Pokochać wroga / Gorąca wyspa
Przedstawiamy "Pokochać wroga" oraz "Gorąca wyspa", dwa nowe romanse Harlequin z cyklu HQN GORĄCY ROMANS DUO.
Gdy Miles Wingate wpada w parku na Chloe Fitzgerald, uważa to za uśmiech losu. Jest nią oczarowany. Wkrótce zaprasza ją na kolację, koncert, spędzają pełną rozkoszy noc. Nie wie jednak, że ich spotkanie zostało zaaranżowane - Chloe ma powód, by się zemścić na Wingate’ach. Ale zakochuje się w Milesie do szaleństwa i czuje, że powinna mu wyznać prawdę. Obawia się jednak jego reakcji…
W świecie biznesu Tony Castillo był znany jako armator z Teksasu związany z Shannon Crawford. Gdy pewnego dnia tabloidy ujawniły jego prawdziwą tożsamość, nie mógł dłużej ukrywać swego arystokratycznego pochodzenia. Mimo protestów Shannon, złej, że tyle czasu ukrywał przed nią prawdę, zabiera ją na odległą wyspę. Podobno po to, by chronić ją przed atakiem mediów...
Fragment książki
– Sępy!
Miles Wingate zgniótł gazetę w dłoni i ze złością cisnął nią przez jadalnię. Papierowa kula odbiła się od drewnianej podłogi i potoczyła pod ścianę. Ale nawet wtedy widział czerwone litery nagłówka, który odebrał mu apetyt.
WinJet oblał kontrolę bezpieczeństwa!
Artykuł trafił w czuły punkt, ujawnił poważne naruszenia w procedurach bezpieczeństwa w fabryce samolotów WinJet w Teksasie. Właścicielom groziły wysokie kary finansowe. W najgorszym scenariuszu fabryka może zostać zamknięta.
Miles nie dziwił się, że takie są skutki cięcia kosztów i nieuczciwych praktyk jego zmarłego ojca. Ale czemu konsekwencje miały też dotknąć starszych braci, którzy zarządzali Wingate Enterprises, oraz resztę rodziny?
Dawno nic go tak nie wyprowadziło z równowagi, chyba od chwili, gdy zdecydował się pójść własną drogą i wyjechał do Chicago.
Ojciec nie żył od dwóch lat. Bliźniacy Sebastian i Sutton mieli wystarczająco dużo czasu na usunięcie problemów, które doprowadziły do pożaru w fabryce w zeszłym miesiącu. Trzech robotników zostało poszkodowanych. Wystąpili z pozwem sądowym, co można było zakończyć ugodą, ale wyniki wewnętrznego śledztwa doprowadziły do ingerencji stanowego urzędu do spraw bezpieczeństwa pracy i federalnego nadzoru lotniczego, a to wzbudziło zainteresowanie mediów. Firma ma poważne kłopoty.
– Nie mój cyrk, nie moje małpy – mruknął Miles.
Podniósł się i wrzucił do kosza zgniecioną gazetę. Nie znosił bałaganu. Musi coś z tym zrobić. Jego nazwisko zostało zszargane. Nie zostawi tego bez odpowiedzi, choć dawno zerwał z Wingate Enterprises.
Wykorzystał wiedzę i kontakty, założył własną firmę Steel Security i teraz miał zespół, na którym mógł polegać. Szanował i cenił swoich pracowników. Traktowali bezpieczeństwo, osobiste i wirtualne, równie serio jak on sam. Broniłby każdego, gdyby coś im groziło. Czuł się za nich odpowiedzialny. Jego obowiązki i lojalność zaczynały się i kończyły tutaj, w Chicago.
Jednak wciąż dręczyło go poczucie, że jest coś winien rodzinie. Rodzinne konsorcjum Wingate Enterprises rozwijało się przez lata i odnosiło sukcesy dzięki załodze. Obowiązkiem rodziny była troska o dobrostan pracowników. Tymczasem bracia zawiedli, nie zapewnili bezpieczeństwa robotnikom. Poszkodowani mieli rację, że dochodzili odszkodowań przed sądem. Każdy człowiek ma prawo wracać do domu cały i zdrowy.
Czegoś wszak nie rozumiał. Znał swoich braci, nie przypominali ojca. Nie chodzili na skróty i troszczyli się o ludzi. Powinien do nich przynajmniej zadzwonić.
– To nie mój problem – powtarzał sobie.
Najpierw powinien się przejść i trochę ochłonąć. Nowy miesiąc, środa, jego dzień pracy zdalnej. Zazwyczaj zaczynał od godzinnego biegu, po czym brał prysznic i już nic nie odrywało go od pracy. Jeśli zrezygnuje z biegania, przez cały dzień trudno będzie mu się skupić. Rozmowa telefoniczna musi poczekać. Wziął słuchawki, przypiął komórkę do ramienia i wyszedł z domu.
Po szybkim biegu do parku Lincolna poczuł, że wpadł z swój zwykły rytm. Z każdym krokiem oddalał się od niepokojących wieści z Teksasu i upewniał się, że życie w Chicago dobrze mu służy. Dziś zapowiadano upał, nawet trzydzieści stopni, ale poranek był rześki. Nieważne, jak dzień się zaczął, będzie dobrze.
Chloe Fitzgerald spojrzała na zegarek. Miles się spóźniał. W każdą środę punktualnie o ósmej pojawiał się w parku. Każdą, tylko nie dziś. Co za pech. Nawet najlepiej opracowane plany może pokrzyżować niespodziewany zbieg okoliczności.
Spacerowała tam i z powrotem po chodniku. Czy ma szukać innego sposobu na „przypadkowe” spotkanie z człowiekiem, na którym chce się zemścić? Jej rodzina zasługuje na wyrównanie rachunków.
Czekała długo. Całe lata. Pod powiekami piekły ją łzy rozczarowania. Dlaczego akurat dzisiaj Miles Wingate zrezygnował z rutyny? Czy chodzi o historię, która znalazła się na pierwszych stronach gazet?
Z satysfakcją przeczytała reportaż o niebezpiecznych praktykach biznesowych w fabryce należącej do znanego teksaskiego rodu. Najwyższy czas, by ponieśli konsekwencje swoich grzechów. Należy im się. To niesprawiedliwe, że jej bliscy cierpieli, gdy tamci prosperowali, zwłaszcza że Trent Wingate wspiął się do sukcesu po plecach jej ojca, którego doprowadził do samobójstwa.
Dorastała z piętnem sieroty po człowieku, który odebrał sobie życie. To zostawia blizny. Jej matka uciekła z Teksasu do dalekiej rodziny w Chicago i tu zaczęła wszystko od zera. Było im ciężko. Mała Chloe miała dużo czasu na obmyślanie zemsty.
Gdy odkryła, że młodszy syn znienawidzonej rodziny mieszka i pracuje w Chicago, a więc znalazł się poza strefą wpływów swoich krewnych, jej plan zaczął się konkretyzować. Miles Wingate był w jej oczach winien tak jak oni wszyscy. Owszem, chciała się zemścić za grzechy ojca na jego synach i córkach. Niech będzie przeklęty ten drań, Trent Wingate. Jego potomkowie zbyt długo traktowali swoje uprzywilejowane życie jako oczywistość. Nadszedł czas, aby zapłacili za czyny ojca łajdaka.
Kolejne ataki prasowe mogą ich zniszczyć, a Chloe miała wystarczająco dużo kompromitujących materiałów na całą kampanię. Wszystko w swoim czasie. Skontaktowała się z dziennikarzem, który jako pierwszy napisał o pożarze w fabryce WinJetu. Podsunęła mu więcej informacji o Wingate’ach. Opowiedziała o swojej przeszłości, ale reporter uznał, że Trent to przebrzmiała sprawa. Mógłby nakreślić jego sylwetkę, gdyby się to łączyło z aktualnymi wydarzeniami. Dlatego rozpoczęła nowe podchody.
Zamierzała się zbliżyć do rodziny. Kiedy już tego dokona, opowie w mediach, jak bardzo ich ojciec skrzywdził jej bliskich. Niech Wingate’owie przekonają się na własnej skórze, jak smakuje zdrada. Ale jej przepustką miał być Miles, który nie pojawił się w parku w środę rano i jej plany się właśnie zawaliły.
Nie, wykluczone.
Planowała tę zemstę od dawna. Spędziła wiele godzin na układaniu precyzyjnego scenariusza, który zakładał, że poznają się podczas wakacji szkolnych: wtedy miała wolne, podobnie jak jej uczniowie. Chciała go zaczepić, zagadać. Jest niebrzydka, a on nie ma dziewczyny. Na pewno się złapie na jej słodkie słówka.
Był człowiekiem nawykłym do rutyny, co dodawało jej pewności siebie. A jednak z jakiegoś powodu dziś zrezygnował z przebieżki.
Chloe zatrzymała się i rozejrzała, ale nigdzie nie dostrzegła znajomej wysokiej postaci. Może zmienił trasę. Jeśli ona zacznie biegać alejkami, może w końcu na niego wpadnie. Denerwowała się, nie znosiła niepewności. Jego nawyki upewniały ją, że wybrała właściwą drogę.
Ona też lubiła rutynę. Po części z tego powodu została nauczycielką. Co roku zmieniały się buzie małych uczniów, ale reszta pozostawała taka sama. Struktura jest najważniejsza. I precyzyjny plan.
Teraz potrzebuje nowego punktu wyjścia.
Zawróciła i skierowała się do auta. W tym samym momencie wpadł na nią wysoki jasnowłosy mężczyzna. Zderzyli się z taką siłą, że upadła i na chwilę straciła oddech, a potem gwałtownie wciągnęła powietrze.
– Przepraszam! Nic pani nie jest? Może pani stanąć?
Podniosła głowę. Słońce świeciło jej w oczy, więc nie widziała wyraźnie twarzy, ale poznała go po głosie, który znała z telewizji.
Miles Wingate we własnej osobie.
W głowie jej się kręciło po upadku, trudno wtedy cieszyć się sukcesem.
– Proszę dać mi chwilę – mruknęła i uniosła rękę.
Mężczyzna przyklęknął przy niej, wreszcie zobaczyła go wyraźnie. Coś ścisnęło ją w dołku. Z bliska był… inny niż na zdjęciach w prasie.
– Już dobrze – powiedziała, choć serce wciąż jej waliło, bardziej jednak w reakcji na jego bliskość niż na skutek zderzenia. – Ja też przepraszam. Weszłam panu pod nogi, dlatego mnie pan staranował. Nic się nie stało?
– Martwię się tylko o panią. – Uśmiechnął się. – To był niezły fikołek.
Prawda, będzie go czuła w kościach, ale nie zamierzała użalać się nad sobą.
– Trochę się wystraszyłam – bąknęła. – Powinnam bardziej uważać.
– Zmieniła pani kierunek nagle, nie zdążyłem skręcić. Przepraszam. – Podniósł się i wyciągnął rękę. – Mogę pomóc?
Ujęła ją staromodna uprzejmość i teksaski akcent. Od tak dawna mieszkała z mamą w Illinois, że prawie zapomniała, jak brzmi.
– Dziękuję. – Podała mu dłoń i wstała.
Ręka mężczyzny była tak ciepła i mocna, że poczuła dreszczyk. Puścił ją, gdy stanęła pewnie na nogach. Dżentelmen w każdym calu. Nie próbuje wykorzystać sytuacji, nie klei się do ładnej dziewczyny. Ciekawe, czy on też poczuł elektryzujące napięcie między nimi?
– Czy to krew? – zaniepokoił się, wskazując na jej dłoń.
Przyjrzała się. Widocznie obtarła skórę, gdy amortyzowała upadek. Dopiero teraz poczuła ból w nadgarstku.
– Nic mi nie jest. Nic poważnego.
– Mogę spojrzeć? Boli?
Przegub zaczął puchnąć i pulsować.
– Zawiozę panią na pogotowie. Rękę powinien obejrzeć lekarz.
– W domu zrobię sobie zimny okład.
– Chciałbym pomóc. Czuję się winny. – Miles zmarszczył brwi.
Przygryzła dolną wargę. Doskonale wiedziała, kim jest Miles, ale on nie miał o tym pojęcia. Jak zachowałaby się na jej miejscu przypadkowa kobieta?
– Zaparkowałam auto niedaleko. Nic mi nie będzie.
– Nie ma pani powodu mi ufać, w końcu się nie znamy, ale nie mam złych zamiarów. Jestem Miles Wingate, zawodowo zajmuję się bezpieczeństwem, więc doceniam ostrożność. Jednak teraz chciałbym panią prosić o przyjęcie pomocy.
– Chloe Fitzgerald – odparła. – Muszę tylko znaleźć telefon. – Rozejrzała się. Miała komórkę w ręku, gdy na siebie wpadli. Dostrzegła ją kilka kroków dalej.
Ekran był pokryty siateczką pęknięć.
– Bardzo mi przykro. – Podał jej smartfon. – To moja wina. Wymienię go pani na nowy. Przynajmniej tyle mogę zrobić.
Chloe zawahała się. Nie było jej stać w tej chwili na kupno aparatu.
– Panno Fitzgerald, proszę się zgodzić. To żaden problem.
Zirytowała ją pewność siebie, z jaką to powiedział. Oczekiwał, że zgodzi się na jego propozycję i dał do zrozumienia, że stać go na drogi prezent. Przełknęła złośliwą ripostę, którą miała na końcu języka, i zmusiła się do pojednawczego uśmiechu.
– Mam na imię Chloe. I dziękuję. W innej sytuacji nie zgodziłabym się na nową komórkę, ale bez telefonu nie potrafię funkcjonować.
– Jak my wszyscy. – Uśmiechnął się szeroko.
Nie przewidziała, że na żywo będzie taki atrakcyjny i ujmujący. Mimo bolącej ręki była gotowa z nim poflirtować.
– Często biegasz w tym parku? – spytał, gdy szli do samochodu.
Posłała mu kokieteryjne spojrzenie, ale potknęła się o coś na chodniku i musiał ją podtrzymać. Ciepło jego dłoni i delikatność dotyku sprawiły, że był to przyjemny kontakt.
Absurdalna reakcja, uznała; dopiero go poznała, a nie należała do osób łatwo zawierających znajomości. Do tej pory miała niewielu chłopaków, a jej związki nie należały do gorących. Musiała godzić obowiązki nauczycielki z opieką nad matką cierpiącą na chroniczną depresję. Większość mężczyzn nie rozumiała jej relacji z matką, uważała ją za przesadną. Poza tym poważny związek utrudniłby jej zemstę na wrogach.
Zemsta – to takie okrutne i bezwzględne słowo. Czy znajdzie w sobie dość determinacji, aby zrealizować plan?
ROZDZIAŁ DRUGI
Szedł obok szczupłej dziewczyny, którą niemal staranował. Jak mógł być tak nieuważny? Zazwyczaj nie wpadał na niebieskookie filigranowe blondynki. Tę na pewno by zauważył. Była w jego typie. Opalona, smukła, zaokrąglona we właściwych miejscach. Nie powinien się na nią gapić zbyt natarczywie. Należy jej się rekompensata, coś poza telefonem. Jej ręka nie wygląda dobrze.
– To moje auto. – Zatrzymała się przy starym sedanie, który pamiętał lepsze dni. Zauważył dźwignię skrzyni biegów.
– Poradzisz sobie? To nie jest automat.
– Nie pomyślałam o tym – przyznała.
– Ból się nasila?
Niechętnie przytaknęła.
– Odwiozę cię. Lepiej nie ryzykować kolejnego wypadku.
– Nie chcę nadużywać twojej uprzejmości.
– Zawsze jestem gotów pomóc damie w potrzebie.
Zaśmiała się.
– Dziękuję. Chętnie skorzystam.
Dopiero teraz pomyślał, jak bardzo nie chce się z nią rozstawać.
– Kluczyki? – Wyciągnął rękę.
– Pod karoserią, na kole po stronie kierowcy.
– Żartujesz?
Wskazała na obcisłe spodnie do biegania.
– Nie mam kieszeni.
– Nawet z tyłu?
– Najtańszy model.
– Jako konsultant do spraw bezpieczeństwa nie potrafię nawet opisać, jak bardzo to ryzykowne – mruknął, wyciągając kluczyki spod karoserii. – Masz szczęście, że samochód nadal tu stoi.
– Jest tak stary, że nikt nie zwróci na niego uwagi.
Otworzył dla niej drzwi po stronie pasażera. Zaprotestowały z głośnym skrzypieniem.
– Rozumiem już, dlaczego – powiedział kpiąco.
Zaśmiała się, a on poczuł się niespodziewanie lekko. Zajął miejsce za kierownicą.
– Czy mama nie ostrzegała cię przed wsiadaniem do auta z obcym mężczyzną? – zażartował.
– Sugerujesz, że nie jestem z tobą bezpieczna?
Nagle poczuł, jak bardzo mu zależy na zaopiekowaniu się tą dziewczyną.
– Zapewniam, że włos ci z głowy nie spadnie.
– Dobrze wiedzieć – mruknęła, zapinając pas. – Nie chciałabym ci zrobić krzywdy.
– Miałabyś mnie pobić?
– Mama wysłała mnie na lekcje samoobrony. Zdziwiłbyś się, co można zrobić jedną zdrową ręką.
– Dobrze wiedzieć.
Kiedy dojechali pod pogotowie i zaparkowali, Chloe zwróciła się do swego towarzysza:
– Nie chcę ci zabierać za dużo czasu. Po założeniu opatrunku dam radę prowadzić.
– Pozwól, że lekarz zdecyduje.
Dwie godziny później wrócili do auta, a Chloe nie przestawała protestować.
– Mam ubezpieczenie, panie Wingate. Niepotrzebnie za mnie zapłaciłeś.
– Przypominam, że mam na imię Miles – uśmiechnął się. – Zapłaciłem, bo z mojej winy tu wylądowałaś.
– Zagapiłam się w tym parku. Wina jest po mojej stronie.
Była blada. Ręka nadal ją bolała, ale na szczęście prześwietlenie rentgenowskie wykazało, że kości są całe.
– Ustalmy, że oboje się zagapiliśmy. Teraz odwiozę cię do domu i dopilnuję, żeby ekspresowo dostarczono ci nową komórkę.
– Nie. Muszę gdzieś postawić granicę. Mam jakiś stary aparat, teraz go wykorzystam.
– Mowy nie ma. Panno Fitzgerald…
– Chloe. Jeśli mam do ciebie mówić Miles, ty nazywaj mnie Chloe.
– Chloe. – Podobało mu się to imię. Wiele rzeczy w tej kobiecie mu się podobało. – Muszę cię uprzedzić, że jestem bardzo uparty.
– Czy to znaczy, że nie słuchasz innych?
– Ależ słucham. W moim zawodzie to konieczne, aby się przekonać, czego im potrzeba.
– Jesteś konsultantem do spraw bezpieczeństwa, dobrze rozumiem?
– Bezpieczeństwa osobistego i internetowego.
– Pracujesz sam?
– Zatrudniam zespół ekspertów.
– I jesteś ich szefem?
– Jestem właścicielem Steel Security, więc opłacenie twojego leczenia i nowego telefonu nie zrujnuje mnie.
Spojrzała mu w oczy. Z bliska widać było, że jej niebieskie tęczówki były nakrapiane złotem. W takie oczy mógłby się wpatrywać godzinami i zatracić w nich bez reszty.
– I jako ekspert od bezpieczeństwa doradziłbyś samotnej kobiecie, żeby pozwoliła się odwieźć do domu nieznajomemu facetowi, takiemu jak ty?
– W normalnych okolicznościach, nie. Nawet bym odradzał. Jednak możemy zadzwonić do mojego biura i tam z pewnością usłyszysz potwierdzenie mojej tożsamości.
– Jestem nauczycielką i potrafię oceniać ludzi. Będę przy tobie bezpieczna – uznała. – Przyjmuję ofertę pomocy z wdzięcznością.
– Zawiozę cię do domu, żebyś mogła odpocząć.
– A co z tobą? Jak wrócisz do siebie?
– Zadzwonię po transport. To żaden problem.
Podała mu adres, a on się zdziwił.
– Midlothian? To daleko. I przyjechałaś biegać tutaj?
– Lubię ten park. – Wyjrzała przez okno.
Intrygowała go w sposób, którego nie umiał wyjaśnić. Był tym odrobinę zaniepokojony. Wyczuwał w niej jakąś tajemnicę, która prowokowała do zadawania profesjonalnych pytań…
Fragment książki
Galveston Bay, Teksas
- Król bierze królową. – Antonio Medina zgarnął żetony. Zablefował i ogłosił zwycięstwo w popularnej odmianie pokera.
Zignorował dzwonek telefonu.
Odkąd jego czarterowa spółka weszła na rynki światowe, rzadko znajdował czas na pokera, choć ostatnio częściej grywał na zapleczu pięciogwiazdkowej restauracji swojego kumpla Vernona. Przeniósł wzrok na wąskie okna po dwóch stronach drzwi prowadzących do głównej sali, nie dostrzegł jednak szczupłej sylwetki Shannon uwijającej się wśród kryształów i białych obrusów restauracji. Mimo wygranej poczuł zawód.
Ciszę znów przerwał dzwonek telefonu.
Tym razem nie był to telefon Antonia. Dwóch kolegów Vernona Wolfe’a nacisnęło przycisk Odrzuć. Kumple Vernona od pokera byli jakieś czterdzieści lat starsi od Antonia. Kapitan statku łowiącego krewetki, który na stare lata został restauratorem, wyratował Antonia z opresji, gdy ten był nastolatkiem. A zatem gdy Vernon go wzywał, Antonio robił wszystko, by się pojawić. Fakt, że Shannon tu pracowała, był dodatkowym atutem.
Vernon oparł się wygodnie, aż skórzany fotel zaskrzypiał, i także zignorował przypiętą do paska komórkę, z której popłynęły dźwięki „Son of a Sailor”.
- Świetne posunięcie, Tony – rzekł głosem schrypniętym po latach pokrzykiwania na pokładzie. Twarz miał stale opaloną, a oczy jak u szopa pracza z jaśniejszą obwódką od okularów przeciwsłonecznych. – Myślałem, że Glenn ma pokera królewskiego z królową i waletem.
- Uczyłem się blefować od najlepszych. – Antonio, czyli Tony Castillo, jak teraz się nazywał, uśmiechnął się.
Zawsze się uśmiechał, by nikt nie wiedział, o czym myśli. Niestety uśmiech nie zyskał mu przebaczenia Shannon po ich ostatniej kłótni.
Tony ułożył żetony na porysowanym drewnianym stole.
- Twój kumpel Glenn musi lepiej blefować.
Glenn, gdy blefował, wypijał kawę duszkiem. Ten wysoko ceniący się prawnik właśnie wypił trzecią filiżankę kawy zaprawionej irlandzką whisky. Potem wzruszył ramionami, zdjął jedwabny krawat i powiesił go na oparciu krzesła, szykując się do kolejnej rundy.
Vernon zebrał karty, przesuwając króla kier między palcami, aż umilkła płynąca z komórki stara piosenka Jimmy’ego Buffetta.
- Wygrywaj dalej, to więcej nie pozwolą ci rozdawać.
Tony udał, że się śmieje. Teraz to był jego świat. Zbudował swoje życie od podstaw i nie chciał mieć nic wspólnego z nazwiskiem Medina. Teraz był Tonym Castillo. Ojciec to szanował, przynajmniej do niedawna.
Przez minione pół roku ojciec co rusz domagał się obecności Tony’ego na odizolowanej od świata wyspie u wybrzeży Florydy. Tony opuścił tę złotą klatkę, gdy skończył osiemnaście lat, i już tam nie wrócił. Jeśli ojciec jest tak chory, jak twierdzi, ich problemy rozstrzygną się w niebie… albo, co bardziej prawdopodobne, w miejscu, gdzie jest jeszcze bardziej gorąco niż w Teksasie.
Dla jego dwóch braci październik oznaczał jesienne chłody. Tony wolał długie lato w Galveston Bay. Wentylator wciąż szumiał w restauracji z czerwonej cegły w zabytkowej dzielnicy na nabrzeżu, stłumione dźwięki flamenco grane na gitarze płynęły przez ścianę razem z szumem głosów. Interes Vernona kwitł.
Tony się o to postarał. Vernon zatrudnił Tony’ego, gdy ten miał osiemnaście lat i nikt inny nie chciał mu zaufać. Czternaście lat – i miliony dolarów – później Tony uznał, że za część dochodów firmy zapewni starzejącemu się kapitanowi bezpieczną przyszłość.
Glenn przesunął dzwoniący telefon obok filiżanki zaprawionej alkoholem kawy i kciukiem uniósł karty.
Tony sięgnął po swoje karty i nasłuchiwał.
Pośród stukotu naczyń i brzdąkania gitary rozległ się cichy śmiech. Natychmiast spojrzał na okna, przez które widać było salę restauracyjną. Shannon pokazała się w tym po lewej, przystanęła, by przekazać zamówienie do kuchni. Zmrużyła oczy za okularami w stylu retro, w których wyglądała jak niegrzeczna belferka, co niezmiennie go podniecało.
Światło rozświetlało jej jasne włosy. W pracy, gdzie nosiła czarną spódnicę do kolan i obcisłą kamizelkę, spinała je w kok. Wyglądała seksownie, lecz wydawała się też zmęczona. Niech to szlag, pomógłby jej bez wahania. Tydzień wcześniej jej to zaproponował, lecz natychmiast odrzuciła tę ofertę. Co więcej, od tamtej pory nie odezwała się do niego i nie odbierała telefonów.
Uparta kobieta. Przecież nie proponował, by została jego utrzymanką. Próbował tylko wesprzeć Shannon i jej trzyletniego syna. Zawsze powtarzała, że dla Kolby’ego zrobi wszystko. Ale gdy o tym wspomniał, to także obróciło się przeciwko niemu.
Ściągnęła wargi, a jej oczy za okularami mówiły, co myśli o jego propozycji. Wciąż brzmiał mu w uszach trzask drzwi, kiedy wychodziła. Większość kobiet skakałaby z radości, gdyby zaproponował im pieniądze czy prezenty. Ale nie Shannon. Jego bogactwo działało na nią odpychająco. Dwa miesiące namawiał ją, by umówiła się z nim na kawę, następne dwa zajęło mu zaciągnięcie jej do łóżka. Po blisko czterech tygodniach odurzającego seksu nadal jej nie rozumiał.
Zbił fortunę w Galveston Bay jako jeden z największych importerów owoców morza. Przywiódł go tu szczęśliwy los, gdy szukał miejsca na wybrzeżu, które przypominałoby mu dom. Jego prawdziwy dom, ten u wybrzeży Hiszpanii. Nie tę fortecę, którą ojciec zbudował na wyspie nieopodal Florydy, skąd Tony uciekł, zmieniając nazwisko z Medina na Castillo. Wybrał to nazwisko spośród wielu gałęzi drzewa genealogicznego swojej rodziny. Przysiągł sobie, że nie wróci do fortecy, i dotrzymał słowa.
Nie chciał nawet myśleć o tym, jak przerażona byłaby Shannon, gdyby znała jego pochodzenie.
Vernon postukał w blat stołu.
- Twój telefon znów dzwoni. Możemy przerwać, a ty odbierz.
Tony nacisnął przycisk Odrzuć. Tylko w dwóch sytuacjach ignorował świat zewnętrzny, dla Shannon i dla Vernona.
- Chodzi o umowę z Salinas Shrimp. Niech się pocą jeszcze godzinkę, zanim dojdziemy do porozumienia.
Glenn obrócił filiżankę w dłoniach.
- Teraz już wiemy, że jak nie odpowiadasz, to naciskasz Odrzuć.
- Nigdy. – Tony schował telefon do kieszeni.
Tym razem odezwał się telefon Vernona, z którego dla odmiany popłynęła piosenka Marvina Gaye’a „Let’s Get It On”.
Siwowłosy kapitan rzucił karty na stół.
- To żona. Muszę odebrać. – Poderwał się na równe nogi i przeszedł do kąta. – Tak, złotko?
Vernon po raz pierwszy w życiu ożenił się przed siedmioma miesiącami i od tamtej pory zachowywał się jak dwudziestoletni świeżo upieczony żonkoś. Tony odsunął od siebie myśl o małżeństwie rodziców, co nie było trudne, gdyż niewiele pamiętał. Matka zmarła, gdy miał pięć lat.
Vernon gwałtownie wciągnął powietrze. Tony podniósł wzrok. Twarz starego mentora pobladła.
- Tony – głos Vernona brzmiał, jakby połknął proszkowane szkło – sprawdź swoje wiadomości.
- Coś się stało? – Tony sięgnął po iPhone’a.
- Ty nam to powiedz – odparł Vernon, nie zdejmując z Tony’ego swoich szopich oczu. – Albo zostaw wiadomości i wejdź do internetu.
- Gdzie?
- Gdziekolwiek. – Vernon opadł na krzesło jak kotwica spadająca na dno oceanu. – Tego nie przeoczysz. To wiadomość dnia.
IPhone Tony’ego połączył się z internetem i wyświetlił mu najważniejsze informacje: „Odnaleziono rodzinę królewską!” „Ród Medinów zdemaskowany!”.
Tony patrzył na ekran zszokowany. Była to ostatnia rzecz, jaką spodziewał się zobaczyć i jakiej najbardziej obawiał się ojciec. Aż trafił na zdanie: „Poznajcie kochankę Mediny!” Przeniósł wzrok na szybę oddzielającą go od stanowiska kelnerów. Shannon stała plecami do niego. Nie miał wiele czasu. Musi z nią porozmawiać, nim Shannon skończy wklepywać zamówienie czy rachunek.
Zerwał się z krzesła, które głośno zaskrzypiało. Przyjaciele Vernona sprawdzali wiadomości. Chwytając za mosiężną klamkę, Tony nie spuszczał oczu z kobiety, która jednym dotykiem doprowadzała go do szaleństwa.
Miał złe przeczucia. Jego instynkt rzadko się mylił, kierował nim podczas decyzji dotyczących milionów dolarów, ostrzegł go nawet przed wystrzępioną siecią na krewetki, w którą mógł się zaplątać.
A wcześniej? Dodawał mu siły, gdy uciekał przez las przed buntownikami, którzy obalili rząd San Rinaldo, którzy bez namysłu strzelali do dzieci. Którzy zamordowali mu matkę. Rodzina Medinów ukrywała się nie tylko dlatego, że szukała prywatności. Chodziło też o bezpieczeństwo. Po zamachu przeniosła się na należącą do Stanów Zjednoczonych wyspę i nie mogła zawieść państwa, które otoczyło ją opieką. Tony zaś egoistycznie naraził Shannon na niebezpieczeństwo tylko dlatego, że chciał się z nią przespać.
Położył ręce na jej ramionach i odwrócił ją twarzą do siebie. Zamarł, gdy ujrzał jej przerażone oczy. Komórka, którą ściskała w ręce, powiedziała mu resztę.
Shannon wie.
Plotki, które opiekunka syna przeczytała w internecie i przekazała jej przez telefon, to z pewnością nieporozumienie. Podobnie jak pięć artykułów, które znalazła po dziesięciu sekundach poszukiwania w telefonie.
Blogosfera potrafi w ciągu kilku sekund rozpowszechnić toksyczne wiadomości. Ludzie piszą tam, co chcą, zbijają fortuny na naiwności tych, którzy wchodzą na ich stronę, a następnego dnia wycofują nieprawdziwe historie.
Ale czy Shannon nie popełniła z Tonym tego samego błędu co ze zmarłym mężem? Czy nie dała się nabrać na pozory, bo chciała, żeby były prawdą?
Nie, Tony to nie Nolan. Na pewno da się to wyjaśnić i będą mogli kontynuować ich cudowny romans. Tyle że właśnie się pokłócili z powodu jego propozycji pomocy materialnej. A jeśli Tony naprawdę jest księciem?
Zdusiła histeryczny śmiech. Cóż, powiedział jej, że ma pieniądze i niewykluczone, że mówił o większych sumach, niż mogła sobie wyobrazić.
- Oddychaj – odezwał się Tony.
- Okej. – Chwytała powietrze, poprawiając okulary z nadzieją, że plamki przed oczami znikną. – Nic mi nie jest.
Gdy zaczęła widzieć wyraźniej, stwierdziła, że zwraca na siebie uwagę gości. Ogarnęło ją przeczucie zbliżającego się nieszczęścia.
- Oddychaj powoli. – Głos Tony’ego brzmiał jak zawsze. Nie miał ani teksańskiego, ani południowego akcentu. Ani nawet akcentu z północy, jakby starał się pozbyć śladu swojego pochodzenia.
Próbowała skupić się na barwie jego głosu, która tak działała jej na zmysły, kiedy się kochali.
- Tony, powiedz, że będziemy się śmiać z tego nieporozumienia.
Z poważną miną obejrzał się przez ramię. Shannon nie dostrzegała w nim beztroskiego kochanka, choć pamiętała, jak jego ciemne włosy owijały się wokół jej palców. Od początku widziała jego bogactwo i pewne dostojeństwo, dumną postawę. Teraz dojrzała także arystokratyczne rysy.
Ledwie pogodziła się z tym, że spotyka się z zamożnym mężczyzną, biorąc pod uwagę cały bagaż po zmarłym mężu. Nolan ją omamił, zbyt późno dowiedziała się, że wzbogacił się dzięki piramidzie finansowej.
Gdyby nie syn, po samobójstwie Nolana zamknęłaby się w sobie. Trzymała się tylko dla Kolby’ego.
- Odpowiedz mi – poprosiła.
- Nie będziemy tu rozmawiać.
Nie zabrzmiało to uspokajająco. I dlaczego Tony wciąż jest w stanie ją zranić? Przez ból przebiła się złość.
- Ile czasu trzeba, żeby powiedzieć, że to tylko plotki?
Tony otoczył ją ramieniem.
- Znajdźmy jakieś spokojne miejsce.
- Odpowiedz mi. – Odsunęła się od znajomego zapachu mięty, paczuli i drzewa sandałowego, zapachu egzotycznych rozkoszy.
Tony – Antonio – książę Medina – kimkolwiek był, do diabła – pochylił ku niej głowę.
- Naprawdę chcesz rozmawiać tu, gdzie wszyscy nas słyszą? Świat i tak za moment wkroczy do naszego miasta.
Shannon poczuła piekące łzy pod powiekami.
- Okej, znajdźmy jakieś miejsce.
Tony pociągnął ją do kuchni. Biodra Shannon poruszały się w rytm jego bioder instynktownie, jakby razem tańczyli, jakby robili coś więcej. Towarzyszyły im spojrzenia i szepty. Czy już wiedzą? Telefony dzwoniły w kieszeniach i wibrowały na stolikach, jakby Galveston znalazło się na progu trzęsienia ziemi.
Nikt nie zwrócił się do nich wprost, do ich uszu dochodziły tylko fragmenty przyciszonych rozmów:
- Czy Tony Castillo może być…
- …Medina…
- …z kelnerką…
Tony mruknął cicho:
- Musimy stąd wyjść.
Ścisnął ją mocniej, prowadząc przez drzwi wahadłowe, a potem wzdłuż rzędu znieruchomiałych kucharzy. Pchnął ramieniem boczne drzwi wyjściowe.
Popołudniowe słońce podkreśliło rysy jego opalonej twarzy. Shannon zawsze wiedziała, że jest w niej coś obcego, mimo to uwierzyła w opowieść o zmarłych rodzicach, którzy wyemigrowali z Ameryki Południowej. Jej rodzice zginęli w wypadku samochodowym, nim ukończyła college. Myślała, że mieli podobne dzieciństwo.
A teraz? Niczego nie była pewna prócz tego, że jej ciało wciąż lgnęło do Tony’ego, wciąż miało ochotę szukać ucieczki w przyjemnościach, które mu zawdzięczała.
- Muszę powiedzieć szefowi, że wychodzę. Nie mogę stracić pracy. – Wieczorem były najlepsze napiwki, a ona potrzebowała każdego grosza.
Nie miała czasu, by uaktualnić swoje pedagogiczne wykształcenie. A nawet gdyby, w sytuacji cięć w szkołach nie dostałaby pracy jako nauczycielka muzyki. W okolicy nie znalazłaby też wielu chętnych na prywatne lekcje gry na oboju.
- Przecież znam właściciela. – Tony otworzył samochód.
- Jasne. – Znów stłumiła wybuch histerycznego śmiechu. Czy będzie mogła nadal pracować, jeśli plotki na temat Mediny okażą się prawdą?
Trudno jej było znaleźć zatrudnienie, wszyscy kojarzyli ją ze zmarłym mężem. Wiele osób wierzyło, że wiedziała o jego nielegalnej działalności, choć została oczyszczona z zarzutów.
Tony przeklął pod nosem, czego wystrzegał się w obecności Shannon i Kolby’ego. Shannon rozejrzała się w milczeniu. Usłyszała dudniące kroki, a chwilę później ujrzała grupkę ludzi z aparatami, kamerami i mikrofonami.
Znów przeklinając, Tony otworzył drzwi SUV-a i ulokował ją na siedzeniu pasażera. Zajął miejsce za kierownicą i zatrzasnął drzwi tuż przed nosem reporterów. W przyciemnioną szybę uderzyły pięści. Gdy kliknął zamek w drzwiach, Shannon westchnęła z ulgą.
SUV zakołysał się. Serce Shannon zabiło mocniej. Jeśli tak wygląda życie bogatych i sławnych, nie chce mieć z tym nic wspólnego. Tony włączył wsteczny bieg, a potem go zmienił i powoli ruszył naprzód. Dziennikarze rozpierzchli się. Jeden z nich niegroźnie upadł.
Jechali przez zabytkową dzielnicę odrobinę przekraczając dozwoloną prędkość, by zostawić za sobą medialne hieny. Shannon ściskała deskę rozdzielczą, drugą dłoń zacisnęła na skórzanym siedzeniu. Tony wyglądał na spokojnego.
Mijali odrestaurowane budynki z cegły. Para w wieczorowych strojach zeszła na jezdnię i gwałtownie się cofnęła. Shannon przerażał ten pościg paparazzich, choć w samochodzie czuła się bezpiecznie. Na tyle bezpiecznie, by na powierzchnię wypłynęły znów złość i poczucie, że została oszukana.
Od czasu kłótni z powodu pieniędzy była na Tony’ego wściekła, ale to było nic w porównaniu z furią, w jaką wpadła teraz.
- Jesteśmy sami. Możesz mówić.
- To skomplikowane. – Zerknął w lusterko. Na wąskiej ulicy był normalny ruch. – Co chcesz wiedzieć?
Zmusiła się do wypowiedzenia słów mogących wbić klin między nią a mężczyznę, którego wpuściła do swojego życia.
- Czy jesteś członkiem rodziny królewskiej, o której wszyscy myśleli, że ukrywa się w Argentynie?
Tylko szum silnika zakłócał ciszę. W zapadającym zmierzchu reflektory włączyły się automatycznie. Tony poruszył szczęką, po czym skinął głową.
- Plotki w internecie są prawdziwe.
Pomoc pieniężna, jaką zaoferował Tony, uraziła jej dumę, jakoś jednak by sobie z tym poradziła. Ale coś takiego? Okazuje się, że sypiała z księciem, wpuściła go do domu i zastanawiała się, czy nie znaleźć dla niego miejsca w sercu. Oszustwo Tony’ego bardzo ją zabolało.
Jak mogła tak łatwo uwierzyć w opowieści o pracy na statku? Zakładała, że tatuaż i przekłute ucho to ślady przeszłości, która uwiodła ją tak jak pieszczoty Tony’ego.
- Więc nie nazywasz się Tony Castillo. – Nie znała nawet imienia mężczyzny, z którym sypiała.
- Ale mógłbym się tak nazywać.
Uderzyła pięściami w siedzenie.
- Nie obchodzi mnie, co mogłoby być. Nie obchodzą mnie ludzie, którzy mnie okłamują. Czy masz chociaż trzydzieści dwa lata?
- To nie tylko moja decyzja, żeby nie dzielić się osobistymi szczegółami. Muszę mieć na względzie rodzinę. Jeśli cię to pocieszy, mam trzydzieści dwa lata. A ty masz dwadzieścia dziewięć?
- Nie jestem w nastroju do żartów. – Dotknęła palca, na którym nosiła kiedyś pierścionek z trzykaratowym brylantem. Po pogrzebie Nolana sprzedała go, by spłacić długi. – Powinnam była się domyślić. Jesteś za dobry, żeby być prawdziwy.
- Czemu tak mówisz?
- Kto zarabia miliony w wieku trzydziestu dwóch lat?
Tony uniósł brwi.
- Nazwałaś mnie właśnie pasożytem?
- Wybacz, jeśli to nieuprzejme. Nie jestem w najlepszej formie.
Zobaczyła napięte mięśnie pod rękawem marynarki ekskluzywnej marki Caraceni. Ciało Tony’ego, opalone i wysportowane, było o wiele bardziej zachwycające niż wszystkie te kosztowne ubrania. A niepohamowany śmiech, który wniósł do jej życia, był czymś, czego potrzebowała najbardziej.
- Wybacz, jeśli uraziłam twoje uczucia. Chyba powinnam powiedzieć: Wasza Królewska Mość. Według jednej z internetowych relacji jestem kochanką księcia…

