Pocałunki na pokaz / Uwodziciel
Przedstawiamy "Pocałunki na pokaz" oraz "Uwodziciel", dwa nowe romanse Harlequin z cyklu HQN GORĄCY ROMANS DUO.
Chloe z grającego muzykę klasyczną zespołu Hana Trio dowiaduje się, że znany skrzypek Anthony Larsen zastąpi na parę miesięcy jej siostrę. Jest przejęta, podziwia go od dawna. Gdy odkrywa, że skandal towarzyski zagraża działalności charytatywnej Anthony’ego, zgadza się odegrać rolę jego dziewczyny. Ten romans na pokaz rozbudza w nich namiętność, której się nie spodziewali…
Lilah postanawia znaleźć męża, kierując się wyłącznie zdrowym rozsądkiem. Układa listę warunków, jakie idealny kandydat musiałby spełniać. Wszystkie te zalety ma jej szef, cóż, kiedy jej nie pociąga. Zmysły Lilah rozpala jego znany z licznych romansów brat...
Fragment książki
Chloe Han nie miała tajemnic, szczególnie przed rodziną. Uważała, że mieć je to głupota.
Jej najstarsza siostra Angie i obecnie już jej mąż, Joshua Shin, trzymali jego alter ego jako kompozytora – oraz swój romans – w sekrecie tak długo, aż to się obróciło przeciwko nim. Jej druga starsza siostra, Megan, zataiła tożsamość mężczyzny, z którym spędziła noc i z którym będzie miała dziecko, Daniela Paka – oraz ich późniejszy romans – lecz w końcu sprawa z hukiem wyszła na jaw i wybuchł skandal.
Ona na szczęście była jak otwarta księga. Dla rodziny stanowiła ostoję i właśnie taką rolę pragnęła dalej pełnić. Poza tym w jej życiu nie wydarzyło się nic na tyle pikantnego, by warto było trzymać buzię na kłódkę. Ciężkie westchnienie wydobyło się z jej piersi.
- Coś nie tak? – Angie spojrzała na nią z niepokojem.
- Nie, nic. – Chloe strzepnęła niewidoczny pyłek z nogawki dżinsów. – Czemu pytasz?
- Bo westchnęłaś niczym Kłapouchy.
- Nie westchnęłam, tylko zrobiłam długi wydech – odparła Chloe. – A przy okazji, gdzie Megan? I dlaczego jeszcze nie ujawniła, kto ją zastąpi?
Westchnęła ponownie. Megan znowu bawi się w sekrety, pomyślała. Chloe zdawała sobie sprawę z tego, że jest w złym nastroju, częściowo z braku snu, ale też dlatego, że wczoraj, grając w „Lidze Legend”, dostała tęgie lanie od swojego odwiecznego rywala SerialFiddlera.
- Powiedziała, że to niespodzianka, nie tajemnica – przypomniała Angie. – I ktokolwiek to będzie, jest tylko kandydatem albo kandydatką. Ostatnie słowo należy do nas. Ostatecznie to my będziemy grały z tą osobą.
Na myśl o zbliżających się narodzinach siostrzeńca gniew Chloe nieco osłabł. Zostanie ciocią i będzie rozpieszczała małego do niemożliwości. Angie z pewnością też.
- Gotowe na szok?
Angie i Chloe aż się wzdrygnęły, gdy Megan z ogromnym brzuchem wtargnęła do sali prób. Uśmiech zniknął z jej ust, gdy przez uchylone drzwi dobiegł męski głos mówiący coś do niej szeptem.
- To jest krępujące? – powtórzyła Megan i zmarszczyła brwi. – Ależ skąd. Ja tylko chcę przygotować ci godne wejście. – Głos mruknął coś ponaglająco. – Nonsens. Jasne, że chcesz zrobić wejście. Zaczekaj jeszcze sekundę.
- Megan, kochanie – odezwała się Angie. – Nie dręcz dłużej tego biedaka. Obiecujemy należycie go przywitać.
- Dlaczego robisz tyle zamieszania? – Chloe się zniecierpliwiła. – Kim ta osoba może być, że…
Głos uwiązł jej w gardle. Zerwała się z krzesła i w panice rozejrzała się wokół w poszukiwaniu drogi ucieczki, gdyż jeden z najbardziej utalentowanych i najprzystojniejszych skrzypków – jej idol jako nastolatki – właśnie wszedł do pokoju.
- Łał. Anthony Larsen. – Angie wstała i mówiła dalej denerwująco normalnym tonem: – Teraz rozumiem, dlaczego Megan starała się tak celebrować twoje wejście.
Anthony uśmiechnął się, a Chloe omal nie pisnęła. Rzucił jej zaciekawione spojrzenie, potem przeniósł wzrok na Angie.
- Cała przyjemność po mojej stronie.
Gdy Chloe wciąż stała jak posąg, Megan podeszła do niej i objęła ją ramieniem.
- Nie przywitasz się z Anthonym?
Chloe najchętniej by ją udusiła. Gołymi rękami. Jak tylko będzie zdolna się ruszyć. Lub oddychać.
Anthony przechylił głowę i odezwał się przyjaźnie:
- Miło mi cię poznać, Chloe. Megan wiele mi o tobie mówiła.
- Jestem Chloe – mruknęła.
Megan prychnęła z irytacją, a Chloe posłała jej mordercze spojrzenie, potem przeniosła wzrok na Anthony’ego. Miał piękne orzechowe oczy. Och, jak kiedyś marzyła, by móc w nie patrzeć z bliska tak jak w tej chwili…
- Mnie też jest miło cię poznać. – Była dumna z siebie, że potrafi nadać głosowi swobodne brzmienie. – Moja siostra nie żartowała, że ma dla nas niespodziankę.
Zaczerwienił się, co nadało mu chłopięcy wygląd. Co o tyle dziwne, że był dziesięć lat starszy od Chloe.
- Wolałbym, żeby tego nie robiła. Nie jestem celebrytą. Pewnie to ja byłem bardziej podekscytowany poznaniem pozostałych członkiń Hana Trio niż wy poznaniem mnie.
- Czy nie jest słodki? – wtrąciła Megan.
- Nie pesz go – skarciła ją Angie, a Anthony odchrząknął.
- Już dobrze. – Megan opadła na krzesło. – Anthony, jesteś gotowy zacząć przesłuchanie?
- Niezupełnie – odparł i potarł kark. – Megan mówiła, że w tym sezonie gracie Divertimento Es-dur Mozarta. Może zagramy fragment?
- Dobry wybór. – Chloe wyciągnęła altówkę. Z instrumentem w ręku poczuła się pewniej. – Druga część?
- Adagio? – Angie ze zdziwieniem uniosła brwi. – Nie stosujemy taryfy ulgowej.
- Jasne, że nie. – Megan spojrzała na światowej sławy skrzypka. – Nie chcemy go obrazić.
Chloe posłała Anthony’emu szyderczy uśmieszek.
- Zobaczymy, co potrafisz, maestro Larsen.
Spojrzenie jego pociemniałych oczu zatrzymało się na jedno mgnienie na jej wargach, burząc jej z trudem osiągnięty spokój. Zanim zdążyła przeanalizować, co się dzieje, Anthony usiadł obok niej.
Wsunął skrzypce pod brodę, wymienił spojrzenia z Angie oraz Chloe i przeciągnął smyczkiem po strunach. Postronny słuchacz mógłby odnieść wrażenie, że cała trójka jednocześnie zagrała pierwszą nutę, lecz Chloe i jej siostry wiedziały, że Anthony zaczął zbyt nieśmiało. Lekki uśmiech na jego wargach świadczył, że o tym wie. Melancholijna muzyka falami wzbierała wokół. Chloe była pod wrażeniem gry Anthony’ego, który nie starał się popisywać wirtuozerią i w odpowiednich chwilach dawał pierwszeństwo altówce lub wiolonczeli.
- Początki zawsze bywają trudne – stwierdziła Angie, gdy skończyli.
- Ale obiecujące – dodała Chloe.
Anthony potrafił tchnąć w muzykę tyle pasji, że dech jej zapierało. Wiedziała, że co prawda nie osiągną takiej harmonii, z jakiej słynie Hana Trio, lecz zaprezentują nowe wyraziste brzmienie utworów ze stałego repertuaru. Dla słuchaczy to może być ekscytujące.
- Spróbujemy jeszcze raz? – zaproponował Anthony i palcami przeczesał włosy. – Potrafię grać lepiej.
- Właśnie po to wciąż ćwiczymy – odezwała się Megan, wstając. – Dobrze, maestro Larsen. Proszę na chwilę wyjść na korytarz, a my tu pogadamy. Moje siostry mogą zdecydować, że chcą odbyć z tobą pełną próbę, więc powiedz swojemu wewnętrznemu perfekcjoniście, żeby na chwilę wziął na wstrzymanie.
- Boże, nie przypominam sobie, kiedy ostatni raz tak się denerwowałem! – Zaśmiał się krótko. – Potraktujcie mnie łagodnie, drogie panie.
- Postaramy się – zapewniła Chloe. Chciała już teraz zdradzić, że został przyjęty, ale uznała, że siostry też powinny się wypowiedzieć. – To nie potrwa długo.
Z lekko przechyloną głową przyglądał się jej przez dwa uderzenia serca i wyszedł. Wyobraźnia mnie ponosi, pomyślała. Nie miała urody Angie czy Megan, ale było w niej coś, co budziło zainteresowanie. Nie wierzyła jednak, że mężczyzna taki jak Anthony uzna ją za atrakcyjną.
- Bla, bla, bla – zaczęła Megan. Gdy Angie spojrzała na nią jak na wariatkę, wzruszyła ramionami. – Musimy choć udawać, że dyskutujemy, nie? Ale bądźmy realistkami. O czym tu dyskutować? Bierzemy go.
- Ty nie będziesz musiała z nim grać. – Angie przewróciła oczami. – Co sądzisz, Chloe?
- Czy ktoś tak sławny nie powinien być narcyzem? – Wciąż nie mogła uwierzyć, że Anthony Larsen jest zwyczajnym człowiekiem. – Trochę się spodziewałam, że urządzi tu solowy popis, ale tego nie zrobił. Ani razu.
- Czyżbyś była rozczarowana? – Megan spojrzała na nią z ukosa.
- Oczywiście, że nie jestem rozczarowana.
Musiała przyznać, że dla niej samej byłoby lepiej, gdyby okazał się bufonem. Nie chciała znowu popaść w zauroczenie człowiekiem, które trwało o wiele dłużej, niż siostry podejrzewały, i dotąd nie minęło. Oczywiście nie dopuści do tego, zwłaszcza że mają współpracować. Chociaż łatwiej by jej było, gdyby nie był tak atrakcyjny.
- Ma niewątpliwy talent, ale jeszcze większe wrażenie zrobiła na mnie jego gotowość do pracy w zespole – stwierdziła Angie. – Mamy ponad miesiąc, zanim Megan pójdzie na macierzyński. Powinnyśmy dać mu dużo czasu na przystosowanie się do naszego stylu gry.
- Czyli zostaje przyjęty – podsumowała Megan. – Chloe, zawołaj go, zakomunikujemy mu dobrą nowinę.
- Czemu ja?
- Bo jesteś najmłodsza. Poza tym ja nie mam siły wstać i dojść do drzwi.
Chloe otworzyła drzwi z szarpnięciem. Potem zrobiła krok do przodu i omal nie zderzyła się z Anthonym.
- Przepraszam, nie chciałem cię przestraszyć.
- Nic się nie stało. – Ich spojrzenia się spotkały. Anthony był wysoki i stał bardzo blisko. – Wyszłam, nie patrząc przed siebie.
- Niemniej przepraszam.
Nie cofnął się, tylko przyglądał się jej z fascynacją. Napięcie między nimi stawało się namacalne.
- Spieszyłam się, bo… bo mamy dobrą wiadomość – powiedziała odrobinę za głośno. – Zapraszam.
Gdy ją mijał, poczuła, że jej ciało drży jak napięta struna. Zachwiała się, lecz szybko odzyskała równowagę. Podniosła głowę i rzuciła mu spanikowane spojrzenie. Żar w jego oczach parzył. Cofnęła się i wbiegła do sali prób.
ROZDZIAŁ DRUGI
Stanęła obok sióstr i spojrzała na niego niepewnie. Nie tylko on poczuł dziwne iskrzenie między nimi. Musiał jednak zapanować nad reakcjami. Trzy pary oczu patrzyły na niego w oczekiwaniu.
Swobodnym krokiem wszedł do sali, zamknął drzwi i wsunął ręce do kieszeni. Starał się nie patrzeć na Chloe.
- Witamy w Hana Trio – powiedziała Angie ciepło.
- Naprawdę? – Zaśmiał się z ulgą. – Dołożę wszelkich starań, żeby zasłużyć na ten zaszczyt. Możemy jeszcze raz spróbować Adagio? – zapytał, zerknąwszy na Chloe. – Chciałbym się zrehabilitować.
- Za wybitny występ? – Kpiący uśmieszek przemknął po wargach Chloe, a jemu serce zabiło mocniej.
- Może najpierw posłuchasz, jak gramy we trzy? – zaproponowała Angie. – Zorientujesz się, jak interpretujemy ten utwór.
- Dobry pomysł – stwierdziła Chloe. – Przyjmijmy taki system: najpierw Megan, potem Anthony. W ten sposób Megan nie wyjdzie z wprawy, a Anthony przywyknie do naszego brzmienia.
- Nasza siostra uwielbia systemy – wtrąciła Megan i uśmiechnęła się czule.
- Systemy są najlepszym rozwiązaniem.
- Doprawdy?
Nie był do końca pewien, o czym rozmawiają, ale nie miał nic przeciwko temu, jeśli tylko głos Chloe będzie dalej brzmiał tak miękko i zmysłowo.
- Systemy to najlepsze podejście do wszystkiego. Gwarantują maksimum sprawności i skuteczności.
Anthony uśmiechnął się mimowolnie.
- Brzmi bardzo… przyziemnie i racjonalnie.
- Nie bój się, nuda ci nie grozi. – Chloe zmrużyła oczy. – Kiedyś mi podziękujesz.
- Zaczynamy? – Angie klasnęła w dłonie.
Ciarki przeszły mu po skórze, gdy muzyka wypełniła pokój. Siostry grały, jakby czytały w swoich myślach, wydobywając z instrumentów jedno wspólne brzmienie. Gdy skończyły, nagrodził je głośnymi brawami.
- Wysoko stawiacie poprzeczkę – stwierdził.
- Po prostu graj najlepiej, jak potrafisz, maestro – poradziła Megan. – Moje siostry będą cię wspierać.
Angie potwierdziła kiwnięciem głowy.
- Wzajemne zaufanie to podstawa. Nauczysz się tego.
- Możesz na nas liczyć – zapewniła Chloe.
Jej pełne otuchy spojrzenie sprawiło, że serce znów zabiło mu mocniej. Czeka go ciężka praca. Gra w trio jest zupełnie inna od gry solo, ale postanowił dołożyć wszelkich starań, by nie zawieść oczekiwań kobiet.
Zajął miejsce zwolnione przez Megan i podniósł skrzypce. Rutyna pomogła mu opanować emocje. Angie i Chloe zgodnie z obietnicą pomagały mu, gdy się wahał. Chloe grała nieskazitelnie, dźwięk jej altówki był jak ciepła dłoń w jego ręce prowadząca go przez cały utwór.
- A niech mnie – mruknęła Megan, gdy skończyli. – Mam się zacząć martwić, że Anthony już na stałe zajmie moje miejsce?
- Było lepiej, choć jeszcze wiele pozostaje do życzenia. Daleka droga przede mną.
- Ale dotrzesz do celu – zapewniła go Angie.
- Okej. Przejdźmy do następnego utworu. Twoja kolej, Megan. – Chloe klasnęła w dłonie. – Do roboty.
- System działa. – Wstał i uśmiechnął się do niej.
- Właśnie, maestro. – Puściła do niego oko. – Szybko się uczysz.
Kiedy trzygodzinna próba dobiegła końca, poczuł ukłucie zawodu.
- Pozwolicie zaprosić się na lunch? – zapytał.
- Jasne! – odparła Chloe wesoło. – Umieram z głodu.
- Ja teraz ciągle jestem głodna – mruknęła Megan. – Ale dziś nie mogę. Spotykam się z Danielem. Mamy wizytę przedporodową.
- A ja jem lunch z Joshuą i jego dziadkiem. – W głosie Angie zabrzmiała nuta żalu. – Może innym razem?
- Absolutnie – zapewnił ją Anthony, potem zwrócił się do Chloe. – Czyli zostaliśmy my dwoje.
- Eee… – Zawahała się. – Możemy przełożyć to na później, kiedy wszystkie będziemy wolne.
- Sądziłem, że omówimy utwory, z którymi mam się zapoznać. – Nie było to prawdą. Megan mogła mu przysłać listę esemesem. – W ten sposób próby pójdą sprawniej.
- On ma rację – wtrąciła Angie, zarzucając na ramię futerał z wiolonczelą. – Powinnaś go wprowadzić w nasze sprawy i omówić z nim repertuar.
- Chyba tak. – Chloe wzruszyła ramionami.
Kobiety zazwyczaj bardziej entuzjastycznie reagowały, gdy zapraszał je na lunch, ale uznał, że jakoś to przeżyje. Poza tym Chloe nie jest kobietą per se, jest koleżanką z zespołu i szwagierką Daniela. Przyjaciel obdarłby go ze skóry, gdyby wziął Chloe za rękę. Postanowił, że podczas wszystkich spotkań z nią, łącznie z dzisiejszym lunchem, zachowa dystans.
- Lubisz sushi? – zapytał.
Miał w Los Angeles swój ulubiony bar.
- To zależy. Ty fundujesz? – upewniła się i uśmiechnęła, a wówczas zauważył dołeczek w jej prawym policzku. Z wrażenia omal nie otworzył ust.
Profesjonalizm, upomniał się w duchu.
- Jakże by inaczej.
- W takim razie uwielbiam sushi.
Pożegnawszy się z Angie i Megan na parkingu, dwoma samochodami – po przybyciu do Los Angeles kupił samochód – pojechali do restauracji. Przed lokalem ustawiła się kolejka. Przy jej końcu dostrzegł Chloe.
- Przepraszam za to – powiedział.
Pilnował się, by nie stanąć zbyt blisko niej.
- Nie bądź głupi. Przed tą restauracją zawsze jest długa kolejka. Znak, że dobrze karmią.
- Nie będę dyskutował – odparł i się zaśmiał.
- Będziesz uczestniczył we wszystkich próbach i koncertach z nami? – zapytała. – Przecież masz bardzo napięty kalendarz i podróżujesz po całym świecie. Nie wiem, jak dasz radę.
Ze zdziwieniem uniósł brwi.
- Skąd wiesz, że mam napięty kalendarz?
- Twoim występom zawsze towarzyszy dużo szumu.
- Szum. Zgadza się. – Stroną biznesową jego kariery zajmował się menedżer i przyjaciel, Tanner Moates. – Terminy poprzesuwaliśmy, żebym przez dwa miesiące mógł skoncentrować się na pracy z wami. – Chloe otworzyła usta, ale szybko je zamknęła i tylko pokręciła głową. – O co chodzi?
- Zastanawiałam się, czy te zmiany nie mają związku z… Twoje życie prywatne również jest szeroko komentowane, ale w niezbyt przychylny sposób. – Zaczerwieniła się. – Padają określenia w rodzaju „lekkomyślny” albo „pozbawiony hamulców”.
- Mam nadzieję, że nie wierzysz we wszystko, co czytasz. – Zwykle mało się przejmował skazami na opinii, zresztą zasłużonymi, ale zależało mu na ocenie Chloe.
- Oczywiście, że nie – zapewniła go pospiesznie.
Nie chciał przyznać, że Tanner nalegał, by przyczaił się gdzieś na pewien czas. Ostatnia dziewczyna, którą poderwał, okazała się partnerką obiecującego młodego dyrygenta Javiera Moralesa. Gdyby Scarlett Harding choćby przelotnie wspomniała, że jest związana z innym, szczególnie z kimś, kogo on darzył szacunkiem, nawet by się do niej nie zbliżył. Ich wspólna noc była błędem, którego nie zamierzał powtórzyć.
Odkąd dwa lata temu „People’s Magazine” ogłosił go Najseksowniejszym Żyjącym Mężczyzną, jego każdy krok był publicznie oceniany. Uwikłanie w burzliwy związek Javiera ze Scarlett, o którym by z pewnością wiedział, gdyby nie unikał portali społecznościowych, było mu potrzebne jak dziura w moście. Jeszcze jeden skandal i rola rzecznika luksusowej marki zegarków, Soleil, byłaby zagrożona. Nie mógł ryzykować.
- Zmieniłem kalendarz, bo musiałem odpocząć od podróżowania. – To nie była cała prawda. – Groziło mi wypalenie zawodowe.
- Bardzo sprytne posunięcie – skwitowała Chloe i spojrzała na niego ze zrozumieniem oraz niepokojem. – Trzeba dbać o siebie. Możemy poczuć się wypaleni, nawet jeśli z pasją robimy coś, co kochamy.
- Jak na osobę tak młodą jesteś bardzo mądra.
Jej współczucie poruszyło czułą strunę w jego sercu.
- Dwadzieścia pięć lat to niemało – oświadczyła.
W chwili śmierci Rachel też miała dwadzieścia pięć lat. Była o wiele za młoda, by rozstawać się z życiem. Odpędził bolesne wspomnienie i zmusił się do uśmiechu.
- Dla kogoś blisko wieku średniego mało.
- Trzydzieści pięć lat to nie aż tak poważny wiek – żachnęła się Chloe.
- Jesteś bardzo uprzejma – powiedział cierpko. Chloe rzeczywiście była miła. I piękna. Postanowił jednak skupić się na jej wybitnym talencie muzycznym. – I wyjątkowa.
- Co takiego?
Fragment książki
Ciemne włosy spięte w gładki połyskliwy węzeł… Egzotyczne oczy mieniące się zmiennymi barwami morza… Delikatne zaokrąglone ciało, które niezmiennie budziło pożądanie…
Z niespokojnego snu wyrwało Zane’a Atraeusa głośne pukanie do drzwi apartamentu hotelowego w Sydney. Odrzuciwszy atłasową pościel, wstał niechętnie z łóżka, na które zwalił się tuż przed czwartą nad ranem. Wciągnął porzucone na krześle dżinsy i poczłapał do drzwi.
Nagle przypomniał sobie ze złością wczorajszy mejl, potwierdzający, że jego przyrodni brat Lucas kupił pierścionek zaręczynowy dla Lilah Cole, kobiety, której prawie nie znał.
O której on sam śnił i marzył w sekrecie od dwóch lat… i której sam się wyrzekł.
A teraz dowiaduje się, że Lucas nie tylko romansuje z Lilah, ale na domiar wszystkiego zamierza się z nią ożenić.
Nim zdążył dotrzeć do drzwi, usłyszał szczęk przekręcanego w zamku klucza. Zamarł. Dopiero na widok wchodzącego do pokoju Lucasa uświadomił sobie, że jest w Australii, w wielogwiazdkowym hotelu należącym do jego ojca, właściciela gigantycznego konsorcjum o nazwie Atraeus Group, więc nic dziwnego, że brat dysponuje kluczami do wszystkich pokoi.
- Nie słyszałeś o urządzeniu zwanym telefonem? – rzucił poirytowany.
- Dzwoniłem, ale nie podnosiłeś słuchawki – odparł Lucas. – Pamiętasz Lilah?
To właśnie dla niej Zane wrócił pospiesznie do Sydney, zamiast siedzieć na Florydzie, gdzie, jako uznany „magik” od takich spraw, prowadził z ramienia konsorcjum wyjątkowo trudne i delikatne negocjacje.
Wrócił dla kobiety, która pamiętnego wieczoru dwa lata temu o mało nie złapała go w swoje sidła.
- Twoją najnowszą narzeczoną? Tak, pamiętam.
- Skąd wiesz? Jeszcze się nie oświadczyłem – burknął Lucas z niezadowoloną miną.
- Zapomniałeś, że twoja była asystentka jest teraz moją sekretarką? – Dzięki czemu Zane znalazł w biurowej poczcie rachunek za zakup pierścionka.
Najwidoczniej Elena nadal w wolnych chwilach załatwiała dla brata jego prywatne zakupy.
- Aha, Elena – domyślił się Lucas.
Zane, teraz już zdecydowanie w złym humorze, odwrócił się na pięcie i ruszył do kuchni.
Wiszące na ścianie wielkie lustro w złoconej ramie rzuciło mu w twarz własne odbicie – opalonego na brąz mężczyzny o szerokich barach i poznaczonym siecią blizn muskularnym torsie. Z trzema srebrnymi kółkami w lewym uchu – pamiątce po zmarnowanych latach wczesnej młodości.
Na tle elegancko urządzonego apartamentu sprawiał wrażenie niemal groźnego barbarzyńcy. W niczym nie przypominał swoich dwóch, odznaczających się wysublimowaną urodą, przyrodnich braci.
Obarczony genami swojej prostej salwatorskiej części rodziny ze strony matki, noszący w sercu bolesne ślady ponurego dzieciństwa spędzonego głównie w podejrzanych zaułkach Los Angeles, nie potrafił unieważnić dzielącej ich różnicy życiowych doświadczeń.
Napełnił szklankę zimną wodą z lodówki i szybko wypił kilka łyków, które jednak nie ostudziły uczucia zazdrości na myśl o Lucasie i Lilah w roli narzeczonych. Uczucie to dręczyło go od chwili, gdy przyłapał Elenę na tym, jak z podziwem wpatrywała się w pierścionek.
Gwałtownym ruchem odstawił szklankę na stół.
- Myślałem, że Lilah nie jest w twoim typie.
Główna projektantka biżuterii firmy Ambrosi Pearls odznaczała się wprawdzie zachwycającą urodą i wytwornymi manierami, lecz zdaniem Zane’a była kobietą wyrachowaną, jawnie nastawioną na złapanie bogatego męża.
Dwa lata temu, podczas odbywającego się pod jego patronatem balu dobroczynnego na rzecz bezdomnych dzieci, Zane zauważył, z jaką zręcznością, na oczach towarzyszącego jej mężczyzny, Lilah osaczała jego podtatusiałego szefa. Zafascynowany chłodnym i rzeczowym wyrazem jej oczu, postanowił zrobić jej na złość i uratować nieszczęśnika z zastawionej nań pułapki.
Kiedy jednak znaleźli się sami w sąsiadującym z salą balową prywatnym gabinecie, sprawy potoczyły się zupełnie nieoczekiwanym torem. Po pierwszym pocałunku przyszły następne, coraz gorętsze, a on coraz bardziej tracił nad sobą kontrolę.
Do dziś nie pojmował, jak mógł tak dalece ulec urokowi kobiety, której wcześniejsze zachowanie tak bardzo go zirytowało.
Gdyby w decydującym momencie do gabinetu nie zajrzała przez przypadek jego ówczesna asystentka, niewątpliwie popełniłby największy błąd w życiu.
- Lilah zgodziła się być moją oficjalną partnerką na weselu Constantine’a – oznajmił Lucas. – Za parę godzin odlatuję na Medinos. Założyłem, że Lilah przyleci w przeddzień ślubu, ale skoro jesteś na miejscu… A tak przy okazji, co ty właściwie robisz w Sydney? Myślałem, że jesteś na Florydzie i prowadzisz negocjacje w sprawie wiadomej umowy.
- Zrobiłem sobie kilkudniową przerwę.
Lucas otworzył lodówkę, ukazując półki zapełnione świeżymi owocami, serami, pasztetami i innymi smakołykami.
- Zręczne posunięcie – pochwalił. – Niech kontrahent zacznie się niepokoić, czy nie zamierzamy odstąpić od transakcji. Mogę się poczęstować? Nie jadłem jeszcze śniadania.
Byłeś zbyt zajęty kursowaniem między dwiema „narzeczonymi”, żeby pamiętać o jedzeniu, mściwie pomyślał Zane. Doszły go już słuchy o „tajemnym” romansie Lucasa z Carlą Ambrosi, rzeczniczką firmy i rodzoną siostrą narzeczonej ich najstarszego brata, Constantine’a.
- Ostrygi! – zauważył Lucas. – Spodziewasz się wizyty?
- Nie. Częstuj się, czym chcesz.
Tylko zostaw w spokoju Lilah.
Skąd taka myśl przyszła mu do głowy? Czyżby zapomniał, że w jego przypadku nie może być mowy o stałym związku?
Zwłaszcza z kobietą typu Lilah.
Doszedł do tego wniosku w wieku dziewięciu lat. Wielokrotnie porzucany przez lekkomyślną, wiecznie tonącą w długach, zmieniającą mężów jak rękawiczki matkę, Zane stracił zaufanie do kobiet. Szczególnie do amatorek intratnych małżeństw.
- Nie martwi cię to, że Lilah poluje na męża? – zapytał brata.
- Wręcz przeciwnie, doceniam jej rzadko spotykaną szczerość.
Zane mimo woli zacisnął dłonie w pięści. Brat najwidoczniej również uległ jej czarowi.
Wbrew wszystkiemu, co dotąd sądził, poczucie, że Lilah należy do niego, wzmagało się z minuty na minutę. Bo też faktycznie od dwóch lat myśl, że tamtego wieczoru Lilah mogła być jego, nie dawała Zane’owi spokoju. Zarazem jednak trzymał się od niej z daleka.
Nie chciał mieć z nią przelotnego romansu.
- Lilah boi się latać – zauważył Lucas, wybierając wyjątkowo dorodną truskawkę. – Pomyślałem, że skoro lecisz na Medinos naszym prywatnym odrzutowcem i w dodatku będziesz go pilotował, mógłbyś ją zabrać.
Zane’a zamurowało. Miałby osobiście dostarczyć Lilah do łóżka brata?
A w ogóle to nigdy nie słyszał, by Lilah bała się latać samolotem. Nie pamiętał też, aby choć raz w rozmowie z nim wymieniła imię Lucasa.
- A tak z ciekawości, od kiedy się bliżej znacie?
- Mniej więcej od tygodnia.
Zane zamyślił się. Wiedział, co Lucas robił w ciągu ostatnich paru tygodni.
Śmierć Roberta Ambrosiego, przedstawiciela jednej z najbogatszych rodzin na śródziemnomorskiej wyspie Medinos, zmusiła wszystkich braci do nagłej zmiany planów, bowiem kierowanej przez Roberta bankrutującej firmie Ambrosi Pearls groziło wrogie przejęcie przez konsorcjum Atraeus Group.
Tylko dzięki Constantine’owi, który odnowił zaręczyny z córką zmarłego, zdołano uniknąć nieodwracalnego rozdźwięku między dwiema wpływowymi rodzinami.
Zane wiedział, bo od tygodnia nie ruszał się z Sydney, że Lucas przyleciał do Australii dopiero wczoraj. A co więcej Lilah, która swoim zwyczajem pomagała mu organizować aukcję sztuki na cele charytatywne, ani razu nie wspomniała o przyrodnim bracie.
- Nie może polecieć z tobą? – zapytał.
- Nie bardzo – mruknął Lucas. Czuł się wyraźnie nieswojo. – To będzie nasza pierwsza randka. Zresztą musiałem się szybko zdecydować – dodał coraz bardziej zmieszany. – A Lilah okazała się idealną kandydatką. Jest atrakcyjna, utalentowana, ma głowę do interesów, jest nawet…
- A co z Carlą?
Lucas puścił truskawkę, jakby sparzyła mu palce.
Wszystko jasne, domyślił się Zane. Lucas, który boi się małżeństwa jak ognia, znalazł się w pułapce.
- Nadal spotykasz się z Carlą.
- Skąd o niej wiesz? – obruszył się Lucas. – Zresztą nie musisz odpowiadać. Od Eleny. Ale to już skończone.
No tak, snuł swoje myśli Zane. Po ślubie Constantine’a z Sienną Ambrosi Carla stanie się praktycznie członkiem rodziny. Gdyby wyszło na jaw, że Lucas z nią romansuje, zaczęto by naciskać na zalegalizowanie związku, a znana ze skłonności do histerycznych scen Carla zyskałaby dodatkowe atuty.
W tej sytuacji Lucas postanowił po prostu użyć Lilah jako zasłony dymnej.
O żadnych uczuciach nie ma mowy. Gdyby bratu rzeczywiście na niej zależało, Zane byłby gotów ustąpić, ale skoro tak się rzeczy mają…
Lilah, mimo swego wyrachowania, nie zasługuje na podobne traktowanie.
- W porządku. Zabiorę Lilah.
- Nie będziesz żałował – odparł Lucas z ulgą.
Zane nie był tego pewien.
Albowiem Lucas nie zdawał sobie sprawy, że wystawia brata na pokusę, którą z wielkim trudem odsuwał od siebie przez dwa lata.
Lilah Cole z bijącym sercem wsiadała na pokład prywatnego odrzutowca firmy Ambrosi Pearls, należącej obecnie do konsorcjum Atraeusów. Podejmowała oto pierwszy ważny krok na drodze, która miała ją doprowadzić do planowanego celu.
Niepokój Lilah nieco osłabł, kiedy po przejściu kontroli paszportowej sympatyczna jasnowłosa stewardesa o imieniu Jasmine posadziła ją na wygodnym fotelu.
Odstawiwszy podręczną torbę na podłogę, wyjęła z niej niewielką teczkę z miękkiej białej skóry.
W drodze na lotnisko mobilizowała siły przed spotkaniem z niebezpiecznie pociągającym Zane’em, najmłodszym, ale zarazem najbardziej nieokiełznanym z trzech braci Atraeusów, a tymczasem okazało się, że jest jedyną pasażerką luksusowej kabiny.
Minął kwadrans, silniki samolotu zaryczały, szara mżawka niemal całkowicie przesłoniła widok za oknem, lecz w kabinie nikt się nie pojawiał.
Zdławiwszy niestosowne uczucie rozczarowania, lekko drżącymi palcami zapięła pasy.
Nie przepadała za lataniem. Nie lubiła ryzykować. Do podróży podchodziła podobnie jak do wyboru przyszłego męża – wolała czuć twardy grunt pod stopami.
Na domiar złego prognoza pogody przewidywała na czas lotu burzę z piorunami.
Najlepiej o tym nie myśleć.
Gdy samolot ruszył, sunąc w strugach deszczu na pas startowy, Lilah otworzyła teczkę i zajęła się przeglądaniem sporządzonych przez siebie charakterystyk.
Kobiety w jej rodzinie miały fatalny zwyczaj zakochiwania się od pierwszego wejrzenia w kim popadło, i pozostawały w rezultacie na lodzie, z dzieckiem na ręku. Zdając sobie sprawę, że sama z racji odziedziczonego po matce i babce artystycznego usposobienia nie jest wolna od pewnej dozy szaleństwa, opracowała własny system Unikania Kardynalnego Błędu.
A mówiąc prościej, przygotowała plan mający jej zapewnić trwałe i szczęśliwe małżeństwo.
Samo spisanie kolejnych działań, jakie powinna podjąć w celu nawiązania tego rodzaju związku, przynajmniej częściowo odbierało ostatecznej decyzji charakter skoku w nieznane. Upewniało ją, że związek zawarty w ten sposób będzie oparty na pełnym wzajemnym zaangażowaniu i przyniesie jej przyszłym dzieciom poczucie stabilności oraz bezpieczeństwa, których jej samej tak bardzo w dzieciństwie brakowało.
Dotąd jednak, wśród licznych mężczyzn, których od trzech lat poddawała stosownym próbom, nie znalazła ani jednego, który spełniałby jej kryteria i jednocześnie fizycznie ją pociągał.
Szczególnie dużą wagę przywiązywała do zapachu męskiego ciała. Nie znaczy to wcale, że dotychczasowi kandydaci brzydko pachnieli. Nie, po prostu, pachnieli nie tak, jak by chciała.
Teraz jednak sprawy najwyraźniej przybrały pomyślny obrót. Porównując zapisy na temat nowego szefa z ocenami jego poprzedników (uzupełnieniem jej metody był specjalny system punktowania), z przyjemnością rozpamiętywała jego zalety.
Na papierze prezentował się wręcz idealnie. Po raz pierwszy spotkała mężczyznę, który jej się spodobał, a jednocześnie był zrównoważony, rozsądny oraz z pewnością godny zaufania.
Uznała, że ma wszelkie powody, aby czuć się zadowolona, że Lucas zaprosił ją na wesele brata. Miała już, jak by nie było, dwadzieścia dziewięć lat. Tykanie jej zegara biologicznego zaczynało stawać się trochę niepokojące.
Niewiele wiedziała o Lucasie. Lepiej poznali się dopiero kilka dni temu, w trakcie załatwiania spraw służbowych. W rezultacie Lucas zaprosił ją na lunch, podczas którego wspomniał o bliższym związku, a nawet o czymś trwalszym.
Jego zachowanie upewniło ją, że do kwestii małżeństwa podchodzi równie trzeźwo jak ona.
Gdyby można było się zakochać, nie tracąc kontroli nad uczuciami, Lilah byłaby gotowa natychmiast to zrobić.
Zerknąwszy na zegarek, stwierdziła, że samolot zaczął kołować parę minut przed czasem. Gdyby pilot nie pospieszył się, pomyślała z pretensją, być może Zane zdążyłby do niej dołączyć.
Samolot tymczasem ciężko oderwał się od ziemi, zmierzając w samo centrum wstrząsanych burzą ciemności. Lilah szybko zasłoniła okno.
Chcąc zapomnieć o tym, co się wokół dzieje, postanowiła zamknąć oczy i się przespać. Przed wyjściem z domu wzięła środek uspokajający, który jednak nie zadziałał. Kiedy Jasmine weszła do kabiny, proponując napoje, Lilah poprosiła o wodę i połknęła drugą tabletkę na uspokojenie.
Gdy po paru minutach powieki zaczynały jej się kleić i odnosiła wrażenie, że lada moment zapadnie w sen, samolotem zachybotał silny wstrząs, a kabinę rozświetlił błysk pioruna.
W tym samym momencie otworzyły się drzwi kokpitu i stanął w nich Zane Atraeus.
Oniemiała z wrażenia nie zauważyła, że teczka zsunęła się z jej kolan, a kartki rozsypały po podłodze.
Jej artystyczną naturę zachwyciło piękno oświetlonej blaskiem błyskawicy męskiej twarzy. Twarzy, którą od dwóch lat bezwstydnie portretowała w szkicowniku.
W pierwszej chwili pojawienie się Zane’a wydawało jej się snem, jednym z owych rozkosznie wstydliwych zwidów, jakie nawiedzały ją nocami od czasu tamtego epizodu podczas balu charytatywnego.
Dopiero kiedy Zane postąpił w jej kierunku, uświadomiła sobie, że wcale nie śni.
- Myślałam, że spóźniłeś się na samolot.
- Nigdy się nie spóźniam, kiedy pilotuję.
Zauważywszy rozsypane na podłodze papiery, w tym leżącą na samym wierzchu kartkę z wypisanym dużymi literami tytułem „Droga do małżeństwa”, schyliła się, chcąc je jak najszybciej pozbierać, ale nie pozwolił jej na to zapięty pas. Nim zdołała się od niego uwolnić, Zane ją wyręczył.
Podziękowała mu, czerwieniąc się jak burak, po czym wetknęła nieszczęsną teczkę na dno torby.
- Nie wiedziałam, że jesteś także pilotem.
- Specjalnie się tym nie chwalę.
Czego nie można powiedzieć o jego upodobaniu do pięknych modelek, z którymi się pojawiał na opisywanych w plotkarskiej prasie hucznych bankietach. A także do nurkowania, surfowania i innych ryzykownych sportów.
Lilah uprzytomniła sobie nagle, że nie ma pojęcia, jakie są ulubione rozrywki Lucasa, jej idealnego kandydata na męża, i postanowiła w najbliższym czasie to naprawić.
- Od dawna boisz się latać? – spytał Zane, zdejmując marynarkę i rzucając ją na pusty fotel.
Lilah z trudem oderwała oczy od jego opiętego czarnym podkoszulkiem torsu.
Miała nieodparte wrażenie, że czuje zmieszany z aromatem drogiej wody kolońskiej upajający zapach ciała. I znowu oblała się rumieńcem na wspomnienie pamiętnej sceny sprzed dwóch lat, kiedy w trakcie rozmowy o sztuce Zane zaproponował jej obejrzenie dzieł eksponowanych w sąsiadującym z salą balową ustronnym gabinecie.
Nie zapamiętała ani jednego obrazu, natomiast doskonale pamiętała moment, w którym Zane przyciągnął ją do siebie i zaczął całować.
Mniej było jasne, jakim sposobem znaleźli się na kanapie, a Zane pieścił jej piersi. O tym, do czego by doszło, gdyby do pokoju nie zajrzała oszałamiająco urodziwa rudowłosa Gemma, która towarzyszyła Zane’owi na balu, a równocześnie była jego ówczesną osobistą asystentką, Lilah wolała nie myśleć. Oboje zerwali się z kanapy, pospiesznie poprawiając ubranie. Mruknąwszy zdawkowe „Dobranoc”, Zane wyszedł z gabinetu w towarzystwie Gemmy.
Najboleśniejsze było to, że po owym krótkim lecz namiętnym epizodzie Zane się do niej nie odezwał ani nie zaproponował ponownego spotkania.
Najwidoczniej uznał ją za łatwą zdobycz.
Sama była sobie winna. Jak mogła do tego stopnia sprzeniewierzyć się wszystkim przyjętym przez siebie zdroworozsądkowym zasadom szukania idealnego męża?
Zarazem jednak jego obojętność wyszła jej na dobre. Potwierdzała, że choć tak bardzo pociągający, nie jest człowiekiem godnym zaufania, z którym mogłaby wiązać swoje przyszłe szczęście.
Kolejne ogłuszające wyładowanie atmosferyczne wyrwało ją z zadumy.
Przypomniała sobie, o co Zane ją pytał.
- Zawsze bałam się latać – odparła.
Ku jej zaskoczeniu Zane nie tylko usiadł obok niej w fotelu, ale oderwał jej zaciśnięte na oparciu palce i ujął je w obie dłonie.
- Co robisz? – obruszyła się.
- Trzymam cię za rękę – wyjaśnił. – Jest to stare wypróbowane lekarstwo na nieuzasadnione lęki.
Dreszczyk, o jaki przyprawił Lilah dotyk jego ręki, wskazywał jasno, że nie powinna była na to pozwolić. Zane’a otaczała sława uwodziciela bezlitośnie łamiącego serca kobiet…

