją o tym zimno tydzień po tym, jak kochał się z nią tamtej magicznej nocy w Paryżu. Uprawiał z nią seks, przypomniała sobie ponuro. Nic więcej.

Przez chwilę wyobrażała sobie, że jest w nim zakochana. Wiedziała jednak, że on był księciem i następcą tronu na małej wyspie u wybrzeży Portugalii, a wbrew tanim romansom, które czytywała w łóżku do późna, książęta nie poślubiają agentek ochrony. Ale po raz pierwszy w życiu, wiedząc, że to się źle skończy, rzuciła ostrożność na wiatr i uległa własnym pragnieniom. Pragnieniom, jakie prześladowały ją przez ostatni rok, odkąd podczas uroczystej parady została ranna, ratując życie księciu Juliusowi. Kiedy odwiedził ją potem w szpitalu, próbowała wstać z pościeli. Delikatnie popchnął ją z powrotem na poduszkę, usiadł przy wezgłowiu jej łóżka i gawędził z nią przyjaźnie, a nawet podarował jej jedną z jej ulubionych książek. Rozśmieszał ją. Widziała w jego oczach zauroczenie nią jako kobietą.

Miesiącami unikała jakiejkolwiek fizycznej bliskości. Ale nie mogła powiedzieć tego samego o swoich emocjach. Po tamtym poranku w szpitalu ich relacja uległa zmianie. Na początku były to drobiazgi. Odwiedzał ją, interesował się jej rehabilitacją. Uspokajała się myślą, że zrobiłby to dla każdego pracownika, który doznałby obrażeń na służbie. Pomimo plotek o jego chłodzie, naprawdę dbał o swoich ludzi.

Ale w tym przypadku chodziło o coś więcej. Ponad rok opierała się wzajemnemu zauroczeniu, gorącym spojrzeniom, znaczącym uśmiechom, które pojawiały się na jego twarzy, ilekroć byli sami. Aż do Paryża, kiedy w końcu mu uległa. Spędzili razem cudowną noc, a niecały tydzień później wezwał ją do swojego biura, informując ją, że zgodnie z wolą swojego ojca króla będzie szukał narzeczonej.

Fragment książki

Emily Richardson dała nura pod rusztowanie przed wejściem do wytwornego budynku w samym centrum Londynu, minęła przestronne atrium i udała się w stronę szerokiej klatki schodowej. Gdy dotarła na drugie piętro, skręciła w lewo, doszła do końca korytarza i nacisnęła guzik windy. Dopiero kiedy weszła do środka, a drzwi się za nią zamknęły, pozwoliła sobie na głęboki oddech.

Uniosła brwi, ujrzawszy swoje odbicie w lustrzanej ścianie. Służbowe garsonki to nie był jej styl, szczególnie te pochodzące z lat osiemdziesiątych. Miała wrażenie, że się dusi, a czarne szpilki jeszcze pogarszały sprawę.

Musiała jednak pasować do tego biurowca, by nikt się za bardzo nie przyglądał. Jej typowy strój rzucałby się w oczy, zostałaby rozpoznana, zanim postawiłaby nogę na progu budynku. Nawet teraz musiała być ostrożna. Zrobiła odpowiednie rozeznanie, kiedy wejść – nie za wcześnie, aby nie wzbudzać podejrzeń, i nie za późno, żeby nie spotkać ludzi, których chciała uniknąć. Na razie wszystko szło jak po maśle.

W tej specjalnej windzie należało wstukać odpowiedni kod. Emily znała go i już po chwili stała na najwyższym piętrze, gdzie znajdowały się biura kadry zarządzającej Bamber Cosmetics International lub, jak brzmiała ich nowa nazwa, Virszilas LG.

Największe z biur należało do Saszy Virszilasa. Dzisiaj Virszilas był w Mediolanie.

W przeciwieństwie do reszty budynku prace remontowe na ostatnim piętrze miały się dopiero rozpocząć. Podeszła do skromnych drzwi, otwieranych kartą magnetyczną. Emily miała taką kartę, „wypadła” z portfela jej ojca.

Otworzyła drzwi prowadzące do dużego przestrzennego biura dyrekcji. Odetchnęła z ulgą, gdy okazało się puste. Przeszła przez środek, lekko kołysząc pustą, czarną teczką. Doskonale. Właśnie pokonała biuro sekretarek zarządu.

Zaskoczyło ją, że gabinet pana Virszilasa nie był zamknięty. Biorąc pod uwagę, jak dbał o bezpieczeństwo, zakładała, że pokój będzie raczej obłożony materiałami wybuchowymi na wypadek, gdyby jakiś intruz ominął zwyczajne środki ochrony.

Może Virszilas nie był aż takim paranoikiem, jak jej powiedziano.

Uchyliła drzwi na centymetr i delikatnie zapukała. Jeśli nie ma szczęścia i właśnie jedna ze sprzątaczek tam sprząta, przeprosi i powie, że się zgubiła. Pukanie nie wywołało żadnej reakcji.

Weszła z bijącym sercem. Wiedząc, że ma niedużo czasu, rozejrzała się szybko, sięgnęła do tylnej kieszeni spódnicy i wyciągnęła kartę pamięci.

Według jej źródła Sasza Virszilas miał identyczny laptop w każdym ze swoich biur na świecie. Jeśli źródło było wiarygodne, laptop na biurku dawał dostęp do wszystkich plików tworzonych przez każdy departament każdego przedsiębiorstwa będącego własnością Virszilas LG. Laptop zawierał dane mogące oczyścić imię jej ojca.

Rozglądając się wokół, stwierdziła, że Virszilas utrzymywał najschludniejsze biuro w historii świata. Każdy element był na swoim miejscu, bez kurzu i okruszków. Papiery i przybory ułożono na wypolerowanym hebanowym biurku z militarną precyzją. Pod dużym oknem leżał laptop i coś, co wyglądało na plik dokumentów.

Laptop był otwarty i, ku jej zaskoczeniu, wystarczyło wcisnąć przycisk, by natychmiast odpalił.

Ściągnęła brwi. Czyżby zapomniał go wyłączyć? Z tego, co wiedziała o tym mężczyźnie, wydawało się to niedorzeczne.

Nieważne, nie będzie darowanemu koniowi zaglądać w zęby. Miała nadzieję, że gwiazdy jej sprzyjają. Włączony laptop podarował jej jakieś dwie minuty.

Włożyła kartę pamięci, przycisnęła kilka klawiszy i rozpoczęła proces. Teraz –tylko czekać. Jeśli wierzyć obliczeniom kolegi hakera, wszystkie dane zawarte w laptopie powinny się dać skopiować w sześć minut.

Niebieski plik dokumentów obok laptopa był gruby na dobrych kilka centymetrów. Podniosła okładkę. Czerwony napis na pierwszej stronie głosił: „Prywatne i poufne”.

Zaczęła czytać...

– Kim, do cholery, jesteś i co robisz w moim biurze?

Zamarła. Dosłownie. Nieruchome ręce zastygły nad dokumentami.

Odwróciła się i napotkała kamienne spojrzenie Saszy Virszilasa.

– To ty – syknął. Zimne szare oczy zwęziły się.

Nie wiedziała, co było większym szokiem: czy to, że złapał ją na gorącym uczynku, czy że ją rozpoznał. Gdy spotkała go pierwszy raz, wyglądała zupełnie inaczej.

Z wielkim wysiłkiem zmusiła się, by zachować spokój. Nie był to moment, by ujawniać niechęć czy nienawiść. Spotkała go sześć tygodni temu, na imprezie wydanej z okazji nabycia Bamber Cosmetics przez Virszilas LG. Emily przyszła tam dla ojca, który po niedawnej śmierci żony stał się kłębkiem nerwów; jego obecność jednak jako członka zarządu była wymagana.

Kiedy przy prezentacji uścisnęła dłoń Saszy, popatrzył na nią z lekką wzgardą i przeniósł wzrok na następną osobę. Gdyby chciało mu się poczekać i porozmawiać z nią, mogłaby przeprosić za niewłaściwy strój i wyjaśnić, że przybiegła prosto z pracy i nie miała czasu na zmianę ubrania. Wracała z pokazu mody; jej obowiązkiem było pracować w takim stroju. Emily i ojciec z grzeczności spędzili wówczas na przyjęciu godzinę.

Wątpiła, by ucieczka z biura Saszy Virszilasa okazała się teraz możliwa.

– Zadałem pytanie, panno Richardson. Radzę odpowiedzieć.

– Ale właśnie odpowiedziałeś na pytanie, kim jestem – odparła hardo. Tu, w biurze, wyglądał na większego. Wysoki i muskularny, co podkreślały biała koszula i nienagannie skrojone spodnie... I ta twarz... wyrzeźbiona doskonałość.

– Nie pogrywaj ze mną. Co robisz w moim biurze?

Zerknęła na laptop. Ze swojego miejsca Sasza mógł widzieć tylko górną pokrywę. Nie mógł zobaczyć karty pamięci. Jeśli dopisze jej szczęście, da radę uciec z danymi.

Udając nonszalancję, pochyliła się tak, by jej piersi spoczęły na biurku.

– Przechodziłam i pomyślałam, że wpadnę zobaczyć, jak ci idzie. – Gdy mówiła, wysunęła lekko palce, oparła je o kartę pamięci i wyciągnęła ją, chowając w dłoni.

Jeśli zobaczył, co zrobiła, nie dał po sobie poznać.

Wstała i niedbale włożyła rękę w tylną kieszeń, uwalniając kartę.

– Jak widzę, wszystko jest fantastycznie, więc zostawię cię już samego.

– Nie tak szybko. Zanim pozwolę ci wyjść, opróżnij kieszenie.

Angielski Saszy był bardzo dobry, jednak w akcencie słychać było ślad rosyjskiego dziedzictwa. Głęboki głos, z nutą chropowatości, wywoływał gęsią skórkę.

– Nie ma szans – odparła, okrążając powoli biurko i przybliżając się do wyjścia. W duchu przeklinała, że nie zwróciła baczniejszej uwagi na drzwi wewnętrzne, przez które zapewne wszedł. Widziała je kątem oka, gdy włamywała się do biura, ale ledwo je zarejestrowała.

– Powiedziałem, opróżnij kieszenie.

– Nie. – Tęsknie zerknęła w kierunku drzwi. W czasach szkolnych była zwinnym biegaczem. Miała połowę jego wzrostu i pomyślała, że pewnie jest szybsza...

W najmniejszym stopniu nie zdziwiło go, gdy rzuciła się do ucieczki, dobiegła do drzwi i pociągnęła za klamkę.

– Są zablokowane – powiedział spokojnie.

– Właśnie widzę – warknęła.

– Nie otworzą się, dopóki nie nacisnę przycisku, by zwolnić blokadę, a nie zrobię tego, dopóki nie oddasz mi zawartości kieszeni.

Spojrzała na niego. Miała ładną twarz w kształcie serca, zdradzającą zadziorny charakter.

Nie rozpoznał jej na podglądzie z kamery, z którego korzystał na małym ekranie w prywatnym pokoju. Kiedy spotkał ją na przyjęciu, miała na sobie długą, czarną koronkową suknię, czarne buty motocyklowe i ciemny, teatralny makijaż. Czerń ubioru wybitnie kontrastowała z jej porcelanową cerą.

Inne kobiety obecne na powitalnym party włożyły w kreacje sporo wysiłku, Emily chyba się tym nie przejęła. Była doskonałą gotycką panną młodą.

Dziś miała na sobie zwykły strój biznesowy – granatowy żakiet i spódnicę do kolan oraz pasującą do tego delikatną kremową bluzkę. Na stopach proste czarne czółenka. Tylko jej ciemnobrązowe oczy rozpoznałby wszędzie...

Wyciągnął rękę i czekał. Jeśli to konieczne, będzie czekał cały dzień.

Emily wsunęła rękę do tylnej kieszeni. Coś stamtąd wyjęła, upuściła mu na dłoń i stanęła z dala.

Tak jak podejrzewał: karta pamięci.

Zajął swój fotel i skrzyżował ręce na piersi.

– Usiądź.

Przesunęła krzesło na drugą stronę biura, jak najdalej od niego.

– Emily, to jest czas, żebyś zaczęła mówić. Dlaczego chciałaś wykraść dane z mojego laptopa?

– Dlaczego tak myślisz? Próbuję udowodnić, że mój ojciec jest niewinny.

– Wykradając dane?

– Musiałam coś zrobić. Według moich źródeł nawet nie rozpocząłeś śledztwa w sprawie zaginionych pieniędzy, o których kradzież go oskarżyłeś. Stres uczynił go poważnie chorym.

Zrobi wszystko co w jej mocy, aby oczyścić imię ojca. Wszystko. Dobrze wiedziała, że sama nie jest wystarczającym powodem, dla którego ojciec uwierzyłby na nowo w sens życia. Już jako dziecko widziała, jak wpadał w depresję i całymi tygodniami pozostawał w łóżku. Przerażający stan. Tylko matka potrafiła go z niego wydostać. Ale teraz ona nie żyje. W ciągu trzech miesięcy ojciec stracił żonę i został zawieszony w pracy, z której był tak dumny. Wisiała nad nim groźba więzienia. Emily obawiała się, że może popełnić samobójstwo. Raz niemal mu się udało.

Utrata matki była dla Emily tragedią. Świeżą, otwartą raną, której nie mogła zaleczyć, kiedy zdrowie ojca było tak niepewne. Gdyby jego też straciła...

Sasza zebrał dokumenty, które przeglądała, zanim ją przyłapał.

Więc ma kreta w firmie? Później pomyśli, co z tym zrobić. Teraz ma ważniejszą sprawę na głowie: ile przeczytała? Nie wiedział, jak długo była w gabinecie, zanim zauważył ją na monitorze. Pewnie z dziesięć minut, bo tyle go nie było. Wystarczająco, by dowiedziała się o rzeczach, które powinny zostać w ukryciu.

– Zaraz poruszymy temat twojego ojca – powiedział. – W międzyczasie powiedz mi, o czym czytałaś. I nie zaprzeczaj, byłaś pogrążona w lekturze.

Przez dłuższą chwilę nie odpowiadała, tylko przyglądała mu się, mrużąc oczy. Jakby go oceniała...

– Nie za dużo. Tyle tylko, że firma o nazwie RG Holdings wykupuje Pluszenkę.

Pluszenko to rosyjska firma jubilerska, której wyroby były uważane za jedne z najbardziej luksusowych na świecie. Marka Pluszenki rywalizowała ze słynnym rosyjskim jubilerem Fabergé. W ostatnich latach klejnoty straciły wiele ze swego blasku i sprzedaż była ułamkiem tego, co sprzedawano dziesięć lat temu.

W największej tajemnicy Sasza, stojąc na czele RG Holdings, szykował się do wykupu firmy.

– Aha, i czytałam, że jesteś właścicielem RG Holdings. Jednak twoje nazwisko nie pojawia się w oficjalnych dokumentach między RG i Pluszenko.

Zmarszczyła brwi, próbując sobie coś przypomnieć, a potem rozchyliła wargi w uśmiechu.

– Co ja takiego jeszcze czytałam? Coś jakby: „Warunkiem jest, aby Marat Pluszenko nie wiedział o zaangażowaniu w wykup Saszy Virszilasa”. Czy o to chodzi?

Tylko z największym wysiłkiem udało mu się utrzymać nerwy na wodzy, choć żołądek skoczył do gardła.

– To oczywiste, że wykup jest dla ciebie ważny i trzeba zachować to w tajemnicy. Proponuję umowę: jeśli zgodzisz się wycofać groźby działań prawnych wobec mojego ojca, zatrzymam szczegóły transakcji z Pluszenką dla siebie.

Zacisnął palce na w dokumencie.

– Myślisz, że możesz mnie szantażować?

Nonszalancko wzruszyła ramionami.

– Możesz nazwać to szantażem, ale wolałabym o tym myśleć jak o umowie. Oczyść imię mojego ojca. Chcę dostać na piśmie, że zwolnicie go od ewentualnych opłat. Albo wszystko wyśpiewam.

Emily widziała, jak zacisnął pięści, jak walczył, by zachować zimną krew.

Jakim sposobem sama utrzymywała nerwy na wodzy, nie wiedziała. Nigdy nie była słodkim kwiatuszkiem, ale też nie prowadziła z nikim wojny.

Stanąć naprzeciw tego potężnego człowieka – człowieka zdolnego do zniszczenia jej ojca, do zniszczenia jej samej – i wygrywać z nim… To było silne przeżycie.

– Mogę sprawić, że cię za to aresztują – odezwał się niskim i groźnym głosem.

– Spróbuj. – Pozwoliła sobie na uśmieszek. – Będę miała prawo do rozmowy telefonicznej. Myślę, że skontaktuję się z firmą Shirokov. Tak ją wymawiasz? Sprawdzę, czy byliby zainteresowani reprezentowaniem mnie.

Powstrzymał wybuch wściekłości. Shirokov była firmą reprezentującą Marata Pluszenkę.

Odważyła się mu grozić i szantażować go? Ta mała czarownica z językiem tak pokrętnym jak jej włosy śmie myśleć, że może go zastraszyć?

Spędził dwa lata, starając się, aby umowa doszła do skutku. W celu uniknięcia podejrzeń kilka miesięcy temu kupił nawet Bamber Cosmetics, jako przykrywkę. A teraz Emily Richardson miała moc posłać to wszystko w diabły!

Jeśli Marat Pluszenko usłyszałby, że Sasza stoi za RG Holdings, zrezygnowałby z transakcji, nie oglądając się za siebie. I wielka firma, którą Andriej Pluszenko zbudował od zera, poszłaby na dno.

Mógł zaufać tej kobiecie? To było pytanie.

Nie miał wątpliwości, że jej działaniom, w tym kradzieży danych, towarzyszyła chęć udowodnienia niewinności ojca. Prawie ją za to podziwiał.

Ale pod tym wszystkim wyczuwał w niej dzikość. Widział to w ciemnych oczach. To była kobieta na krawędzi.

Właśnie odpowiedział sobie na pytanie. Nie, nie mógł jej zaufać.

Dokładnie za tydzień zaplanowano podpisanie umowy z Pluszenką. Siedem dni, podczas których musiałby się zastanawiać i martwić, czy dziewczyna naprawdę jest w stanie trzymać buzię na kłódkę. Pod artystyczną duszą, której nawet zwykły strój nie mógł ukryć, czaił się przenikliwy, dociekliwy umysł. Przenikliwy umysł i gotowość na wszystko mogą być zabójczą kombinacją.

Umowa była wszystkim. Musi się udać.

Minęło osiem lat, odkąd odwrócił się od rodziny. Jest już za późno, aby zadośćuczynić człowiekowi, który wychował go jak własnego syna, ale można przynajmniej uratować dziedzictwo po nim. I uzyskać w końcu wybaczenie matki.

I z tego powodu Emily musi zniknąć...

Emily nie podobał się sposób, w jaki ją oceniał. Strasznie denerwował ją ten bezruch. Wręcz wytrącał z równowagi.

Po trwającej wieczność chwili Sasza oparł się łokciami o blat stołu i splótł palce.

– Więc, panno Richardson, myślisz, że możesz mnie szantażować? Nie przestraszę się i nie zniszczę czegoś, nad czym pracowałem dwa lata. Nie poddam się szantażowi. Nie, to pani, panno Richardson, będzie musiała zniknąć.

Z miejsca się wyprostowała. Pokręciła głową, niepewna, czy dobrze go usłyszała.

– Co? Sprawisz, że zniknę?

– Nie w tym sensie – powiedział, patrząc na pobladłą twarz.

Za kogo ona mnie bierze?

– Nie mogę ryzykować ujawnienia specyfiki tej transakcji, więc musisz zniknąć na tydzień.

Znał do tego idealne miejsce.

Patrzyła na niego szeroko otwartymi oczami, z odrobiną ulgi, że prawdopodobnie nie zniknie w drewnianej skrzyni.

– Chyba nie mówisz poważnie?

– Ja zawsze jestem poważny.

– W to nie wątpię. Ale ja nigdzie się nie wybieram.

– Wybierasz się. Zgodzisz się zniknąć na tydzień, a w zamian oczyszczę twojego ojca.

Wiedział, że trzeba dać jej coś w zamian. Zaproponował to, widząc, jak bardzo chce przywrócić dobre imię ojca. Chodziło o kradzież stu pięćdziesięciu tysięcy funtów. Firmowe pieniądze zniknęły.

Emily analizowała sytuację. Ten człowiek domagał się od niej jakichś szalonych rzeczy, ale wyraz chłodnych szarych oczu mówił, że nie blefuje.

– Nie mogę tak po prostu odejść... mam zobowiązania…

– Nie myślałaś o nich, gdy włamywałaś się do biura.

– Przewidywałam utratę co najwyżej dwóch dni, gdyby przyłapała mnie ochrona. Ciebie się nie spodziewałam. Powiedziano mi, że jesteś w Mediolanie.

– Naprawdę byłaś bardzo dobrze poinformowana.

Cudowne usta wygięły się w udawanym uśmiechu. Zaraz, cudowne usta? Czyżby stres zaćmiewał jej umysł?

– Ale nie bój się, dowiem się, kto jest twoim źródłem.

Rzuciła mu uśmiech w stylu „to ty tak myślisz”.

Nigdy nie sprzedałaby przyjaciela, zwłaszcza człowiekowi tak niebezpiecznemu jak Sasza Virszilas, rujnującemu reputację i zdrowie ludzi dla zabawy.

Sasza wstał i spojrzał na zegarek.

– Dam ci pięć minut na podjęcie decyzji. Wolność ojca za twoją.

– Ale dokąd miałabym pojechać?

– Znam takie miejsce. Jest na uboczu i jest bezpieczne.

Otworzył drzwi łączące biuro z jego prywatnymi pomieszczeniami i zostawił ją samą.

Zakładał, że dziewczyna się zgodzi, ponieważ dostanie dokładnie to, po co przyszła. Napisał kilka mejli do swoich sekretarek i asystentek. Równocześnie zastanowił się nad sposobem przyspieszenia formalności dla Emily i opłaceniem tak zwanych dodatkowych kosztów.

Prace nad wykupieniem Pluszenki były już na finiszu. Wszystkie negocjacje zakończono przed terminem, teraz prawnicy dopieszczali szczegóły techniczne. Saszy zostawało już tylko podpisanie ostatecznej umowy. Jednak... Wolałby być na miejscu, w Londynie, na wypadek jakiegoś nagłego kryzysu, a nie w drodze z jakąś szantażystką i złodziejką.

Drzwi łączące z gabinetem otworzyły się nagle. Emily bez pardonu wparowała do prywatnych pokoi. Miała zmierzwione włosy opadające na twarz i plecy, po eleganckim koku nie było śladu.

Bez żadnych wstępów rzuciła:

– Jeśli się zgodzę na to porwanie, chcę na piśmie, że uwolnisz ojca od wszelkich oskarżeń.

– Już się na to zgodziłem.

– Chcę pisemnej gwarancji. Wątpię, by kiedykolwiek był w stanie wrócić do pracy, więc chcę, żeby zostały mu wypłacone pieniądze, których mu odmówiono, gdy go oskarżono.

 

Napisz swoją recenzję

Podziel się swoją opinią
Twoja ocena:
5/5
Dodaj własne zdjęcie produktu:
Recenzje i opinie na temat książek nie są weryfikowane pod kątem ich nabywania w księgarniach oraz pod kątem korzystania z nich i czytania. Administratorem Twoich danych jest HarperCollins Polska Sp. z o.o. Dowiedz się więcej o ochronie Twoich danych.
pixel