Skandalistka z Londynu
Przedstawiamy "Skandalistka z Londynu" nowy romans Harlequin z cyklu HQN ROMANS HISTORYCZNY.
Kiedy rodzice Felicity odkrywają, że ich córka jest autorką poczytnego romansu grozy, w obawie przed skandalem wysyłają ją na wieś. To, co miało być karą, okazuje się dla Felicity uśmiechem losu. Na wsi wiele się dzieje, a mieszkający w sąsiedztwie markiz Martin Woodley jest pierwszym mężczyzną, którego Felicity uznaje za bardziej atrakcyjnego od bohaterów z kart powieści. Zaprzyjaźnia się z nim i coraz jawniej okazuje, że chętnie zgodzi się na romans bez zobowiązań. Markiz odwzajemnia jej uczucia, lecz obawia się skandalu. Wpada na pomysł, jak przekonać przeciwną małżeństwu ukochaną, by przyjęła jego oświadczyny…
Fragment książki
Długa i wyboista jazda dyliżansem do Shropshire miała, jak to ujął papa, „złamać jej ośli upór”. Jeśli ojciec sądził, że podróż pozbawiona wygód ją zniechęci, to osiągnął przeciwny skutek. Tym bardziej zapragnęła się wyzwolić i żyć po swojemu. Nie dopuści do tego, by ktokolwiek ją ograniczał i deptał jej marzenia.
Potraktuje wygnanie na prowincję jak przygodę i okazję, aby zacząć wszystko od nowa, sprawić, by jej niepokorna dusza wybiła się na niezależność. Podobno podróże kształcą. Wyprawa do odizolowanej angielskiej wioski to wprawdzie nie to samo co zwiedzanie Wenecji, ale lepszy rydz niż nic.
Jeszcze tylko kilka mil i dotrze do celu.
Pełna otuchy wyjrzała przez okno, by zajrzeć w oczy świetlanej przyszłości.
Lecz nim jej umysł zarejestrował, co widzi, powóz zatrzymał się nagle. Dopiero wtedy rozejrzała się i porzuciła złudzenia. Przygnębiający krajobraz z pewnością nie kojarzył się z wymarzonym miejscem na ziemi. Znalazła się na kompletnym pustkowiu, może nawet na końcu świata… Nie było tu praktycznie… nic, żadnych zabudowań ani ludzi, żadnego komitetu powitalnego…
– Vicar’s Hill! – wydarł się z kozła stangret, próbując utrzymać w ryzach zniecierpliwiony zaprzęg.
– To na pewno tutaj? – zapytała, spoglądając niepewnie na pustą drogę otoczoną drzewami. – Nie widać stąd wioski.
– Może i nie widać – odparł, zrzucając na ziemię jej bagaż. – Ale co ja poradzę? Bliżej podjechać się nie da. – Położył przy słupku milowym worek z pocztą i popatrzył wyczekująco na młodą pasażerkę.
Lissy ani myślała się ruszyć.
– Ktoś miał po mnie wyjechać – oznajmiła stanowczo. – Jak pan widzi, jeszcze ich nie ma.
– Nie moje zmartwienie – odparł i otworzywszy drzwiczki, skinął w stronę błotnistej ścieżki.
Spodziewała się, że lady Ophelia wyśle po nią bryczkę albo chociaż wóz… Jak zwykle poniosła ją wyobraźnia.
– I co ja mam teraz zrobić? – spytała, zerkając z desperacją na woźnicę.
– Zaczekać na eskortę. Albo iść dalej piechotą. Jak panienka uważa.
Wysiadła i od razu ugrzęzła w brązowej brei.
– Jest tu w pobliżu jakieś gospodarstwo? Dom, w którym mogłabym poprosić o pomoc?
Niedaleko muszą być jakieś oznaki cywilizacji, w przeciwnym razie nie zatrzymywałby się tu powóz pocztowy. – Wzruszył ramionami i skinął ręką w górę drogi. – Pójdzie panienka tędy, to może się coś znajdzie, ale głowy nie dam.
Wspaniale, pomyślała, spoglądając na rozrzucone wokół walizki. Wyglądały wyjątkowo smętnie, czyli idealnie wpisywały się w jej nastrój.
Pocztylion wsiadł z powrotem na kozła.
– Nie może mnie pan tutaj zostawić – powiedziała, łypiąc na niego z niedowierzaniem.
– Przykro mi, panienko, ale mam rozkład jazdy i muszę się go trzymać. Niech się panienka nie martwi. Prędzej czy później ktoś się pojawi, żeby odebrać pocztę. Wtedy wskaże pani drogę. – Pognał konie, ochlapując ją błotem.
Przyglądała się bezradnie dyliżansowi, dopóki nie zniknął za zakrętem. Potem zerknęła na worek z korespondencją. Ciekawe, ile czasu upłynie, nim ktoś po niego przyjdzie. I co, do licha, miała teraz zrobić? Nie było sensu iść ani w przód, ani w tył. Tam, skąd przyjechali, rozciągały się wyłącznie pola i łąki, a gdyby coś się znajdowało przed nimi, stangret zawiózłby ją dalej. Jedyne, co pozostawało, to pójść w lewo. Zapewne właśnie tam leży wioska. Uznała jednak, że nie zaszkodzi chwilę zaczekać.
Usiadła na jednym z kufrów i przez pół godziny łudziła się, że problem rozwiąże się sam. W końcu dała za wygraną i ruszyła w drogę, zostawiając na poboczu wszystko oprócz jednej walizki. Resztę później przywiezie służba.
Przeszła co najmniej milę, lecz ani trochę nie zbliżyła się do upragnionego celu. Pejzaż nie zmienił się ani na jotę. Jej sukienka i trzewiki doszczętnie przemokły i pokryły się błotem, a ona sama była wycieńczona, spragniona i głodna. Bagaż z każdym krokiem ciążył jej coraz bardziej.
Poczuła się rozżalona i bezradna. Nie tylko zesłano ją za karę do tej zapadłej dziury, ale w dodatku całkiem o niej zapomniano. Lady Ophelia nie raczyła nawet wysłać po nią służącego. Czy naprawdę nie zasłużyła na odrobinę szacunku i troski?
Zatrzymała się i przycupnąwszy na walizie, rozważała, czy się nie rozpłakać. Nie, łzy w niczym nie pomogą. Poza tym wcale nie było jej smutno. Targała nią raczej bezsilna złość.
Od samego początku tej nieszczęsnej afery miała ochotę wykrzyczeć światu, że taka niesprawiedliwość woła o pomstę do nieba. Gdyby była mężczyzną, nikt by się nie oburzał. Wielu uznałoby jej wyczyn za nie lada osiągnięcie.
Rodzice pozbyli się jej jak niewygodnego mebla, bo porwała się na coś, czego kobietom nie wypada robić. Zabraniają im tego bowiem durne, przestarzałe normy! A teraz tkwiła na tym odludziu sama jak palec... Niech to licho porwie! Zdegustowana poderwała się z miejsca, gotowa do dalszego marszu i ugrzęzła po kostki w wypełnionej błotem dziurze. Usiłując się wydostać, straciła najpierw jeden, potem drugi but. To była kropla, która przepełniła czarę goryczy.
Spojrzała na brudne i mokre pończochy i zaczerpnąwszy głęboko tchu, wrzasnęła na całe gardło, by wreszcie dać upust frustracji.
Sekundę później zza pobliskich drzew wyfrunęło z impetem stado przerażonych ptaków. Potem rozległo się siarczyste przekleństwo i z gęstwiny wyłonił się rosły mężczyzna. Ruszył pędem wprost w jej stronę, a sądząc po jego minie, nie miał przyjaznych zamiarów. Wyglądał jak chmura gradowa.
Felicity opadła ponownie na walizkę, wylała wodę z trzewików i pośpiesznie je włożyła na wypadek, gdyby musiała rzucić się do ucieczki. Kątem oka obserwowała rozjuszonego nieznajomego.
Był odziany w wysłużone skórzane bryczesy i kubrak z mnóstwem kieszeni, podobny do tych, jakie nosili gajowi albo kłusownicy. Słomkowemu kapeluszowi, który zatknął na głowie, brakowało fragmentu ronda.
Ani chybi przeszkodziła mu w jakichś nikczemnych praktykach. Bo niby z jakiego innego powodu znalazłby się w tej kompletnej głuszy? Kto zdrowy na umyśle zapuszcza się z własnej woli w taką dzicz?
Rozeźliła go do tego stopnia, że zmierzał ku niej z zamiarem wymierzenia jej surowej kary. Nie była pewna jakiej, ale z pewnością dotkliwej, zresztą bujna wyobraźnia podsuwała jej coraz czarniejsze scenariusze. Niemal czuła, jak jego wielkie ręce chwytają ją za ramiona i zmuszają do uległości.
Pomimo niezbyt gustownego odzienia, był całkiem przystojny, niczym złoczyńca z kart powieści grozy – typowy zakonspirowany brutal, którego urokliwa twarz nigdy nie odsłania prawdziwego oblicza. Spod sfatygowanego nakrycia głowy nieznajomego wystawały ciemne loki, a spod gęstych brwi spoglądały równie ciemne, groźnie błyszczące oczy. Jego policzki pokrywała warstwa zarostu, który przy namiętnym pocałunku przyjemnie podrażniłby delikatną skórę kobiety. Stanął przed nią i podparłszy się pod boki, zmierzył ją nieprzyjaznym spojrzeniem. Prawdopodobnie oczekiwał wyjaśnień.
– Dzień dobry panu – zaczęła ostrożnie, żałując nieprzemyślanego wybuchu.
– Co pani tu, do diabła, robi? – warknął, przykładając dłoń do czoła, by osłonić się przed słońcem i lepiej jej się przyjrzeć.
– Szukam domu lady Winterbottom w majątku Woodley – odparła, na wszelki wypadek odgradzając się od niego walizką. – Przyjechałam dyliżansem pocztowym. Ktoś miał po mnie wyjechać, ale nikt się nie zjawił.
– Niemożliwe – stwierdził stanowczo. – Dyliżans nie przejeżdża tędy we wtorki.
– Może i nie, ale dzisiaj mamy środę – odpowiedziała równie stanowczo.
– Środę? – powtórzył i zaczął mamrotać pod nosem, wyliczając na palcach: – W niedzielę była baranina, w poniedziałek kurczak, a wczoraj wieczorem, czyli we wtorek… wołowina… – Popatrzył na nią ze zdumieniem. – Ma pani rację. Rzeczywiście jest środa. Co nie znaczy, że musiała pani wrzeszczeć jak opętana. Wystraszyła mi pani ptaki.
– Widać musiałam. I gwiżdżę na to, co myślą pańskie ptaki. Chyba że zechciałyby zabrać mnie na skrzydłach z powrotem do Londynu. Albo chociaż przyfrunąć do mnie z moim bagażem, który został przy drodze razem z pocztą. – Słowa uwięzły jej w gardle, gdy nieopatrznie podniosła na niego oczy. Wydał jej się olbrzymi. Nie powinna była wspominać o pozostawionych bez opieki walizkach. Jeśli rzeczywiście był kłusownikiem, zapewne zechce je splądrować w poszukiwaniu kosztowności.
Jednak nieznajomy nie ruszył się z miejsca i nadal gromił ją wzrokiem.
Cofnęła się o krok.
– Jeśli chciała pani, by usłyszało panią całe hrabstwo, to raczej się udało – stwierdził oschle. – Byłem przekonany, że jakaś dama znalazła się w poważnym niebezpieczeństwie, tymczasem natknąłem się na kobietę, która zachowuje się jak idiotka.
– Wypraszam sobie. Nie jestem idiotką – odparła urażona, choć w tym momencie poczuła się, jakby istotnie brakowało jej piątej klepki. – Ogarnęła mnie frustracja. Byłam zdenerwowana, zmęczona i nie miałam pojęcia, co począć. – Uśmiechnęła się z nadzieją. – Na szczęście natknęłam się na pana. Może zechciałby pan posłać wiadomość do lady Winterbottom? Wtedy ktoś na pewno po mnie przyjedzie.
Nie odpowiedział. Milczał i przyglądał jej się, marszcząc czoło.
– W takim razie może mi pan powie, jak daleko jeszcze do Woodley – dodała zrezygnowana. – Proszę tylko pokierować mnie we właściwą stronę. Natychmiast sobie pójdę i nie będę sprawiać panu więcej kłopotu.
Sekundy mijały, a on wciąż gapił się na nią w milczeniu. Przeraziła się i już miała wziąć nogi za pas, gdy nagle usłyszała zbliżający się wóz.
– Panna Morgan?! – zawołał woźnica, popędzając konia.
– Tak, to ja! – Ruszyła mu na spotkanie. Gdy dotarła do furmanki, obejrzała się na nieznajomego. – Nie musi pan się fatygować – mruknęła. – Jak pan widzi, ktoś jednak po mnie przyjechał.
– Skoro nic pani nie jest… – Zerknął w kierunku drzew, zza których się wcześniej wyłonił.
– Dziękuję, nic mi nie dolega – zapewniła pośpiesznie.
– Zatem pozwoli pani, że się pożegnam i wrócę do swojej kryjówki.
– Ależ naturalnie. Nie śmiem pana dłużej zatrzymywać – odparła.
Nie czekając na pomoc woźnicy, wdrapała się na wóz i z miejsca się odprężyła. Gdy służący przeprosił za spóźnienie i zaczął ładować jej bagaż, wróciła myślami do tajemniczego dziwaka. Ciekawe, czy jeszcze go kiedyś spotka. Postanowiła wypytać o niego lady Ophelię. Nie zaszkodzi trochę poplotkować. Zresztą co innego będzie miała do roboty na wsi? Obmawianie sąsiadów to pewnie główna rozrywka mieszkańców tej prowincjonalnej dziury.
A jeśli lady Winterbottom nie będzie miała o nim nic ciekawego do powiedzenia, trudno. Sama wymyśli mu pasjonujący życiorys, a potem przeleje jego historię na papier. Fikcyjna wersja ich spotkania będzie jeszcze bardziej zajmująca niż ta prawdziwa.
Znów zapomniał, jaki dzisiaj dzień.
Martin Howell wrócił do maleńkiej leśnej szopy, którą wzniósł jakiś czas temu. Wyjrzał przez szczelinę i popatrzył za oddalającym się wozem.
Któryż to już raz wszystko mu się pomyliło? Była środa, a nie wtorek. Ciotka Ophelia poprosiła go, by wyjechał pannie Morgan na spotkanie. Powinien był czekać na nią na rozstaju dróg przed trzema kwadransami. Miał ją powitać i odeskortować do Dower Lodge. Chodziło o prostą przysługę. Każdy idiota poradziłby sobie z tym zadaniem… Nie popisał się i nic go nie usprawiedliwiało.
Nie zamierzał spędzić na łonie natury całego poranka. Wyszedł tylko na godzinkę, może dwie, głównie po to, by zebrać myśli. Tyle że jak zwykle kompletnie stracił poczucie czasu. Nagle zrobiła się druga trzydzieści, a dyliżans pocztowy przybywał do wsi o drugiej. Poza tym był pieszo i w odzieniu, w którym nie należało pokazywać się publicznie.
Gdyby panna Morgan nie krzyknęła, w ogóle by jej nie zauważył, musiałaby przejść szmat drogi na piechotę. Ale w chwili, gdy wrzasnęła,, gile, które obserwował, wykazały pierwsze oznaki aktywności. Zupełnie go to rozproszyło. Samica opuściła gniazdo w poszukiwaniu pokarmu, a on przyglądał się przez lunetę zniecierpliwionym pisklętom.
Spojrzał jeszcze raz na pisklaki, po czym sięgnął po szkicownik i utrwalił ich obraz na papierze. Na szczęście miał znakomitą pamięć do szczegółów. Ptaki płoszyły się i odfruwały przy najmniejszym ruchu czy hałasie, więc niełatwo je było rysować.
Inni przyrodnicy uciekali się do zastawiania wnyków i wyprawiania zwierząt, które zamierzali badać. On sam nie uznawał zabijania. Napatrzył się na śmierć, najchętniej już nigdy by jej nie oglądał.
Bezwiednie przycisnął palce do notatnika i złamał grafit.
To doprawdy cud, że wybuch panny Morgan nie wypłoszył z lasu całej zwierzyny, pomyślał Cóż, sam jest sobie winien. Nie krzyczałaby jak szalona, gdyby zjawił się o wyznaczonej porze tam, gdzie powinien.
Dobrze, że jego służba jak zwykle stanęła na wysokości zadania. Gospodyni, pani Spang, prawdopodobnie wysłała na wszelki wypadek wóz. Peters, lokaj, który nim powoził, zapewne wymyśli jakiś powód całego zamieszania i weźmie winę na siebie. Jego ludzie byli niezwykle lojalni i bardzo o niego dbali. Znali go jak zły szeląg, przywykli do tego, że w wielu sprawach muszą go wyręczać, zwłaszcza kiedy coś go zaabsorbuje.
Ciotce Ophelii znów przyjdzie przepraszać za jego roztrzepanie. Biedaczka bez przerwy świeciła za niego oczami. Najwyższa pora, żeby wreszcie wziął się w garść.
Westchnął ciężko i spakowawszy do plecaka lunetę, notes oraz resztki lunchu, ruszył w stronę posiadłości. Towarzyszyło mu niepokojące poczucie odrealnienia. Coraz częściej miewał wrażenie, że żyje niejako poza czasem – rozpoznawał jego upływ wyłącznie dzięki siedmiu różnym potrawom, które w danym dniu tygodnia pojawiały się na stole w niezmiennym porządku.
Czy to nie przerażające, że kazał kucharce gotować w kółko to samo? Jak tak dalej pójdzie, zacna kobiecina zanudzi się na śmierć i poszuka sobie ciekawszej posady. Niestety nie był jeszcze gotowy, by wprowadzać jakiekolwiek zmiany.
Kiedy gospodyni po raz pierwszy zwróciła się do niego z prośbą o sporządzenie menu na nadchodzący tydzień, spojrzał na ostatni jadłospis spisany ręką najdroższej Emmy. Poczuł wtedy, że nie jest w stanie zastąpić jej decyzji własnymi pomysłami. Właśnie dlatego wszystko pozostało dokładnie tak, jak zostawiła, i dlatego dziś, trzy lata później, wciąż jadał na okrągło te same dania. Rękę zmarłej pani domu widać było w każdym kącie pogrążonej w żałobie siedziby Howellów.
Nie miał pojęcia, co począć z panną Morgan. Wprawdzie przyjechała do ciotki, ale to przecież on jest głową rodziny. Lady Ophelia ani chybi każe mu przywdziać porządny surdut i powitać gościa z należnymi honorami przy kolacji.
Byle tylko nie musiał jej później zabawiać. Nie wiedział, za jakie ciężkie przewiny zesłano ją na wieś, ale miał pewne podejrzenia. Trzeba przyznać, że była całkiem urodziwa. Miała lśniące, ciemnobrązowe włosy, duże ciemne oczy i wyjątkowo zmysłowe usta. Z tak śliczną buzią mogła zawrócić w głowie każdemu mężczyźnie.
Jednak skoro zamiast znaleźć się przed ołtarzem, znalazła się na prowincji, to raczej jej ktoś zawrócił w głowie, po czym umył ręce. Cała nadzieja w tym, że ciotka zdoła utrzymać dziewczynę w ryzach, dopóki nie znajdzie się dla niej odpowiedni kandydat na męża… albo dopóki nie urodzi się owoc jej lekkomyślności, który trafi potem na wychowanie do jakiejś pary wieśniaków.
Takie rzeczy zdarzały się nader często, były wręcz na porządku dziennym, tyle że nigdy dotąd nie miały miejsca na terenie rodowej posiadłości Howellów. Nie podobało mu się, że któryś z jego dzierżawców może zostać zmuszony do opieki nad cudzym potomstwem. To ze wszech miar irytujące, że ktoś inny będzie płacił za błędy tej kobiety. Nie wyglądała na szczególnie skruszoną, kiedy natknął się na nią w lesie. Potraktowała go z góry, jakby miała do czynienia z przedstawicielem pospólstwa, a nie z dżentelmenem, który wspaniałomyślnie zgodził się ugościć ją pod swoim dachem.
Z drugiej strony nie powinien oceniać jej tak surowo. Nic o niej nie wiedział, nie wypada zatem obarczać jej całą winą za zaistniałą sytuację. Mało to łajdaków na świecie? W takich razach zwykle winni byli mężczyźni, którzy używali życia, wykorzystując naiwność dobrze wychowanych panien.
Jego świętej pamięci żona nauczyła go, że kobiety także mają swoje potrzeby. Nie należy więc karać dziewczyny za to, że uległa pragnieniom ciała, podczas gdy gagatek, który ją zbałamucił, całkowicie wyłgał się od odpowiedzialności.
Niewykluczone, że ów łotr obiecał jej małżeństwo, a kiedy już dostał, co chciał, porzucił ją bez skrupułów. Jeśli tak było, Martin bardzo jej współczuł. Doskonale wiedział, co znaczy być młodym i zakochanym, i jak bardzo człowiek czuje się rozgoryczony, gdy sprawy nie potoczą się po jego myśli.
Z tą myślą oczyścił buty z błota i przestąpił próg domu. W holu mimochodem zerknął w lustro i skrzywił się ze zgrozy. Wyglądał jak ostatni obdartus. Nic dziwnego, że panna Morgan nie okazała mu większego szacunku. Pewnie wzięła go za włóczęgę, który błąka się po majątku. A on nie zrobił nic, żeby wyprowadzić ją z błędu. Próbował dowieść, że jest wtorek, zamiast się należycie przedstawić. Najwyraźniej spędzał zbyt wiele czasu sam na sam z własnymi myślami i zatracił przez to zdolność prowadzenia cywilizowanej rozmowy.

