Skamieniałe dziewczyny
To miało być zwykłe spotkanie kilkorga absolwentów liceum. Nieważne, kto wpadł na pomysł, żeby w nocy wejść do zamkniętej szkoły. Ot, głupi wybryk. W pewnym momencie wszystko poszło nie tak.
Milena nie pamięta co się wydarzyło. Ktoś ją ścigał ciemnymi korytarzami, a potem uderzył. Kiedy Daniel ją znalazł, była ranna w głowę.
Żadne z nich nie słyszało, kiedy tuż obok, na szkolnym boisku ktoś katował jedną z uczennic. Jej nagie ciało było nienaturalnie wykręcone jak połamany biały manekin, a twarz zmasakrowana. Jedynie charakterystyczne kolczyki pozwoliły na rozpoznanie ofiary.
Wilczy Kamień to małe senne miasteczko, jedno z tych, w których skrzętnie pilnuje się swoich sekretów.
Są miejsca, do których trudno się wraca.
Są czasy, których nie powinno się wspominać.
Są ludzie, o których trzeba zapomnieć.
Fragment książki
MILENA
14 listopada, godz. 23.23, piątek
WILCZY KAMIEŃ
Słyszę za sobą kroki. Zdyszana przyklejam się do chłodnej ściany. Nasłuchuję i tłumiąc szloch, próbuję przebić wzrokiem przestrzeń przede mną. Ostatni raz byłam tu dwadzieścia lat temu. Strach nie daje mi logicznie myśleć. Tak bardzo żałuję, że nie mam przy sobie telefonu! Lodowate powietrze owiewa mi łopatki. Gdzieś niedaleko musi być wyjście ewakuacyjne. Pamięć zaczyna mi wracać, chociaż kilkanaście minut temu ktoś uderzył mnie w głowę.
Upadłam na płytki PCV i na chwilę straciłam przytomność, a potem zaczęłam się czołgać. W ciemnościach nie miałam pojęcia, dokąd uciekam, ale podświadomie czułam, że muszę być jak najdalej od niego! Nie widziałam jego twarzy. Krew spływała mi na czoło i na mokrą od łez twarz, rozmazując mocny makijaż. Po chwili z trudem wstałam.
Czepiając się ścian, bezszelestnie wlokłam się przed siebie. Nie wiem, kiedy zgubiłam eleganckie czerwone szpilki, ale w nich nie dałabym rady uciekać. Moje stopy w czarnych rajstopach ślizgały się bez przerwy. Bałam się krzyczeć, bo on wciąż tam był! Wydawało mi się, że słyszę jego oddech i czuję jego wzrok na nagich plecach. Moja wieczorowa sukienka ma z tyłu ogromne rozcięcie, wąskie ramiączka i utrudniający oddech gorset. Kupiłam ją dwa dni temu właśnie na ten wieczór, a teraz plątała mi się pod nogami i utrudniała ucieczkę.
Trzymając się ścian, dotarłam do schodów. Przypomniało mi się, że na dole są szatnie z szerokimi metalowymi boksami. Tam jest drugie wyjście! Przynajmniej było… dwadzieścia lat temu… wyjście na boisko… zielone dwuskrzydłowe drzwi…
Tak bardzo pragnę do nich dotrzeć! Śmiertelnie przerażona robię kilka kroków w ciemnościach i nasłuchuję. Wszystkie zmysły mam napięte do ostatnich granic. Nie czuję już bólu rozciętej skóry nad szyją. Jego uderzenie stłumił kok, który zrobiła mi fryzjerka dziś rano. Mam bardzo długie włosy. Czepiam się myśli o nich wręcz obsesyjnie, żeby wmówić sobie, że nic mi nie jest. Kilkanaście minut temu na pustym korytarzu ktoś mocno uderzył mnie w tył głowy, jednak to właśnie włosy mnie uratowały.
Dziś tu wróciłam… ale ten budynek się zmienił, jest zimny… jest w nim zła energia. Człowiek, który mnie uderzył, czai się w ciemnościach i czeka, aż popełnię błąd.
Dłonie mi drżą, ale to tylko strach, nie alkohol, bo wcale nie wypiłam dużo… może dwa kieliszki wina i trochę szampana… Oni pili więcej… To był cudowny wieczór… Jak go nazwali na naszej tajnej grupie na Facebooku? Listopadowy zjazd absolwentów? Najlepsi z najlepszych? Spóźniona impreza w Halloween dla wybranych? Nie pamiętam, kto to wymyślił, bo w naszej klasowej grupie jest siedemnaście osób, i już nie pamiętam, kto rzucił ten pomysł…
Teraz, zagryzając wargi do krwi, próbuję iść w stronę, z której dociera tu, do szatni, lodowate powietrze. Moje ciało kurczy się z zimna. Przesuwam dłonie po metalowych kratach. Boksy w ciemnej szatni są zamknięte na kłódki i wszystkie są puste, ale wpada tu trochę światła z zewnątrz. To siny blask, który rzucają latarnie na boisku. Tylko dwie, bo oszczędzają prąd w tej starej szkole, która stała się dla mnie pułapką. Moje dawne liceum na obrzeżach Wilczego Kamienia. Miejsce, które do tej pory wspominałam ze wzruszeniem… Ja, dawna prymuska, laureatka olimpiad językowych, ulubienica nauczycieli, zawsze grzeczna i perfekcyjnie przygotowana do lekcji, dałam się namówić i tu wróciłam. Tyle osób pisało na naszej zamkniętej grupie, że musimy się spotkać dwadzieścia lat po maturze, że to najlepsza okazja do wspomnień… bo nasza klasa była zgrana, crème de la crème, jak mówiła Rugniewska, nasza wychowawczyni.
Śmiertelnie przerażona i przemarznięta robię kolejny krok do przodu. W szkolnej szatni jest zimno jak w chłodni. Mam wrażenie, że łzy zamarzają mi na lodowatych policzkach. Próbuję myśleć logicznie, ale uderzenie w głowę sprawiło, że niektórych detali dzisiejszego wieczoru w ogóle nie pamiętam! Tylko marzę, żeby stąd uciec, zniknąć… ze starego ceglanego budynku, w którym czai się człowiek, który chce mnie zabić! Kim jest? Dlaczego?
Mówili, że szkoła jest pusta i będziemy tu sami. Ten wieczór miał wyglądać zupełnie inaczej! Najpierw elegancka kolacja absolwentów liceum w Wilczym Kamieniu. Ktoś, już nie pamiętam kto, zarezerwował nam salę w jedynym zajeździe na rynku, a po kilku godzinach biesiadowania ktoś zaproponował nocne odwiedziny w naszej starej szkole…
Kto wpadł na ten pomysł? Kto nam powiedział, że łatwo tu wejść, bo alarm jest wyłączony? Dyrekcja mocno oszczędza na rachunkach za prąd, dlatego boisko oświetlają tylko dwie latarnie. A dozorca? Czy tu jest?! To on mnie uderzył? Obserwował nas? Obserwuje mnie?
Łzy zalewają mi oczy, strach narasta. Robię kolejne dwa kroki i odwracam się przez ramię. Cisza… Żadnego szmeru, żadnego drgania powietrza. Jeżeli on tu jest, to obserwuje mnie w ciemnościach… Powinnam mówić do niego? Błagać?! Tłumaczyć? Przecież nie chcieliśmy nic ukraść!
Chcieliśmy tylko wejść do naszego liceum po dwudziestu latach od matury.
Chcieliśmy przywołać wspomnienia…
Teraz czuję, że nie powinniśmy tego robić…
DANIEL
14 listopada, godz. 23.45, piątek
WILCZY KAMIEŃ
Spoglądam na nowoczesny zegar zawieszony na białej ścianie w pokoju nauczycielskim. Zbliża się północ. Prawie nie słyszę własnych myśli. Nie tylko przez wódę, która sprawiła, że wszystko zajebiście mnie bawi. Śmieję się do siebie nawet wtedy, gdy oni przestają rechotać. Muzyka z włączonego niemal na full radia także poprawia mi humor. Chwiejnie wstaję od stołu konferencyjnego. Trzymając się parapetu, podchodzę do nowoczesnego odbiornika stojącego na jednym z regałów i podkręcam muzę na full – lecą przeboje disco polo. To sprzęt nauczycielki angielskiego. Wiem, że nie powinienem grzebać w jej szafce, ale przecież za chwilę wszystko wróci na miejsce. Wykonując dziwaczne ruchy w rytm muzyki, wracam na swoje krzesło.
Cała ta sytuacja wywołuje u mnie napad histerycznego śmiechu. Dlaczego? To proste. Dwadzieścia lat temu zdawałem w tym liceum maturę, a teraz od ponad dwóch miesięcy uczę tu plastyki. Byłem jednym z najgorszych uczniów w klasie, a częste wizyty w pokoju nauczycielskim przyprawiały mnie o palpitacje serca.
A teraz mam tu swoje stałe miejsce i szafkę z własnym nazwiskiem. Dzieciaki mówią do mnie „panie profesorze”, a ja… wciąż nie dowierzam, że wróciłem na stare śmieci. Teraz jako nauczyciel. Ale nie miałem wyjścia. Niemal rok temu zjawiłem się w rodzinnym domu w Wilczym Kamieniu spłukany i zadłużony. Starzy nie komentowali tego, bo i po co, skoro od początku wiedzieli, że tak będzie, gdy postanowiłem zdawać na Akademię Sztuk Pięknych. Od razu czuli, że nie znajdę kupców na moje obrazy, a żadna licząca się galeria nie będzie chciała ich u siebie wystawiać. Są makabryczne, to niezdarne małpowanie Beksińskiego, jak przeczytałem w recenzji z jednej z nielicznych zbiorowych wystaw, w których udało mi się wziąć udział. Potem było jeszcze gorzej. Robienie portretów na zamówienie w ogóle mi nie wychodziło, bo zawsze w fizjonomii modela czy modelki wyłapywałem szczegół, który na moim obrazie przemieniał się w makabreskę wzbudzającą obrzydzenie.
– Polewamy jeszcze raz? Gdzie Milena?
– W kiblu! – odpowiadam Patrykowi, z trudem tłumiąc napad śmiechu.
– Tak długo?
– Wiesz, jakie są baby! Pewnie poprawia makijaż!
– Ale po co? – Patryk z trudem tłumi czkawkę.
Ciągle jest niemożliwie przystojny. Na takich teraz mówią „kocur”. Gęste włosy, wysoki, umięśniony, zawsze opalony. Wiele lat temu chodziły słuchy, że przestał być prawiczkiem w wieku trzynastu lat. Zrobił to z kobietą niemal trzydziestoletnią. Wszyscy ją znali w Wilczym Kamieniu, bo pracowała w zajeździe na rynku. Sylwia budziła pożądanie u większości facetów z miasteczka. Dziś zobaczyłem ją po latach. Tęga, cycata, z czarnymi włosami spiętymi w niedbały kok. I te siwe odrosty. Obrzydliwe. Ile Sylwia ma lat? Z pięćdziesiąt pięć chyba…
Dziś wieczorem Patryk nie zwracał na nią specjalnej uwagi. Sylwia obserwowała naszą ósemkę zza baru, co jakiś czas wysyłając chudą ukraińską kelnerkę, żeby nas obsługiwała. Szkoda, że na nasze spotkanie absolwentów dwadzieścia lat po maturze przyjechało tylko osiem osób. Pięć babek i trzech facetów. Wśród nich ja. Jedyny, który z tej ósemki wrócił na stałe do Wilczego Kamienia. Robiłem dobrą minę do złej gry. Tłumaczyłem, że muszę zajmować się starymi, że ich chałupa się sypie i dlatego znów tu zamieszkałem po latach i znalazłem pracę w naszym dawnym liceum.
– Gdzie Milena? Nie ma jej już z godzinę! – Patryk podsuwa mi szklankę do połowy wypełnioną wódą.
To nauczycielskie naczynia. Wanda Osa, dyrektorka liceum imienia Edwarda Stachury, bardzo dba o pracowników. W pokoju nauczycielskim mamy świetny ekspres, bo przecież wiadomo, że bez codziennej kawy jesteśmy jak zombie. Lubię Osę, bo zatrudniła mnie, mimo że nie mam przygotowania pedagogicznego. Skończyłem Wydział Malarstwa. To jej pewnie zaimponowało, no i obiecałem zrobić kursik pedagogiczny online. Dostałem dużo godzin, bo roztoczyłem przed nią wizję wielu artystycznych zajęć pozalekcyjnych. Malarstwo. Rysunek. Historia sztuki. Nie dodałem, że mam straszne długi i muszę je spłacić.
– Gdzie Milena? Może zwiała po angielsku, bo nasze towarzystwo jej nie pasuje? – mamrocze Patryk.
Rozglądamy się po wielkim pokoju nauczycielskim. Mam wrażenie, że zarówno ja, jak i tych dwóch facetów, z którymi teraz piję, czujemy się dziwnie nieswojo. Dobiegamy czterdziestki i chlając w dawnej szkole w pokoju nauczycielskim, do którego kiedyś nie mieliśmy wstępu, czujemy się znowu jak gówniarze, którzy srali ze strachu przed lekcją matematyki.
– Poszukam jej! Może zabłądziła?
– Nagle nasza Milenka ma demencję? Tu się nic nie zmieniło przez dwadzieścia lat! – rechocze Wiktor.
Nagle milknie i wyciera usta krawatem poluzowanym na owłosionej szyi. On jako jedyny z nas zapuścił brodę. Wygląda jak spasiony pięćdziesięciolatek. Wiem, że ma troje nastoletnich dzieci i jest w trakcie rozwodu. Dwa razy zbankrutował i podniósł się jak feniks z popiołów. Po tych wszystkich przejściach pojawiły mu się siwe włosy i duża nadwaga. Tak nam to tłumaczył podczas pijackiego monologu jeszcze godzinę temu w Zajeździe Wilcze Jadło na rynku.
– Milena uciekła… po angielsku… zwiała. Prawie nie odzywała się przez cały wieczór. Nudzimy ją.
– Zawsze była nieśmiała – przerywam Patrykowi, idąc chwiejnie w stronę drzwi. – Dzwoniłem do niej przed chwilą. Ma zablokowaną pocztę głosową. Sprawdzę, co się dzieje.
Otwieram drzwi na tonący w ciemnościach korytarz i mrugam nerwowo. Mam wrażenie, że spowija go szara mgła osiadająca na dekoracjach zawieszonych na ścianach i na oszklonych gablotach ze zdjęciami z balów maturalnych. Foty z naszego są na końcu korytarza przy zejściu do szatni. Oglądałem sobie te zdjęcia ostatnio podczas nudnych dyżurów na przerwach. Do matury dotrwało dwadzieścia jeden osób, a dziś świętowaliśmy tylko w ósemkę. Ludzie rozjechali się po Polsce i po całym świecie.
– Idziesz po nią? Nudno się robi! – drze się Wiktor.
Zaczynam nerwowo szukać włącznika światła na korytarzu. Znajduję, ale nie działa. Próbuję sobie przypomnieć, czy włączyłem je, gdy weszliśmy tu od strony sali gimnastycznej? Mój zmącony alkoholem umysł ledwo łączy fakty. Kazałem im świecić sobie telefonami, bo bałem się, że ktoś zobaczy od ulicy ostre światło na korytarzu. Co mi odbiło, że zaproponowałem im dalsze chlanie w dawnej szkole? Kto mi podsunął tak poroniony pomysł? Chciałem im zaimponować, że tu uczę i mam klucze do bramy i do głównego wejścia? Czasem przyłażę tu przed lekcjami i wieszam na ścianach dekoracje zrobione na kółku plastycznym. Gdyby nie wóda, to w ogóle nie wpadłbym na taki pomysł. Wiktor i Patryk, jeszcze bardziej pijani niż ja, uznali, że jest genialny. Dziewczyny nie były tak entuzjastycznie nastawione. Laski, które przyjechały tu samochodem z Warszawy, uznały, że pomysł jest idiotyczny. Były trzeźwe, sztywne i gadały mało. A jeżeli już, to o dzieciach. A jest to temat dla mnie koszmarnie nudny, bo sam ich nie posiadam i pewnie mieć nie będę.
Mój ostatni związek zakończył się właśnie przez dziecko. Nie przez moje. Julia miała sześcioletniego syna, którym musiałem się zajmować, gdy ona robiła karierę w korpo. Uważała, że to zupełnie naturalne, bo mieszkaliśmy u niej i prawie za wszystko płaciła. No i miałem mnóstwo wolnego czasu. Chwaliła się znajomym, że związała się z artystą malarzem. Chciała mi nawet wynająć pracownię. Ale warunek był jeden. Codzienna opieka nad jej sześciolatkiem, małym i wrednym Felusiem, który opowiadał jej z satysfakcją o wszystkich moich wpadkach. Doniósł jej, że palę na balkonie, co było zabronione, że karmię go popołudniami pizzą z supermarketu, zamiast odgrzewać wegańskie zupki, które zostawiała w lodówce. Wylewałem je do kibla. Jej synek był bystry. Nienawidził mnie i nie chciał spędzać ze mną czasu. Wciąż gadał o swoim tatusiu, którego widywał cholernie rzadko. A ja byłem tym frajerem, który zajmował czas i serce jego mamusi. No i używałem jej karty kredytowej. Mały umiał liczyć i z satysfakcją donosił jej, ile wydałem. Jątrzył, skarżył się na mnie. Chociaż na początku starałem się z nim zaprzyjaźnić. Do czasu.
Gdy zaczął mówić Julii, że śmierdzę i dziwnie na niego patrzę, uświadomiłem sobie, że niedługo ten mały gnojek oskarży mnie o coś naprawdę poważnego. Wściekły jak cholera zostawiłem go u zaprzyjaźnionej sąsiadki piętro niżej. Spakowałem trochę rzeczy i napisałem Julii, że muszę jechać do rodzinnego domu w Wilczym Kamieniu, bo stan ojca się pogorszył. To było kłamstwo i moja dziewczyna to wyczuła. Ale nie błagała, żebym wrócił, ani nie zapytała, czy może potrzebuję jej pomocy. Napisała tylko, że zablokowała mi kartę do jej konta, a resztę moich rzeczy odeśle mi przez kuriera do Wilczego Kamienia. I dodała, że jestem nieodpowiedzialnym, zakłamanym skurwysynem. Miała rację. To ona była samcem alfa w naszym związku. Konkretna, władcza, zarabiająca tyle, że kredyt na wypasione mieszkanie spłaciła w osiem lat. Ja miałem określone zadanie, na którym poległem. Jeszcze zanim to wszystko się spieprzyło, podsłuchałem, jak na imprezie u znajomych dowcipkuje z jedną z psiapsiółek z korpo, że niedługo mi się oświadczy. Bo sprawdzam się w łóżku i wreszcie jej mały Feluś ma męski wzór do naśladowania. Czyli faceta, który w fartuszku robi przetwory i przejmuje kobiece role w domu. Owszem, próbowałem, jednak poległem na całej linii. Dzięki związkowi z nią spłaciłem trochę długów, o czym nie wiedziała. To była moja mała tajemnica, ale czułem się z nią fatalnie. Dlatego uciekłem.
Przez kilka tygodni tęskniłem za jej sprężystym, opalonym ciałem, a raz nawet zastanawiałem się, czy nie błagać jej o przebaczenie i nie spróbować wrócić. Ale szybko mi przeszło, gdy odkryłem na jej profilu na portalu społecznościowym nowe zdjęcie. Ona, mały Feluś i sympatyczny brodacz. Cała trójka na Malediwach. Udowodniła sobie… i mnie… że chociaż ją rzuciłem, a właściwie od niej uciekłem, to znalezienie mojego następcy nie było żadnym problemem.
Dziś przy kolacji w Wilczym Jadle nawet nie wspomniałem o moim związku z Julią, chociaż pojawił się taki temat przy deserze, czyli przechwalanie się mężami, żonami, dziećmi i pokazywanie ich zdjęć w telefonach. Tylko ja milczałem. Siedząca obok mnie Milena podsunęła mi pod nos ekran ze zdjęciem męża i synka.
– Piękni wy! I szczęśliwi, co?
I wtedy nagle wpadł mi do głowy ten pomysł. Szalony. Debilny. Głupi.
– Zaraz zamykają tę knajpę, ale możemy uczcić dwudziestolecie naszej matury w miejscu, które naprawdę na to zasługuje!
– Czyli gdzie? To jedyny lokal w mieście. Tu nic więcej nie ma!
Zasypali mnie pytaniami. Nasze dawne koleżanki stwierdziły, że i tak się już zbierają, bo jest późno i muszą w miarę szybko dojechać do Warszawy.
W końcu w Zajeździe Wilcze Jadło zostaliśmy tylko my we trzech i Milena. Jej starzy mieszkają pięćdziesiąt kilometrów od Wilczego Kamienia, w Jędrychowie. Wspomniała, że ojciec po nią przyjedzie. Gdy uczyła się w naszym liceum, mieszkała u siostry swojej matki. Pamiętam ten dom w Wilczym Kamieniu.
Na spotkanie absolwentów Milena założyła wieczorową sukienkę z gorsetem na ramiączkach. Reszta dziewczyn wybrała eleganckie ciuchy, ale bez szału. Żadnych seksownych dekoltów, żadnych krótkich kiecek. Garsonki, białe bluzki, pantofle na grubych podeszwach. Jakby przyszły na spotkanie pracownic banku. Gdy gadały, chichocząc między sobą, lustrowałem ich podwójne podbródki i zmarszczki wokół oczu. Tylko Milena niemal się nie zmieniła. Wdychałem zapach jej cytrynowych perfum i wsłuchiwałem się w tembr jej głosu. Dwadzieścia lat temu nie zwracałem na nią uwagi. Była prymuską, a przy tym szarą myszką. Niską, długowłosą, ukrywającą szerokie biodra pod długimi, niemodnymi swetrami.
A teraz z godziny na godzinę wydawała mi się coraz bardziej pociągająca, zwłaszcza że reagowała perlistym śmiechem na moje słabe dowcipy.
– Wizyta w naszym dawnym liceum? Teraz? W nocy?
Przekonałem ją. A także dwóch pozostałych kumpli, Patryka i Wiktora. Cała nasza czwórka weszła tu godzinę temu. Błagałem ich bełkotliwym szeptem, żeby nie zapalali światła ani w szatni, ani na korytarzu. Pozwoliłem im na to dopiero w pokoju nauczycielskim, bo jego okna wychodzą na ceglaną ścianę sąsiedniego budynku, który od dziesięciu lat jest opuszczony, więc nikt nie zobaczy tu światła od ulicy. Wiktor i Patryk wyciągnęli z reklamówek dwie butelki wódki i soki, które kupiliśmy w monopolowym koło restauracji na rynku.




