Zapisz na liście ulubionych
Stwórz nową listę ulubionych
Perypetie panny Prudence
Zajrzyj do książki

Perypetie panny Prudence

ImprintHarlequin
Liczba stron384
ISBN978-83-291-2741-7
Wysokość170
Szerokość107
EAN9788329127417
Tytuł oryginalnyThe Scoundrel and the Debutante
TłumaczKrzysztof Dworak
Język oryginałuangielski
Data premiery2026-06-30
Więcej szczegółówMniej szczegółów
Idź do sklepu
Idź do sklepu Dodaj do ulubionych

Przedstawiamy "Perypetie panny Prudence" nowy romans Harlequin z cyklu HQN POWIEŚĆ HISTORYCZNA.

Lady Prudence Cabot zawsze była najskromniejszą spośród wszystkich córek zmarłego hrabiego Backington. Dbała o dobre imię rodziny i opiekowała się niedomagającą matką. Jako jedyna wciąż nie znalazła męża, a skandale wywołane przez siostry jeszcze umniejszyły jej szanse na dobrą partię. Choć nie ma ochoty na wizyty towarzyskie, ulega prośbom rodziny i wyjeżdża do majątku ziemskiego przyjaciółki. W podróży poznaje Amerykanina, który przybył do Anglii w poszukiwaniu siostry. Zaintrygowana Prudence po raz pierwszy w życiu postanawia zrobić coś nierozsądnego. Oferuje nieznajomemu pomoc i wsiada z nim do pocztowego dyliżansu…

Fragment książki

Na nieszczęście dla Prudence, temat jej zamęścia przez wiele dni wciąż wracał w rozmowach.

– Musisz wierzyć, że otrzymasz propozycję, najukochańsza siostrzyczko, a wtedy z najwyższym trudem otrząśniesz się ze zdumienia, że to wszystko to nie był zły sen – perorowała pewnego razu przy śniadaniu Honor.

– Honor, proszę cię… nie, ja cię błagam, żebyś wreszcie zamilkła!

Honor nie posiadała się z oburzenia. Wstała gwałtownie i opuściła jadalnię, po drodze dość brutalnie trącając Prudence w ramię, która aż jęknęła:

– Auć!

– Ona chce ci pomóc – pospieszyła Grace z odsieczą. – Honor chce tylko twojego dobra.

– O, nie tylko! – Zawołała Honor, wpadając ponownie do jadalni jak burza gradowa. Nie należała do omdlewających dziewcząt, które uciekały z płaczem w trakcie kłótni. – Otrząśnij się z tej chandry, Prudy! Jest niestosowna i nieznośna.

– Wcale nie mam chandry – zaprotestowała Prudence.

– Właśnie że masz! – wcięła się Mercy. – Wiecznie jesteś nabzdyczona.

– I paskudnie humorzasta – dodała tak szczerze, prosto od serca Grace.

– Powiem ci coś, na co może zdobyć się jedynie kochająca siostra, moja droga. – Honor nachyliła się nad stołem, zrównując spojrzenie z Prudence. – Jesteś piekielnym utrapieniem. – Powiedziała to jednak z uśmiechem i szybko się wyprostowała. – Pani Bulworth zaprasza, żebyś odwiedziła jej nowo narodzone dzieciątko. Zobacz się z nią. Nie posiada się z dumy i radości, a coś mi mówi, że wiejskie powietrze świetnie ci zrobi.

Prudence prychnęła na tak niemądry argument i skwitowała kąśliwie:

– Jak wiejskie powietrze ma mi pomóc, skoro już jestem na wsi?

– Powietrze na północy jest zupełnie inne – z powagą odparła Honor, a Grace i Mercy poparły ją, kiwając pospiesznie głowami.

Prudence pragnęła wyznać siostrom, że nie ma najmniejszej chęci odwiedzać Cassandrę Bulworth, która właśnie powiła swoje pierwsze dziecko. Czuła, że spotkanie z nieprzytomnie szczęśliwą przyjaciółką unaoczni jej tym dobitniej własną ponurą sytuację.

– Niech jedzie Mercy!

– Ja? – zdumiała się siostra. – Nie mogę! W żadnym razie! Tak niewiele czasu mi zostało, żeby się przygotować do szkoły… Wszyscy uczniowie muszą złożyć pełną teczkę, a ja nie skończyłam jeszcze martwej natury…

– A co będzie z mamą? – zapytała Prudence, nie słuchając dalszego trajkotania Mercy. Siostry nie mogły zaprzeczyć, że ich matka potrzebowała stałej opieki.

– Zajmie się nią jej pokojówka Hannah z pomocą pani Pettigrew z wioski – odparła Grace. – No i jest Mercy.

– Ja? – zawołała Mercy. – Przecież mówiłam…

– Dobrze wiemy, jak dużo musisz przygotować do szkoły, Mercy. Można by odnieść wrażenie, że ty jedna zaczynasz w tym roku naukę. Mimo to będziesz tutaj z nami jeszcze przez cały miesiąc, więc może jednak weźmiesz na siebie choć trochę obowiązków? – Grace odwróciła się do Prudence i uśmiechnęła słodko. – Dbamy o ciebie, Prudy. Nie widzisz tego?

– Nie wierzę w ani jedno twoje słowo – odparła Prudence. – Ale tak się składa, że działacie mi już na nerwy.

Honor, zachwycona takim obrotem spraw, aż westchnęła i złożyła ręce na piersi.

– Czy to znaczy, że pojedziesz?

– Może to jednak nie jest najgorszy pomysł. – Prudence pociągnęła nosem. – Skończę jak mama, jeśli zostanę tu choć chwilę dłużej.

– Co za wspaniała wiadomość! – zawołała Grace radośnie.

– Nie ma się z czego cieszyć – odparła ponuro Prudence.

– Ależ tak! Jesteśmy takie szczęśliwe! – pisnęła Honor. – Z twojego powodu – dodała szybko i pomknęła wokół stołu, żeby ją uściskać.

– Spotkasz się z ludźmi i na pewno wkrótce twoje samopoczucie się poprawi, ukochana.

Prudence była innego zdania. Właśnie wśród ludzi straciła nadzieję, bo wszędzie tam otaczało ją szczęście, które dla niej było niedostępne. Choć bardzo by chciała, ale nie umiała stłumić zazdrości. Ostatnio nawet blask słońca przypominał jej o nieosiągalnym szczęściu.

Zaraz jednak Mercy zaczęła głośno narzekać, że nikt już na nią nie zwraca uwagi, więc Prudence podjęła twarde postanowienie, że wyjedzie i nic jej w tym nie przeszkodzi. Wszystko wydawało się lepsze niż ten radosny szczebiot od rana do nocy.

Przygotowaniami zajęła się Grace. Pewnego popołudnia ogłosiła wszem wobec, że Prudence będzie towarzyszyła w podróży na północ doktorowi Linfordowi z żoną, dokąd wybierają się w odwiedziny do jego matki. Linfordowie odstawią Prudence do wioski Himple, gdzie pan Bulworth pośle umyślnego, aby przywiózł ją do nowo ukończonego dworu. Cassandra, która debiutowała w tym samym sezonie co Prudence, ale w przeciwieństwie do niej otrzymała kilka propozycji małżeństwa, będzie tam na nią oczekiwać.

– Niestety powóz Linfordów nie jest zbyt duży – zauważyła Mercy, która siedziała przy sztaludze i rysowała miskę owoców. Wcześniej wyjaśniła im dumnie, że tak właśnie postępowali mistrzowie: najpierw szkicowali, a potem malowali. – Prudence będzie musiała przez wiele godzin prowadzić rozmowę. – Zmrużyła oczy i popatrzyła na swój szkic.

– A cóż złego w konwersacji? – zdziwiła się Honor, która czesała włosy swojej córeczki Edith.

– Nic a nic, o ile ktoś pasjonuje się pogodą. Doktor Linford o niczym innym nie mówi. Ale ty nieszczególnie się nią interesujesz, prawda, Prudy?

Prudence wzruszyła tylko ramionami. Niczym w sposób szczególny się nie interesowała.

W dniu wyjazdu zniesiono kufer i sakwojaż Prudence do powozu, który miał ją zawieźć do Ashton Down, gdzie o pierwszej umówiona była z Linfordami. Do torby podróżnej spakowała najpotrzebniejsze rzeczy: kilka wstążek do włosów, jedwabną koszulę nocną, którą Honor przywiozła jej od najmodniejszej krawcowej w Londynie, urocze pantofle i zmianę bielizny. Pożegnała się z niezwykle uradowanymi siostrami i wyruszyła w drogę za kwadrans dwunasta.

Nieoceniony stangret z Blackwood Hall dowiózł ją do Ashton Down już dziesięć minut po dwunastej.

– Nie czekaj ze mną, James – poprosiła go Prudence, już czując się znużona. – Linfordowie wkrótce zajadą.

James nie wyglądał na przekonanego.

– Lord Merryton nie pochwala tego, żeby damy pozostawały choć przez chwilę bez opieki, panienko.

– Powiedz mu, że nalegałam – odparła rozsierdzona tą nadmierną troskliwością i odprawiła go ruchem ręki. – Tam połóż bagaże.

Uśmiechnęła się do Jamesa na pożegnanie, poprawiła czepiec i przeszła kilka kroków do sklepiku z bakaliami, gdzie kupiła trochę suszonych owoców na drogę. Kiedy wyszła na ulicę, z ulgą zauważyła, że po powozie z Blackwood Hall nie było już śladu.

Wystawiła twarz na sierpniowe słońce. Dzień był jasny i ciepły, więc postanowiła zaczekać na Linfordów w cieniu drzew po drugiej stronie ulicy. Usadowiła się wygodnie na ławce, złożyła rękawiczki na paczuszce słodyczy i leniwie obejrzała kwiaty posadzone w rabacie. Zaczynały już więdnąć. Pomyślała, że tak samo jak ona, i westchnęła głośno.

Turkot nadjeżdżającego powozu wyrwał ją z zadumy. Podniosła się, omiotła dłonią sukienkę i zawiesiła pakuneczek na ręce. Jednak to nie pojazd Linfordów się zbliżał, tylko jeden z prywatnych dyliżansów, które przejeżdżały codziennie przez Ashton Down – jeden w południe, a drugi pod wieczór. Prudence ponownie ciężko usiadła na ławce.

Dyliżans zatrzymał się po drugiej stronie ulicy i z tylnego siedzenia zeskoczyło dwóch stajennych, a jeden z nich otworzył drzwiczki. Wysiadła młoda para, kobieta trzymała na rękach niemowlę. Za nimi pojawił się dżentelmen tak szeroki w ramionach, że musiał wysiąść bokiem. Zeskoczył na chodnik, pewnie wylądował na nogach i poprawił kapelusz. Wyglądał tak, jakby dopiero co przyjechał z wykopalisk. Był ubrany w spodnie z koźlej skóry, batystową koszulę i ciemny płaszcz do kolan. Kapelusz miał znoszony, chociaż dobrej jakości, a buty wyglądały, jakby nikt ich od stu lat nie czyścił. Kwadratową szczękę okrywał cień zarostu.

Obrócił się powoli dookoła, nie zwracając uwagi na młodzieńców, którzy wyprzęgali konie i układali bagaże na krawężniku. Zobaczył jednak coś, co sprawiło, że podszedł do woźnicy i zaczął się z nim energicznie spierać.

Prudence zamrugała zaskoczona. Jakież to było interesujące! Wyprostowała się i rozejrzała, starając się domyślić, co aż tak mogło rozsierdzić nieznajomego. Ponieważ poza tym incydentem w wiosce panował idealny spokój i nie miała żadnych powodów do obaw, po prostu wstała i podeszła bliżej, udając, że interesuje się wyłącznie kwitnącymi różami.

– Ile razy mam powtarzać, że Wesleigh jest pół godziny piechotą stąd, nie więcej – bronił się woźnica.

– Mój dobry człowieku, chyba nie całkiem mnie rozumiesz – odezwał się nieznajomy dżentelmen z mało dźwięcznym akcentem. – Wesleigh to dom, a nie osada. Kazano mi wierzyć, że trafię do posiadłości. Posiadłości! To taki duży dom z przybudówkami, gdzie kręcą się najróżniejsi ludzie i zajmują tym, co wy tu w Anglii robicie, cokolwiek to jest!

Gestykulując, w powietrzu nakreślił obraz wyimaginowanej posiadłości tuż przed oczami woźnicy, ten jednak tylko wzruszył ramionami.

– Jadę tam, gdzie mi każą, a nikt mi nie mówił, żebym jechał do Wesleigh. I nie ma tam żadnej posiadłości.

– To niesłychane! – zawołał nieznajomy. – Dobrze zapłaciłem za ten kurs!

Woźnica odwrócił wzrok, dżentelmen zaś zerwał z głowy kapelusz, ukazując grzywę gęstych, brązowych włosów, i cisnął go na ziemię. Kapelusz poszybował jednak z wiatrem i wylądował wprost pod nogami Prudence. Dżentelmen spojrzał za nim, dostrzegł Prudence na skraju zieleni i nagle ruszył energicznie w jej kierunku, wyciągając ściskany w ręce papier.

Prudence spanikowała. Rozejrzała się szybko za drogą ucieczki, ale nieznajomy wyczuł jej zamiary.

– Błagam, niech pani zaczeka – poprosił ponurym głosem. – Ktoś musi przemówić temu człowiekowi do rozsądku i nakłonić go, żeby mnie zawiózł do Wesleigh.

– Wesleigh czy Weslay? – zapytała niepewnie.

Dżentelmen zamarł w pół kroku. Popatrzył na nią oczami koloru złocistego topazu i zaraz je zmrużył, jakby podejrzewał podstęp, po czym podszedł do niej z wahaniem.

– Czy będzie pani uprzejma? – zapytał przez zęby, niemal wtykając jej papier w twarz.

Prudence ujęła karteczkę w dwa palce, lekko szarpnęła do siebie, by ją puścił i zobaczyła, że ktoś napisał na niej wielkimi, grubymi literami: West Lee, Penfors.

– Hm – mruknęła. – Chodzi tu zapewne o wicehrabiego Penforsa. – Zerknęła na nieznajomego, który wpatrywał się w nią posępnie. – Lord Penfors rezyduje w Howston Hall pod Weslay.

– Przecież tak właśnie napisałem.

– Ale tu jest napisane West Lee.

– Sama pani widzi.

– Ależ nie, sir. Mówiłam: Weslay. I nigdy nie słyszałam o West Lee. – Prudence starała się jak najdobitniej podkreślić subtelne różnice w wymowie tych nazw. – Pan niestety przez pomyłkę trafił do Wesleigh.

Poczerwieniał do tego stopnia, że Prudence wyobraziła sobie, jak wybucha i niczym śnieżny puch opada w kawałeczkach na całą ulicę.

– Proszę o wybaczenie, ale panienka zdaje się mówić całkiem od rzeczy – wycedził. Sięgnął po karteczkę i również palcami wyszarpnął jej z ręki. – Trzy razy powtórzyła panienka „West Lee” i nie wiem doprawdy, czy to jakiś żart, czy może chodzi tu o coś całkiem innego.

– Wcale z pana nie żartuję – zaprotestowała urażona takim pomysłem.

– A więc musi chodzić o coś innego!

– Czyli o co? – Prudence nie zdołała powstrzymać uśmiechu. – Zapewniam, że nie należę do żadnego spisku, który ma na celu sprawić, by nie dotarł pan do Weslay, sir.

Zmarszczył srogo brwi.

– Nad wyraz się cieszę, że panienkę rozbawiłem, ale gdyby była panienka tak miła i wskazała mi drogę choć do jednego z tych West Lee, a najlepiej tam, gdzie rezyduje ten jegomość Penfors, to będę niezmiernie zobowiązany.

– Och! – zmartwiła się Prudence.

– Och? – powtórzył i pochylił się nad nią. – Co oznacza to „och”? I dlaczego patrzy panienka na mnie tak, jakby zgubiła mi psa?

– Pojechał pan nie w tym kierunku.

– Tak przypuszczałem – odparł sarkastycznie.

– Wesleigh jest kawałeczek drogi stąd, to pięć chałup na krzyż. Natomiast Weslay jest na północy. – Pokazała kierunek, skąd przyjechał dyliżans.

Dżentelmen natychmiast spojrzał w tamtą stronę i warknął niebezpiecznie niskim głosem:

– Nie mam całkowitej pewności, ale przypuszczam, że co najmniej ze dwa dni drogi.

Zacisnął zęby. Był tak potężny, że Prudence spodziewała się, że od jego gniewu zadrży ziemia.

– Ale właśnie tam znajdzie pan tego jegomościa Penforsa – dodała pospiesznie i powstrzymała uśmiech. Absurdalnie było mówić tak o wicehrabim.

– Na północ? – Rozłożył ręce w geście rozpaczy.

Prudence cofnęła się ostrożnie o krok i skinęła głową.

Dżentelmen oparł ręce na biodrach i popatrzył na nią, po czym odwrócił się. Prudence była przekonana, że odejdzie, ale on obracał się dalej, aż zrobił cały obrót i znów na nią popatrzył, zaciskając zęby jeszcze mocniej.

– Czy mogłaby mi panienka zasugerować, jak mam dotrzeć do właściwego West Lee, czyli tego, co jest o dwa dni drogi stąd?

– To nie jest West… – pokręciła głową zrezygnowana. – Może pan pojechać północnym dyliżansem. Przejeżdża przez Ashton Down dwa razy dziennie. Najbliższy powinien nadjechać lada moment.

– Rozumiem – odparł, choć było jasne, że niczego nie rozumie.

– Może też pan wykupić przejazd kurierem poczty królewskiej, chociaż to trochę kosztowniejsze od przejazdów pasażerskich. Kurier przejeżdża tylko raz dziennie.

Popatrzył na nią nieufnie.

– Tak czy inaczej będą to dwa dni?

– Obawiam się, że tak. – Uśmiechnęła się współczująco. Sama też nie chciałaby się gnieść przez dwa dni w dyliżansie.

Palcami przeczesał ciemnobrązowe włosy i mruknął coś pod nosem, a Prudence była niemal pewna, że wolałaby nie wiedzieć, co to było.

– Gdzie mogę opłacić przejazd?

Zerknęła, a raczej wychyliła się na bok, żeby popatrzeć za jego szerokimi plecami na gospodę.

– Pokażę panu, jeśli pan sobie tego życzy.

– Będę zobowiązany – odparł stanowczo.

Schylił się po kapelusz, otrzepał go z kurzu o kolano i włożył na głowę. Omiótł ją jeszcze spojrzeniem i ustąpił jej drogi, dając do zrozumienia, że chce, by go poprowadziła.

Prudence przeszła przez ulicę i zatrzymała się, kiedy dżentelmen instruował woźnicę, żeby wystawiono jego bagaż. Popatrzył jeszcze tęsknie za powozem odjeżdżającym na południe i ruszył za Prudence na podwórzec gospody. Weszli do głównego pomieszczenia, a stamtąd do niewielkiego biura o tak niskim stropie, że nawet Prudence musiała pochylić głowę. Wewnątrz panował wilgotny zaduch końskiego nawozu, który dochodził z przylegających do placówki stajni.

Dżentelmen, którego tu zaprowadziła, był wysokim mężczyzną i musiał się schylić. Tarł głową o sufit i opędzał się od pajęczyn, mrucząc pod nosem przekleństwa.

– Słucham. – Za niską ladą zjawił się urzędnik.

Nieznajomy podszedł bliżej.

– Chciałbym wykupić przejazd do West Lee.

– Weslay – mruknęła Prudence.

Westchnął ciężko i potwierdził:

– Tak jak ona mówi.

– Trzy funty.

Dżentelmen wyjął z kieszeni portmonetkę. Przyglądał się uważnie każdej monecie z osobna, aż Prudence wskazała trzy z nich.

– Ach! – Podał urzędnikowi wybrane monety, a ten przekazał mu bilet.

– Woźnica otrzymuje koronę, a strażnik pół.

– Co takiego? Przecież właśnie dałem trzy funty.

Urzędnik schował pieniądze w kieszeni fartucha.

– To za przejazd. Woźnica i strażnik są opłacani przez pasażerów.

– To mi wygląda na jakieś szalbierstwo.

Urzędnik wzruszył ramionami.

– Chce się pan dostać do Weslay?

– Dobrze już, dobrze.

Dżentelmen popatrzył na bilet i westchnął znowu. Przepuścił Prudence w drzwiach, przecisnął się przez nie i wyszedł za nią na podwórze. Tam przystanęli. Dżentelmen po raz pierwszy uśmiechnął się przy Prudence… a ona poczuła lekkie ukłucie pożądania. Miał olśniewający uśmiech, przekorny i szczery. Nie było w nim cienia sztuczności.

– Jestem pani wdzięczny za pomoc, panno…?

– Cabot – przedstawiła się. – Prudence Cabot.

– Panno Cabot – powtórzył i ukłonił się. – Nazywam się Roan Matheson.

Wyciągnął do niej dłoń. Prudence spojrzała na nią niepewnie. Matheson również.

– Czy coś jest nie tak? Mam brudną rękawiczkę? To prawda, proszę o wybaczenie, przebyłem długą drogę…

– Nie w tym rzecz – odparła i pokręciła głową.

– Ach, rozumiem. – Zdjął rękawiczkę i wyciągnął rękę ponownie. Miał potężną dłoń o mocnych i długich palcach oraz blizny na kłykciach. Widać było, że nie obawiał się pracy. – Ręce mam czyste – dodał niecierpliwie.

– Słucham? Och nie, ale to niezwykłe.

– Coś nie tak z moją dłonią? – Podniósł rękę, żeby jej lepiej się przyjrzeć.

– Ależ nie! – uspokoiła go szybko Prudence.

Zrozumiała, że zachowuje się niegrzecznie. Popatrzyła w jego oczy w kolorze topazów i spojrzała na ciemnobrązowe włosy z jaśniejszymi pasemkami. Nosił dłuższe włosy, niż nakazywała najnowsza moda, i zakładał je niedbale za uszy. Był ujmująco nietutejszy i bardzo męski. Sprawiał wrażenie, jakby dla zabawy mógłby przenosić góry. Serce Prudence zabiło mocniej.

– To niezwykłe, że wyciągnął pan do mnie rękę, żebym ją… uścisnęła? – zapytała niepewnie.

– Ach tak! Ale w jakim innym celu miałbym ją wyciągać, panno Cabot? To forma podziękowania albo gest powitalny…

Prudence szybko podała mu rękę, która wydała się jej niezwykle mała w jego dłoni.

Przechylił głowę na bok.

– Czy pani się mnie obawia?

– Co takiego? W żadnym razie! – zaprzeczyła żywo, chociaż musiała w duchu przyznać, że jednak trochę się go lęka. A raczej tego, co w niej budził, gdy się jej przyglądał. Zacisnęła palce, a on uścisnął ją mocniej. – Och! – szepnęła.

– Za mocno? – zapytał.

– Nie, ani trochę – odparła szybko. Spodobało się jej, że trzyma ją za rękę, i przemknęło jej przez głowę, że mógłby położyć dłoń w innych miejscach jej ciała. – Proszę mi wybaczyć, ale nie jestem do tego przyzwyczajona. Owszem, również i tutaj mężczyźni podają ręce, ale innym mężczyznom, a nie kobietom.

Z ociąganiem cofnął dłoń, niepewnie spoglądając na Prudence, po czym spytał:

– Jak więc powinienem się zachować wobec kobiety?

– Należy się ukłonić. – Dokonała prezentacji. – A dama w odpowiedzi dyga.

Jęknął ponuro i założył rękawiczkę.

– Czy mogę być brutalnie szczery, panno Cabot?

– Bardzo proszę.

– Przyjechałem z Ameryki w pilnej sprawie. Mam stąd odebrać siostrę, ale w tym kraju wciąż padam ofiarą jakichś nieporozumień… – Jego uwagę odwrócił nadjeżdżający powóz. Był to właśnie ów północny dyliżans, który zatrzymał się przed podwórzem gospody. Z dachu zeskoczyło dwóch młodych ludzi, dwóch zsiadło z tylnego siedzenia, a posługacz łapał na chodniku rzucane pakunki.

Powóz wyglądał na wypełniony po brzegi i Prudence zrobiło się żal pana Mathesona. Nie potrafiła sobie wyobrazić, by tak potężny mężczyzna miał podróżować w tej zatłoczonej budce.

– Chyba już czas – ruszył w kierunku dyliżansu, ale po kilku krokach zatrzymał się, spojrzał przez ramię i spytał: – Nie jedzie pani?

Prudence najpierw się zdumiała, ale po chwili pojęła, że Matheson spodziewał się, że również ona czeka na dyliżans. Otworzyła usta, żeby wyjaśnić nieporozumienie i poinformować, że będzie jechała prywatnym powozem, ale nie zdołała wykrztusić słowa, bo poczuła dziwne mrowienie… niebezpieczne… podniecające…

Napisz swoją recenzję

Podziel się swoją opinią
Twoja ocena:
5/5
Dodaj własne zdjęcie produktu:
Recenzje i opinie na temat książek nie są weryfikowane pod kątem ich nabywania w księgarniach oraz pod kątem korzystania z nich i czytania. Administratorem Twoich danych jest HarperCollins Polska Sp. z o.o. Dowiedz się więcej o ochronie Twoich danych.
pixel