Zapisz na liście ulubionych
Stwórz nową listę ulubionych
Róża Napoleona
Zajrzyj do książki
4.43/5.00 ( recenzje: 7 )

Róża Napoleona

Liczba stron432
ISBN978-83-276-9207-8
Wysokość215
Szerokość145
EAN9788327692078
Tytuł oryginalnyDe roos van Napoleon
TłumaczAlicja Oczko
Język oryginałuniderlandzki
Data premiery2023-11-08
Więcej szczegółówMniej szczegółów
Idź do sklepu
Idź do sklepu Dodaj do ulubionych

Wyjątkowa i przejmująca opowieść o Józefinie i Napoleonie
Francja, 1790 rok. Kobieta, która wiele lat później zasłynie jako Józefina Bonaparte, ucieka z ogarniętej zamieszkami Martyniki do Paryża. Kilka lat wcześniej opuścił ją mąż i sama musi stawiać czoła losowi. Okazuje się jednak, że również w Paryżu ani ona, ani jej dzieci nie są bezpieczne – zaczęła się rewolucja francuska. Oskarżona o wrogość wobec rewolucji, Józefina trafia do jednego z osławionych więzień dla zwolenników monarchii. Czeka ją gilotyna.
Tymczasem młody wojskowy, Napoleon, na swój sposób szuka szczęścia i uznania. Jest zdolny, obdarzony silną wolą i ponadprzeciętnym zmysłem strategicznym – ma wszystko, by osiągnąć wielki sukces. Podobnie jak Józefina czuje się jednak zagubiony w szybko zmieniającym się świecie.
Kiedy ich drogi się przetną, historia wkroczy na inne tory.

Jacobine van den Hoek jest holenderską autorką, felietonistką i organizatorką wydarzeń kulturalnych. Jej debiut powieściowy Zondebok (Kozioł ofiarny), poświęcony silnym kobietom w XVI-wiecznym Amsterdamie, spotkał się z entuzjastycznym przyjęciem czytelników. Mieszka w Amstelveen. Róża Napoleona to jej druga powieść.

 

Fragment książki

 

Prolog

Miałam piętnaście lat, kiedy ją spotkałam. Widziałam ją tylko raz, ale jej twarz wciąż stoi mi przed oczami tak wyraźnie, jakby wczoraj czekała na mnie przed drewnianym domem na szczycie wzgórza na Martynice. Jakby wiedziała, że przyjdę. Jej ciemną skórę znaczyły liczne bruzdy. Nosiła obszerną sukienkę – dokładnego koloru nie pamiętam – a w uszach złote kolczyki w kształcie koła. Jednak wrażenie zrobiły na mnie przede wszystkim jej oczy, intensywne i czarne. Czułam się, jakby na wskroś przenikała mnie wzrokiem, dostrzegając coś, co dla innych pozostawało ukryte. Mówiono, że wyleczyła kiedyś z dżumy kreolską córkę francuskiego generała. Po tym cudownym ozdrowieniu rozniosła się pogłoska, że oprócz posiadania uzdrawiających mocy, potrafi też przepowiadać zdarzenia, i do dzisiaj te przepowiednie zawsze się sprawdzały.
Razem z przyjaciółką – dziwnym trafem nie pamiętam jej imienia – postanowiłyśmy pojechać konno przez wzgórza do miejsca, w którym wieszczka podobno mieszkała. Zaciekawione wymknęłyśmy się z domu pewnego ciepłego popołudnia, nie mówiąc o tym Eufemii, mojej niani.
Po godzinach jazdy dotarłyśmy do rozpadającej się chatynki na szczycie. Wąska ścieżka prowadziła do drewnianego domu, obrośniętego zdziczałym krzakiem różanym i otoczonego drzewami iglastymi. Zapukałyśmy, a wieszczka wpuściła nas do środka. Jako pierwsza mogłam usiąść przy jej stole w niewielkim ciemnym pokoju na tyłach domu. Pachniało dziwnymi ziołami – słodkawy, a zarazem ostry zapach, na który potem nigdy więcej się nie natknęłam. Patrzyła na mnie przenikliwie, gdy na jej prośbę wskazywałam dziesięć kart. Wyłożyła je przede mną na obrusie, na którym wyhaftowano kędzierzawe postaci. Zapytała, na jakie pytanie chcę uzyskać odpowiedź, a ja odparłam, że chcę wiedzieć, czy uda mi się kiedyś znaleźć mężczyznę, który zapragnie się ze mną ożenić.
Przez chwilę wpatrywała się w karty, po czym ujęła moją dłoń. Jej ręce były ciepłe i suche. Następnie skinęła, jakby sama sobie przyznawała rację, a jej oczy zalśniły. Zadawała pytania spokojnym, przyjemnym głosem. O ile pamiętam, na wszystkie odpowiedziałam pozytywnie. To dawało nadzieję. Wiedziała różne rzeczy. Czuła różne rzeczy. Powiedziała coś o mojej matce, o trudnej relacji, jaka mnie z nią łączyła. I coś o moim ojcu. Nie wszystko pamiętam równie wyraźnie. Pozostała mi przepowiednia dotycząca mojego przyszłego męża: wyjdę za mąż! Pojawi się mężczyzna, który poprosi o moją rękę. I ku mojemu zdumieniu dodała, że przy nim będę bardziej wywyższona niż królowa. I powiedziała coś o moim szczęściu.
Z drugiego pokoju usłyszałam chichotanie przyjaciółki. Jej śmiech zdekoncentrował Madame David – wstała rozzłoszczona, otworzyła drzwi i kazała jej wyjść. Nasze oczy się spotkały, a moja przyjaciółka zrobiła głupią minę. Uśmiechnęłam się do niej, jakbym i ja traktowała to wszystko jako niezły żart. Myśl, że jakiś szanowany mężczyzna chciałby się ze mną ożenić, była absurdalna.
– To… To wydaje mi się nieprawdopodobne, żebym kiedykolwiek miała być wywyższona… Czy jest pani pewna? – zapytałam Madame David, gdy ponownie usiadła naprzeciw mnie.
– Chcesz pojechać na stały ląd? Do Francji?
To nie było pytanie. Raczej stwierdzenie. I taka była prawda. Opowieści ojca wzbudziły we mnie ciekawość, jak wygląda życie we Francji. Jak wygląda Paryż. Często opowiadał o czasach, kiedy pracował na dworze jako paź. O przyjęciach, sukniach dam, muzyce, miłej atmosferze.
– Spodobałoby ci się, Rose. Ty tam pasujesz – stwierdziła wcześniej.
Gdyby sztorm nie zniszczył La Pagerie, gdyby ojciec znowu mógł doprowadzić plantację do rozkwitu, gdybym była mniej brzydka… Gdyby…
Madame David zdawała się czytać moje myśli i lekko skrzywionym palcem wskazała na obraz na ścianie. Wcześniej go nie zauważyłam, prawdopodobnie dlatego, że w pokoju panował mrok. Ale teraz moje oczy przywykły do ciemności i zobaczyłam, że nad podwyższeniem z garnkiem z ziołami wisi portret królowej Francji, Marii Antoniny. Dobrze go znałam. Była wtedy jeszcze austriacką księżniczką i nie miała piętnastu lat. Portret został namalowany tuż przed jej ślubem z naszym królem Ludwikiem XVI.
– Czasami rzeczy wydają się niewyobrażalne. Ale wiesz, dziecino, nikt nie uniknie swojego losu. Ty też nie.
I choć jej nie wierzyłam – no, niezupełnie wierzyłam – w tej chwili po raz pierwszy spojrzałam na siebie innym wzrokiem; przepowiednia zasiała w moim sercu ziarnko nadziei.
Mój wysoki status uczyni mnie w końcu nieszczęśliwą. To też powiedziała.


Część 1

Pośród chaosu jest też szansa
Sun Tzu, Sztuka wojny, przeł. Dariusz Bakalarz

1790
1
Mocno uczepiona palcami relingu La Sensible, widzę wyłaniający się w oddali Brest. Z mgły wyrasta wieża Tanguy na skałach. Wokół mnie marynarze w pośpiechu zrzucają żagle – jeszcze chwila, a wpłyniemy do portu, zacumujemy i w końcu Eufemia, Hortensja i ja znowu postawimy stopę na stałym lądzie. Koniec kołysania, koniec podchodzących do gardła kwasów żołądkowych, a także dusznego, zimnego pomieszczenia pod przednim pokładem, w którym nocą myszy biegają po drewnianych deskach, między workami z ładunkiem.
Drżąc, ciaśniej otulam się wełnianym kocem, którego używam jako płaszcza. Wprawdzie podczas morskiej podróży miałam wystarczająco dużo czasu, żeby przyzwyczaić się do przejścia z wilgotnego karaibskiego upału Martyniki do klimatu europejskiego, ciągle jednak było mi zimno. W czasie rejsu zatroskana Eufemia niejednokrotnie dotykała mojego czoła i pytała, czy dobrze się czuję. Również Hortensja, moja siedmioletnia córka, często kładła się przy mnie i z czułością otaczała mnie ramieniem. Miękkim, ciepłym głosem raz za razem mówiła, że tak bardzo chciałaby znowu pójść ze mną na spacer. Zawsze to lubiła. Już teraz tęskni do wzgórz Martyniki, powiedziała, tam zawsze tak ładnie pachniało. Ale też mnie pocieszała: widziała z pokładu zachód słońca. I znowu zobaczymy Eugeniusza. Jej starszego o dwa lata brata. Mojego syna. Przed dwoma laty zostawiłyśmy go u jego ojca w Paryżu. W listach pisał, że dużo się uczy i że Aleksander jest z niego dumny. Donosił, że ojciec myśli, iż ma zadatki na wielkiego wojskowego. Miał się dobrze, a my bardzo chciałyśmy mu wierzyć, ale przebijająca z jego słów samotność zasmucała nas, sprawiając, że z każdym dniem coraz bardziej tęskniłam do mojego dużego małego chłopca.
Morze jest dzisiaj niespokojne. Przełykam to, co mi podchodzi do gardła. To już trzecia nasza podróż przez północne rejony Oceanu Atlantyckiego, mimo to trudno do takiej wyprawy przywyknąć. W pierwszym tygodniu Eufemii i Hortensji dokuczała silna choroba morska, ale ich organizm w jakiś sposób oswoił się z kołysaniem statku, dusznymi pomieszczeniami, monotonnym i skąpym pożywieniem, które dostawaliśmy. Moje ciało reaguje inaczej.
Nie narzekam. Z góry wiedziałyśmy, że podróż nie będzie przyjemnością. Kule armatnie, wystrzeliwane przez powstańców z nabrzeża, przelatywały obok naszych głów i wpadały do wody niecały metr od nas. Cieszyłyśmy się, że jakiś podoficer pchnął nas na trap statku, a kapitan bez szemrania przydzielił nam potem miejsce w dziobówce. Surowym tonem kazał zrobić dla nas łóżko z paru worków trzciny cukrowej. Byłyśmy mu wdzięczne. Miałyśmy szczęście. Nasz los mógł potoczyć się inaczej.
Na plantacji La Pagerie nie było już czasu na spakowanie bagaży, gdy niewolnicy i ich sprzymierzeńcy ruszyli na naszą posiadłość. Przypadkiem Hortensja była obok mnie, może to przeczuwała; wśród naszych niewolników już od wielu dni panował niepokój, odkąd w dużym mieście wybuchły zamieszki. Mimo to matka nie zmieniła zdania: nie jedzie z nami. Chce zostać. To jej miejsce urodzenia, jej ziemia, i jeśli ma umrzeć, to na La Pagerie.
Objęłyśmy się. Wzięłam Hortensję za rękę, odwróciłam się do Eufemii, żeby się pożegnać – jako niewolnicę spotkał ją kiedyś lepszy los i została moją nianią. Dawniej często zabierała mnie do chat, w których mieszkali jej bracia i siostry. Wspólnie tam śpiewaliśmy i tańczyliśmy. Eufemia nauczyła mnie nazw i właściwości roślin, drzew, krzewów i kwiatów. Kiedy byłam smutna, śpiewała mi, żeby mnie rozweselić. Śpiewała mi też podczas naszej poprzedniej podróży do Francji, jeszcze z moim ojcem. Tam, we Francji, ukryta za parawanem, ponieważ czarnoskóra służąca nie mogła być widoczna, była świadkiem mojej przysięgi małżeńskiej. Pocałowała mnie w policzek, gdy po ślubie mogłam używać tytułu wicehrabiny. Zostałam żoną Aleksandra de Beauharnais, mężczyzny, z którym teraz od lat byłam już rozwiedziona.
Wyjeżdżając przed kilkoma tygodniami z Martyniki, spodziewałam się, że Eufemia, podobnie jak matka, uściska mnie i że prawdopodobnie nigdy więcej się nie zobaczymy.
– Jadę z tobą. – Nie patrząc na mnie, wzięła ode mnie Hortensję i szybko ruszyła do czekającego już powozu, którym miałyśmy uciec. Chciałam pójść za nią, lecz matka poprosiła, żebym zaczekała.
Sięgnęła do szuflady biurka, wyjęła z niej puzderko i złożyła je w moich dłoniach.
– W każdym razie weź to. Przyniesie wam szczęście.
Objęłam matkę, poczułam słodki, trącący spalenizną zapach jej włosów i po raz ostatni mocno ją przytuliłam. Później, gdy nasz pojazd pędził w stronę portu Fort Royal, a my trzymałyśmy się ławek i bocznych uchwytów, żeby nie obijać się o siebie, zdałam sobie sprawę, że prawdopodobnie nigdy więcej nie zobaczę matki.
Przestraszył mnie odgłos opuszczanych i podwiązywanych żagli, krzyki marynarzy.
– Wszyscy gotowi? Fokmaszt w dół! Raz. Dwa. Trzy.
– Proszę zejść na dół, madame. – Ktoś popycha mnie w stronę kajuty. – Stoi pani na drodze. Zaraz oberblinda zejdzie na dół i zmiecie panią do morza. No już! To nie miejsce dla kobiet.
Moje surowe spojrzenie nie wystarcza, by przekonać marynarza, że przecież jestem ostrożna. Daje mi delikatnego, lecz stanowczego kuksańca i nie pozostawia wyboru. Chwilę później z wielkim hukiem spada górny skośny żagiel. W ostatniej chwili, i potykając się o własne nogi, docieram do drzwi kajuty, gdzie czekają Eufemia z Hortensją.
Kiedy żagle zostały opuszczone, a liny z powrotem uprzątnięte, mogę znowu wyjść i moim oczom ukazuje się miasto portowe Francji. Kraju, który przed laty skradł mi serce, a do którego teraz wracam z mieszanymi uczuciami.

2
Z marynarskim workiem z prowiantem, otrzymanym od jednego z kucharzy, sakiewką monet i tylko w takim ubraniu, jakie miałyśmy na sobie w chwili wyjazdu, schodzimy z trapu La Sensible. Grunt pod moimi nogami kołysze się, jakby fale nie mogły się ze mną rozstać. Hortensja trzyma mnie mocno za rękę, a Eufemia próbuje oprzeć się o pusty, pozostawiony przez kogoś wózek ręczny.
W bresteńskim porcie jest tłoczno. Wokół widzimy załogantów, odchodzących każdy w swoją stronę, niektórzy jedynie z tobołkiem, inni z ciężkimi kuframi bagażowymi. Na trapie marynarze tworzą ludzki łańcuch: ładunek jest przekazywany z rąk do rąk, a ostatecznie wrzucany do wozów na nabrzeżu. Kapitan z mostka kapitańskiego statku widzi, że wszystko przebiega zgodnie z zasadami. Nasze spojrzenia się krzyżują i uniesionym do góry kciukiem życzy nam powodzenia. Uśmiecham się do niego, podnoszę rękę w geście pożegnania. Przyda się nam jego zachęta, podczas podróży słyszałyśmy niepokojące wieści: ludność mocno odczuła kryzys gospodarczy ostatnich lat, w miastach jest niespokojnie. Im więcej słyszałam, tym większe wątpliwości mnie ogarniały. Czy podjęłyśmy właściwą decyzję, wracając tutaj?
Pewnego ciepłego wieczoru rozmawiałyśmy na pokładzie z Eufemią i jednym z marynarzy. Opierał się o maszt, a my siedziałyśmy na drewnianych skrzyniach z linami.
– Chłopi – powiedział – robotnicy, kupcy, a nawet niższa szlachta domagają się zmian, same zobaczycie.
Skinęłam zmieszana.
– Czy nie jest pani wicehrabiną?
Ponownie skinęłam.
– No właśnie, tak słyszałem. Na pani miejscu przestałbym używać tego tytułu. Niech pani lepiej nazywa siebie obywatelką, citoyenne. Teraz każdy tak o sobie mówi. Wicehrabiny, markizy, wszyscy arystokraci są w trudnej sytuacji. Nie zdziwiłbym się, gdyby bogacze zostali pewnego dnia wyrzuceni ze swoich pięknych pałaców.
Na nabrzeżu woźnice na kozłach wypatrują potencjalnych klientów. Podchodzimy do najbliższego pojazdu i pytam furmana, ile kosztowałoby zawiezienie nas do Paryża. Wiemy już, że rozsądniej teraz mieszkać poza miastem, ale nie znam nikogo, do kogo mogłybyśmy się udać. A na gospodę nie mam wystarczająco dużo pieniędzy. Nie, pojedziemy do Paryża, do mojej starej przyjaciółki Lisélon, żywiąc nadzieję, że wieści są przesadzone. Rok temu pisała, że zawsze jestem mile widziana. Tęskniła za mną, tak twierdziła, i miała nadzieję, że przystanę na jej propozycję. Czy mówiła prawdę?
Potrząsnęłam głową, żeby odpędzić wspomnienia.
– Trzy écu, madame. – Wzrok woźnicy prześlizguje się ze mnie na Eufemię, na Hortensję. Mężczyzna chyba sam ma dzieci, bo na ustach pojawia mu się lekki uśmiech, gdy Hortensja robi do niego słodką minkę.
– Trzy srebrne écu? – pytam. – Osiemnaście liwrów? Przecież to o wiele za dużo, monsieur! Przez parę tygodni siedziałyśmy na statku i spałyśmy wśród robactwa w dziobówce. Czy wyobraża pan sobie, jakie trudy przyszło nam z córką znosić? Ma tylko siedem lat. Chce do domu. Czy mógłby nas pan zawieźć do Paryża za dziesięć liwrów? Proszę, uciekłyśmy i mamy mało pieniędzy. – Błagająco patrzę na
mężczyznę.
Pociąga nosem i przez moment boję się, że odmówi. Wtedy się odzywa:
– Piętnaście liwrów. Za mniej nie jadę. I płaci pani za nocleg i posiłek. Jeśli mnie pani zwodzi i ma w sakiewce więcej, to szybko się o tym dowiemy. Włóczędzy z każdym dniem coraz bardziej się rozbestwiają. Ostatnio rozebrali mojego klienta do naga, nawet buty mu zabrali. Gdybym nie wskoczył na konia i nie odjechał, też by mnie golusieńkiego zostawili.
Odchrząkuję i myślę o Martynice, o niebezpieczeństwach, przed którymi ledwo uciekłyśmy.
– Piętnaście liwrów… Dobrze, monsieur. Ale proszę obiecać, że będzie nas pan chronił.
Kiedy mężczyzna bez słowa wdrapuje się na kozioł, wymieniamy się z Eufemią spojrzeniem.
– Wsiadajmy – mówi. – Hortensjo, wejdziesz pierwsza? Jeśli pojedziesz przodem na tej ławce, nie dostaniesz mdłości.
Gdy tylko woźnica trzaska biczem ponad końskimi grzbietami i pojazd rusza, wyjmuję więcej niż połowę monet z sakiewki i daję je Eufemii.
– Wsadź do kieszeni. Jeżeli podróż naprawdę jest tak niebezpieczna, jak on mówi, to lepiej, żebyś trzymała pieniądze przy sobie.
Przytakuje i chowa monety do kieszeni spódnicy. Potem przez długi czas się nie odzywamy. Zmęczone patrzymy za okno na małe chatki rybackie przy drodze.
Z chwilą gdy opuszczamy miasto portowe, krajobraz się zmienia. Widzę łagodne, zielonożółte wzgórza, przecinane rozległymi lasami. Większość drzew straciła już liście, ich gałęzie niczym kolczaste kule odcinają się na szarobłękitnym niebie.
Nie jedziemy nawet godziny, gdy czuję na ramieniu opadającą głowę Hortensji i słyszę uspokajający oddech mojej małej księżniczki. Ostrożnie głaszczę jej włosy. Za pięć dni dotrzemy do Paryża i zaczniemy nowe życie. I być może znowu zobaczę syna. Cieszy mnie ta myśl i mam nadzieję, że Aleksander zgodzi się, żeby go odwiedzić.
– Rose? – Eufemia przerywa moje myśli. Patrzy zatroskana.
– Tak?
– Czy myślisz, że mnie też…
Choć urywa w pół zdania, rozumiem, o co pyta.
– Oczywiście, że cię zaakceptują. Znasz przecież Lisélon? Wie, że należysz do mnie, tak jak Hortensja. Nie martw się. Na pewno nie będzie robiła problemów.
W milczeniu patrzymy przez okno. Przy drodze bawią się dzieci w szarych ubrankach, dziurawych butach na nogach i z twarzami pokrytymi brudnymi smugami. Ich buty nie mają klamerek jak buty Hortensji i Eugeniusza. Z zadowoleniem przyglądam się bucikom córki. Wprawdzie mają wytarte noski, ale są ciepłe. To Eufemia zasugerowała, żeby je założyła, gdy opuszczałyśmy Martynikę.
Co ja bym bez niej zrobiła.

Przed trzema laty jechałyśmy powozem w odwrotnym kierunku, do Brestu. Postanowiłam opuścić domowe ognisko, ponieważ z każdym oddechem przepełniało mnie wielkie poczucie porażki. Nie udało mi się sprawić, żeby ojciec moich dzieci mnie pokochał. Po długoletniej walce sądowej z mężem moje marzenie prowadzenia we Francji eleganckiego i szczęśliwego życia rozpadło się jak domek z kart.
Po ogłoszeniu przez sędziego definitywnej formalnej separacji nic nie trzymało mnie już w Paryżu. Ojca nie widziałam od dnia ślubu – zapewne znowu pracował jako lokaj na dworze. Syna Aleksander wysłał do szkoły z internatem. A ludzie, o których sądziłam, że są przyjaciółmi, przestali mnie odwiedzać i odpowiadać na moje listy.
Kiedy matka napisała do mnie z Martyniki, a ja z tęsknotą przeczytałam jej list, szybko podjęłam decyzję. Spakowałyśmy kufer i nie oglądając się za siebie, wyjechałyśmy z Hortensją i Eufemią na rodzinną wyspę. Po dziewięciu latach nieobecności ciepło nas tam przyjęto.
Na trzy lata zaszyłyśmy się na La Pagerie, plantacji trzciny cukrowej moich rodziców, koło wioski Trois-Îlets. Otaczały ją wzgórza porośnięte bawełną, kawowcami i kakaowcami oraz pastwiska, na których pasły się krowy i owce. To było właściwe miejsce, we właściwym czasie.
Na Martynice nie czytałam gazet i stroniłam od społecznych czy politycznych dyskusji. Nie pragnęłam absolutnie niczego, poza rozkoszowaniem się spokojem. Hortensja, podobnie jak ja dawniej, bawiła się z dziećmi niewolników, biegała po posiadłości na bosaka i nosiła zwiewne, lekkie jak piórko sukienki. Eufemia dużo czasu spędzała ze swoją rodziną, cieszyła się przyrodą i poszerzała swoją wiedzę na temat ziół. Pomagała kucharzowi w kuchni, a wieczorami, gdy słońce zniknęło za wzgórzami, śpiewałyśmy i tańczyłyśmy z jej braćmi i siostrami przy ognisku. Z każdym dniem czułam się trochę lepiej. Dużo spacerowałam, uczyłam Hortensję jazdy konnej bez siodła i cieszyłam się widokami i przestrzenią. Nie tylko jednak bunty niewolników wpłynęły na moją decyzję powrotu na stały ląd – przypuszczałam, że nasi niewolnicy nic złego nam nie zrobią, matka zawsze dobrze ich traktowała. Nie, szczerze mówiąc, wpłynęło na nią to podskórnie wyczuwalne uczucie niepokoju, które przez ostatnie pół roku coraz częściej się pojawiało. Coś mną targało, trudno to określić, ale miałam wrażenie, jakbym była w pasie przewiązana niewidzialnym sznurem, który chce mnie zaciągnąć do miejsca, w którym powinnam być.

Recenzje książki Róża Napoleona

Podziel się swoją opinią
4.43
Liczba wystawionych opinii: 7
5
3
4
4
3
0
2
0
1
0
Kliknij ocenę aby filtrować opinie
4/5
Opinia niepotwierdzona zakupem
Józefina (Marie-Josèphe Rose Tascher de la Pagerie) jest żoną Aleksandra de Beauharnais, jednak nie mieszkają razem, są w separacji. Ona mieszka z córką i niewolnicą, która jest jej bardzo bliska, on z synem w zupełnie innym miejscu. Są lata dziewięćdziesiąte osiemnastego wieku, wybucha rewolucja francuska, a kobieta postanawia uciec z Martyniki do Paryża, zabierając z sobą córkę i niewolnice. Liczy na spokój, że uda jej się zapewnić bezpieczeństwo osobą, za które jest odpowiedzialna, niestety życie pokazuje jej, że wcale nie będzie prosto. Już podróż nie przebiega tak, jakby chciała, a im dalej, tym gorzej. Pieniądze się kończą, osoby, u których miała zamiar się zatrzymać, zniknęły, a ona tak naprawdę nie wie, co ma zrobić. Na szczęście udaje jej się znaleźć miejsce, w którym może się zatrzymać, jednak to nie koniec jej problemów. Niebawem zostaje oskarżona o wspieranie monarchii i trafia do więzienia, a jakiś czas później jej droga krzyżuje się z drogą pewnego mężczyzny Napoleona. Co ich połączy? Jak kobieta poradzi sobie w więzieniu? Co jeszcze zdarzy się w Paryżu? Kogo spotka na swojej drodze? Lubię czasem sięgnąć po powieści historyczne, w których fikcja przeplata się z faktycznymi zdarzeniami. Do takich książek właśnie należy „Róża Napoleona”. Historia, jaką znalazłam w książce, mnie się podobała. Autorka pozwoliła mi się przenieść w czasie, zabrała mnie w podróż do osiemnastego wieku, do Francji w czasie rewolucji. Akcja w książce sprawnie poprowadzona, z ciekawymi zwrotami. Czytało się ją dość szybko, a podczas czytania towarzyszyły mi emocje. To opowieść o codzienności, walce o przetrwanie, o zapewnienie bezpieczeństwa najbliższym, o tym, jak wyglądało życie w tamtych czasach, a także o miłości. Według mnie z książką nie dało się nudzić, a przynajmniej ja nie nudziłam się ani przez chwilę. Bohaterowie ciekawi, dobrze wykreowani. Ja bardzo polubiłam Józefinę, chociaż nie będę ukrywać, że nie zawsze zgadzałam się z jej decyzjami. Według mnie to kobieta odważna, dzielna, zaradna. „Róża Napoleona” to powieść historyczna, która mnie się podobała i z przyjemnością polecam. Recenzja pojawiła się również na moim blogu - Mama, żona - KOBIETA
2023-12-25
Mama, żona - KOBIETA
Czy opinia była pomocna? Tak 0 Nie 0
4/5
Opinia niepotwierdzona zakupem
Rok 1790, sytuacja Józefiny nie maluje się optymistycznie. “Posiadaczka bezwartościowego szlacheckiego tytułu, odrzucona przez męża. Przez niego rozdzielona z synem. Odpowiedzialna za córkę i niewolnicę, którą uważam za przyjaciółkę. I za psa. Bez pieniędzy. Bez pracy. I bez mężczyzny, który by mnie kochał.” Pięć lat później i u Napoleona nie dzieje się dobrze. “Napoleon czuję w sobie mieszaninę miłości i nienawiści. Przestał wierzyć w chwalebny przełom swojej kariery, to już nie nastąpi. I jest mi to obojętne. (...) to Joseph jest bohaterem rodziny. Joseph, chłopak słabego charakteru, ratuje honor Bonapartów.” W środowisku ma nie najlepszą opinię, mówią, że “ryczy na prawo i lewo, że został skrzywdzony, i domaga się pracy. Dużo hałasu, ale mało treści. Co on właściwie osiągnął?” W końcu się spotkają i Józefina, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, uznaje wszystkie złe opinie o tym człowieku za nieprawdziwe. Choć dostrzega jego wewnętrzne demony, jednocześnie daje się porwać wrażliwości jakiej wcześniej nie dostrzegła w żadnym innym mężczyźnie. Można uznać, że książka kończy się tam, gdzie zaczyna film Ridleya Scotta. To o latach sprzed spotkania tej pary przeczytamy w “Róży”. Dopiero pod koniec książki jesteśmy świadkami, choć proszę pamiętać, że to jedynie powieść historyczna, rodzącej się miłości. Autorka wprawdzie przeplata losy Józefiny, listami nakreślającymi sytuację Napoleona (głównie w wymiarze jego zmagań politycznych), ale to J. jest tu główną bohaterką. Poznajemy jaką jest matką, jak radzi sobie z biedą po przybyciu do Francji, jaka jest silna gdy zostaje uwięziona w Karmelu czy jak zdobywa salony po odzyskaniu wolności. Książka nie jest literacką doskonałością ale bardzo sprawnie i przyjemnie mi się ją czytało. Jest ładnym, spójnym językiem napisana, ciekawie i bez dłużyzn. Jak to w tego typu powieściach, trudno budować swoją wiedzę historyczną w temacie pojawiających się tam bohaterów ale ich rys osobowościowy uważam za całkiem udany. Niezwykle ujęto tu maniakalno- depresyjne cechy Napoleona (dziś uznaje się go za osobę bipolarną) z jednej strony dyskretnie, z drugiej bez pobłażania i konkretnie. Zderzenie tych dwóch całkiem różnych postaci, ich poznawanie, otwieranie się na trudne doświadczenia partnera, o tym czyta się w tej powieści naprawdę bardzo realistycznie. Co dla mnie najciekawsze, autorka bardzo barwnie i całkiem rzetelnie rysuje tu tło historyczne i przyznać należy, że faktów historycznych trzyma się konsekwentnie. Po niepokoju, niezadowoleniu, obwinianiu dobrze urodzonych o biedę, we Francji przychodzi “nowe”. Sytuacja społeczna zmienia się za sprawą rewolucji, wszyscy stają się “równi” (taaa, jasne, tak to ładnie brzmi, jak w ustach współczesnych programów wyborczych). Zaprzestano używania tytułów szlacheckich, nowe szanse otwierają się przed kobietami. Po książkę warto sięgnąć właśnie aby poczuć te nastroje społeczne (choć profil obu postaci bardzo ciekawy również). Józefina na własnej skórze doświadcza zmian kulturowych, poznaje, rządzące salonami prawa czy zmieniającą się modę. Ps. Książkę przetłumaczyła Alicja Oczko, która szanuje bardzo za “Dziennik Anne Frank” i “Dziewczyna i uczony” o Rembrantach (cudna książka, polecam, kto nie czytał!!)
2023-12-18
Natalia
Czy opinia była pomocna? Tak 0 Nie 0
Klaudia
5/5
Opinia niepotwierdzona zakupem
Schyłek poprzedniego roku wraz z obecnym to czas, gdzie do głosu doszło wiele kobiet z historii. I to nie byle jakich kobiet. Mogliśmy zapoznać się z carycą Katarzyną, Marią Fiodorowną, Sarah Bernhardt, a także Sisi, której piękny posąg mogłam podziwiać na Węgrzech. Dzisiaj przed nami Józefina Bonaparte, a tak właściwie to Marie-Josephe Rose Tascher de la Pagerie. Co ciekawe pierwotnie autorka miała napisać historię o córce Józefiny - Hortensji, która wyszła za jednego z braci Napoleona i została pierwszą królową Holandii. Jednak do rzeczy! Historię Józefiny rozpoczynamy w początkach rewolucji francuskiej. Opuszczona przez męża postanawia wraz z dziećmi udać się do Paryża, jednak tam zostaje oskarżona o nieprzychylność wobec działań rewolucjonistów i zamknięta w Karmelu - więzieniu dla zwolenników starego systemu. Gilotyna nieprzerwanie pracuje, a jej twórca - Maksymilian Robespierre nie zamierza jej zatrzymać. Muszę przyznać, że spodziewałam się większej ilości romansu i skupienia się wokół dwójki bohaterów o których wydawałoby się, że będzie książka. Dostajemy natomiast sporo akcji w której Józefina radzi sobie z codziennością przy jednoczesnej wierze, że los się w przyszłości odmieni, a sama spotka kogoś z kim będzie mogła być szczęśliwa i bezpieczna. W międzyczasie poznaje przyjaciół, kochanków, wychowuje dzieci, walczy o przetrwanie, płacze, świętuje, wyprawia przyjęcia... Nie odczułam klimatu Francji, choć bardzo bym chciała. Miejsca są tak przedstawione, że idzie je sobie wyobrazić, jednak niekoniecznie poczuć. Całość rekompensują ludzie, którzy wirują na kartach nieprzerwanie. Jest ich ogrom i autorka nie skupia się na wszystkich. Niektórzy pozostają zaledwie zarysem, innych poznajemy lepiej i jest to jak najbardziej na plus, bo raczej nie miałoby sensu poznawać się z kimś, kto chwilę później znika. Sam wątek miłosny poprowadzony jest subtelnie i z klasą. Napoleona przedstawiono jako niedoświadczonego młodzieńca, którego urzekła dojrzała kobieta. W tym wszystkim autorka rozrysowuje jego porywczość, inteligencję, uparte dążenie do celu przy starcie z niskiego pułapu i braku wsparcia od ludzi dookoła. W szkołach można poznać historię wielkiego władcy, jednak o jego drodze do celu niewiele wiadomo, dlatego uważam pozycję za interesującą. Uczucia bohaterów są na bocznym planie i mimo wszystko dzieje się znacznie więcej. Śledzi się to naprawdę dobrze. Pozycję pochłonęłam szybko i nie żałuję. Nawet jeśli nie skłania do ponownego przeczytania, to w moim przypadku zaciekawiła konkretnym okresem historycznym, postaciami i miejscami, które bez wątpienia będę chciała obejrzeć, gdy tylko wybiorę się do Francji. Dobrze spędzony czas, polecam z całego serduszka.
2023-12-08
Klaudia
Czy opinia była pomocna? Tak 0 Nie 0
4/5
Opinia niepotwierdzona zakupem
Lubicie powieści historyczne, gdzie fikcja przeplata się z historią? Ja nie wiele mam takich na swoim koncie, dlatego też chętnie siegnelam po ten tytuł. Autorka przenosi nas do lat dziewięćdziesiątych osiemnastego wieku. Wybucha rewolucja francuska. Marie-Josèphe Rose Tascher de la Pagerie, żona Aleksandra de Beauharnais, z którym żyją w separacji, ucieka z Martyniki wraz z córką oraz byłą służąca do Paryża. Dołącza do nich również syn Marie, który do tego momentu mieszkał z ojcem. Niestety w nowym miejscu, pozostawieni sami sobie nie zaznają spokoju, za wrogość wobec rewolucji kobieta zostaje skazana i trafia do więzienia, grozi jej kara śmierci poprzez ścięcie gilotyną. Marie to przyszła Józefina Bonaparte - pierwsza żona Napoleona, pierwsza cesarzowa Francuzów oraz królowa Włoch. Autorka przedstawia czytelnikowi jej historię, pokazuje jak splatają się losy Marie oraz Napoleona, najwybitniejszego dowódcy wojskowego w historii Francji i całego świata. Samym Napoleonem zbytnio się nie interesowałam, mam marną wiedzę na jego temat, tu autorka skupia się głównie na Józefinie bo taki jest cel tej książki mimo to zaciekawiła mnie postać jej drugiego męża i chętnie sięgnę po lekturę która przybliży mi jego osobę. Zawsze w szkole byłam na bakier z historią, przerażały mnie daty, trudne do zapamiętania nazwiska, czy dziwnie brzmiące nazwy. Nigdy nie interesowało mnie kto kiedy i gdzie na kogo napadł. Dla mnie to były suche fakty, mało przystępne dla dziecka. O ile łatwiej przyswajało by się wiedzę historyczną w taki sposób ja tu. Bardziej ciekawi mnie historia naszego swiata oglądana przez pryzmat codziennego życia zwykłych ludzi takich jak ja. Oczywiście, zdaję sobie sprawę z tego, że tego typu książki zawierają sporo fikcji literackiej i nie służą do zdobywania wiedzy historycznej, ale dzięki nim czytelnik może poszerzyć swoją wiedzę zaglądając do inych źródeł chociażby po to by sprawdzić ile w danej powieści było fikcji literackiej a ile rzetelnych faktów.
2023-11-22
Jeny, co tu czytać?
Czy opinia była pomocna? Tak 0 Nie 0
4/5
Opinia niepotwierdzona zakupem
4,5/5 7/10 Francja, 1790 rok. Marie-Josèphe Rose Tascher de la Pagerie, która wiele lat później zasłynie jako Józefina Bonaparte, pierwsza żona Napoleona I pierwsza cesarzowa Francuzów i królowa Włoch. Kobieta na swojej drodze życia zaznała wiele złego jak i dobrego. Wraz z synem i córką przeniosła się do Paryża. Pozostawiona przez męża musi stawiać czoła losowi. Paryż również nie jest dla niej łaskawy albowiem nikt nie jest bezpieczny, rewolucja francuska puka do drzwi. Młody wojskowy, Napoleon jest zdolny, obdarzony silną wolą ogólnie mówiąc ma wszystko, by osiągnąć wielki sukces. No co mogę powiedzieć więcej o Bonaparte? Kto znać choć rąbek jego życiorysu wie jakim był człowiekiem a człowiekiem był (dla mnie) interesującym, jednym w swoim rodzaju. Róża Napoleona to opowieść o dwójce ludzi. Dostajemy w niej znaczniej więcej informacji o Marie-Rose niż samym Napoleonie, historia jest bardziej skupiona na jej osobie, oczywiście żeby nie było o Napoleonie również są rozdziały. Dostajemy ucieczkę kobiety wraz z jej córką i byłą niewolnicą do Paryża po jej drogę po zwycięstwo. Kobieta została oskarżona o wrogość wobec rewolucji i tafia do jednego z osławionych więzień dla zwolenników monarchii. Groziła jej nawet gilotyna. Historia napisana jest w sposób przyjemny, brak zapychaczy, przystępny język. Fakty historyczne są ujęte i opisane w sposób zwięzły, bez żadnego rozpisywania się na 5 stron, ale chodzi oto, że autorka skupiła się na ich bycie a nie typowych wydarzeniach historycznych choć być może gdyby nie one to “mały kapral” i jego niby miłość życia być się nie spotkali. Czy miłość i szczęście wygrało? Ci co wiedzą to wiedzą. Zabrakło mi jedynie czegoś więcej o Napoleonie i jego dziwacznych upodobań, takiego typowego maniaka, którym by, jednakże można wywnioskować to i owo nie znając go jako postaci historycznej. Dziękuję Harper Collins Polska za książkę!
2023-11-18
Dominika wyszeptajmiksiazke
Czy opinia była pomocna? Tak 0 Nie 0
5/5
Opinia niepotwierdzona zakupem
Francja u schyłku XVIII wieku ogarnięta jest falą przemian. Królowa Maria Antonina zostaje ścięta, niewolnictwo zniesione, a Francja przekształca się w republikę. Kobietom nie przystoi już używać wachlarzyków ani hołdować dworskim zwyczajom. Wszelkie próby wspierania monarchii są brutalnie zwalczane, a przeciwnicy reform wyłapywani i strącani do więzień. . Nie młoda już, jak na owe czasy 30-letnia zubożała arystokratka Maria Józefina po rozstaniu z mężem przenosi się wraz z dziećmi do Paryża, gdzie ma nadzieję zacząć wszystko od nowa. Niestety życie samotnej kobiety nie jest usłane różami. Oskarżona o wspieranie monarchii trafia do twierdzy, w której spędza długie miesiące. W wiezieniu robi sobie rachunek sumienia, wspomina ciężki los niewolników na plantacji trzciny swego ojca i snuje plany na życie po opuszczenia tego miejsca. W końcu jej się to udaje i może skupić się na tym, co dla francuskiej kobiety jest priorytetem – na ponownym zamążpójściu. Kandydatów do jej serca nie brakuje i jest wśród nich także czarujący, dobrze zapowiadający się generał o imieniu Napoleon Bonaparte. Józefina wywiera na mężczyźnie niesamowite wrażenie. Młody i niemający za dużego doświadczenia w kwestiach damsko męskich 26-letni wojskowy zakochuje się w starszej od siebie kobiecie. Piękna musiała to być dama, skoro cały czas otoczona była wianuszkiem mężczyzn, Już będąc w związku z bogatym i zamożnym prawnikiem Barrasem, spotykała się z Napoleonem, jednak to Bonaparte ostatecznie wywalczył sobie jej rękę, ale czy miłość także? To wiedziała tylko ona sama. . Życiorys Józefiny jest niezwykle burzliwy, a książka holenderskiej pisarki opowiada jedynie fragment jej barwnego życia – od momentu poznania młodego wojskowego, po ślub i koronację na cesarzową. Nie wiem, jak było naprawdę, ale miałam wrażenie, że związek z wpływowym generałem był dla Józefiny czymś w rodzaju awansu społecznego. Nie widziałam w niej zakochanej do szaleństwa kobiety, a może po prostu wiedziona doświadczeniem wybrała zgodnie z własnym rozumem. Wiedziała bowiem, że kierowanie się sercem nie zawsze przynosi oczekiwane rezultaty a w razie czego lepiej być majętną wdową niż ubogą starą panną. Lepiej być nieszczęśliwą w małżeństwie niż wieść los kurtyzany czy trafić do klasztoru. Takie to były moi drodzy dziwne czasy, w których życie kobiety zależne było od wszystkich, tylko nie od niej samej. . Książka bardzo dobrze obrazuje ówczesne przemiany polityczne, kulturowe i społeczne. Co prawda nie wyczerpuje tematu, ale zachęca do wgłębienia się w życiorys obu tych postaci. Dodam, że książka jest powieścią historyczną z elementami fikcji, czyli jak wyjaśnia na końcu autorka niektóre postacie i wątki zostały przez nią zmodyfikowane. Podobała mi się, aczkolwiek czuję pewien niedosyt, który kieruje mnie ku temu, by jeszcze dokładniej przyjrzeć się relacji tych dwojga. . Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki dziękuję @harpercollinspolska
2023-11-18
violet.and.dog
Czy opinia była pomocna? Tak 0 Nie 0
5/5
Opinia niepotwierdzona zakupem
Jest to moja pierwsza powieść holenderskiej pisarki (albo tak mi się wydaje, że pierwsza
2023-11-15
drzemka.po.czytaniu
Czy opinia była pomocna? Tak 0 Nie 0

Napisz swoją recenzję

Podziel się swoją opinią
Twoja ocena:
5/5
Dodaj własne zdjęcie produktu:
Recenzje i opinie na temat książek nie są weryfikowane pod kątem ich nabywania w księgarniach oraz pod kątem korzystania z nich i czytania. Administratorem Twoich danych jest HarperCollins Polska Sp. z o.o. Dowiedz się więcej o ochronie Twoich danych.
pixel