Ukryte namiętności / Inna niż wszystkie
Przedstawiamy "Ukryte namiętności" oraz "Inna niż wszystkie", dwa nowe romanse Harlequin z cyklu HQN GORĄCY ROMANS DUO.
Tana, aktorka, doświadczenie sceniczne zdobywała w nietypowy sposób. Była córką oszustów i potrafiła przywdziewać maski, by wygrywać w pokera. Gdy po latach Chase zaprosił ją na ranczo, miejsce ich miłości, była zaskoczona. Zdumiała ją także prośba, by udawała tam jego narzeczoną. Kiedyś bardzo się kochali, po co więc to udawanie? Pewnie coś się za tym kryje, ale co szkodzi zagrać rolę zakochanych? Przecież jest w tym znakomita. Żeby tylko potrafiła ukryć, że nadal go pożąda…
Pierce lubił kobiety wyzwolone, skoncentrowane na karierze i na sobie. Kiedy przychodził czas na seks, obie strony dostawały to, czego chciały, a potem każde szło swoją drogą. Anna była przeciwieństwem tego rodzaju kobiet, a mimo wszystko budziła w nim pożądanie...
Fragment książki
Widzowie w Brooklyn Bridge Park wstrzymali oddech, kiedy ostatnia scena „Tramwaju zwanego pożądaniem” zbliżała się do nieuniknionego końca. Choć było to nowe odważne odczytanie tej sztuki, Tana Blackstone w roli Blanche DuBois nie była aktorką, którą od razu kojarzono by z tą postacią. To jednak nie powstrzymało jej przed wypowiedzeniem ostatniego zdania tonem z góry skazanej na niepowodzenie femme fatale.
- Zawsze polegałam na życzliwości obcych. – Tana zatrzepotała rzęsami, patrząc na aktora grającego lekarza, który miał zawieźć nieszczęsną Blanche do szpitala psychiatrycznego.
Wzięła go pod ramię i razem opuścili scenę, na której pozostali jeszcze inni aktorzy. Spektakl przygotowywano od miesięcy na małej tymczasowej scenie, czekając, aż zaostrzenia związane z pandemią zostaną poluzowane na tyle, by widzowie wrócili do teatrów.
Zważywszy na jej skromne doświadczenie zawodowe, Tana miała szczęście, że otrzymała tę rolę. Po zamknięciu teatrów na Broadwayu wiele utalentowanych aktorek wyjechało z miasta albo zajęło się inną pracą. Gdy Tana dostała tę propozycję, była już bliska rezygnacji z zawodu.
- Brawo – szepnął jej kolega, starszy mężczyzna z siwymi kudłatymi brwiami i szpakowatą brodą, kiedy rozległy się gromkie oklaski. – Dobra robota, Tana.
- Dzięki. – Poprawiła obcisłą spódnicę, jaką nosiła Blanche, bywalczyni klubów uzależniona od środków przeciwbólowych.
Zawrócili, by się ukłonić zebranej w parku widowni. To nie był spektakl, jaki trafiłby na Broadway, nie ta jakość, ale reżyserowi nie można było nic zarzucić, a widzowie podczas pandemii najwyraźniej stęsknili się za teatrem tak samo jak aktorzy.
Czekając na swoją kolej, Tana biła brawo kolegom. Była w tym mieście krótko, nie zdążyła nawet spróbować dostać się na Broadway, więc nie miała za czym tęsknić. Choć oczywiście chciałaby się przekonać, jak poradziłaby sobie przed dużą widownią.
Doświadczenie aktorskie zdobyła w dość nietypowy sposób, jako dziecko profesjonalnych oszustów i naciągaczy. Nie pamiętała czasu, gdy nie grała. Mając pięć lat, pomagała ojcu sprzedawać bezdomne kundle jako psy rasowe. Wypłakiwała oczy, ilekroć traciła kolejnego czworonożnego przyjaciela. Nauczyła się za to dość szybko rozpoznawać dobrych ludzi, więc się pocieszała, że psy trafią w dobre ręce i będą miały prawdziwy dom.
W wieku dziesięciu lat nabrała już takiego doświadczenia, że mogłaby zdobyć nagrodę Tony za rolę zagubionej dziewczynki, którą odgrywała, by jej matka mogła w tym czasie opróżnić kieszenie ludziom zatroskanych losem biednego dziecka. To była druga rola, której wyjątkowo nie znosiła, ale rodzice grozili, że oddadzą ją do domu dziecka, jeżeli się sprzeciwi.
Za to gdy tylko skończyła osiemnaście lat, oznajmiła ojcu, że kończy z oszustwami i nie pozwoli mu więcej wykorzystywać jej talentu aktorskiego do osiągania korzyści materialnych.
Porzuciła tamto życie, dopiero gdy rozpoczęła naukę w college’u. Niestety spędziła z ojcem ostatnie lato po maturze, nieświadomie wplątując się przez to w jeden z jego największych przekrętów tylko dlatego, że mieszkała pod jego dachem. Ojciec oszukał pewną wdowę, pozbawiając ją należącej do niej ziemi. Jednocześnie syn owej wdowy skradł serce Tany.
Kiedy teraz wyszła na scenę, by się ukłonić, powiedziała sobie, że w końcu znalazła się w miejscu, z którym się identyfikuje. Świat teatru był jej nową rodziną. Widownia siedząca na kocach piknikowych składająca się w dużej części z młodych rodzin z wózkami płaciła za jej pracę, bo chciała ją oglądać. W końcu miała innym coś do zaoferowania, niczego ich nie pozbawiając.
Głośny aplauz cieszył jej serce.
Uniosła dłoń do warg i posłała widzom kilka całusów, jeszcze kilka sekund napawając się ich radością. Nagle jej wzrok zatrzymał się na mężczyźnie, który stał między wąskim trawnikiem i ścieżką rowerową.
Wysoki i dobrze zbudowany, miał na sobie ciemne dżinsy i T-shirt. Na ramiona zarzucił czarną kurtkę i włożył na głowę kowbojski kapelusz. Jego mahoniowe włosy i oliwkowa cera przyciągały wzrok. A może chodziło o jasnoszare oczy albo cień zarostu na brodzie?
Na widok tego mężczyzny kolana się pod nią ugięły, i to wcale nie dlatego, że był tak przystojny.
Zrobiło jej się słabo, gdyż przypominał ducha przeszłości, do której nie chciała wracać.
- Tana – szepnął za jej plecami jeden z aktorów, przypominając, że zajęła centralne miejsce.
Z walącym sercem wycofała się ze sceny, nerwowo myśląc o tym, co się właśnie stało. Głucha na otaczającą ją serdeczną atmosferę, przeciskała się między grupkami kolegów w stronę zaparkowanej za sceną przyczepy. Musiała się oddalić od ducha przeszłości, którego dojrzała wśród widzów.
Czy to możliwe, że to Chase Serrano, ranczer, w którym kiedyś się zakochała? Ten sam, którego owdowiała matka straciła majątek, przekazując go jej ojcu, oszustowi Joemu Blackstone’owi?
Zbiegła po schodkach ze sceny do przyczepy, gdzie mieściła się garderoba. Kobieta stojąca na schodkach kiwnęła jej głową, po czym otworzyła drzwi.
- Mam nadzieję, że nie znikasz, wybieramy się na drinka – powiedziała Lorraine, zaglądając do kiepsko oświetlonej przyczepy, gdzie Tana grzebała w stercie swetrów i kurtek w poszukiwaniu swojej skórzanej torby.
- Dziś nie mogę. – Tana zdjęła czarną perukę i rozpuściła swoje brązowe włosy. Końcówki farbowała na różowo, lecz cukierkowy kolor szybko blaknął. – Wybacz, Lorraine, może następnym razem.
Przejrzała się w lustrze. Nie zależało jej na tym, by dobrze wyglądać. Miała tylko nadzieję, że dzięki zmianie wizerunku nie zostanie rozpoznana, jeśli Chase wciąż tu jest. Wyciągnęła z torby wilgotne chusteczki i starła warstwę scenicznego makijażu, zastanawiając się, jak Chase wpadł na jej trop.
Jeszcze bardziej ją niepokoiło, czego mógł od niej chcieć. Zanim matka Chase’a poślubiła jej ojca i na ranczu rozpętało się piekło, Tana wyjechała z Nevady, by zdobyć dyplom z aktorstwa w miasteczku na północ od Nowego Jorku. Zakładała, że Chase przebywał w Idaho, gdzie zaczynał studia z finansów.
A przecież mógł mieszkać dosłownie wszędzie, kiedy wysłał jej tę ostatnią okrutną wiadomość.
Oskarżył ją o udział w oszustwie ojca, a także o to, że wykorzystała jego słabość i swoje ciało, by nie zauważył, co działo się z jego matką.
- Nie musisz przepraszać, kochanie – odparła Lorraine. – I tak będę się dobrze bawić. – Wytarła czerwone paznokcie w T-shirt i cicho się zaśmiała. – Zamierzam dzisiaj poderwać Stellę.
Megan, aktorka grająca Stellę, siostrę Blanche, była jedną z najmilszych osób w zespole, ale podobnie jak Stella Kowalski miała problem z trafną oceną partnerów.
- Poważnie? – Zdejmując spódnicę, Tana wyjrzała przez okno. Nie dostrzegła kowbojskiego kapelusza. – Jeśli Megan jest bystra, zobaczy, że jesteś warta dziesięciu gości, z którymi się spotykała.
Zasłoniła okno i wciągnęła spodnie ze skróconymi nogawkami, pomijając legginsy, które normalnie włożyłaby pod spód. Liczył się czas.
Ruszyła do wyjścia, ale zatrzymała się jeszcze na widok zmrużonych oczu Lorraine.
- Wszystko gra? – spytała Lorraine, przyglądając się jej twarzy. – Wyglądasz na kobietę, która ma kłopoty.
- Chciałabym uniknąć spotkania z kimś z widowni – przyznała Tana. – Gdyby ktoś o mnie pytał, będę wdzięczna, jak powiesz, że nic nie wiesz, okej? Chyba żeby to był Scorsese.
Lorraine zmarszczyła czoło i odsunęła się, robiąc przejście.
- Jasna sprawa, kochanie. Zorganizować ci eskortę?
Tana ją minęła, kręcąc głową i lustrując tłum w poszukiwaniu czarnej kurtki i mahoniowych włosów pod kowbojskim kapeluszem.
- Dzięki, poradzę sobie. Do zobaczenia w środę.
Był zła, że nie wzięła czapki. Zarzuciła torbę wyżej na ramię i starając się nie rzucać w oczy, włączyła się w strumień przechodniów na chodniku. Był taki czas, kiedy nie wyszłaby z domu bez kapelusza, ale od dawna już nie musiała znikać w tłumie. Mimo wszystko przypomniała sobie stare sztuczki. Trzymać się środka grupy. Nie poruszać się za szybko. Iść ze spuszczoną głową.
Właśnie się zastanawiała, czy nie zejść na jedną ze stacji metra, kiedy obok jej ucha odezwał się znajomy głos.
- Witaj, oszustko.
Przystanęła tak gwałtownie, jakby złapał ją na lasso, tak jak robił z uciekającymi bykami. A przy tym się potknęła, więc mężczyzna musiał ją chwycić mocno za łokieć.
Za późno na ucieczkę. Nie miała wyboru, musiała się zachować jakby nigdy nic. Podniosła wzrok i spojrzała w jasnoszare oczy jedynego mężczyzny, przed którym otworzyła swoje serce. Czego gorzko żałowała.
- Witaj, Chase.
Siłą woli rozluźnił uścisk, w jakim trzymał rękę Tany Thorpe. Nie, Tany Blackstone. Powinien przywyknąć do tego, że przez lata znał ją pod przybranym nazwiskiem.
Wszystko, co jej dotyczy, było kłamstwem.
Była tworem męskiej fantazji, począwszy od podziwu i zainteresowania życiem na ranczu, a skończywszy na przyznaniu się bez tchu, że jest dziewicą. I choć to drugie w zasadzie okazało się prawdą, Chase po jakimś czasie uznał, że oddała mu się z wyrachowaniem, by wzbudzić jego zaufanie, kiedy jej ojciec okradał jego matkę.
Gdy poznał prawdziwą tożsamość Joego Thorpa, przeprowadził śledztwo badające przeszłość człowieka, który poślubił jego matkę i zaraz potem sprzedał ranczo, które do niej należało. Joe Blackstone był twórczy w swoich przekrętach, do których czasem angażował córkę Tanę, a także byłą żonę Alicię, która się z nim rozwiodła. Od tamtej pory Joe żenił się co najmniej trzy razy, za każdym razem pod innym nazwiskiem.
Czy Tana kontynuuje rodzinny biznes?
Puścił jej szczupłe ramię, nadal jednak piorunował ją wzrokiem. Nie potrafił inaczej patrzeć na kobietę, która odegrała pewną rolę w pozbawieniu go dziedzictwa. Była niewysoka, delikatna jak księżniczka z bajki. Miała wysokie kości policzkowe, różowe wargi i czekoladowe oczy. Z różowymi końcówkami brązowych włosów wyglądała inaczej niż osiem lat wcześniej. Na nadgarstkach miała tatuaże, z jednej strony nosa diamentowy kolczyk. Nawet jej strój w niczym nie przypominał prostych T-shirtów i dżinsów, które nosiła tamtego lata.
Teraz miała na sobie spodnie ze skróconymi nogawkami i ciężkim pasem z ćwiekami, który otaczał jej biodra. Czarne glany były tak zniszczone, że zastanawiał się, czy nie brały udziału w jakiejś wojnie. Na białym T-shircie widniała podobizna pająka na tle przypominającym rysunki Eschera. Chase wiedział, że strój buntowniczki nie był elementem sztuki, w której właśnie grała, ponieważ obejrzał przedstawienie.
Aktorski talent Tany wcale go nie zaskoczył. Każdej spędzonej z nim sekundy odgrywała przecież jakąś rolę.
Niestety mimo złości, którą nadal w nim budziła, wciąż widział w niej atrakcyjną kobietę.
- Musimy porozmawiać. – Wskazał w stronę One Hotel, po drugiej stronie Pier One. – Tam jest mój hotel.
Tana uniosła brwi.
- Żadnych hoteli na pierwszej randce. Jak mnie znalazłeś?
- Czy to ważne? – Nie pozwoli jej dyktować tematu rozmowy. Włożył wiele wysiłku w to, by ją znaleźć. Nie wyjedzie, dopóki Tana nie zgodzi się na jego plan. – Jeśli chcesz rozmawiać o swojej kryminalnej przeszłości w środku parku, proszę bardzo. Ale jak usiądziemy w kąciku mojego apartamentu, będziemy mieć więcej prywatności.
Na te słowa jej policzki na moment się zaczerwieniły.
- Wszystko, co masz do powiedzenia, możesz powiedzieć tutaj.
Wskazała ławkę pod drzewem.
- Mogę ci poświęcić pięć minut, potem jestem zajęta.
Nie czekając na odpowiedź, pomaszerowała w stronę ławki. Zapaliły się latarnie, rozświetlając ziemię wokół pnia, ale sama ławka pozostała w półmroku.
Tana położyła torbę na ziemi i opadła na siedzenie, skrzyżowała nogi i objęła jedno kolano. Spojrzała na Chase’a z oczekiwaniem.
Nie tak sobie wyobrażał to spotkanie, ale niech tam. Powie jej wszystko bez ogródek.
- Pomożesz mi. – Usiadł obok niej.
- Jak miło z mojej strony. – Spojrzała na gałęzie nad głową.
Chase zastanawiał się, czemu unika jego wzroku. Czy nie chce skonfrontować się z przeszłością? Czy czuje choć odrobinę żalu z powodu tego, co zrobiła?
- Oboje wiemy, że nigdy nie zdołasz mi się odpłacić, więc powiem jasno. Nie proszę cię o pomoc, żądam jej.
Przeniosła na niego spojrzenie.
- Nie mam pojęcia, gdzie jest mój ojciec, więc jeśli to chciałeś wiedzieć, muszę cię rozczarować. Moja matka nie mogła go znaleźć, kiedy chciała zawiadomić go o rozwodzie.
- Nie po to przyjechałem. – Swoją drogą ciekawe, że pomyślała o ojcu. Czy wie, że odzyskał Cloverfield Ranch? Podwoił majątek swojego ojca? – Jeśli kiedyś się pokaże, policja się nim zajmie.
- Jak się ma twoja matka? – spytała nagle Tana, po czym przygryzła wargę, jakby chciała wycofać to pytanie.
- Bez twojego ojca o wiele lepiej – odparł chłodno. – Po zniknięciu tego oszusta pomogłem jej wynieść się z Nevady, bo tam żyłaby otoczona złymi wspomnieniami.
Tana opuściła powieki.
Nie, nie sądził, by się zawstydziła. Ale nie spotkał się z nią, by się wyżalić. Dzień zapłaty Tany Blackstone miał wyglądać inaczej.
Udało jej się uniknąć oskarżenia, gdyż to ona zawiadomiła policję, że w Nevadzie jej ojciec występował pod fałszywym nazwiskiem. Z perspektywy policji nie brała też udziału w przestępczej działalności ojca.
Co nie znaczy, że była niewinna.
- To dobrze. – Jej cichą odpowiedź zagłuszył świst roweru na pobliskiej ścieżce.
Mały pies bez smyczy przeciął drogę rowerzyście, tuż za nim biegł właściciel.
Chase doskonale pamiętał to uczucie, że za niczym nie nadąża. Na szczęście tamte dni miał już za sobą.
Odzyskanie majątku ojca do pewnego stopnia złagodziło wściekłość, jaką wywołali w nim Blackstone’owie. Do przywrócenia prawa przysługującego mu od urodzenia potrzebował jeszcze tylko jednego elementu.
- Wiem, że masz mało czasu, więc przejdę do rzeczy. Minione osiem lat poświęciłem głównie na odzyskanie tego, co ukradł nam twój ojciec. Pieniędzy, oczywiście, ale przede wszystkim ziemi.
- Udało ci się odkupić Cloverfield? – spytała ze zdziwieniem, bawiąc się ciężką srebrną bransoletką.
Ten ruch przypomniał mu jej grę na scenie, nerwowe gesty Blanche DuBois, dzięki którym sprawiała wrażenie kruchej. Czy Tana sądzi, że może udawać, iż jest kimkolwiek innym niż wyrachowaną oszustką?
- Zaoferowałem więcej, niż farma jest warta. – Nie udało mu się ukryć goryczy. – Myślałem, że sprawa jest załatwiona.
- Ale to ci nie wystarczy. – Patrzyła na niego z rezerwą. Za jej plecami po drugiej stronie East River lśniły światła Manhattanu.
- Mogłoby wystarczyć, gdybym odzyskał całą ziemię ojca, którą miałem przejąć po ukończeniu dwudziestu jeden lat.
Tana ściągnęła brwi i zmarszczyła nos. Światło odbiło się w jej kolczyku w nosie.
- Nie rozumiem. Myślałam, że mój ojciec sprzedał całą waszą ziemię hodowcy koni z Tennessee.
- Ja też tak sądziłem. Byłem tego tak pewny, że całą sprawę zostawiłem w rękach agenta.
Wyjechał wtedy za granicę w interesach, bo chciał odpocząć od rodzinnego miasta pełnego złych wspomnień. Na domiar złego prowadził spór z wpływowym sąsiadem, który wykorzystał wstrząs w rodzinie Serranów. To była kolejna sprawa, która czekała na załatwienie.
- Dopiero kiedy odwiedziłem farmę ostatniej zimy, uświadomiłem sobie, że sprzedaż nie obejmowała małej parceli.
- Nie rozumiem. Czemu ojciec sprzedawałby większą część rancza, a nie całość? Do kogo należy reszta?
Chase uważnie na nią patrzył, szukał w jej głosie i wyrazie twarzy czegoś, co by ją zdradziło. Sporo czytał na temat oszustw i oszustów. Nie dostrzegł jednak niczego, co mogłoby wskazywać na to, że Tana o tym wie.
- Zabawne – podjął. – Okazało się, że ta parcela jest zarządzana powierniczo i przeznaczona dla ciebie.
Na moment zapadła cisza.
- Niemożliwe. – Lekko zadrżała i otoczyła się ramionami. – Zapewniam cię, że nie mam żadnej ziemi. Ani w Nevadzie, ani nigdzie indziej. Możesz sprawdzić w urzędzie podatkowym.
- Ta ziemia przez ostatnie osiem lat była zarządzana przez fundusz powierniczy, oni płacili podatki.
Potrzebował miesięcy, by dotrzeć do tej informacji, gdyż tytuł własności należał obecnie do niewielkiej firmy fasadowej.
- Naprawdę myślisz, że żyłabym ramenem i popcornem w najdroższym mieście świata, gdybym mogła sprzedać jakąś tajemniczą ziemię? Wciąż spłacam studencką pożyczkę, Chase.
Był bardzo skrupulatny w swoich poszukiwaniach i wiedział, że to prawda. Z drugiej strony nie był tak naiwny, by wierzyć, że córka zręcznego oszusta nie potrafi ukryć tego, czym nie ma ochoty się chwalić.
- Zapewniam cię, ta ziemia jest dla ciebie. Nie wiem, czemu dotąd się z tobą nie skontaktowali. W każdej chwili masz prawo się o nią upomnieć.
- Świetnie. Jeśli dasz mi kontakt, zwrócę się do nich, a ponieważ to w istocie twoja ziemia, przepiszę ją na ciebie. – Sięgnęła po torbę i podała mu wizytówkę. – Naprawdę muszę iść.
Schował wizytówkę do kieszeni i położył rękę na jej kolanie. Chciał tylko zatrzymać jej uwagę, ale dotknięcie gołego ciała wystarczyło, by przeszły go ciarki.
- Zaczekaj. To nie wszystko.
Puścił ją i zauważył, że przykryła dłonią miejsce, którego dotknął.
- Musisz pojechać ze mną do Nevady podpisać dokumenty.
- Po co? – Zmarszczyła czoło. – Mówiłeś, że masz agenta.
- To jest trochę bardziej skomplikowane.
Nie kłamał. Miał też inne powody, by pragnąć, aby Tana wróciła z nim do rodzinnego miasta, ale nie chciał się nimi jeszcze dzielić…
Fragment książkiAnn Aronson dmuchnęła w plastikową rurkę. Jakże by to było dobrze, pomyślała, gdyby jej kłopoty rozpłynęły się w powietrzu jak te mydlane bańki.
Chłopcy bawili się w gęstej szmaragdowej trawie, popiskując z uciechy, jak to małe dzieci. Nie mogła nie roześmiać się, chociaż wcale nie było jej wesoło. Co będzie, jak nie dostanie tej pracy?
Zauważyła zbliżającą się ku niej kobietę, tę samą, z którą już raz rozmawiała.
- Pan Hollister czeka w gabinecie. Wejście z patio. – Wskazała w stronę rozległego domu w najelegantszej części Greenwich w Connecticut.
- A chłopcy…
- Ja ich popilnuję. Do szefa należy ostatnie zdanie, ale ma pani moje poparcie, jeśli cokolwiek jest dla pani warte.
Anna oddała butelkę z mydlinami oraz rurką i poczuła się tak, jakby na wzburzonym morzu oddawała sprzęt ratujący życie. Ta rozmowa zadecyduje o tym, czy wypłynie, czy utonie.
Jeśli nie dostanie pracy, nie będzie miała nawet na czynsz i elektryczność.
- Dziękuję, pani Findley.
- Mam na imię Sarah. I, Anno, nie daj się zastraszyć Pierce’owi. To dobry pracodawca i porządny człowiek, chociaż skomplikowana osobowość.
Skomplikowana osobowość? Strach ścisnął Annę za gardło. Ruszyła w stronę domu.
Przez oszklone drzwi zauważyła przyszłego pracodawcę siedzącego przy masywnym drewnianym biurku.
Zapukała. Uniósł wzrok znad sterty papierów, zmarszczył brwi i ruchem głowy poprosił, by weszła.
Pierce Hollister, mężczyzna z figurą supermodela i ciemnymi włosami wystylizowanymi na przemyślany nieład, wyglądał jak z reklamy zachęcającej młodych bogaczy do zakupienia nowego kosztownego gadżetu do kolekcji luksusowych dóbr, wśród których upływa im życie. Emanował pewnością siebie i poczuciem władzy.
Podobnie jak ów przystojny, czarujący i bogaty mężczyzna, przez którego wpadła w obecne tarapaty.
- Dzień dobry, panie Hollister. Jestem Anna Aronson.
Orzechowe oczy zlustrowały ją bez śladu sympatii.
- Dlaczego została pani zwolniona z ostatniej pracy?
Speszona jego obcesowością, przystanęła. Zauważyła, że ściany pokoju były obwieszone obrazami. O Boże, to oryginały, pomyślała. A drugą myślą było: weź się w garść, odpowiadaj.
- Zostałam zwolniona, ponieważ nie chciałam umówić się na randkę z ojcem jednego z moich uczniów.
- Proponował pani randkę?
- Tak.
- Dlaczego nie złożyła pani skargi do dyrektora?
- Złożyłam, ale tamten ojciec był jednym z głównych darczyńców szkoły, a jego żona filarem kampanii zbierania społecznych środków na jej działalność. Moja skarga trafiła do kosza.
- Jak długo pani tam pracowała?
- Daty są w moim CV.
- Pytam.
- Bezpośrednio po ukończeniu studiów zostałam zatrudniona w niepełnym wymiarze godzin jako korepetytorka uczniów mających trudności z nauką. Pół roku później zwolnił się etat nauczycielski i zaproponowano mi zatrudnienie w pełnym wymiarze. W sumie przepracowałam tam trzy i pół roku.
- I mimo tak długiej historii zatrudnienia wyrzucono panią z powodu oskarżeń jednego z rodziców. Woleli uwierzyć jemu niż pani.
- Dyrektor doszedł do wniosku, że prywatnej szkole trudniej jest pozyskać hojnych darczyńców niż wykładowców nauczania początkowego.
- A może potrzebowali pretekstu, żeby się pani pozbyć, bo nie była pani wystarczająco dobra.
Ta insynuacja bardzo ją zabolała.
- Dostawałam najwyższe oceny, a także związane z tym podwyżki wynagrodzenia.
- A jeśli zadzwonię, żeby zweryfikować pani historię?
- Jeśli pan zadzwoni, usłyszy pan historię owego rodzica, według której uwzięłam się na ucznia, kiedy jego ojciec odrzucił moje awanse.
- A te awanse z pani strony były?
- Oczywiście, że nie. On jest żonaty.
- Żonaci mężczyźni miewają przygody.
- Nie ze mną.
- Z pani CV wynika, że ukończyła pani z najwyższymi honorami Vanderbilt. Moja asystentka twierdzi, że realizują tam jeden z najlepszych programów edukacyjnych w kraju. Jak to jest, że nie może pani znaleźć pracy w zawodzie?
- Najwidoczniej konflikt z wpływowymi ludźmi odbija się szerokim echem na lokalnym rynku pracy.
Domyślił się, że dostała wilczy bilet.
- Nie ma pani doświadczenia jako opiekunka do dzieci.
- Nie mam, ale zajmowałam się dwudziestką dzieciaków na obozach wakacyjnych, a ponadto jestem matką, która doskonale sobie radzi z kładzeniem do łóżka, kąpaniem i karmieniem dziecka o odpowiedniej porze.
Odchylił się do tyłu w fotelu i utkwił w niej nieruchomy wzrok. Nie spuściła oczu. Miała nadzieję, że on dostrzeże w nich szczerość i gotowość do pracy.
Cisza przedłużała się nieznośnie.
Poczuła się w końcu tak niekomfortowo jak owego dnia w gabinecie dyrektora szkoły, kiedy była zmuszona odpierać niesłuszne oskarżenia.
- Nie wierzę pani.
Poczuła przygnębienie. Nie potrafiąc dowieść niewinności, mogła tylko patrzeć bezsilnie na jego niesympatyczną twarz. Nadzieja ulatniała się jak bąbelki ze szklanki z wodą sodową.
- Myślałem o zatrudnieniu bardziej dojrzałej kobiety – ciągnął Pierce Hollister. – Ponadto jest pani obciążona obowiązkami wobec własnego dziecka.
- Cody ma siedemnaście miesięcy, jest tylko o sześć miesięcy starszy od pańskiego syna. Powinni stanowić dla siebie odpowiednie towarzystwo, im obu przyda się taki kontakt – odrzekła z przekonaniem, ale widok groźnej miny Hollistera ją speszył.
- Jedno hałaśliwe dziecko w domu w zupełności wystarczy. Dwoje to katastrofa. Powinienem pokazać pani drzwi, ale Sarah przysięga, że jest pani odpowiednią kandydatką, a ja potrzebuję niani od zaraz. Tym bardziej że nikt oprócz pani się nie zgłosił.
W Annie odżyła nadzieja.
- Będę się pani bacznie przyglądał, Anno. Jeden fałszywy krok i chociaż jestem w przymusowej sytuacji, znajdzie się pani razem ze swoim małym rudzielcem za drzwiami. Jasne?
Odetchnęła z ulgą, oczy zaszły jej łzami, bo chociaż Hollister nie miał do niej zaufania, dał jej pracę.
- Tak, panie Hollister.
- Ile czasu potrzebuje pani na przeprowadzkę?
Szybko obliczyła czas, jaki musi poświęcić na drogę w obie strony… i koszt.
Czy wystarczy gotówki, którą miała w portfelu, na taksówkę na stację kolejową i ze stacji? Dwa razy. Z ledwością.
- To będzie godzina drogi pociągiem w każdą stronę, i godzinę potrzebuję na spakowanie się. Możemy zdążyć na kolację Grahama.
- Nie ma pani samochodu?
- Nie.
Już nie. Publiczny transport nie jest taki zły, jeśli się nie jeździ w godzinach szczytu.
- Chcę, żeby objęła pani obowiązki wcześniej. Zawiozę panią.
- Ale…
- Chce pani tej pracy czy nie?
- Chcę, ale… mam pytanie.
- Tak?
- Pani Findley nie mówiła, jak długo będzie mnie pan potrzebował. Stwierdziła, że dopóki matka Grahama nie wróci z pracy za granicą, nie sprecyzowała jednak, czy chodzi o tygodnie, czy miesiące.
- Nie powiedziała, bo sami nie wiemy. To jest umowa bezterminowa. Otrzyma pani wynagrodzenie za cały miesiąc bez względu na to, czy przepracuje pani jeden dzień, czy trzydzieści dni. Ponadto dostanie pani odprawę. Jeśli to dla pani problem, to proszę nie zajmować mi czasu.
- Nie, żaden problem. To mi odpowiada.
Trudno będzie zaplanować wydatki, ale lepszy rydz niż nic. I to także wyjaśniało, dlaczego wynagrodzenie jest tak wysokie.
- Proszę to podpisać. – Podsunął jej kilka kartek oraz pióro.
- Mogę najpierw przeczytać?
- Przeczyta pani po drodze, w samochodzie.
Okrążył biurko i stanął jej za plecami.
Obejrzała się. Miał dobrze ponad metr osiemdziesiąt wzrostu, a w ramionach był ze dwa razy szerszy od niej. Potężny facet w sensie dosłownym, nie tylko potentat finansowy. Podobny do tego, przez którego została zwolniona z pracy.
- Jedźmy. Sarah popilnuje pani syna.
Anna rzuciła niespokojne spojrzenie za okno.
Niechętnie zostawiała Cody’ego z obcą osobą w miejscu, gdzie było tak dużo wody. Dom stał nad rzeką, a ponadto w ogrodzie znajdował się duży basen i jacuzzi, kuszące miejsca dla małego chłopca.
- Czy przed wyjazdem mogę powiedzieć do widzenia Cody’emu i zamienić dwa słowa z panią Findley?
- Byle szybko. Spotkamy się przed domem. Po drodze wstąpimy do laboratorium, podda się pani testowi na zawartość narkotyków we krwi. Nie muszę mówić, że jeśli test wypadnie niepomyślnie albo pani referencje nie zostaną potwierdzone, wylatuje pani. Bez odprawy.
- Rozumiem. Niech się pan nie martwi. I dziękuję, że dał mi pan szansę. – Wyciągnęła dłoń.
Zignorował ją. Poczuła się okropnie. Ręka jej opadła.
- Obym nie pożałował.
Anna otwierała drzwi i w duchu porównywała swój skromny dom z luksusową posiadłością należącą do mężczyzny, który stał nad nią jak drapieżny ptak nad ofiarą. Jej całe mieszkanie zmieściłoby się w salonie, w którym pani Findley prowadziła z nią wstępną rozmowę i przedstawiała warunki zatrudnienia.
Podróż upłynęła w krępującym milczeniu.
Anna odnosiła wrażenie, że nowy pracodawca jej nie lubi. Warunki umowy też były dziwne.
Dlaczego musiała podpisać klauzulę o zachowaniu dyskrecji? Jaka tajemnica kryła się w domu Hollistera?
Wszedł za nią do mieszkania.
- Niedawno się pani wprowadziła?
- Prawie cztery lata temu.
- I zawsze tak tu wyglądało?
- Tak.
- Jest pani zwolenniczką minimalizmu?
- Mój eksmąż zabrał większość mebli, kiedy się wyprowadzał – wyjaśniła niechętnie.
- Kiedy to było?
Po co mu ta wiedza? Choć właściwie ma rację, że jest ostrożny. W jego domu jest cała masa wartościowych przedmiotów. Nie potrzebowała zaliczeń z historii sztuki, by się zorientować, że wiele spośród jego obrazów i rzeźb było wartych więcej, niż ona zarabiała w ciągu roku w prywatnej szkole.
Z drugiej strony ona też ma prawo obawiać się bycia sam na sam z obcym, bogatym i wpływowym mężczyzną. Przekonała się boleśnie, że bogactwo często idzie w parze z arogancją, a arogancja z przekonaniem o wszechwładzy. Wszechwładza zaś prowadzi do nieumiejętności akceptowania odmowy.
- Mąż wyprowadził się, kiedy poszłam do szpitala urodzić naszego syna.
- Nie uprzedził pani, że odchodzi?
- Nie. Zostawił mnie pod izbą przyjęć i powiedział, że idzie zaparkować samochód. Nie wrócił. Bałam się, nie wiedziałam, że się wyprowadził, dopóki nie wróciłam z Codym taksówką do mieszkania.
- Domyślam się, że pani mąż nie był zadowolony, że zaszła pani w ciążę?
- Potrzeba dwojga, żeby dziecko przyszło na świat. – Najeżyła się. – Cody był niespodzianką dla nas obojga. Byliśmy świeżo po ślubie, zamierzaliśmy poczekać parę lat, zanim powiększymy rodzinę, ale... takie rzeczy się zdarzają.
- A co on myśli o tym, że ubiega się pani o pracę z zamieszkaniem?
- On nie ma nic do powiedzenia. Nie należy już do naszego życia.
- Ciągle jesteście małżeństwem?
- Jesteśmy po rozwodzie.
- Płaci na utrzymanie dziecka?
- Nie. Nawet nie wiem, gdzie przebywa. Nie utrzymujemy kontaktów.
- Nie ma sporu co do opieki nad dzieckiem?
- Zrzekł się praw rodzicielskich podczas rozwodu. – Fakt, że zrobił to tak chętnie, zabił w Annie resztę ciepłych uczuć, jakie jeszcze do niego żywiła. – Nie musi się pan martwić, nie objawi się w pańskim domu, żeby stworzyć jakiś problem. Przepraszam. Pójdę się spakować.
Do płóciennej torby włożyła ubranka Cody’ego i jego ulubioną małpkę przytulankę.
Jej życie byłoby łatwiejsze, gdyby słuchała rodziców, którym Todd nie podobał się od początku. Nazywali go pasożytem i zabraniali jej widywać go, ale ona, naiwna dwudziestolatka zachłyśnięta swobodą życia akademickiego, patrzyła na świat jego oczami.
Tuż po dyplomie Todd namówił ją do ucieczki z domu. Nie żałowała tej decyzji nawet wtedy, kiedy rodzice wystawili za próg jej rzeczy i powiedzieli, że będzie musiała ponieść wszelkie konsekwencje swojego nieprzemyślanego zachowania.
Gdyby posłuchała rad rodziców, nie miałaby Cody’ego, a ten słodki dzieciak był wart bólu i poświęceń, jakie ponosiła. Najważniejszą nauką, jaką wyniosła ze zdrady rodziców i Todda, było to, że musi liczyć tylko na siebie, a jej jedyną rodziną jest Cody.
Płócienną torbę i wielką paczkę pieluszek położyła w przedpokoju na koszu z zabawkami.
- To wszystko? – zapytał.
- Tak.
- Zniosę część do samochodu i wrócę po resztę.
- Ale to czwarte piętro.
- Wiem.
Oczywiście. Przecież weszli na górę po schodach, bo winda była zepsuta. Znowu. Budynek nie był taki najgorszy. Nie należał też do najlepszych. Tyle że był czysty i mogła chodzić piechotą do dawnej pracy. Znała dobrze sąsiadów i czuła się tu bezpiecznie.
- Będę gotowa, zanim pan wróci.
Kiedy wyszedł, skrępowanie ją opuściło. Złapała stos rachunków leżących na stoliku i wrzuciła je do torebki. Teraz je zapłaci, bo dostała pracę. Z dobrymi referencjami od Hollistera znajdzie może kolejną.
Do starej walizki wrzuciła trochę ubrań i kosmetyki. Zapomniała zapytać go, jak powinna się ubierać. Miała nadzieję, że zwyczajne sukienki i spódnice będą odpowiednie.
Przez szparę w drzwiach zajrzała Elle.
- Dostałaś pracę?
- Tak. Zaczynam od dzisiaj.
Trzynastolatka opuściła ze smutkiem wątłe ramiona.
- Więc nie będziesz już mnie potrzebowała do Cody’ego?
Ubocznym skutkiem podjęcia pracy z zamieszkaniem było to, że nie będzie zatrudniała babysitterki, a rodzina Elle bardzo potrzebowała pieniędzy.
- Oczywiście, będę cię potrzebowała, jak wrócę. To praca tymczasowa.
- Będzie mi brakowało ciebie i Cody’ego. – Elle zadrżały usta.
Anna objęła dziewczynkę.
- My też będziemy za tobą tęsknić.
Wrócił nowy szef Anny. Był wyraźnie niezadowolony, widząc tę scenę.
- Gotowa?
- Prawie. Elle, to jest pan Hollister. Będę się opiekowała jego małym synkiem Grahamem.
Pierce Hollister otworzył usta i je zamknął, jak gdyby chciał coś powiedzieć, ale się rozmyślił.
- Elle mieszka obok. Kochanie, zajrzyj do lodówki, czy nie ma tam czegoś, co mogłoby się zepsuć? Zabierz wszystko. Szkoda, żeby się zmarnowało. I nie zapomnij o chlebie.
Elle podreptała do kuchni. Hollister uniósł brwi.
- Dokarmia pani sąsiadów?
Dlaczego zabrzmiało to jak obraza?
- Ona pilnuje Cody’ego, kiedy ja mam lekcje. Jak wyjedziemy, urwą się jej zarobki.
- Nic się nie stanie, jak zrezygnuje z kilku wypraw do centrów handlowych.
- Obawiam się, że będzie musiała zrezygnować z kilku wypraw do sklepu spożywczego – odparła cicho.
Jego chyba wieczny mars na czole się pogłębił.
Kiedy Elle wróciła z dwiema torbami wyładowanymi jedzeniem, poddał ją takiej samej nieznośnej lustracji jak przedtem Annę.
- Jest pani pewna, że nie chce pani tego wszystkiego? – Elle spojrzała niespokojnie na Annę.
- Absolutnie tak. Wiesz, że nie lubię marnotrawstwa.
- Ma pani telefon komórkowy? – zapytał Annę Hollister.
- Nie. – Telefon też padł ofiarą jej trudności finansowych.
Wyciągnął portfel z tylnej kieszeni spodni, a z portfela wizytówkę oraz kilka banknotów. Złożył je na czworo i przykrył wizytówką, zanim Anna zauważyła nominały. Potem napisał coś na odwrocie białego kartoniku.
- Miej oko na mieszkanie pani Aronson podczas jej nieobecności. Znajdziesz ją pod tym numerem, gdyby były jakieś problemy.
Elle wybałuszyła oczy na pieniądze, potem na niego, wreszcie na Annę.
Anna pokiwała zachęcająco głową.
- Będę ci wdzięczna, Elle. Postaram się uprzedzić cię przed naszym powrotem. Poczekaj, to nie wszystko.
Pobiegła do kuchni i przyniosła hodowane na parapecie okiennym zioła w doniczce.
- To też weź. Uschną bez wody. Będziecie mogły z siostrą poeksperymentować w kuchni z różnymi aromatami. Jak wymyślicie jakiś dobry przepis, nie zapomnijcie go zapisać.
Pierce Hollister wskazał wysoki stołek Cody’ego.
- A pani niech o tym lepiej nie zapomni.
Wyszedł za Elle z mieszkania, niosąc resztę bagaży. Anna złożyła stołek i podążyła za nim.
Przystanęła na chodniku.
- Miło z pana strony, że dał pan Elle pieniądze i telefon kontaktowy.
- Drobiazg.
Zatrzasnął bagażnik, stołek umieścił na tylnym siedzeniu.
- Jej ojciec jest niepełnosprawny…
- Nie obchodzi mnie to.
Zimny ton był ostry jak skalpel. Anna zaczynała rozumieć, co znaczyło określenie „skomplikowana osobowość” użyte przez jego asystentkę. Przez chwilę wydawał się jej ludzki, a nawet pełen współczucia. Musiała jednak źle odczytać jego intencje.
Miała nadzieję, że nie popełnia wielkiego błędu.
Pierce zaproponował, że przywiezie Annę do swojego domu nie dlatego, że chciał z dobrego serca zaoszczędzić jej podróży pociągiem, lecz dlatego, że zależało mu na tym, by natychmiast przejęła opiekę na dzieckiem Kat.
Chciał ponadto dowiedzieć się czegoś bliższego o kobiecie, której udało się oszukać jego zazwyczaj przenikliwą asystentkę.
Co jakiś czas rzucał spojrzenie na piegowatą kobietę z długimi rudymi włosami i jeszcze dłuższymi nogami, siedzącą w fotelu obok.
Ładna, ale nie tak bardzo, by obudzić w kimś dzikie pożądanie, a w tym ubraniu nie przekona żadnego mężczyzny, że potrzebuje kochanka…

