Zapisz na liście ulubionych
Stwórz nową listę ulubionych
Wernisaż w Palermo
Zajrzyj do książki

Wernisaż w Palermo

ImprintHarlequin
Liczba stron160
ISBN978-83-291-1272-7
Wysokość170
Szerokość107
EAN9788329112727
Tytuł oryginalnyA Son Hidden from the Sicilian
TłumaczMałgorzata Dobrogojska
Język oryginałuangielski
Data premiery2026-03-10
Więcej szczegółówMniej szczegółów
Idź do sklepu
Idź do sklepu Dodaj do ulubionych

Przedstawiamy "Wernisaż w Palermo" nowy romans Harlequin z cyklu HQN ŚWIATOWE ŻYCIE.

Malarka Brianna Anderson poznaje we Florencji włoskiego biznesmena Lorenza Parisiego. Zakochują w sobie, ale dwa miesiące później Lorenzo znika z jej życia. Brianna po powrocie do Ameryki odkrywa, że jest w ciąży, ale gdy usiłuje odnaleźć Lorenza przez internet, znajduje jedynie plotki o jego przemocowym charakterze. Postanawia chronić dziecko i wychować je samotnie. Jednak dwa lata później ma wernisaż w Palermo, rodzinnym mieście Lorenza. Ma nadzieję, że się tam nie spotkają…

Fragment książki

Podczas lądowania w Palermo na Sycylii Brianna Anderson wyglądała przez okno. Miała ochotę podskakiwać z podniecenia. Przyjechała tu zaprezentować swoje prace na międzynarodowej wystawie sztuki, a przy okazji zwiedzać i uczestniczyć w ekskluzywnych koktajlach w towarzystwie artystów z całego świata. Jej obrazy będą licytować bogacze, co powinno ułatwić dalszą karierę.

Marzenia się spełniają… choć akurat teraz niekoniecznie o tym marzyła, a podnieceniu towarzyszył niepokój. Palermo to duże miasto, ale jakieś szanse na niechciane spotkanie istniały.

Bardzo się starała wymazać go z pamięci. Gdyby jednak na niego wpadła, będzie udawać, że ledwo pamięta tamto wspólne lato we Florencji dwa lata wcześniej. Ona, młoda artystka, zafascynowana sztuką i historią Italii i… on, biznesmen, wypoczywający w rodzinnym mieście po szczególnie udanej transakcji. Przynajmniej tak jej to wtedy przedstawił. Nie wspomniał, że jego firma należy do największych i najbardziej dochodowych w Europie. Nie wspomniał też, że jest właścicielem i dyrektorem generalnym, a zatem miliarderem. Nie opowiedział jej też o wrogim przejęciu, dokonanym tuż przed niedługimi wakacjami. Przede wszystkim jednak nigdy nie wyjaśnił, dlaczego zerwał z nią tak nagle.

Jednego dnia jeszcze był, następnego znikł.

Teraz przyznawała, że mocno ją to dotknęło, ale wtedy wolała udawać silną i opanowaną. Pomimo przygnębienia udało jej się podejść do całej sprawy filozoficznie. Chyba każdy artysta chętnie przeżyłby namiętną przygodę we Florencji przed powrotem do banalnego New Jersey, nieprawdaż?

To był piękny czas i kiedy opowiadała o nim przyjaciołom, tęskniła. Wkrótce jednak wydarzyło się coś jeszcze.

Pozytywny wynik testu ciążowego sprawił, że tęsknota za partnerem ustąpiła miejsca niepewności. Co miała zrobić z tym niespodziewanym prezentem?

Bardzo chciała powiedzieć o wszystkim ojcu dziecka. Dziś na myśl o tym chciało jej się gorzko śmiać. Przez chwilę naprawdę wierzyła w szczęśliwe zakończenie.

A potem poznała prawdę o Lorenzo Parisim. Poza tym, że był miliarderem, który zbudował swoją firmę od podstaw, był zaangażowany w zatarg, w którym posunął się do przemocy.

Artykuł po artykule przedstawiały jej byłego partnera jako niebezpiecznego i bezwzględnego. Początkowo nie chciała wierzyć w te szokujące oskarżenia. Spędzili razem dwa miesiące i nigdy nie podniósł głosu nie tylko na nią, ale nawet w jej pobliżu. Czasem reagował emocjonalnie, bywał wymagający, ale nigdy nie miała podstaw do obaw.

Czy jednak wszystkie te doniesienia mogły być nieprawdziwe? Ślęczała nad każdym znalezionym artykułem i w końcu się doczytała, że użył siły w stosunku do dziecka swojego rywala. To ją definitywnie przekonało.

W tamtym momencie jej własne dziecko jeszcze wydawało się nierzeczywiste. Test dał wynik pozytywny, ale nie miała prawie żadnych objawów. Tylko chwilami czuła się trochę zmęczona i obolała. Zdecydowała się na test tylko dlatego, że spóźniła jej się miesiączka. Niby wiedziała, że jest w ciąży, ale trochę bujała w obłokach, fantazjując, jakby to mogło być, gdyby ojciec dziecka o wszystkim wiedział.

Dopiero kiedy poznała szczegóły brutalnego ataku na nastoletniego syna rywala Lorenza, zaczęła traktować dziecko jak rzeczywistość.

Dokonanie wyboru stało się koniecznością.

Wtedy postanowiła jednak go nie informować. Skoro mógł się dopuścić przemocy z tak błahego powodu jak pieniądze, których przecież mu nie brakowało, to nie mogła wystawiać na ryzyko swojego dziecka i siebie.

Zamieszkała więc z rodzicami, dbała o siebie i urodziła zdrowego chłopca i w krótkim czasie wróciła do malarstwa. Potrzebowała tego, a kochający i szczodrzy rodzice nigdy nie dali jej odczuć, że oboje z Gio są dla nich ciężarem.

Z myślą o rodzicach i synku wyciągnęła telefon. Samolot kołował już na miejsce postoju. Odczytała wiadomości i uśmiechnęła się do ekranu. Ciepłe słowa mamy i zdjęcia synka zdecydowanie poprawiły jej nastrój i przestała żałować, że wyjechała. Mały był pod doskonałą opieką, a ona mogła zadbać o swoją karierę, by ani Gio, ani rodzicom niczego w życiu nie zabrakło.

Musi tylko unikać Lorenza Parisiego.

Lorenzo Parisi stał w zacienionym kącie galerii, obserwując z pewnym rozbawieniem bieg wydarzeń. Nikt do niego nie podchodził. Kilka osób zerknęło w tę stronę i teraz szeptało, zasłaniając usta dłońmi. Inni usilnie starali się go ignorować.

Niech robią, co chcą, pomyślał. Trudno zmienić opinię, która już do niego przylgnęła. Dante Marino prowadził przeciwko niemu zaciętą wojnę medialną. Czy próbowałby zaprzeczyć swojemu udziałowi w groźbach skierowanych przeciwko rodzinie Marino, czy złościłby się na oskarżenia, czy starałby się wszystko spokojnie wyjaśnić, nic by się nie zmieniło. Dante już kupił opinię publiczną. Miał za sobą wieki rodzinnej historii i powszechne poważanie. I umiał to obrócić na swoją korzyść.

Lorenzo nie mógł mu dorównać. Gdyby tylko miał takie możliwości, użyłby ich bez wahania. Cóż, kiedy nie dysponował szeregiem szlachetnie urodzonych przodków ani zgromadzonym przez pokolenia majątkiem i koneksjami. Dorastał w biedzie. W domu było wiele gąb do wykarmienia i musiał desperacko walczyć o każdy grosz. Widać miał do tego smykałkę, bo w końcu zgromadził więcej, niż sobie wyobrażał w najśmielszych snach. Dlatego mógł sobie pozwolić na potraktowanie kłamstw Dantego z rezerwą. Któregoś dnia przeciwnik okaże słabość, a wtedy go zaatakuje. Był znany z tego, że bezbłędnie wyczuwa odpowiedni moment.

Jego firma wciąż odnosiła sukcesy. Dante mógł sobie prowadzić wojnę, ale Lorenzo był zainteresowany wyłącznie konkluzją. Dziś zależało mu na spotkaniu z konkretną artystką.

A oto i ona. Ubrana kolorowo, nie w czerni, jak inni. Właściwie nigdy nie pasowała do stereotypu posępnego dziwaka, jak zwykł określać artystów. Pogodna i rozmarzona, tworzyła dzieła nieco zagadkowe, przepiękne krajobrazy i portrety z domieszką mrocznej aluzji. Jej malarstwo musiało zaciekawiać. Była wyjątkowa, ta jego Brianna i jej sztuka nie mogły nie zostać docenione.

Zerwał z nią przed dwoma laty, kiedy zaczęła mieć niebezpieczne pomysły. Akurat odniósł biznesowy sukces i pojechał do Florencji na wakacje. Wykorzystał sytuację, przeżył miłe chwile, ale ponieważ jego plan na życie nie obejmował małżeństwa z próbującą się wybić amerykańską artystką, romans od początku był skazany na niebyt. Zerwał więc, by poświęcić się firmie i rodzinie.

Przez dwa lata skutecznie wmawiał sobie, że niczego nie żałuje, ale widok Brianny mocno zachwiał tym przekonaniem. Znów poczuł się jak wtedy, kiedy zobaczył ją po raz pierwszy, i znów zapragnął zostać z nią sam na sam.

Wtedy spotkali się w muzeum, gdzie grupa studentów malarstwa odbywała praktyki. Ubrana w dżinsy i kolorowy sweter, Brianna, w przeciwieństwie do członków swojej grupy, była całkowicie skupiona na pracy.

Obserwował ją i podszedł dopiero, jak skończyła. Zaprosił ją na kawę, potem na kolację i jego wakacje wydłużyły się do dwóch miesięcy.

Czasem postrzegał ten czas jako sen albo halucynację. Zupełnie jakby rzuciła na niego urok.

Rzeczywiście Brianna Anderson była osobą niezwykłą.

Dziś miała na sobie biało-złotą, podkreślającą kształty suknię. Przydymione oczy lśniły, długie kasztanowe włosy falami spływały na ramiona, policzki ożywił rumieniec. Rozmawiała z kobietą, odzianą od stóp do głów w czerń, przed dużym płótnem, które Lorenzo od razu rozpoznał.

Śledził ją wzrokiem kiedy krążyła po pokoju w towarzystwie kobiety w czerni, która przedstawiała ją różnym osobom. Przez cały czas trzymała w dłoni kieliszek szampana, z którego jednak nie upiła choćby łyka.

Ani razu nie spojrzała w jego stronę ani nie zbliżyła się do miejsca, w którym znalazł schronienie. Można by pomyśleć, że go nie zauważyła. Mógł tylko czekać na właściwy moment, a czas mijał. Część osób wyszła, coraz więcej wystawionych obrazów oznaczano jako kupione. Lorenzo był dumny ze „swojej” artystki.

W końcu zdecydował się działać i podszedł do niej z zamiarem przyjrzenia się portretowi, obok którego stała. Nie odrywał od niej wzroku, ale ona uparcie wpatrywała się w obraz. Jak gdyby nie czuła jego obecności, w co jednak wątpił.

– Witaj, Brianno – zaryzykował w końcu.

Nie poruszyła się i na kilka dobrych sekund całkiem znieruchomiała. Wiedział więc, że doskonale go słyszy.

Mogłoby się wydawać, że nie ma w niej nic niezwykłego. Średni wzrost i wymiary, brązowe włosy, niebieskie oczy, jasna karnacja. Typowa amerykańska dziewczyna.

A jednak…

W sukni połyskującej złotymi akcentami sprawiała wrażenie otoczonej obłokiem poezji. Jasna skóra emanowała ciepłem, niebieskie oczy lśniły czymś nieuchwytnym.

W końcu spojrzała na niego pustym wzrokiem z cieniem uprzejmego zakłopotania.

– O, witam… – zawiesiła głos, jakby nie mogła sobie przypomnieć jego imienia.

Roześmiał się. Zapewne była to arogancja, ale kompletnie nie potrafiła grać. Zresztą ani przez moment nie wierzył, że o nim zapomniała.

– Daj spokój tym gierkom. To do ciebie nie pasuje.

Wytrzymała jego spojrzenie i nawet nie mrugnęła, ale nad rumieńcem zakłopotania nie potrafiła zapanować.

– Lorenzo… Sporo czasu minęło – powiedziała w końcu.

– Właśnie. – Uśmiechnął się w sposób zabójczy dla zdrowego rozsądku.

Tym razem nie odpowiedziała uśmiechem.

– Przepraszam. Jestem zajęta. – Odwróciła się i okrążyła go, unikając kontaktu wzrokowego i starając się pozostać poza zasięgiem jego ramion. Zobaczył zdezorientowany, jak znika toalecie. Obejrzała się tylko raz, ale nie było w tym spojrzeniu gniewu ani żalu o to, jak zakończył znajomość. Nie było zakłopotania ani przygnębienia, był natomiast lęk.

Zrozumiałby wszystkie inne uczucia, nawet jeżeli słyszała plotki o nim, ale lęk? Zarzuty związane z rodziną Marino były absurdalne, a choć Dante próbował przekupić kilka z nich, żadna kobieta nie oskarżyła go o przemoc.

Wpatrywał się w miejsce, gdzie zniknęła i czuł, że coś tu jest bardzo nie tak.

Brianna dzieliła się wrażeniami ze swoim odbiciem w łazienkowym lustrze.

Na szczęście nie było tu nikogo i mogła swobodnie konwersować sama ze sobą.

Uciekła przed Lorenzem, co trudno byłoby uznać za rozegranie sprawy na chłodno. Trzeba było zostać i spokojnie porozmawiać, a potem sensownie uzasadnić wyjście.

Spotkanie twarzą w twarz było jak wetknięcie palca do kontaktu i żadne przygotowania niczego by tu nie zmieniły. Uczucia sprzed dwóch lat wróciły w okamgnieniu.

Odetchnęła głęboko, wyciągnęła z wieczorowej torebki telefon i spojrzała na zdjęcie Gia uśmiechającego się radośnie zza wielkiego bukietu tulipanów.

Przyjechała tu także dla niego. Nawiązane kontakty mogły zapewnić lepszą przyszłość im obojgu. To zdjęcie zwykle podtrzymywało ją na duchu i napełniało nadzieją, ale tym razem stwierdziła ze zgrozą, że synek ma uśmiech i profil swojego ojca.

Wolała się nie zastanawiać, po co tu przyszedł, niestety odpowiedź sama się nasuwała. Żeby się z nią spotkać. Dlatego powinna wyjść jak najszybciej i nie dać mu szans… cokolwiek zamierzał. Jednak miło jej było, że o niej pamiętał.

Schowała telefon i wróciła do galerii. Wyprostowana, z wysoko uniesioną brodą, uosobienie zdecydowania.

Kiedy go nigdzie nie dostrzegła, ulżyło jej, ale była też trochę rozczarowana.

Pożegnała organizatorów, podziękowała kilku kolejnym osobom komplementującym jej obrazy i poszła do wyjścia, gdzie czekał samochód. Tam jednak natknęła się na przeszkodę. Wysoki mężczyzna stał na chodniku, zapatrzony w mrok Palermo. Czuła, że coś ją do niego przyciąga, jakby nadawali na tych samych falach.

Przez chwilę chciała zawrócić, ale spotkali się wzrokiem i zastygła w połowie drogi. Kiedy się uśmiechnął, poczuła, że znów jest gotowa zrobić coś głupiego. Pospiesznie nakazała sobie myśleć o synku. Przede wszystkim powinna go chronić.

– Witaj ponownie – rzucił lekko. – Wychodzisz czy jednak postanowiłaś zostać?

Powinna była rzucić jakąś ciętą ripostę. Wiedziała przecież, że to się może zdarzyć. Przygotowywała się do tego, ćwiczyła nawet przed lustrem. Niestety nie potrafiła, nieprzygotowana na gwałtowny nawrót dawnych uczuć. Wsączały się w pęknięcia jej zbroi, pozostawiając ją odsłoniętą i bezbronną.

– Czy ty się mnie boisz? – zamruczał. – Przyznaję, że nie rozumiem, dlaczego. – Cień arogancji spowodował, że słowa dotarły do jej zamglonego umysłu.

– Czyżby? – W końcu odzyskała mowę. – A te plotki na twój temat?

Przez jego twarz przemknęło coś nieuchwytnego, czego nie potrafiła zdefiniować.

– Wierzysz w każdą usłyszaną plotkę czy tylko te o twoich byłych kochankach?

Starała się myśleć o synku, ale nie było to specjalnie pomocne. Bo choć bardzo chciała go chronić, czuła się winna. Ojciec jej syna nie miał pojęcia o jego istnieniu i nie będzie towarzyszył mu w rozwoju. I choć próbowała sobie powtarzać, że jego działalność mogła zagrozić bezpieczeństwu ich obojga, czuła się z tym źle.

– Nie widziałam żadnego artykułu ani wzmianki w mediach, które przeczyłyby zarzutom – odparła. – Ty sam też nie próbowałeś zaprzeczać.

Muśnięcie palcami po policzku przeszyło ją dreszczem. Czuła, że chce ją uwieść, i wiedziała, że musi być silniejsza niż dwa lata temu.

– Wydałem oficjalne sprostowanie – powiedział.

– Nie ty, tylko twój rzecznik prasowy.

– Jak widać, jesteś świetnie poinformowana. Nie przypuszczałem, że interesy sycylijskiego biznesmena mogą się okazać newsem w Ameryce.

– Nie jesteś sycylijskim biznesmenem. Dowiedziałam się o tym dopiero po powrocie do domu.

W końcu odzyskała władzę w nogach i ruszyła do samochodu, który miał ją zabrać do hotelu.

– Napijmy się kawy. Nadrobimy zaległości – zaproponował.

Nie spojrzała na niego ani nie przystanęła.

– Jeśli dobrze pamiętam, nigdy dotąd nie skończyło się na kawie.

Parsknął śmiechem, który był jak narkotyk i dogonił ją bez trudu. A przecież tylko narkotyk mógł ją skłonić do pożądania tego, co uważała za ogromnie niebezpieczne.

– Mogłoby być równie przyjemnie.

Te słowa dotarły do niej z całą mocą. Same w sobie były kuszące, o co zresztą miała do siebie pretensję, ale też od dwóch lat była samotną matką, pozbawioną przyjemności z seksu. Nie była nawet pewna, czy nadal ma takie potrzeby.

Teraz nagle okazało się, że jednak tak i mogła być zła tylko na siebie, że tak łatwo dała się złamać, chociaż niczego jej nie wyjaśnił i składał niemoralną propozycję, jakby nie było tych dwóch lat,.

– Nie zamierzam pić z tobą kawy ani robić niczego innego.

– O, a dlaczego?

– Jeszcze pytasz? Okłamałeś mnie i zostawiłeś bez słowa wyjaśnienia. Łatwowierna studentka, pierwszy raz za granicą, łatwo dała się oczarować doświadczonemu, gładkiemu w obyciu biznesmenowi. Ale już nie jestem tamtą dziewczyną i nie zamierzam wdawać się w romans z kimś tak płytkim i kompletnie pozbawionym poczucia przyzwoitości.

Lorenzo nie pozwolił sobie na wybuch, choć słowa o braku poczucia przyzwoitości nie były przyjemne. Zapanował jednak nad gniewem i uśmiechnął się uprzejmie. Bo w podtekście jej słów było coś, czego nie rozumiał i nie potrafił odgadnąć.

Jakby miała coś do ukrycia. Jakby się go obawiała. To było niezrozumiałe, nawet jeżeli była na niego zła.

– Dlaczego nie? – zapytał.

– Dlaczego nie, co?

– Dlaczego nie zamierzasz wdawać się w romans z kimś, kogo wcześniej lubiłaś?

Słowo „lubić” wydawało się nieadekwatne do tego, co ich wtedy łączyło.

Otworzyła usta, ale nie wyszedł z nich żaden dźwięk. Widział, że bardzo się stara wymyślić sensowną odpowiedź.

– Wyszłaś za mąż?

Obserwował ją uważnie. Znów nie odpowiedziała wprost. Czy chciała skłamać? Był ciekaw tego kłamstwa, ale jeszcze bardziej prawdy. I powodów, dla których chciała skłamać.

Cóż, wkrótce się dowie, co się działo z Brianną Anderson przez ostatnie dwa lata.

Brianna tymczasem wyprostowała się i spojrzała mu prosto w oczy. Te niebieskie tęczówki mocno wbiły mu się w pamięć.

– Posłuchaj, byliśmy przez chwilę razem lata temu – powiedziała znużonym tonem. – Na pewno po mnie miałeś jeszcze wiele kobiet.

– Rozumiem, że obserwowałaś moje życie.

– Nie zamierzam do tego wracać i będę wdzięczna, jeżeli zostawisz mnie samą.

– Nie zamierzam się upierać, skoro mnie nie chcą.

– Ani nawet wtedy, kiedy cię chcą!

Tego się spodziewał. Zasłużył sobie na to nagłym odejściem. Gniew wzgardzonej kobiety był zupełnie zrozumiały.

– Czego ty właściwie ode mnie chcesz?

– Szczerych przeprosin, które dowiodłyby, że jesteś lepszym człowiekiem, niż mi się wydaje. Skoro się od nich wymigujesz, to już niczego nie chcę. Zostaw mnie w spokoju.

– Nie zamierzam przepraszać.

Zrobił tylko to, co było w tej sytuacji konieczne.

– Bardzo dobrze. Nie przyjechałam tu po przeprosiny, tylko na wernisaż. Za kilka dni wracam do domu. Nie oczekuję przeprosin i nie chcę cię widywać. Należysz do przeszłości i niech tak zostanie. – Mówiła z gniewem i goryczą, których nigdy by się nie spodziewał u osoby tak pogodnej i ciepłej.

Od początku miała wiele twarzy. Niełatwo było głębiej ją poznać.

Napisz swoją recenzję

Podziel się swoją opinią
Twoja ocena:
5/5
Dodaj własne zdjęcie produktu:
Recenzje i opinie na temat książek nie są weryfikowane pod kątem ich nabywania w księgarniach oraz pod kątem korzystania z nich i czytania. Administratorem Twoich danych jest HarperCollins Polska Sp. z o.o. Dowiedz się więcej o ochronie Twoich danych.
pixel