Sycylijska intryga
Przedstawiamy "Sycylijska intryga" nowy romans Harlequin z cyklu HQN ŚWIATOWE ŻYCIE.
W trakcie stażu w firmie brata Sabrina Parisi wdaje się w romans z jednym z dyrektorów, Teo LaRosą. Gdy Teo oświadcza się Sabrinie, ale prosi, by zachowała to w tajemnicy, Sabrina czuje, że coś tu jest nie tak. Przypadkiem odkrywa, że jego ojcem jest największy wróg Parisich. Zaczyna podejrzewać, że prawdziwym celem Teo jest zaszkodzić jej rodzinie. Nie zdradzając się, że odkryła jego zamiary, próbuje pokrzyżować mu plany. Trudno jednak walczyć z kimś, kogo wciąż się kocha…
Fragment książki
Sabrina Parisi przez cały ostatni rok udowadniała bratu, że się myli, nie przestając go przy tym kochać jak szalona. Kiedy skończyła studia, brat uznał, że powinna zrobić sobie rok przerwy. Poświęcić czas na myślenie o tym, co naprawdę chciałaby robić w życiu. Jednak Sabrina pragnęła wyłącznie dołączyć do firmy brata miliardera! Zawarła więc z nim prostą umowę. Zostanie jego asystentką, a on będzie mógł mieć na nią oko przez sześć miesięcy. Jeśli wykona dobrą robotę i nadal będzie chciała pracować w Parisi, zostanie. Jeśli znienawidzi tę pracę lub okaże się w niej beznadziejna, będzie musiała ostatecznie zrobić sobie rok przerwy, co dla wielu ludzi jawi się jako luksus. Niestety, wszystko, o czym potrafiła myśleć, sprowadzało się do firmy rodzinnej i brata, który już w młodym wieku zbudował imperium, i to pierwotnie po to, by uratować rodzinę. Dlatego pragnęła stać się częścią czegoś, co nie pozwoliło im na powrót do okropnej biedy, w jakiej dorastali. Chciała pomóc Lorenzowi w jakikolwiek sposób, oferując choćby małą rekompensatę za wszystko, co jej dał.
Przez sześć miesięcy była idealną asystentką.
Nigdy nie bała się odebrać telefonu od rozwścieczonego klienta ani powiedzieć komukolwiek, żeby poczekał. Nie irytowała się, gdy ludzie szeptali o tym, jak dostała pracę. Parisi wywodzili się z niczego, zawdzięczali wszystko wyłącznie sobie, więc nie miała skrupułów, by korzystać z majątku i wpływów brata. Czuła, że jej miejsce jest przy nim! Była to winna Lorenzowi, jego poświęceniu dla rodziny, i siostrze, którą stracili, a która nigdy nie miała szansy, by odnieść sukces. Ale przede wszystkim była to winna samej sobie.
Kiedy minęło owe sześć miesięcy, nawet wymagający Lorenzo nie mógł znaleźć żadnego uszczerbku w jej staraniach. Pozwolono jej więc zostać. Pozostanie asystentką Lorenza do końca roku, a następnie zdecyduje, w jakim kierunku chce pójść w strukturach Parisi Enterprises i gdzie wykorzystać swoje umiejętności. IT najlepiej pasowałoby do tego, co studiowała na uniwersytecie, lecz w IT istniało ryzyko popełniania błędów, a Sabrina Parisi z założenia nie chciała takiego ryzyka.
Jednak zamiast metodycznie dążyć do sukcesu, czuła się rozproszona. A stał za tym wcale nie brat, lecz Teo LaRosa, przystojny dyrektor, który obecnie piął się w firmie w górę bez żadnych koneksji. Ich kilka burzliwych miesięcy randkowania przemieniło się nieoczekiwanie w pełnowymiarowy związek, choć nadal utrzymywali go w tajemnicy.
Obecnie, usilnie ignorując motyle w brzuchu, czekała, aż Teo da swojej asystentce zielone światło, by wpuściła ją do jego gabinetu. Musiała z nim porozmawiać wyłącznie w sprawie pracy. Jej brat przedłużył urlop z rodziną, więc rozszerzone chwilowo obowiązki Sabriny często prowadziły ją do biura Teo. Za każdym razem jednak zachowywali się całkowicie profesjonalnie, choć w rzeczywistości wystarczyło, by się do niej uśmiechnął, a już uginały się pod nią kolana. Dziwnie było być tak kobiecą.
Przez całe studia bez namysłu odtrącała adoratorów. Nigdy nie czuła, że traci kontrolę nad własnym ciałem, nie mówiąc już o sercu. Dopiero Teo potrafił doprowadzić ją do takiego stanu.
Sabrina uważała się za samodzielną i obytą w świecie. Straciła matkę i siostrę w tragicznych okolicznościach, a potem odczuła wielką ulgę, kiedy ojciec zapił się na śmierć. A wszystko to, zanim osiągnęła wiek nastoletni! Od tamtego czasu wychowywał ją brat pracoholik. Myślała więc, że wie już prawie wszystko albo przynajmniej wystarczająco dużo, dopóki nie poznała Teo i jego pocałunków. Teraz świat wydawał się inny i nie była do końca pewna swojego w nim miejsca. Jedyne, co do czego nie miała cienia wątpliwości, to pragnienie bycia obok Teo.
– Pani Parisi, pan LaRosa przyjmie panią teraz – oznajmiła sztywno wyjątkowo surowa asystentka Teo.
Pani Caruso pracowała dla firmy Parisi od samego początku. Sabrina wiedziała więc, że jest ciepła i miła dla Lorenza i Teo, a dla całej reszty przypomina bryłę lodu. Nie przejęła się zatem jej kamiennym spojrzeniem. Pani Caruso wykonywała swoją pracę perfekcyjnie i nie robiło na niej wrażenia nazwisko Parisich. Sabrina zdecydowanie bardziej wolała to od zachowań ludzi, którzy przymilali się do niej lub podlizywali wyłącznie ze względu na jej bliskie pokrewieństwo z Lorenzem. Poza tym jako siostra miliardera, już wiele lat wcześniej nauczyła się żyć pod presją na milion różnych sposobów. Brat był prawdziwym „dorobkiewiczem” i niestrudzonym „ciułaczem”, który naprawdę doszedł do wszystkiego sam od zera. Jak na świeżo upieczonego celebrytę przystało, jego rzekome złe uczynki szybko zaczęły „gościć” na portalach plotkarskich.
Tymczasem Teo siedział przy biurku i kończył pisać coś na telefonie w dużym nowym biurze, które zawdzięczał temu, że doceniono jego ciężką pracę. Ciemne włosy miał jak zawsze zaczesane do tyłu i nienagannie ułożone. No cóż, nie jak zawsze. Nie poza godzinami pracy, kiedy to ona trzymała je w dłoniach. Był postawny i miał bardzo szerokie ramiona, a jego twarz mogłaby być równie dobrze wyrzeźbiona z marmuru: wystające kości policzkowe, arystokratyczny nos, same ostre krawędzie i kąty, z wyjątkiem zmysłowych ust.
Wpuszczenie Teo na stałe do sypialni lub wprowadzenie się do niego otwierały listę marzeń na jawie Sabriny, ale teraz dołączyła do niej kwestia uczuć. Kiedy Teo się do niej uśmiechał, czuła tęsknotę tak głęboką, że odbierało jej rozum, choć dopóki go nie poznała, była osobą rozsądną.
Spojrzała teraz na niego rzeczowo i wskazała energicznie na notatnik, który przyniosła.
– Lorenzo przedłużył urlop, więc będziemy musieli omówić przesunięcie na później niektórych spotkań w przyszłym tygodniu.
Zanim Teo cokolwiek powiedział, stał nieruchomo, wpatrując się w nią intensywnie. Poczuła, że mierzy wzrokiem jej ciało dokładnie tak, jak chciała. Ubierała się, wiedząc, że idzie na spotkanie z nim, wybrała więc najmodniejszą ostatnio spódnicę i bluzkę, obie w kolorze truskawkowym. Strój opinał jej ciało, podkreślając walory, prezentował się bardzo profesjonalnie, ale na pewno nie należał do aseksualnych.
– Masz chyba dostęp do mojego kalendarza? – zapytał w końcu Teo swoim zwykłym, ponuro aksamitnym tonem. – Nie mogłaś sama zmienić terminów?
– Nie! – odparła, udając trochę przesadnie zdumienie. – Wiesz dobrze, jaki jest Lorenzo. Muszę mieć pewność, że nie będzie dalszego przekładania!
Stwierdzenie to brzmiało głupio, bo przekładanie zaczęło się właśnie od Lorenza, ale każda wymówka była dobra, żeby zobaczyć Teo, a w pracy łatwiej spotkać się twarzą w twarz, niż pisać bez końca e-maile. Tak przynajmniej starała się sobie wmówić.
– Sabrino! W pracy musimy zachowywać się jak w pracy! – Przypuszczała, że chciał, by jego słowa zabrzmiały jak nagana. Jednak żar w oczach temu przeczył.
– Nie przypominam sobie, żebym sugerowała coś innego – odparła z uśmiechem.
Teo wywrócił jej świat do góry nogami, ale ona nadal była sobą. Wewnętrznie mogła się czasem trochę trząść, zwłaszcza kiedy naprawdę zalazł jej za skórę, ale nie dawała mu tego po sobie poznać. Przynajmniej taką miała nadzieję!
Teo LaRosa nie był dobrym człowiekiem. Uświadamiał to sobie za każdym razem, gdy dotykał Sabriny Parisi i nie mówił jej prawdy. Za każdym razem, gdy patrzył z nadmiernym zainteresowaniem, jak krzyżowała nogi, siedząc naprzeciw niego w biurze. Dokładnie tak jak teraz.
Sabrina była piękną kobietą. Inteligentną i tak bystrą, że prawie codziennie go zaskakiwała. Nawet gdyby nie zainteresował się nią celowo, na pewno by mu się spodobała. Jednak w realu stała się kluczem do jego planu zemsty.
– Obawiam się, że twoje oczy sugerowały coś innego, moja piękna – odparł. Napawał się tymi momentami, kiedy byli sami, flirtowali, podniecali się nawzajem, uwodzili... ale nigdy w pracy.
Poderwał ją bez problemu, bo była piękna. Tak naprawdę nie planował nawet zabrać jej do łóżka. To się po prostu stało. Łączyła ich niezaprzeczalna chemia. Czasami zapominał, że jest jego „środkiem do celu”, a nie kimś, kim może się cieszyć.
Nie zapomniał natomiast nigdy, co Dante powiedział mu, kiedy zwrócił się do niego po raz pierwszy i zarazem ostatni.
„Zmiażdżę cię, jeśli tylko spróbujesz…”
A Teo nikomu nie da się zmiażdżyć! Wykorzysta wszystkie sposoby – pracę u najgorszego wroga Dantego, wkrótce zaręczyny z siostrą tegoż wroga – aby to jego zmiażdżyć! Ukochany brat Sabriny też nienawidzi Marino. Poza tym Teo i Sab naprawdę się polubili. A po ślubie będzie dobrym mężem. Zapewni jej styl życia, do którego przywykła. Będzie miły… taka jego prywatna wersja miłości. Nigdy nie będzie jej poniżał, a na pewno nigdy nie potraktuje w sposób, który sprawi, że będzie się musiała obawiać o swoje życie. To specjalność Dantego Marino, a Teo, gdy odkrył prawdę, obiecał sobie, że nigdy nie będzie w niczym podobny do swojego biologicznego ojca.
Być może nie potrafi pokochać Sabriny tak, jak to by się należało młodej pięknej kobiecie. Nie widzi też żadnego sensu w miłości, posiadaniu dzieci czy rodziny... we wszystkich tych delikatnych kwestiach, które łatwo stracić. Ale zapewni jej godne życie. Jego przyszła żona nigdy się nie dowie, że była narzędziem czy pionkiem.
Przeorganizowali więc niezbędne harmonogramy, a Teo sam wpisał zmiany do komputerowego kalendarza. W strukturach Parisi Enterprises nie awansował, polegając na kimś innym, chociaż miał do dyspozycji asystentkę. Zapracował na to ciężko, samodzielnie i wytrwale. Podobnie było z Sabriną, której dał czas na dotarcie do „wspólnej” orbity. Teo wiedział, jak być cierpliwym. Wiedział, jak zastawić pułapkę. Ale przede wszystkim wiedział, jak przetrwać. Teraz znalazł się prawie u celu, zgodnie z obietnicą daną matce, po jej zmieniających jego świat wyznaniach na łożu śmierci. Niestety smutny, niechciany obraz matki, drobnej, wątłej i marniejącej na szpitalnym łóżku, utknął w jego umyśle na stałe, choć przez ostatnie dwa lata robił, co mógł, by go wymazać. Dlatego skupił się wyłącznie na zemście.
– To chyba wszystko – oznajmiła Sabrina, podnosząc się z miejsca.
On również wstał, ciesząc się, że nie patrzy mu w oczy. Gdyby patrzyła, jej policzki zrobiłyby się różowe, a przecież oboje nie chcieli, by wychodziła z jego biura podejrzanie zarumieniona.
– Mam spotkanie dziś wieczorem – powiedział, odprowadzając ją do drzwi – ale chciałbym zabrać cię jutro na kolację.
Zwykle podawał jej więcej szczegółów, ale jutro będzie wyjątkowe. Jutro wszystkie jego plany zaczną się materializować!
Że usłyszy „tak” po swych oświadczynach – nie miał wątpliwości. Ale w tym momencie dostrzegł też błysk podejrzliwości w jej oczach. Ponieważ znała jego harmonogram i wiedziała, że spotkanie nie jest biznesowe, stała się nagle podejrzliwa. Może uważała, że to coś tak przyziemnego i prozaicznego, jak spotkanie z inną kobietą za jej plecami? Ale Teo nie był ani przyziemny, ani prozaiczny!
Uśmiechnął się do niej w sposób, który zwykle ją łagodził. Powoli uzależniał się od tego cudownego uczucia, że może z nią zrobić, co chce, za pomocą uśmiechu.
– Spotykam się z prawnikiem zarządzającym majątkiem matki – wyjaśnił gładko, choć było to kłamstwo – nie powinno to nam zająć całego wieczoru. Jeśli chcesz, możesz przyjść do mojego mieszkania, wyślę ci esemesa, kiedy będę w drodze.
Jego matka nie miała majątku. Nie istniał więc prawnik nim zarządzający. Teo wynajął ludzi, by uzyskali DNA od Dantego, bo chciał porównać je z własnym. Dowód to pierwszy krok. Zemsta będzie drugim. Teo zapłaciłby każdą cenę, żeby wygrać tę grę!
Sabrina weszła do luksusowego apartamentu Teo, wpuszczona do budynku przez portiera znającego ją już z widzenia. Na co dzień mieszkała z Lorenzem i jego rodziną w wielkiej rezydencji, gdzie miała oddzielne wejście, więc mogła się czuć tak, jakby mieszkała osobno. Jednak Teo nigdy się tam z nią nie spotykał.
Być może na tym etapie relacji powinna poruszyć temat upublicznienia ich związku. Początkowo była zainteresowana trzymaniem go w tajemnicy, z powodu ich stanowisk w Parisi, oraz, żeby się upewnić, czy to coś poważnego. Wiedziała, że to głupie, ale nie potrafiła znieść myśli, że mogłaby się ośmieszyć przed bratem i bratową. Miała poczucie, że po wszystkim, co poświęcili, po traumatycznym życiu i po stracie najstarszej siostry, jest im winna wyłącznie dobre wieści. Chciała, by uważali ją za rozpieszczoną kobietę sukcesu, wolną od wszelkich trosk.
Westchnęła ciężko. Od południa ciągle była nie w sosie. Teo wcześniej nie wspominał, że ma zaplanowane ważne spotkanie i czuła się nieswojo z tym, że ją zaskoczył. Jednak miał wszelkie powody, by zachowywać się dziwnie w obliczu spotkania z adwokatem do spraw spadkowych po matce. Ojciec nie istniał w jego życiu, a odchodzenie matki rozciągnęło się boleśnie w czasie, więc były to tematy niełatwe.
Sfrustrowana, nawet nie włączyła w środku światła, tylko od razu poszła na swój ulubiony balkon wychodzący na miasto. Za dnia widać stąd było góry Madonie rozciągające się za Palermo. Nocą iskrzyło się od świateł, aż do miejskich granic, gdzie zaczynała się plaża nad Zatoką Palermo.
Sabrina planowała, że spędzi życie w pojedynkę jako szczęśliwa singielka. Tak jak Lorenzo, zanim zmienił zdanie i założył rodzinę. Ale skoro on potrafił uwierzyć w coś takiego jak miłość, to z pewnością miłość istnieje. Dla niej również.
Nikt jej jednak nie ostrzegł, że będzie to przerażające doświadczenie. Dopadła ją burza uczuć, których nawet nie była w stanie opisać słowami. Seks był czymś łatwym, jak się przekonała, i nagle z nowej perspektywy lepiej rozumiała swoich kolegów i koleżanki z klasy. Natomiast miłość okazała się skomplikowana.
Czy kochała Teo? Chyba tak. A on ją? Uważała, że zachowywał się, jakby tak było, ale nigdy nie wyraził niczego słowami.
Czy powinna powiedzieć mu to pierwsza? Coś podszeptywało jej, że owszem. Z drugiej strony głupie i staroświeckie zasady, które normalnie z premedytacją odrzucała, nakazywały czekać, aż on powie pierwszy.
Przemyślenia Sabriny przerwał odgłos otwieranych drzwi. Teo wszedł do środka i emanował z niego gniew, lecz tylko do chwili, gdy ją spostrzegł. Wtedy się uspokoił. I chociaż wściekłość w jego oczach trwała ułamek sekundy, to córka alkoholika i narkomanki doskonale potrafiła ją wychwycić i przygotować się na burze, które mogły nadejść w jej następstwie.
Od razu zeszła z balkonu.
– Wszystko w porządku? – zapytała ostrożnie, udając neutralny ton.
Spotkanie nie poszło po jego myśli i odsunęło w czasie realizację wielu planów, co wprawiło Teo w paskudny nastrój. Na tyle paskudny, że zapomniał, że zaprosił Sabrinę, w której obecności nie zamierzał ujawniać, że miewa napady złości. Ale dziś wieczorem wszystko się w nim gotowało i nie miał pojęcia, jak to ujarzmić.
Ludzie, których wynajął, nie zdobyli koniecznego DNA. Powiedzieli, że potrzebują jeszcze tygodnia. Nie wiedział więc, czy odłożyć zaręczyny, czy wręcz przeciwnie. Czy wynająć innych ludzi, czy pozostać przy tych, którzy obiecali mu zdobyć to, czego tak pragnął. To właśnie wywoływało jego gniew. Musiał się pozbyć Sabriny bez wzbudzania podejrzeń, bo potrzebował spokoju w samotności, by ponownie skonfigurować swoje plany, obecnie wywrócone do góry nogami.
– Teo? – Sabrina nie wyglądała na przestraszoną, ale widział jej niepokój.
– Tak, w porządku – odparł, ale jego głos nie był przekonujący. Nawet dla niego. Wiedział, że brzmi wrogo.
– Myślałem, że to będzie moje ostatnie spotkanie z prawnikiem, ale powiedział mi, że nie. Chciałbym, żeby to się nareszcie skończyło. – Teo nie widział problemu w odrobinie prawdy wymieszanej z kłamstwami.
– To musi być bardzo trudne – bąknęła, wyciągając do niego rękę, oferując życzliwość, na jaką nie zasługiwał.
– Będę chyba musiał cię przeprosić… Jestem w okropnym nastroju i to się już dziś nie zmieni. Może po prostu powinnaś iść do domu… – Użył słowa „może”, ponieważ jeśli rozumiał cokolwiek na temat Sabriny, to na pewno tyle, że źle reagowała na rozkazy.
– Być może – zgodziła się łatwo, ale nadal tam stała.
W jej oczach widział współczucie, nie litość. Tylko ciepło i życzliwość, czyli wszystko, czego nie powinna mu dawać.
– Choć może – kontynuowała cicho – powinnam zostać, bo nie jestem tu tylko po to, by cieszyć się twoim dobrym nastrojem.
Przez chwilę zabrakło mu słów. Nie mógł się w ogóle poruszyć. Bał się komplikacji. Już i tak przekroczył z nią zbyt wiele osobistych granic: mając ją w łóżku, rozmawiając o śmierci matki… Jeśli nie pozbędzie się jej teraz, bez wątpienia przekroczy kolejne granice. Katastrofa.

