Pułapka pozorów
Ellie ma wszystko: prestiżową posadę, elegancki apartament na Manhattanie i przystojnego męża. Wydawałoby się, że niczego jej nie brakuje, ale wciąż ma poczucie niespełnienia.
Wszystko zmienia się, gdy otrzymuje zaproszenie do tajnego klubu dla wpływowych kobiet. Skuszona obietnicą nowych znajomości i elitarnej wspólnoty, Ellie wkracza do starannie wyreżyserowanego świata luksusu.
Szybko odkrywa, że te spotkania to tylko pozory, a ona sama wpadła w idealnie skrojoną pułapkę. Klubem rządzą manipulacje i brudne sekrety, które sięgają o wiele głębiej, niż mogła przypuszczać.
Niektóre zaproszenia są po to, by je odrzucić. Jedno jest pewne: z tego klubu nie da się tak po prostu odejść.
Fragment książki
1
ELLIE
Otwieram nagle oczy. Moje nozdrza wypełniają gryzące zapachy dymu i benzyny. Coś jest nie tak. Czuję, że coś jest bardzo nie tak. Pod powiekami mam piekące łzy. Zwlekam się z łóżka. Palce bosych stóp uderzają o chłodną drewnianą podłogę i ogarnia mnie kolejna fala benzynowych oparów. Powstrzymuję chęć, by się schylić i zwymiotować. Idę w stronę zamkniętych drzwi sypialni, skraj koszuli nocnej ciągnie się za mną po podłodze. Otwieram drzwi. Moje oczy z trudem przyzwyczajają się do przyćmionego światła. W chmurze dymu stoi jakaś postać. Otoczona dojmującym zapachem benzyny, mrugam kilka razy, próbując zrozumieć, co widzę.
– Mamo?
Postać się nie odwraca. Zapala zapałkę i rzuca ją na leżankę w kącie.
– Mamo?! – wołam. Gorące łzy spływają mi po twarzy.
Gwałtownie wybuchające pomarańczowo-czerwone płomienie ogarniają cienkie pokrycie leżanki. Migoczący ogień odbija się w oszalałych oczach matki, a potem widzę, jak kąciki jej ust unoszą się w błogim uśmiechu, i uświadamiam sobie, co to jest – to jej zagłada. Nasza zagłada. Wciągam ostatnie hausty świeżego powietrza w korytarzu: to moje ostatnie chwile na tym świecie.
– Mamo?! – zawodzę, błagając, żeby na mnie spojrzała.
W końcu podnosi na mnie wzrok i szepcze:
– Musisz zrozumieć, kochanie. To jedyny sposób.
– Nie…
Ale zanim zdążę się poruszyć, zapada ciemność.
Budzę się gwałtownie, łapiąc oddech. Mój wzrok wędruje po pokoju w poszukiwaniu czegoś znajomego. Jestem w domu. W moim mieszkaniu – w tym, które dzielę z mężem. To nie jest mój dom z dzieciństwa. Nie ma tu mojej matki. Płomienie nie strawią wszystkiego, co dla mnie cenne. To był tylko koszmarny sen, ten sam koszmar, który śni mi się od dzieciństwa. Stał się tak obecny w moich godzinach snu, że zaczął definiować również te na jawie.
Nadal nie wiem, czy to tylko sen, czy wspomnienie. Czy coś tak gwałtownego i zarazem tak niezmiennego naprawdę mogło się wydobyć z eteru mojego umysłu? Właśnie nad tym pracuję z terapeutką: czy każdej nocy znów staję się bezradnym dzieckiem, którym byłam wtedy? A może mój umysł dręczą jedynie fikcyjne lęki i traumy?
Obracam się na drugi bok i wcale nie jestem zaskoczona tym, że tamta strona łóżka – ta, którą zwykle zajmuje mój mąż Jack – jest pusta. Cyfrowy zegar na nocnym stoliku wskazuje piątą czterdzieści. Wzdycham i przecieram oczy, a potem przysuwam się do lampki i zapalam światło. Na nocnym stoliku leży dziennik snów. Tak jak poleciła mi terapeutka, spisuję szczegóły mojego koszmaru. Nie jestem pewna, jaki z tego pożytek: każdego ranka na nowo przeżywam tę traumę, skok kortyzolu i adrenaliny, który niezmiennie się pojawia, gdy dokładnie opisuję całą scenę. Za każdym razem jest mniej więcej tak samo – moja matka, benzyna, zapałki – ale mimo to opisuję każdy szczegół, bo nie wiem, co innego miałabym robić. To jedyna rzecz, która pozwala mi zyskać poczucie przynajmniej częściowej kontroli nad tymi gwałtownymi nocnymi wybudzeniami. Dziś rano przynajmniej nie znalazłam przy łóżku kuchennego noża; tamten poranek w zeszłym tygodniu naprawdę wstrząsnął Jackiem. Czyżby moje koszmary zmieniły się w przerażającą rzeczywistość?
Myślę o Jacku: w zeszłym roku, kiedy moje lunatykowanie i nocne koszmary się nasiliły, bardzo się starał, żeby znaleźć mi najlepszego terapeutę z całej Upper West Side. Skończyłam wtedy trzydzieści dwa lata. Moja matka właśnie w tym wieku trafiła do szpitala Mount Sinai, położonego zaledwie kilka przecznic stąd, a potem do Greystone Park Psychiatric po drugiej stronie rzeki w New Jersey, gdzie spędziła ostatnie lata życia.
Kończę wpis w dzienniku snów, zamykam go i wstaję z łóżka, powłócząc nogami i rozpoczynając nowy dzień. Staję przed lustrem w łazience i patrzę na swoje potargane brudnoblond włosy i piwne oczy. Policzki mam zbyt okrągłe, a usta za cienkie; linia żuchwy jest zbyt szeroka, czoło za wysokie. Z pewnością nie wyglądam elegancko ani olśniewająco, a w najgorsze dni zastanawiam się, co mój zabójczo przystojny mąż we mnie widzi. Twierdzi, że jestem naturalną pięknością, ale moim zdaniem mówi tak tylko po to, żeby dodać mi pewności siebie. Staram się ubierać elegancko, odzwierciedlać bardziej wyrafinowany gust i styl Jacka, ale zawsze mam wrażenie, że czegoś mi brakuje.
Naciągam na biodra luźną ołówkową spódnicę i zapinam perłowe guziki bluzki, myśląc o mężu. Zastanawiam się, o której godzinie Jack wyszedł i czy w ogóle wrócił do domu. Może spał na rozkładanej sofie w biurze. Nie jestem pewna, jak długo jeszcze przetrwa moje małżeństwo, skoro mój mąż spędza więcej czasu w pracy niż w naszym narożnym mieszkaniu z czynszem w wysokości dziesięciu tysięcy dolarów miesięcznie i z widokiem na Columbus Circle, zaledwie parę kroków od Central Parku i kilka przecznic od Lincoln Center. Zastanawiam się, na czym polega dobre małżeństwo i czy wymagam od niego za wiele, prosząc go o wieczorne wyjścia tylko we dwoje czy romantyczne wypady. Ostatnio Jack pojawia się przy mnie jedynie wtedy, gdy jestem na skraju załamania nerwowego.
Te myśli wciąż krążą mi po głowie godzinę później, gdy wchodzę do biur Northrup Thomas Investment Group. Firmę założył mój ojciec, Daniel Thomas, jeszcze przed moimi narodzinami. Było to moje pierwsze miejsce pracy po ukończeniu studiów z finansów i ekonomii na Uniwersytecie Columbia – i zapewne będzie również ostatnim, bo odziedziczę firmę, kiedy ojciec przejdzie na emeryturę. Jestem jedyną spadkobierczynią trustu mojego ojca, a Jack jest jedynym moim spadkobiercą.
Gdy winda szybko mija kolejne piętra, zatrzymuję wzrok na zasinionym nadgarstku. Moje oczy wędrują po atramentowoniebieskich i czarnych plamach, które na krawędziach bledną do mdłego odcienia żółci. Chciałabym, żeby budzenie się z siniakami było rzadkością, ale ostatnio moje ciało coraz rzadziej pozostaje nienaznaczone. Jasną skórę zwykle zdobią ślady nocnych wędrówek. Zdaje się, że wpadanie na ściany, drzwi i stoły to norma przy lunatykowaniu.
Winda zatrzymuje się z cichym pomrukiem i drzwi się rozsuwają. Poprawiam na ramieniu torbę z laptopem i wychodzę, kierując się w stronę działu finansowego i mojego gabinetu, gdy naraz w korytarzu rozlega się głos ojca. Wyłania się zza rogu i gdy nasze spojrzenia się spotykają, na jego twarzy pojawia się radosny uśmiech.
– Ellie! – Otacza mnie ramionami i przytula. – Dobrze spałaś? Przepraszam, że znowu zatrzymałem twojego męża do późna w noc.
– Dzień dobry, tato. – Znajomy zapach wody kolońskiej wypełnia moje nozdrza i rozluźnia napięte mięśnie. Chyba tata wyczuwa, że mam zły poranek, bo przytrzymuje mnie chwilę dłużej, a gdy w końcu się odsuwa i chwyta moje spojrzenie, ściska mnie za ramię.
– Jack mówił, że ostatnio masz problem z lunatykowaniem. Bierzesz te leki, które lekarz ci przepisał?
– Nie, nie chcę polegać na Ambienie, żeby po prostu zasnąć – wyznaję.
– Skoro to konieczne, kochanie. Nie można dopuścić do tego, żebyś chodziła jak zombie. – Przesuwa wzrok na mój nadgarstek i marszczy brwi na widok sińca. – Wiesz, co o tym wszystkim myślę, o twojej mamie i całej reszcie. Martwię się… Martwimy się obydwaj z Jackiem.
W takim razie dlaczego on nie wraca do domu na noc? – myślę, ale nie mówię tego głośno.
– Nie musisz się martwić, tato, nic mi nie jest – uspokajam go. Inna kobieta na moim miejscu pewnie by się niepokoiła, że mój mąż ma romans, ale wiem, że Jack większość czasu spędza z tatą. Obydwaj znajdują sens życia w pracy i poprosić któregokolwiek z nich, żeby odpuścił, to jakby poprosić, żeby odciął sobie rękę albo nogę, ale to nie znaczy, że jest mi z tym łatwo. Wciąż się zastanawiam, czy wybrałam Jacka, bo znałam ten model – bo jest silnym i opiekuńczym bezwzględnym pracoholikiem, takim samym jak mężczyzna, który mnie wychował. Ale to nie ma znaczenia i choć czasami nawiedzają mnie koszmary, w których znajduję Jacka z jakąś inną kobietą, wiem, że to nieprawda, że padam tylko ofiarą własnego lęku i nadaktywnego umysłu. Jestem wdzięczna za możliwości, jakie stworzył nam obydwojgu mój ojciec – za to, że zatrudnił nas zaraz po studiach, oferując pensje niewspółmierne do naszego doświadczenia, i pozwolił nam szybciej awansować, dzięki czemu stać nas na mieszkanie z dwiema sypialniami i widokiem na park.
– Nadal śnią ci się koszmary?
– Czasami – mówię, nie chcąc przyznać, jak często się to zdarza.
– Może powinnaś wziąć trochę wolnego, El. Może tydzień urlopu gdzieś nad morzem dobrze by ci zrobił. Trochę zaprawy, trochę jogi czy co tam kobiety robią, żeby odnaleźć siebie, uspokoić nerwy i różne takie. – Wypowiada te słowa z protekcjonalnym uśmiechem. – Wiesz, że to jest w historii rodziny. Z twoją matką zaczęło się tak samo.
– Wiem, tato, ale nic mi nie jest. Praca pomaga mi odwrócić od tego uwagę.
Przez dłuższą chwilę patrzy mi w oczy, po czym rzuca mi ten olśniewający uśmiech, którym czaruje inwestorów.
– Dzielna dziewczynka.
Zmuszam się do uśmiechu i poklepuję go po ramieniu.
– Ale może ty i Jack powinniście pomyśleć o jakimś urlopie.
Ojciec parska śmiechem.
– Od lat nie wziąłem ani jednego dnia wolnego i nie zamierzam tego robić teraz.
Uśmiecham się.
– W takim razie ja muszę o tym pomyśleć.
– Dobry pomysł, kochanie. Wyślij mi SMS-a, jeśli będziesz czegoś potrzebować. Jadę na spotkanie z Jackiem w biurze w centrum. Wiesz, że jest najlepszym prawnikiem w tym mieście. Poszczęściło ci się.
Kiwam głową i macham mu na pożegnanie.
– Wiem, tato. Do zobaczenia później.
– Kocham cię, El.
On również do mnie macha i rusza w stronę windy. Uśmiecham się, myśląc, jak wielkie szczęście mnie spotkało w życiu, że mam tak silnego ojca, choć nie było mu łatwo wychowywać wrażliwą emocjonalnie córkę. Poradził sobie najlepiej, jak potrafił, zwłaszcza biorąc pod uwagę ciążący na nim lęk, że mogę się okazać taka jak matka. Że szaleństwo może być dziedziczne.
W końcu wchodzę do biura. Zamykam za sobą drzwi i rzucam torbę na biurko, a potem zdejmuję płaszcz i zapadam się w fotel. Myślę z westchnieniem, że wypad na plażę to naprawdę nie byłby taki zły pomysł. Z drugiej strony samotne spędzenie tygodnia może się okazać jeszcze gorsze od samotności, z którą muszę się zmagać w mieście, gdy mąż ciągle jest w pracy, a ojciec nie chce wziąć sobie wolnego dnia. Oprócz taty i Jacka nie mam innej rodziny, a ponieważ z natury jestem domatorką, straciłam kontakt z nielicznymi przyjaciółkami ze studiów. Po ukończeniu Columbii rzuciłam się w wir pracy, a pozostały czas spędzałam z Jackiem. Takie życie nie pozostawiało wiele miejsca na spotkania towarzyskie. Jack sugerował nawet, żebym zapisała się do jednej z tych grup typu speed dating, gdzie nawiązuje się nowe znajomości, ale to wydaje mi się okropnie żałosne.
Z zamyślenia wyrywa mnie ciche pukanie i drzwi się uchylają.
– Przesyłka.
– Wejdź, Stacy! – wołam do mojej asystentki.
– Dostarczona przez posłańca. To musi być coś ważnego.
Kładzie na moim biurku zaklejoną kopertę i wychodzi równie szybko, jak się pojawiła.
Marszczę brwi, gdy zauważam swoje imię i nazwisko wypisane eleganckimi złotymi literami. Elyse Valentinja Taylor.
Wsuwam pod klapkę grawerowany nóż do otwierania listów i rozcinam kopertę.
Serdecznie zapraszamy na Wiosenny Weekend Kobiet organizowany przez Towarzystwo.
Bedford, hrabstwo Westchester, 23–25 kwietnia.
Wymagany strój biznesowy.
Samochód będzie czekał 23 kwietnia o godz. 17:30.
Dotykam wypukłych liter opuszkami palców. Czy to zaproszenie jest przeznaczone dla kogoś innego? Nie mam pojęcia, co to za Towarzystwo, więc szybko przeszukuję internet. Wyniki są jednak zbyt ogólne i nawet po dołożeniu haseł „Bedford” i „Wiosenny Weekend Kobiet” niczego nie znajduję. Obracam zaproszenie w dłoni, wypatrując kolejnych szczegółów. Nie ma stempla pocztowego, więc wracam do internetu i próbuję jeszcze kilku haseł. Jedynym wynikiem, jaki otrzymuję, jest krótki artykuł w „New York Times” na temat charytatywnej gali na rzecz programu nauki czytania i pisania dla dzieci. Przebiegam go wzrokiem i dostrzegam kilka znajomych nazwisk prominentnych nowojorskich rodzin. Noszące je kobiety wymienione są tu jako członkinie ekskluzywnej żeńskiej grupy. Do artykułu dołączone jest niewielkie zdjęcie sześciu kobiet ubranych w eleganckie pastelowe kostiumy. Od razu widać, że te kobiety są wpływowe i pewne siebie. Na twarzach mają perfekcyjne uśmiechy, a ich markowe szpilki kosztują więcej, niż wynosi mój miesięczny czynsz. Uosabiają wszystko, czego mi brakuje, i być może są właśnie tym, czego szukam.
Może to Jack coś zaaranżował i zapomniał mi o tym powiedzieć. Moja szafa jest bardzo uboga, a myśl o wyprawie na zakupy przed weekendem wydaje się torturą. Będę musiała coś wybrać spośród kilku posiadanych prostych kostiumów ze spodniami i ołówkowych spódnic.
Jeszcze raz przebiegam słowa wzrokiem i sprawdzam pierwszą stronę zaproszenia, żeby się upewnić, czy naprawdę wydrukowano tam moje nazwisko. Muszę pamiętać, żeby zapytać Jacka, kiedy wieczorem wróci do domu – to znaczy, jeśli wróci do domu – czy wie coś o Towarzystwie. Wsuwam zaproszenie do torby, otwieram laptopa i zabieram się do pracy nad kwartalnymi zestawieniami firmy Northrup Thomas.
2
ELLIE
– Przepraszam za spóźnienie, skarbie. Jak ci minął dzień?
Wieczorem tego dnia Jack wślizguje się do narożnego boksu w naszej ulubionej restauracji. Pochyla się i szybko całuje mnie w policzek, po czym rozkłada serwetkę na kolanach i posyła mi nerwowy uśmiech.
– W porządku. Cieszę się, że mamy już za sobą rozliczenie podatków.
– Ja też się cieszę. Myślę, że cały ten stres pogarsza twoją… – Urywa, nie chcąc wypowiedzieć tych słów głośno, ale wiem, że zamierzał powiedzieć „chorobę psychiczną”. – Zastanawiałaś się nad przejściem na pół etatu? Po tej podwyżce, którą twój tata dał mi w styczniu, w ogóle nie musisz pracować.
– Chcę pracować – odpowiadam cicho. Jack porusza ten temat już nie pierwszy raz. Wiem, że jego zdaniem mój napięty terminarz pogarsza koszmary i lunatykowanie, ale ja czuję, że mój niepokój tylko by się nasilił, gdybym nie miała pracy, na której mogłabym się skupić.
– Wiem, skarbie, wiem. – Z protekcjonalnym uśmiechem poklepuje pod stołem moje kolano. – Jesteś w każdym calu córką swojego ojca.
Zachowuje się miło, ale wyczuwam, że jest coś, o czym mi nie mówi.
Wracam myślami do naszego pierwszego spotkania na Uniwersytecie Columbia i na to wspomnienie ogarnia mnie fala ciepła.
Książki rozsypują się na wszystkie strony.
W jednej chwili zbliżam się do załomu ściany w dziale filozoficznym biblioteki, z nosem w książce Nietzsche dla początkujących, w następnej upadam na stertę tomów, a dokoła mnie fruną w absurdalnej eksplozji notatniki i fiszki.
– O kurczę, najmocniej przepraszam – mówi głęboki, miękki i niewątpliwie męski głos.
Nie upadam twarzą na marmurową posadzkę tylko dlatego, że ktoś przytrzymuje mnie za łokieć.
Podnoszę wzrok i mrugam.
Bo facet, który przykucnął obok mnie i już zgarnia moje notatniki, tak ostrożnie, jakby były zrobione ze szkła, z całą pewnością nie jest jakimś nieuważnym studentem pierwszego roku. Jest starszy. Pewny siebie. Przystojniak z gatunku tych, którzy wywołują krótkie spięcie w mózgu. Potargane ciemne włosy, ciepłe brązowe oczy, mocna szczęka, drogi zegarek widoczny spod podwiniętego rękawa.
Rzuca mi lekki uśmiech.
– Nie widziałem cię.
– To dość oczywiste – mówię z grymasem, zbierając ostatnie fiszki.
– Proszę, pozwól, że ci pomogę – proponuje, chociaż już to robi.
Oboje sięgamy po tę samą książkę i jego palce ocierają się o moje. W mojej piersi zapala się jakaś iskra, nieproszona i niepotrzebna.
Podaje mi książkę Teoria gier i kondycja ludzka, jakby to był rzadki skarb, po czym wstaje i uśmiecha się nieśmiało.
– Jestem Jack Taylor.
– Ellie Thomas. Nic ci się nie stało? – pytam, widząc, że pociera ręką głowę.
– Wszystko w porządku. Miło cię poznać, Ellie. – Jego rozbrajający, chłopięcy uśmiech staje się szerszy. – Jestem ci winien przeprosiny i chyba nowy bloczek fiszek. Może cię odprowadzę do akademika?
Z wahaniem spoglądam na stertę papierów, które udało mi się zebrać.
– Nalegam – dodaje, zarzucając sobie na ramię torbę listonoszkę. – Wyglądasz, jakbyś dźwigała w tym plecaku ciężar pięciu dyplomów. Przynajmniej tyle mogę zrobić.
Przyłapuję się na tym, że kiwam głową, choć jeszcze nie podjęłam decyzji.
Razem wychodzimy z biblioteki na słońce późnego popołudnia i ni stąd, ni zowąd robię coś, czego zazwyczaj nie robię – rozmawiam z nieznajomym.
Ale Jack nie jest już nieznajomym.
Pyta, co studiuję. Odpowiadam, że ekonomię i finanse. Mówi, że to wyjaśnia fiszki. Przyznaję, że robię zestaw do każdego wykładu. Uśmiecha się i stwierdza, że to „uroczo obsesyjne”.
Jest na ostatnim roku prawa. Chce się zajmować prawem majątkowym, cokolwiek to znaczy. Pochodzi z Bostonu, gra w squasha, cytuje Hemingwaya bez zadęcia i śmieje się, kiedy wyznaję, że nadal nie do końca rozumiem, na czym polega procent składany, chociaż zdałam egzamin na ocenę celującą.
Piętnaście minut drogi do mojego akademika mija jak jedna sekunda.
Zatrzymuję się na schodach przed wejściem. On też.
– No cóż – mówię, szukając kluczy w kieszeni. – Dzięki, że nie pozwoliłeś mi się wyłożyć na ten marmur.
Opiera się o balustradę i w jego oczach pojawia się ciepło.
– To ja powinienem podziękować tobie. To, że na ciebie wpadłem, to najlepsza rzecz z całego dnia.
Śmieję się trochę nerwowo.
– Jesteś pewien, że nie masz wstrząśnienia mózgu?
– Nie – mówi, zatrzymując na mnie wzrok. – Jestem tylko oszołomiony.
A potem dodaje bez wahania:
– Chciałbym się z tobą znów zobaczyć.
Serce podskakuje mi w piersi.
– Co?
Uśmiecha się.
– Jesteś inteligentna, zabawna i… prawdopodobnie jesteś najpiękniejszą dziewczyną na kampusie. Byłbym głupi, gdybym nie zapytał.
Rumienię się i kiwam głową, niemal odruchowo.
– Jasne. Tak. Chętnie.
Wyciąga telefon i wymieniamy się numerami. Wpisuje mój numer powoli, jakby chciał go zapamiętać.
– Wyślę ci SMS-a – mówi.
– Będę czekać.
Jeszcze raz się do mnie uśmiecha, po czym odwraca się i odchodzi, trzymając ręce w kieszeniach, jakby to była najzwyklejsza rzecz na świecie.
Stoję tam przez dłuższą chwilę, ściskając książki z wrażeniem, że tylko one utrzymują mnie w pionie.
Jack.
Co ktoś taki jak on widzi w kimś takim jak ja? Nie wiem. Ale nie potrafię przestać się uśmiechać. Ani trochę.
Podchodzi kelner. Jack zamawia dla nas obojga dżin z tonikiem, a potem zastanawia się nad głównym daniem. Nie pyta, co chcę, bo gdy tu przychodzimy, zawsze zamawiam to samo. Grotta Palazzese to jedno z nielicznych miejsc, w których jadamy kolację, bo Northrup Thomas jest tu dużym inwestorem, a Jack głęboko wierzy we wspieranie rodziny.




