Zapisz na liście ulubionych
Stwórz nową listę ulubionych
Szaleństwo zmysłów / Hotel rozkoszy
Zajrzyj do książki

Szaleństwo zmysłów / Hotel rozkoszy

ImprintHarlequin
Liczba stron320
ISBN978-83-291-2417-1
Wysokość170
Szerokość107
EAN9788329124171
Tytuł oryginalnyThe Lost HeirWhat the Bride Didn't Know
TłumaczElżbieta ChlebowskaAnna Bieńkowska
Język oryginałuangielski
Data premiery2026-04-21
Więcej szczegółówMniej szczegółów
Idź do sklepu
Idź do sklepu Dodaj do ulubionych

Przedstawiamy "Szaleństwo zmysłów" oraz "Hotel rozkoszy", dwa nowe romanse Harlequin z cyklu HQN GORĄCY ROMANS DUO.

Freya spędziła magiczną noc z przystojnym Australijczykiem. Rano zamierzała się z nim pożegnać i dalej poszukiwać bratanka swej zleceniodawczyni, spadkobiercy fortuny w Stanach. Podczas rozmowy okazało się, że od dawna szuka właśnie jego. Heath niechętnie zgadza się opuścić na krótko Australię, ale prosi ją, by mu towarzyszyła w świecie, którego nie zna. Freya nie potrafi mu odmówić…

„Pochyliła się nad nim. Przesuwała ustami po jego barkach i ramionach. Czuła napięcie mięśni pod skórą, mimowolne miarowe poruszenia palców, gdy całowała go coraz goręcej, coraz bardziej zmysłowo, wsłuchując się w rytm jego serca i pieszcząc go do upojenia. Miał wspaniałe ciało, wszystko w nim ją zachwycało i wydawało się nowe, bo niczego nie pamiętała...”.

Fragment książki

Freya Wilson magle się przebudziła. I rozejrzała wokół. Nie poznała miejsca. Co tu robi?

Głowa jej pękała. Przez okno wpadało jaskrawe światło słońca. Tanie meble, byle jakie dodatki. To nie jest jej sypialnia. Dopiero po chwili uświadomiła sobie, że znajduje się na drugim końcu świata, w Australii, w nadmorskim miasteczku Noosa. Ale nie w hotelu.

W gardle jej zaschło, w ustach czuła kwaśny smak. Poprzedniego wieczoru za dużo wypiła, urwał jej się film. Pamiętała tylko zamglone obrazy.

Poderwała się, jasnoniebieskie bawełniane prześcieradło zsunęło się z gołego ciała. Obcy kraj, obce miejsce, a ona siedzi w stroju Ewy. Pościel po drugiej stronie łóżka wygnieciona. Ktoś tu spał. Gdzie jest teraz?

Przyleciała do Australii na prośbę matki chrzestnej, Sarah Rutherford, na poszukiwanie spadkobiercy miliardowej fortuny, Josepha Rutherforda II. Na krótkiej liście było pięć prawdopodobnych osób. Ostatnio wyeliminowała z niej trenera fitnessu z Nowej Zelandii – nie był poszukiwaną osobą.

Teraz zamierzała sprawdzić właściciela australijskiego baru. Heath Dunstan nie miał konta w mediach społecznościowych. Nie wiedziała nawet, jak wygląda. Znalazła tylko lokalizację jego baru.

Pamiętała kierowcę, który przywiózł ją z lotniska do Noosa Heads. Ciągnąc za sobą podręczną walizkę, stanęła na progu tętniącego życiem lokalu. Barman z błyszczącymi ciemnymi oczami powitał ją uśmieszkiem, unosząc jeden kącik ust, jakby dawał jej tajny znak.

Usiadła na stołku przy barze i próbowała wyciągnąć z niego informacje na temat właściciela, zresztą z marnym skutkiem. Udawała turystkę na wakacjach, aby móc tu wrócić i dowiedzieć się czegoś więcej.

Co się działo dalej?

Na podłodze zauważyła swoją seledynową sukienkę, wciągnęła ją przez głowę i podeszła do okna.

Przed sobą widziała lśniący niebieski ocean, piaszczystą białą plażę i surferów, którzy próbowali szczęścia na spienionych falach. Przypomniała sobie, że barman opowiadał jej o porannym pływaniu na desce…

O rany, zrobiła to?

Rozejrzała się po pokoju w poszukiwaniu wskazówek, gdzie jest.

Przystojny barman – Karl? Kelly? Cody? – był jedyną osobą, którą zapamiętała z wczorajszej nocy, poza barmanką obsługującą klientów po drugiej stronie długiej drewnianej lady.

Serce jej łomotało. Tłumaczyła Sarah, że nie nadaje się do tej roboty, ale matka chrzestna się uparła. Freya była policyjną biegłą księgową, a nie agentką specjalną. Nie miała doświadczenia w tropieniu osób zaginionych. Lubiła liczby. Kolumny liczb i arkusze kalkulacyjne były jej żywiołem. Śledzenie ludzi, którzy się ukrywali, zdecydowanie ją przerastało.

Rozległ się szczęk klucza w drzwiach.

Zamarła. Gdyby miała z sobą walizkę i torebkę, mogłaby szybko wyjść, gdy tylko drzwi się otworzą. Niestety, nigdzie ich nie widziała. Trzeba zachować spokój. Może uda jej się zebrać trochę informacji o właścicielu baru, skreśli go z listy i ruszy dalej.

Drzwi skrzypnęły. W wejściu stanął barman z wczorajszego wieczoru. Był półnagi, przez ramię miał przewieszony ręcznik, pod pachą trzymał deskę surfingową.

– Cześć – powiedział i twarz rozjaśnił mu ten sam filuterny półuśmiech. – Nie byłem pewien, czy jeszcze cię tu zastanę.

– No tak. – Starała się patrzeć mu w oczy, a nie gapić się na muskulaturę opalonego torsu.

Oparł deskę o ścianę, energicznie wytarł ręcznikiem rozjaśnione od słońca włosy.

– Morze było wspaniałe. Jazda na falach jak bajka.

Freya wyjrzała przez okno, by zyskać na czasie, ale jaskrawe słoneczne światło raziło w oczy. Ból głowy dokuczał coraz bardziej. Wspomnienia minionej nocy przelatywały jej przed oczami, ale nie dawały się logicznie uporządkować. Gdyby się przespała z tym Adonisem, chyba by pamiętała. Nie mogłaby wymazać z pamięci kogoś o ciele greckiego boga.

– Wezmę prysznic, a jeśli masz ochotę, możemy potem zejść na dół i zjeść śniadanie. A przynajmniej napić się kawy – zaproponował przystojniak.

– Jasne – bąknęła, ale zabrzmiało to jak pytanie.

– Dobrze się czujesz?

– Szczerze mówiąc – wzięła głęboki wdech – to zabawne, ale nie pamiętam wczorajszej nocy.

– Nie wyglądałaś na pijaną – odparł speszony i zakrył usta opaloną dłonią. – Nie byłem… Nie miałem zamiaru…

– O nic cię nie oskarżam – zapewniła go pospiesznie. – Jestem tylko trochę zawstydzona.

– Chcesz się napić wody? – Sięgnął po szklankę. – Mówiłaś o długim locie. Może to efekt różnicy czasu w połączeniu z alkoholem? – Napełnił szklankę wodą.

Wychyliła ją duszkiem.

– Dziękuję. Czuję się tak, jakbym od wielu dni była w drodze. Leciałam z Nowego Jorku do LA, potem do Nowej Zelandii, a po jednym dniu do Australii – wyjaśniła.

– Jet lag i brak snu to kiepskie połączenie – przyznał i podrapał się po karku.

Miał imponujące bicepsy napinające się pod skórą. Poczuła przyjemny dreszczyk i przypomniała sobie, że minionej nocy też przyglądała się jego imponującej muskulaturze. Niemal czuła pod palcami gładką skórę.

Odwróciła wzrok. Musi sobie przypomnieć wydarzenia minionej nocy.

– Zapytałam cię w barze, co polecasz.

Na szczęście opuścił ramiona i wsunął ręce do kieszeni spodni.

– Podałem ci daiquiri z mango, potem do zamknięcia piłaś dżin z tonikiem. Trochę flirtowaliśmy. Więcej niż trochę.

Zgadza się. Lubiła tropikalne drinki, gdy pasowały do otoczenia. Zwykle też zamawiała dżin z tonikiem. Ta ilość alkoholu nie wystarczyłaby do całkowitej utraty pamięci, nawet przy jet lagu i dość słabej głowie.

– Rzadko piję. Podróże transoceaniczne też odbywam nieczęsto. Postaram się nie łączyć jednego z drugim. – Skrzywiła się, bo ból rozsadzał jej czaszkę. – Co właściwie działo się w nocy?

– Powiedziałaś, że nie masz nigdzie rezerwacji, a w sezonie trudno o wolne miejsca w hotelach. Zaproponowałem ci nocleg na jedną noc na kanapie.

– Obudziłam się w twoim łóżku. Goła. – Uniosła brwi w niemym pytaniu.

– Po zamknięciu baru, kiedy Tina poszła do domu, usiedliśmy przy kontuarze, a ja wyciągnąłem dobry dżin. Wypiliśmy jeszcze dwie kolejki.

– I tak się zaczęło? – Wróciło parę wspomnień, ale dotyczyły głośnego śpiewania przebojów z lat dziewięćdziesiątych. – Zrobiliśmy sobie karaoke?

– Nie dopuściłaś mnie do mikrofonu. Byłaś jak gwiazda rocka. – Uśmiechnął się. – Masz dobry głos.

Pamiętała jakieś ballady. Stała wtedy…

– Wskoczyłam na kontuar?

Potwierdził z tłumionym śmiechem.

– A potem kazałam ci wdrapać się ze mną. – Zawstydziła się. Najlepiej zapaść się pod ziemię.

– Zdarzyło mi się to pierwszy raz, a mam ten bar od pięciu lat.

Przypomniała sobie, jak złapała go za koszulę i przyciągnęła do siebie.

– Pocałowałam cię – wyszeptała.

W domu była odpowiedzialną osobą, z zasadami, nudną nawet. A wczoraj niespodziewanie poczuła potrzebę zrobienia czegoś szalonego. Znalazła się po drugiej stronie świata, nikt jej nie znał, nikt nie kontrolował, najwyższa pora zaskoczyć samą siebie.

Poderwała seksownego barmana i poszła z nim do łóżka. Gwałtownie się zaczerwieniła. Umierała ze wstydu, ale też była trochę dumna, że stać ją na takie ryzyko.

– Zgadza się. – Jego usta wykrzywił uśmieszek. – Dziewczyno, to było gorące!

Emanował z niego seksualny wdzięk, który pozbawił ją tchu. Potrzebowała chwili, aby się ogarnąć.

– A potem? – Wskazała brodą łóżko.

– Zrobiliśmy to. Dwa razy. Nie pamiętasz?

– Niejasne przebłyski, ale im więcej o tym rozmawiamy, tym lepiej sobie przypominam. – Wyglądał na zawiedzionego, więc dodała szybko: – Jestem pewna, że byłeś świetny.

Parsknął śmiechem, po czym opanował się i mruknął:

– Plasterek na męskie ego.

Zdała sobie sprawę, jak protekcjonalnie to zabrzmiało. Na szczęście potraktował jej słowa jak żart, a nie powód do obrazy, więc zaśmiała się razem z nim.

– Najgorsze, że nie pamiętam, jak ci na imię.

– Heath. – Wyciągnął rękę. – Heath Dunstan.

Straciła grunt pod stopami i w głowie jej się zakręciło. To niemożliwe! Pierwszy raz pozwoliła sobie na nieodpowiedzialny wybryk, dlaczego właśnie z nim?

– Myślałam, że Kyle albo Cody – bąknęła.

– Tina, moja barmanka, nazywa mnie Kelly, od tego surfera, Slatera. Mówi, że na wodzie mam podobny styl.

– Ale naprawdę nazywasz się Heath Dunstan – powtórzyła, by mieć pewność.

– Tak. To ja. – Spoważniał. – Jakiś problem?

– Tak. Nie. Być może.

Nie przypominał Rutherfordów z ich ciemnymi włosami i pociągłymi twarzami, więc może nie jest ich spadkobiercą. Rozpaczliwie czepiała się wątłej nadziei.

– A co chodzi?

– Szukałam cię. Po to przyleciałam do Australii.

– Czas na ciebie. – Zesztywniał i jego twarz się zmieniła. Sięgnął po jej torebkę leżącą na blacie kuchennym i wcisnął jej w ręce. – Miło było cię poznać, ale nie wracaj.

Otworzył drzwi i niemal wypchnął ją na antresolę, z której roztaczał się widok na bar, a na końcu były kręcone metalowe schody.

Poczuła, że kręci jej się w głowie. Jak ma to wszystko wytłumaczyć Sarah? „Przepraszam, przespałam się z facetem, zanim zdałam sobie sprawę, że jest na liście, a teraz on nie chce ze mną gadać”.

Nigdy dotąd nie zachowała się tak nieprofesjonalnie. Sarah będzie bardzo zawiedziona.

Desperacja zmusiła ją do szybkiej reakcji. Oparła o futrynę nogę i bark, aby powstrzymać go przed zatrzaśnięciem drzwi.

– Heath, przepraszam, nie mówię jasno, ale mam strasznego kaca i głowa mi pęka. Proszę, daj mi kilka minut. Parę pytań, nic więcej.

– Nie ma mowy – wycedził. Jego oczy, przed chwilą roześmiane, były teraz zimne i oskarżycielskie.

Nie ma wyboru, musi mu powiedzieć wszystko.

– Bardzo prawdopodobne, że jesteś miliarderem, ale o tym nie wiesz. – Zawahał się i to jej pozwoliło skuteczniej zablokować drzwi. – Daj mi dziesięć minut na wyjaśnienie, potem sobie pójdę. Obiecuję.

Zmarszczył brwi. Sprawiał teraz ponure wrażenie. Zamarła w oczekiwaniu na werdykt.

– Pięć minut. Potem na zawsze znikniesz mi z oczu.

– Zgoda. – Miała nadzieję, że się uda.

Heath zaklął pod nosem i wpuścił do mieszkania rudowłosą kobietę o brązowych oczach, która niemal zawróciła mu w głowie. Jeśli z powodu jednorazowej przygody zaprzepaścił lata ukrywania się i wieloletnie poświęcenie matki, nigdy sobie nie wybaczy.

Zasady ostrożności, które matka mu wpajała przez całe życie, spowodowały, że nie zapraszał nieznajomych do swojego domu. Wczoraj na chwilę stracił kontrolę.

Potrzebował relaksu. W dniu urodzin mamy zazwyczaj jeździli z siostrą do miejsca na odludziu, gdzie cztery lata temu rozsypali jej prochy. W tym roku miał problem z harmonogramem pracy personelu. Musiał zastąpić pracownika w barze; jako właściciel nie miał wyboru.

Mae proponowała odłożenie wyprawy, ale stanęło na tym, że pojedzie tam sama – jedno z nich będzie na miejscu, aby uczcić pamięć mamy.

Skoro Freya – jeśli tak ma na imię – go odnalazła, dobrze, że przynajmniej Mae nie jest na jej celowniku. Jeśli będą musieli zmienić tożsamość i wyjechać z miasta, łatwiej będzie to zrobić, gdy prześladowcy nie wiedzą o istnieniu jego siostry.

Freya podeszła do wysokiego okna z widokiem na plażę, bawiła się paskiem torebki.

– Masz pięć minut. – Znacząco spojrzał na zegarek.

– To delikatna sprawa. Naprawdę muszę mówić pod presją czasu?

– Pięć minut to wystarczająco dużo. – Serce mu zamarło, gdy pomyślał, że wszystko było wielką mistyfikacją. – Wskoczyłaś mi do łóżka, żeby mnie uwieść? Historyjka o zaniku pamięci też jest wyssana z palca?

Zaczerwieniła się i rumieniec przykrył lekkie piegi na policzkach.

– Wcale nie. A skoro o tym mowa, wszystko się skomplikowało i ta noc nie powinna mieć miejsca.

– Tu się zgadzamy. Przejdź do rzeczy. Masz cztery i pół minuty.

– Szukam kogoś, a ty jesteś na liście. Twój akt urodzenia mówi, że przyszedłeś na świat w Meksyku. Czy jest szansa, że naprawdę urodziłeś się w Stanach i miałeś innego ojca?

To, że znała jego lipny akt urodzenia, zapaliło mu w głowie lampkę alarmową. Kwestionowanie jego prawdziwości – to drugi niepokojący sygnał.

– Nie mam powodu ci się tłumaczyć. Nie wiem, kim jesteś. – Spojrzał na nią wrogo.

– Nazywam się Freya Wilson i jestem biegłą księgową pracującą dla FBI.

– Szuka mnie FBI? – Ciarki przeszły mu po plecach.

– Nie, jestem na urlopie. To przysługa dla bliskiej osoby.

– Podsumujmy fakty. Jesteś tu prywatnie, nie masz żadnych uprawnień, poszłaś do łóżka z kimś, kto rzekomo jest celem twoich poszukiwań, i oczekujesz, że opowiem ci historię mojego życia. Może zacznij od tego, że podasz mi więcej informacji.

Wciąż miał nadzieję, że to pomyłka, ale i tak nie miał zamiaru znaleźć się na celowniku FBI. Skrzyżował ręce na piersi i czekał.

– Poproszono mnie, żebym znalazła mężczyznę, który urodził się jako Joseph Rutherford II. W przeszłości poszukiwali go zawodowi detektywi, ale nie wpadli na jego trop. Ja się tym zajęłam po raz pierwszy.

– Zdaje się, że Joseph Rutherford II nie chce być znaleziony. – Z trudem utrzymywał pokerową minę.

– Jego matka uciekła z nim, kiedy był małym dzieckiem. Może nie zdawać sobie sprawy z tego, jakie ma możliwości.

– Szukasz dorosłego mężczyzny. Gdyby chciał, już dawno by odnalazł swoich krewnych.

– Są okoliczności, o których nie wie.

– Chodzi o pieniądze?

– Czeka na niego duża suma na funduszu powierniczym. Ma prawo o tym wiedzieć.

– Forsa to nie wszystko. – Matka wpoiła mu, że pieniądze wydobywają z ludzi najgorsze cechy.

Bar przynosił wystarczające zyski, aby żyć wygodnie, i nie nakładał na niego żadnych zobowiązań.

– Żona Josepha Rutherforda od niego uciekła. Nie znam szczegółów. Nikogo o nic nie oskarżam. Rutherford ojciec nie żyje. Jeśli się go obawiała, zagrożenie już nie istnieje.

– Czas minął. – Spojrzał na zegarek. – Niepotrzebnie przyleciałaś. Nie jestem człowiekiem, którego szukasz.

– Heath – ostrzegła go ze współczuciem – nie będę ostatnią osobą, która do ciebie zapuka. Jeśli Joseph Rutherford II to ty, pojawią się kolejni. Nie ja sporządziłam listę, ja ją tylko sprawdzam.

– Wyjaśnij zleceniodawcy, że to ślepa uliczka.

– Nie mogę. Chodzi nie tylko o pieniądze, są też krewni.

– Powiedziałaś, że stary człowiek nie żyje.

– Miał siostrę. Sarah. Nigdy nie straciła nadziei, że odnajdzie bratanka. To ona mnie wysłała. – Twarz Freyi złagodniała.

Dorastał z matką i siostrą, były dla niego całym światem, ale zawsze chciał mieć większą rodzinę.

– Nie jestem zainteresowany – powiedział jednak.

– Jeśli to ciebie szukam, to powinieneś się dowiedzieć, że Sarah jest cudowną ciotką. Chce jak najlepiej dla bratanka i może ci pomóc poradzić sobie z… komplikacjami. – Zacisnęła usta, potem westchnęła. – Heath, czy to ty?

Podszedł do okna. Patrzył na fale uderzające o brzeg. Morze zawsze przynosiło mu ukojenie. Tym razem udało mu się myśleć bardziej racjonalnie. Skoro został odnaleziony, powinien zmierzyć się z przeszłością.

Jego rodzina. Jego dziedzictwo.

Dopóki się da, ukryje prawdę o Mae. Zakładając, że Freya i jej podobni porządnie wykonali swoje zadanie, wiedzą o jej istnieniu, ale matka zarejestrowała narodziny córki rok po fakcie, w Meksyku. W papierach figuruje inny ojciec. Nie pozwoli na to, aby zmarnowało się poświęcenie mamy.

– Mówiąc uczciwie, sam nie wiem – przyznał. – Moja matka przez całe życie przed kimś uciekała, kilka razy zmieniała nazwisko. Prawdziwe zachowała w tajemnicy w obawie, że się wygadam. Zabrała swój sekret do grobu.

Po jej śmierci oboje z siostrą mieszkali w Australii pod przybranym nazwiskiem, co mogło im przysporzyć problemów prawnych i skończyć się deportacją. On miał prawo do amerykańskiego obywatelstwa, urodził się w Stanach, jednak nie miał dokumentów pozwalających na ustalenie prawdziwej tożsamości.

Mae była w gorszej sytuacji, przyszła na świat w Meksyku. Nie zamierzał ryzykować rozdzielenia z siostrą. Byli wzorowymi mieszkańcami miasteczka, przestrzegali prawa, Australia stała się ich domem. Wścibska rudowłosa Amerykanka wprowadziła zamęt do jego życia.

– Masz dwa wyjścia – powiedziała. – Jeśli nie jesteś potomkiem Rutherfordów, testy DNA to pokażą. Zrekompensujemy ci poniesione koszty, wykreślimy z listy i wrócisz do swojego życia.

– A jeśli jestem człowiekiem, którego szukasz?

– Przyjedziesz do USA, załatwimy sprawy spadkowe, przejmiesz odziedziczony majątek. Skoro nie chcesz pieniędzy, rozdasz je albo wyrzucisz, twoja sprawa. Ale masz do czego wracać. No i raz na zawsze przestaniesz się oglądać przez ramię, czy ktoś cię nie ściga. W dodatku zyskasz ciotkę, która bardzo chce cię poznać. W obu wariantach wygrywasz. Nie masz nic do stracenia…

Fragment książki

Siedemnastoletnia Lena West ponownie przebiegła wzrokiem pytanie. Chyba chodzi o coś związanego ze wzorem Eulera i płaszczyznami zespolonymi, jednak nic więcej nie przychodziło jej do głowy. Z jękiem zasłoniła oczy, by nie patrzeć na błękitny ocean w dali. W lecie trudno zmusić się do nauki, zwłaszcza gdy za domem jest plaża. Starszy brat już tam pobiegł, bo fale kuszą.

To naprawdę niesprawiedliwe, że Jared nie ma problemów z matmą. Dwójka młodszego rodzeństwa też była genialna – oni błyskawicznie znaleźliby odpowiedź na szóste pytanie. Czternastoletnia Poppy chętnie by jej pomogła, gdyby tutaj była. Niestety, jako członkini doradczego zespołu matematycznego Uniwersytetu Queensland większość czasu spędzała w Brisbane.

Trzynastoletniego Damona też nie mogła spytać, bo po lekcjach odsiadywał karę za złe zachowanie. Dawał się nauczycielom we znaki i nie sposób było go nie zauważyć.

Jej to nie groziło, czym zresztą wcale się nie przejmowała. Westchnęła, znów wbiła wzrok w pytanie. Niby takie proste, każde z jej rodzeństwa odpowiedziałoby na nie z zamkniętymi oczami.

- Dureń – wymruczała ze złością.

- Kto? – Tuż za jej plecami rozległ się przyjemny głęboki głos.

Lena podskoczyła, bo nie usłyszała, że ktoś wszedł. Z ponurym grymasem odwróciła się i popatrzyła na Adriana Sinclaira. Mieszkał dwa domy dalej i od przedszkola był najlepszym kumplem Jareda.

- Nie umiesz pukać? – Skrzywiła się jeszcze bardziej. Po co pyta? Adrian nie musi pukać, bo stale u nich siedzi.

- Nie chciałem przeszkadzać ci w myśleniu.

- Jednak to zrobiłeś.

Adrian uśmiechał się lekko.

- Powiedziałaś „dureń”. Myślałem, że to do mnie.

- Dureń.

- No widzisz?

Trudno nie uśmiechnąć się na widok jego roześmianych brązowych oczu.

- Tymi krzywymi uśmieszkami nic nie wskórasz.

- Różnie bywa. Jared jest w domu?

- Nie, już go tam poniosło. – Gestem wskazała na ocean. Nadal niebieski i kuszący. Jared, z deską w ręku, właśnie wychodził z wody. – Czemu z nim nie poszedłeś?

- Miałem zamiar – odparł. – A ty dlaczego tu siedzisz?

- Jutro mam test z trygonometrii. – Popatrzyła na niego przebiegle. Adrian i Jared byli klasę wyżej. – Wiesz coś o wzorze Eulera i płaszczyznach zespolonych?

Adrian pochylił się nad jej ramieniem.

- Z którym pytaniem masz problem?

- Z szóstym.

- Dodatkowym? Nie wiesz, że możesz je sobie darować?

- Powiedzmy, że taka możliwość odpada.

- Dobra. – Sięgnął po podręcznik i zaczął przerzucać kartki. Duże dłonie, mocne palce, miejscami zgrubiała skóra od godzin spędzonych na kitesurfingu.

Ogarnęła ją niezdrowa pokusa, by nakryć dłonią jego rękę, poczuć jej siłę i ciepło…

Położył książkę i wskazał znaleziony rozdział. Musnął torsem o jej ramię i… zrobiło się gorąco.

- Nie chcesz usiąść? – zapytała, czując, że lepiej zwiększyć odległość między nimi.

- Nie, wysiedziałem się przez cały dzień.

Poruszyła się niespokojnie. Otaczał ją znajomy zapach, orzeźwiająco świeży i korzenny, a przecież Adrian był po całym dniu szkoły. Czyżby wziął prysznic? To raczej bez sensu, skoro po lekcjach zawsze biegł surfować.

- No więc… - Jego głos zabrzmiał jakby bardziej szorstko niż zwykle. – Pytanie numer sześć.

Właśnie. Pytanie numer sześć.

- Próbowałam znaleźć…

- Co się dzieje? – rozległ się głos Jareda.

Zdziwiona popatrzyła na zwężone oczy brata. Byli do siebie bardzo podobni. Jared, tak jak ona, miał czarne niesforne włosy; jej były dłuższe i bardziej potargane. Jego oczy były niebieskie, jej, w zależności od światła, przybierały bardziej szary odcień.

Oboje mieli sportowe sylwetki. Żałowała, że nie ma bardziej kobiecych kształtów, ale cóż. Skrzywiła się podobnie jak brat.

- Co cię ugryzło? Za mało wielbicielek przyszło na plażę? – Jared nie mógł narzekać na brak powodzenia. Zauroczone nim panienki przyjaźniły się z Leną w nadziei, że się do niego zbliżą.

Jared jednak zmieniał dziewczyny jak rękawiczki i te przyjaźnie zwykle szybko się kończyły.

- Ich strata – pocieszał Lenę, gdy żaliła się, że ma coraz mniej koleżanek.

Tym stwierdzeniem trochę poprawiał jej nastrój, jednak przez niego traciła znajomych. Jared chyba miał wyrzuty sumienia i z litości nie odganiał jej od siebie. Zżymała się na tę jego litość, lecz cóż, jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma.

- Pytałem, co się dzieje – powtórzył chłodno.

- Zadanie z trygonometrii – odparła.

Jared przeniósł wzrok na Adriana.

- Aha, masz teraz nauczyciela. Spec od trygonometrii. Pan Trig.

Adrian spokojnie wytrzymał spojrzenie Jareda.

- Jak masz jakiś problem, to wal.

Jared jeszcze raz popatrzył na siostrę i na Adriana.

- Znasz zasady – rzucił szorstko.

- Znam zasady? – zapytała. – Jakie?

- On myśli, że się do ciebie dowalam – odezwał się Adrian po chwili milczenia. – To mało przyjemne.

- Co takiego? – zdumiała się Lena. Czy to możliwe, że mu się podoba? – Jared, chcesz mi wypłoszyć potencjalnych adoratorów? Jeśli tak... – Zwęziła oczy. – To dlatego Chester nie zaprosił mnie na szkolny bal? Wiem, że miał taki zamiar, a jednak tego nie zrobił.

- To przez ciebie – odrzekł Jared. – Pewnie się bał, że w rewanżu zaprosisz go na lotnię. On podobno ma lęk wysokości.

- I boi się kociaków – dodał Adrian. – Chyba nawet własnego cienia.

- Może to byłaby miła odmiana – mruknęła. – Może chciałam zobaczyć, jak żyją spokojni przystojni faceci.

Nie przesadzała, takie były fakty. Chester był niesamowicie przystojny. Chętnie spędzałaby z nim czas, choć nie do końca był w jej stylu.

- Zjadłabyś go żywcem – dodał Jared.

- O to mi chodziło. Jared, jak jeszcze raz zaczniesz mieszać się w moje miłosne życie, załatwię cię na cacy. Ciebie też – podkreśliła, zwracając się do Adriana.

- Ja już jestem załatwiony – mruknął Adrian, a Jared prychnął gniewnie. Obaj znów wymienili spojrzenia. Dotąd jej to nie przeszkadzało. Dzisiaj tak.

- Na Boga, opanujcie się.

- Właśnie, Trig – zjadliwie powiedział Jared. – Opanujmy się.

- Jeśli pójdziemy dziś surfować, przytopię cię na amen – odrzekł Trig, wcześniej znany jako Adrian.

Jared przyjaźnie pstryknął na niego palcem.

- Czy to gra wstępna? – zapytała. – Jeśli tak, to może znajdźcie sobie inne miejsce? Próbuję skupić się na nauce.

- Odkąd to potrzebujesz pomocy przy matmie?

- Odkąd zrobiła się trudna. Co za kretyńskie pytanie.

- Poważnie? Nie radzisz sobie z trygonometrią?

- Dlatego podejrzewam, że nie łączą mnie z nimi więzy krwi – oświadczyła. – Jestem dzieckiem mleczarza.

- Za to masz charakter – podsumował Adrian. – Nawet jeśli potrzebujesz odrobinę więcej czasu niż oni, żeby skumać trygonometrię, to jakie to ma znaczenie?

- Opóźniam się. Jeszcze trochę, a się mnie wyrzekną. Tak to bywa, gdy ktoś nie nadąża.

- Niby od kiedy nie nadążasz? – wtrącił Jared, urodzony lider, który nigdy z niczym nie miał problemów. Musiała się nieźle przykładać, by nie zostać w tyle.

Starała się, lecz coraz bardziej czuła, że dystans między nią a resztą rodzeństwa rośnie. Wszyscy byli wyjątkowi, tylko ona zwyczajna.

- Wyrzekniecie się mnie, jeśli wam nie dorównam? – zapytała.

Jared zaniemówił, Adrian zaś przyglądał jej się dziwnie, jakby już wcześniej wiedział o dręczących ją wątpliwościach. Chyba tylko nie pojmował, dlaczego właśnie teraz je z siebie wyrzuciła. Zresztą sama tego też nie pojmowała.

- Nieważne – mruknęła.

- Z niczym się nie opóźnisz. – Jared wreszcie odzyskał głos. – Już ja tego dopilnuję.

- A może taka jestem? Każdy ma swoje ograniczenia, nie?

- Przestań – uciął Jared. – To defetyzm. Więcej wiary.

- Nikt nikogo nie odrzuci – zauważył Adrian. – Leno, Jared nigdy się ciebie nie wyrzeknie. On jest chorobliwie opiekuńczy. Nie widzisz, że robi się z niego jaskiniowiec gotowy mnie ukatrupić, kiedy zatrzymuję na tobie wzrok?

- Widzę, ale on chroni ciebie, nie mnie.

- A może was oboje – odparł Jared. – Nie pomyśleliście o tym?

- Ambitniak – mruknęła, Adrian zaś pokiwał głową. Lena roześmiała się, rozładowując atmosferę.

- To może zacznę od początku? – zaproponowała.

- Dasz radę bez przesadnego smęcenia? – zapytał brat.

- Chcesz konkretów? – Czemu nie? – Głupia baba potrzebuje odrobinę pomocy przy matmie, zanim pójdzie posurfować. Utknęłam przy szóstym pytaniu.

W ten sposób do końca roku załatwiła sobie dwóch nauczycieli matematyki, a Adrian zyskał ksywkę Trig. Niby to go nie brało, ale...

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Zazdrość potrafi zatruć życie. Widok ludzi, dla których poruszanie się było czymś naturalnym i oczywistym, natychmiast wyzwalał w Lenie mroczne emocje. Starała się brać je w karby, co nie było łatwe, zwłaszcza gdy dołączała się do nich złość na cały świat i żal nad sobą. Wtedy jej nastrój dramatycznie się pogarszał.

Dziewiętnaście miesięcy temu została poważnie postrzelona w brzuch. To, co od tamtej pory przeżywała, odsłoniło raczej jej najgorsze strony, nie te najlepsze. Kiedy zaczynała rehabilitację, terapeutka przywołała ją do porządku i kazała skupić się na pozytywnych rzeczach.

Przede wszystkim żyje. Może chodzić.

Terapeutka postukała ją po głowie. Jesteś naprawdę mocna. Tutaj. Potraktowała to jako komplement. Ale gdy kazała jej zrezygnować z ćwiczeń, póki nie wydobrzeje, Lena nie usłuchała. W zamian usłyszała, że jest uparta jak osioł. Uparta i niezbyt pojętna.

Co z tego, że terapeutka pewnie miała rację?

Owszem, jest uparta. Dlatego siedzi na lotnisku, mrucząc do siebie pod nosem i ciesząc się, że tak gładko poszło. Za pół godziny znajdzie się na pokładzie samolotu do Stambułu. Kiedy dotrze na miejsce, odszuka Jareda i przywlecze go do domu na Boże Narodzenie.

Zamknęła oczy i powoli masowała powieki, nie martwiąc się, że rozmaże tusz. Miała ciemną oprawę oczu i obywała się bez makijażu. Gęste czarne włosy opadały na ramiona; były dobrze przycięte, a rano je wyprostowała, więc wyglądały schludnie. Po myciu znów zaczną się kręcić, ale teraz były okej. Nie wyglądała na inwalidkę, bardziej na kogoś, kto ma do wykonania misję.

Ktoś usiadł obok niej. Odsunęła ręce, zerknęła w bok i jęknęła. Adrian Sinclair. Trig miał ponad metr dziewięćdziesiąt wzrostu, wielkie dłonie, szerokie bary. Już jako szesnastolatek był wspaniale zbudowany. Ona przestała rosnąć, gdy doszła do metra siedemdziesięciu.

- Idź sobie – rzekła na powitanie.

- Nie – odparł. – Podobno nie zaliczyłaś badań.

Po co jej to przypomina?

- Podejdę jeszcze raz. Na spokojnie.

- Nic z tego nie będzie.

- Zablokujesz mnie?

- Przeceniasz moje możliwości. Leno.

- Nie – odparła. – Cokolwiek chcesz powiedzieć na temat mojego stanu, lepiej nie mów. Nie chcę tego słuchać.

- Wiem, że nie chcesz, ale mam dość kluczenia. Kiedy do tej twojej łepetyny dotrze, że już nie wrócisz do poprzedniej pracy?

Nie odpowiedziała. Nie chciała tego słyszeć.

- To nie znaczy, że nie będziesz przydatna na innym stanowisku – ciągnął niezrażony.

- Za biurkiem?

- Nadzór nad operacjami specjalnymi. Wielkie kompetencje. To może być fajne.

- Skoro to takie fajne, to czemu ty tego nie robisz?

- A jak myślisz, czym się zajmowałem przez ostatnie dziewiętnaście miesięcy? Rzucając wszystko, żeby cię niańczyć? Jak myślisz, dlaczego wycofałem się z zadań na pierwszej linii?

Oblała się rumieńcem. Ona, Jared i Trig działali w służbach wywiadowczych, pracowali w jednym zespole. Trig uwielbiał tę pracę, wymagającą fantastycznej formy fizycznej. Niebezpieczną i ekscytującą. Adrenalina i ciągłe balansowanie na granicy. Z pewnością mu tego brakowało.

- Dlaczego się wycofałeś? Mogli przenieść cię do innego zespołu. Nikt ci nie kazał siadać za biurkiem. Nie potrzebuję niańki.

- Chętnie bym się o tym przekonał. – Wyciągnął nogi, szukając wygodnej pozycji. Lotniskowy fotel był za mały dla wielkiego, stworzonego do walki mężczyzny. Potężne ciało, a do tego ujmująca twarz i przyjazny uśmiech… rozbrajające połączenie.

- Adrian, co ty tu robisz? – Rzadko zwracała się do niego po imieniu. – Skąd wiedziałeś, że tu jestem?

- Damon do mnie dzwonił. Namierzył cię, kiedy przeszłaś przez odprawę celną.

- Uff, brak mi słów. – Mieć brata hakera komputerowego! – Zero poszanowania dla prywatności.

- Ale jest przydatny. Leno, po co lecisz do Stambułu?

- Żeby znaleźć Jareda.

- Dlaczego myślisz, że tam jest?

- Tego nie wiem, ale to jedyny trop. Minęło dziewiętnaście miesięcy, odkąd nie dał znaku życia. Może potrzebuje pomocy?

- Gdyby nas potrzebował, to by się odezwał.

- A jeśli nie może? Coś z nim jest, czuję to. On nie znika na tak długo. To nie w jego stylu.

- Może nie chce ryzykować. Boi się, że zostanie zdemaskowany.

- Jeśli to takie niebezpieczne, to może w ogóle nie powinien się w to pakować.

Adrian wzruszył ramionami.

- Jared chce dojść prawdy. To jego cel. Nie będzie zadowolony, jeśli mu przeszkodzisz.

- Na pewno tego nie zrobię. Nie masz we mnie wiary.

- Nie mów tak, bo to nieprawda. Jak najbardziej cię doceniam, choć wiem, że czasem za bardzo cię nosi…

- Mizoginista.

- Ależ skąd!

- Czyli nie zamierzasz przerzucić mnie przez ramię i wyprowadzić siłą?

- To byłoby zbyt pretensjonalne. – Sięgnął po komórkę i dotknął ekranu. Lena poruszyła się niespokojnie i odwróciła wzrok. Zawsze jej się podobały jego ręce. Teraz też mimowolnie zastanawiała się, jak to by było, gdyby jej dotknął. Ale czy coś takiego w ogóle przyjdzie mu do głowy? Małe szanse. – Ja, Damon i Poppy umówiliśmy się – ciągnął – że gdybym nie zdołał cię odwieść od tego wyjazdu, lecę z tobą. Damon załatwił mi bilet. Później możesz mu podziękować.

- Nie zamierzam.

- Damon bardzo się o ciebie martwi. Brat już mu gdzieś przepadł. Nie chce, żeby to samo stało się z tobą. A mnie nie uśmiecha się myśl, że miałbym tłumaczyć się przed Jaredem, dlaczego pozwoliłem ci lecieć samej. Wystarczy, że w ogóle pozwoliłem ci lecieć do Turcji.

- Aprobujesz jego działania – rzekła z kwaśną miną – nawet jeśli coś mu grozi. Zależy ci na wykryciu, kto sabotował akcję na Timorze Wschodnim.

- Jak cholera mi na tym zależy.

- Jak się umówiliście z Jaredem? Rzucaliście monetą, kto jedzie, a kto zostaje, żeby zająć się inwalidką?

- Nie musieliśmy. On pojechał, ja zostałem. – Patrzył na nią spokojnie. Pierwsza odwróciła wzrok.

Przez te dziewiętnaście miesięcy nie była przyjemną towarzyszką. Stale na środkach przeciwbólowych, rozżalona i skoncentrowana na sobie. Nie docierało do niej, że rani czyjeś uczucia. Powinna być milsza dla Adriana. Milsza dla całej rodziny.

- Przepraszam. – W odpowiedzi Trig lekko trącił ją w kolano. – Naprawdę mi przykro.

- Wiem.

Musi zmienić nastawienie, podejście do świata. Inaczej „przepraszam” będzie tylko pustym słowem.

- W samolocie siedzisz obok mnie?

Kiwnął głową, przesuwając wzrokiem po pasażerach.

- Damon chyba nie zamienił nam biletów na biznes, kiedy już wkradł się do systemu?

- Zamienił, żebyśmy mieli więcej miejsca na nogi.

W tej samej chwili z głośników popłynął komunikat. Lenę wzywano do stanowiska obsługi.

- Zrobić to za ciebie?

- Nie. – Podniosła się z miejsca. – Dam radę.

Przyglądał się, jak ostrożnie ruszyła w stronę biurka, a potem wymieniła bilet. Szybkim krokiem podszedł do niej, wziął na ręce i bez słowa wrócił do ich foteli. Wcale nie była mu wdzięczna za milczenie ani za jego siłę. Nic a nic.

Już wcześniej razem podróżowali. Razem jedli, spali obok siebie na plaży, w rowach i okopach. Doskonale znała jego zapach, silne plecy i szerokie bary. Ramiona, na których dobrze się wypłakać, choć to zdarzało się jej nadzwyczaj rzadko. Ramiona wystarczająco silne, by nieść innych, aczkolwiek jej nie nosił.

Dopiero gdy została ciężko ranna.

Nie mogła się pogodzić z myślą, że już nie jest w stanie mu dorównać, zmierzyć się z nim wprawdzie nie siłą, lecz szybkością i zręcznością. A tak lubiła rywalizację. Z drugiej strony najchętniej by się teraz przytuliła do jego mocnego ciała i czerpała z niego siłę do walki z bólem…

 

 

 

Napisz swoją recenzję

Podziel się swoją opinią
Twoja ocena:
5/5
Dodaj własne zdjęcie produktu:
Recenzje i opinie na temat książek nie są weryfikowane pod kątem ich nabywania w księgarniach oraz pod kątem korzystania z nich i czytania. Administratorem Twoich danych jest HarperCollins Polska Sp. z o.o. Dowiedz się więcej o ochronie Twoich danych.
pixel