Zapisz na liście ulubionych
Stwórz nową listę ulubionych
Wiele ci mogę dać
Zajrzyj do książki

Wiele ci mogę dać

ImprintHarlequin
Liczba stron160
ISBN978-83-291-1282-6
Wysokość170
Szerokość107
EAN9788329112826
Tytuł oryginalnyThe Housekeeper's One-Night Baby
TłumaczBarbara Bryła
Język oryginałuangielski
Data premiery2026-03-24
Więcej szczegółówMniej szczegółów
Idź do sklepu
Idź do sklepu Dodaj do ulubionych

Przedstawiamy "Wiele ci mogę dać" nowy romans Harlequin z cyklu HQN ŚWIATOWE ŻYCIE.

Lizzie Bailey dba o kuchnię i porządek w zabytkowej angielskiej rezydencji, która wkrótce zostanie sprzedana. Pod nieobecność właścicielki posiadłość przychodzi obejrzeć włoski milioner Niccolò Macario. Oboje ulegają wzajemnej fascynacji i spędzają razem noc. Niccolò uprzedza Lizzie, że nigdy nie będą parą, bo związki go nie interesują. Jednak gdy sześć miesięcy później dowiaduje się, że Lizzie jest w ciąży, proponuje jej, żeby przeniosła się do Nowego Jorku, by się nią zaopiekować. Każdy dzień z tą piękną i zadziorną kobietą kruszy mur jego twardych postanowień…

Fragment książki

– Mam odejść? – Lizzie zacisnęła palce na słuchawce, czując kłębiący się w żołądku strach, gdy słuchała słów pracodawczyni. – Ja... nie rozumiem.

– To całkiem proste, Lizzie. – Sylvie, z tym swoim nieskazitelnym akcentem, zaczęła mówić wolno, jak gdyby przemawiała do jakiejś idiotki. – Dom musi zostać sprzedany. Tak się składa, że w przyszłym tygodniu ktoś przyjdzie go obejrzeć. Obawiam się, że to początek i koniec.

– Ale... – Lizzie mówiła coraz ciszej, w miarę jak jej strach przybierał na sile.

Chciała coś powiedzieć, ale brakowało jej pewności siebie – zwłaszcza w rozmowach z pracodawcami. Znała swoje ograniczenia. Była dobra w odkurzaniu, sprzątaniu i malowaniu obrazków zwierząt, najchętniej psów. Została tak wychowana, by nigdy nie poddawać w wątpliwość słów osoby, która jej płaci.

Tylko że Sylvie jej nie płaciła, prawda? Lizzie od miesięcy utrzymywała się z resztek swoich oszczędności. W międzyczasie szefowa rozmawiała z nią wymijająco, jak to ludzie z wyższej sfery, udając coś, co wydawało się przyjaźnią. Tyle że tak naprawdę to nie była przyjaźń. Przyjaciółka nigdy by cię nie wykorzystała ani nie zostawiła na lodzie bez ostrzeżenia.

Lizzie wciągnęła głęboko powietrze.

– Ale to oznacza, że nie będę miała gdzie mieszkać – zaoponowała cicho.

Sylvie dodała do swojego afektowanego głosu nutę udawanego współczucia.

– Zdaję sobie z tego sprawę – powiedziała. – Ale jesteś pracowita, Lizzie. Na pewno znajdziesz inną posadę z mieszkaniem, tak jak u mnie. Napiszę ci znakomite referencje, tego możesz być pewna. Naprawdę nie ma się czym martwić.

Lizzie przełknęła ślinę. Następna kwestia była trudniejsza, bo matka zawsze uczyła ją, że mówienie o pieniądzach jest wulgarne. Ale jakie to miało znaczenie, kiedy lodówka jest pusta?

– Ale jesteś mi winna pieniądze – wykrztusiła, policzki ją paliły. – Nie dostałam nic od ponad trzech miesięcy.

– Tak, obawiam się, że mam mały problem z gotówką. Posłuchaj, nie będę składać obietnic bez pokrycia, Lizzie, więc co powiesz na to, żebyś rozejrzała się po domu i wzięła, cokolwiek ci się podoba, zamiast wynagrodzenia? Oczywiście nie antyki, ale znajdziesz mnóstwo ubrań z zeszłego sezonu, których już nie noszę. Mogłabyś je opchnąć w internecie i zbić na tym małą fortunę. Czy nie tak ludzie robią w dzisiejszych czasach? Posłuchaj, kochanie, muszę kończyć, bo czeka na mnie samochód. Chcę ci tylko podziękować za wszystko i czy mogłabyś się upewnić, że dom będzie super wysprzątany na następną środę? Ktoś o nazwisku Niccolò Macario przychodzi, by go kupić, mam nadzieję. Podobno to jakiś niezwykle seksowny włoski miliarder. – Sylvie zaśmiała się gardłowo. – Jaka szkoda, że mnie tam nie będzie.

***

Na czas pobytu w Anglii Niccolò wynajął elegancki srebrny samochód sportowy, ale kiedy nim dojechał do maleńkiej wioski Cotswolds, zdecydował się zaparkować go obok stawu z kaczkami i ostatnie kilka kilometrów przejść pieszo.

Czuł się podminowany. Bardziej niż zwykle. Nerwy miał roztrzęsione. Serce mu waliło, a w ustach czuł suchość. Starał się nie myśleć o tym zbyt wiele, to nigdy w niczym nie pomagało, a do tej reakcji powinien być już przyzwyczajony. To zawsze działo się tego dnia. Co roku, niezawodnie. Puls dudnił mu w skroni. Jak zawsze.

Zatrzymał się przed okazałym domem i rozejrzał, próbując docenić piękno otoczenia w blasku padającego z góry słońca. Zabytkowy budynek, wznoszący się na tle bezchmurnego nieba, miał barwę miodu ze śmietaną. Okoliczna zieleń była w rozkwicie. Ciężkie róże rozsiewały w powietrzu bogaty aromat, wśród kolorowych kwietników brzęczały radośnie pszczoły. Iście idylliczna sceneria angielskiej prowincji w najlepszym wydaniu.

Rozejrzał się wokoło i zmrużył oczy, bo całe to piękno było iluzją, jak wiele innych rzeczy w życiu. Przyglądając się bliżej, dostrzegał ślady zaniedbań – łuszczącą się farbę i pokryte szramami szyby. Pełzające chwasty wśród barwnego kwiecia.

Westchnął głęboko. Latem ból serca był zawsze najbardziej dotkliwy, a poczucie straty i winy tak silne jak zawsze, nawet po tylu latach. W środku czuł się wypalony.

Dlatego właśnie zdecydował się na ten projekt, żeby uciec w pracę, a przy okazji pomnożyć fortunę. Zakup potencjalnie wartościowej nieruchomości pozwoli mu poczuć się jak w czasach, kiedy zaczynał karierę i był głodny sukcesu.

Teraz nie potrzebował już pieniędzy, ale praca była pożyteczną odskocznią dla jego udręczonej duszy. Zacisnął usta. Pozwalała choć na chwilę zapomnieć. Spojrzał na zegarek i ruszył w stronę drzwi. Agent z biura nieruchomości miał się tu z nim spotkać, ale nigdzie nie było widać jego samochodu. Może także dotarł tu pieszo? Naciskając dzwonek do drzwi, Niccolò przypomniał sobie, co powiedziano mu o tej nieruchomości. Właścicielka była zamożną osobą z towarzystwa, zdesperowaną, by ją sprzedać. Uśmiechnął się z wyrachowaniem. Agent popełnił niedyskrecję, ale dobrze było to wiedzieć z punktu widzenia negocjacji.

Usłyszał odgłos odbijających się echem kroków z wnętrza domu, a potem ciężkie dębowe drzwi zostały otwarte. Stanęła w nich niczym tajemnicza zjawa kobieta o włosach w kolorze bladej halloweenowej dyni i półprzezroczystej cerze pokrytej piegami. Miała na sobie suknię z zielonego jedwabiu, opinającą jej bujne kształty. Ta suknia była całkowicie nieodpowiednia na tę porę dnia, a jednak wydawała się idealnie pasować do tej historycznej rezydencji.

Kobieta rozchyliła pełne usta jak gdyby w szoku, a Niccolò poczuł niespodziewaną falę pożądania. Serce mocno mu zabiło. Chciał wyciągnąć rękę i jej dotknąć, by sprawdzić, czy jej skóra jest tak delikatna, na jaką wygląda, a potem musnąć opuszkiem kciuka zarys jej ust, by zadrżały.

Potrząsnął głową, próbując odgonić od siebie krnąbrne myśli. Od kiedy to uwodził nieznajome? Czy to nie kobiety zawsze uwodziły jego?

Odchrząknął.

– Jestem Niccolò Macario – wyjaśnił zwięźle, unosząc pytająco brwi, gdy ona nadal milczała. – Chyba spodziewała się mnie pani?

Lizzie wpatrywała się w stojącego przed nią potężnego, czarnowłosego mężczyznę i wszystkie formułki, w których została przeszkolona, w rodzaju: Dzień dobry. Czy mogę w czymś pomóc? albo: Jak sądzę przyszedł pan obejrzeć dom? – uparcie odmawiały opuszczenia jej ust. Dosłownie zaniemówiła. Czuła się zdezorientowana i oszołomiona. Ponieważ... ponieważ... Czy ten mężczyzna mógł być prawdziwy?

Spoglądała na niego, mrugając z niedowierzaniem. Nie chodziło tylko o to, że był wyjątkowo wysoki i umięśniony, z rozwianymi włosami ciemnymi jak skrzydła kruka. Ani o to, że miał nienagannie skrojony garnitur czy rzeźbiony tors. Nie chodziło nawet o jego błyszczące spojrzenie czy seksowny akcent, przyprawiające ją o gęsią skórkę. Nie, największe wrażenie zrobiło na niej to, jak na nią patrzył. Jak gdyby właśnie zobaczył coś, czego się nie spodziewał. Coś, czemu warto się było przyjrzeć. Zerknęłaby za siebie, by sprawdzić, czy jego uwagę przykuł ktoś inny, ale wiedziała, że była sama w wielkim domu, ubrana w skandalicznie drogą należącą do jej szefowej sukienkę, która przylgnęła do jej ciała niczym druga skóra.

Zgodnie z instrukcjami, spędziła poranek, przeglądając garderobę Sylvie, próbując ustalić potencjalną wartość różnych strojów i zrównoważyć ją z niewypłaconym wynagrodzeniem, które jej się należało. Większość miała dziury wypalone papierosami albo plamy po czerwonym winie i nie nadawała się do noszenia. Ale ta sukienka wyróżniała się wśród nich jak latarnia morska. O takiej kreacji Lizzie nigdy nawet nie marzyła. Zawsze ubierała się stosownie do swojej skromnej pozycji w życiu i tendencji do pozostawania w cieniu. Ale tego dnia coś kazało jej się w nią ubrać.

Przełknęła ślinę. To była najbardziej elegancka rzecz, jaką kiedykolwiek miała na sobie. Sprawiała, że czuła się inaczej i najwyraźniej tak wyglądała. Bo z jakiego innego powodu mężczyzna taki jak Niccolò Macario wydawał się nią zafascynowany, choć zwykle nie przykuwała męskich spojrzeń?

– Spodziewała się mnie pani? – powtórzył, lekko zniecierpliwiony, zerkając przez ramię. – Czy dotarł już tutaj agent nieruchomości?

– Nie. Jeszcze go nie ma – odezwała się wreszcie Lizzie. – Powinien już być.

– Tak, powinien – zgodził się mężczyzna chłodno.

– Może się spóźni.

– Może – przyznał, niedbałym ruchem ręki dając do zrozumienia, że znudziła go już rozmowa o agencie, po czym zmarszczył brwi. – Ale nadal sprzedaje pani dom?

– O tak, oczywiście – odpowiedziała Lizzie szybko i już miała dodać, że dom do niej nie należy i jest tu tylko gosposią, gdy coś ją powstrzymało. Najwyraźniej przyjął błędne założenie co do jej statusu z powodu tej wspaniałej szmaragdowej kreacji, autorstwa jednego z wiodących projektantów. Z pewnością nie zadałby jej tego pytania, gdyby była ubrana w mało twarzowy szary uniform, na noszenie którego Sylvie zawsze nalegała.

Napotkała hebanowy blask jego oczu i ucieszyła się, że patrzy się na nią jak na kobietę, a nie jak na służącą.

– Tak naprawdę nie jestem właścicielką. Ja… hm… opiekuję się domem – wymamrotała. Co do pewnego stopnia było prawdą. Z pewnością nie płacono jej za bycie tutaj, prawda? Była biedna i wkrótce stanie się bezdomna, ale w tej chwili nie sprawiała takiego wrażenia, sądząc po tym, jak ten mężczyzna wciąż na nią patrzył. I nagle poczuła, że chce bawić się w tę grę trochę dłużej. Być kobietą w drogiej sukience bez przerażających obaw o przyszłość. Jak gdyby była równa temu mężczyźnie. – Ale znam tę posiadłość bardzo dobrze. Mogę pana oprowadzić, jeśli pan chce. – Zawahała się. – Chyba że woli pan usiąść w salonie i poczekać na agenta.

– Mógłbym. Ale nie mam zbyt wiele czasu, muszę wrócić do Londynu dziś wieczorem. – Jego ton znów stał się rzeczowy.

– Rozumiem – powiedziała niepewnie.

– Cieszę się, że może mnie pani oprowadzić zamiast niego – kontynuował, po czym spojrzał na nią z pytającym uśmiechem. – Chyba że ma pani coś lepszego do roboty?

Efekt tego uśmiechu był druzgocący i serce Lizzie wykonało gwałtowne salto. Nie pytał poważnie, z pewnością musiał zdawać sobie sprawę, że większość kobiet poruszyłaby niebo i ziemię, by spędzić z nim trochę czasu. Do diabła, nie każdego dnia spotykało się takiego mężczyznę.

Była doskonale przygotowana do oprowadzenia go, czasami wydawało jej się, że zna to miejsce lepiej niż Sylvie. Prawdę mówiąc, była nieszczęśliwa na myśl o tym, że ma go opuścić. Przez lata starała się poznać każdy cenny artefakt i mebel, które starannie polerowała i konserwowała, i czy nie była to okazja, by wykorzystać swoją wiedzę? By choć raz wyjść z cienia i zabłysnąć, zanim na zawsze opuści ten historyczny splendor?

– Nie, nie mam nic lepszego do roboty – powiedziała szczerze. – Tak się składa, że mam cały dzień dla siebie.

– Więc jestem szczęściarzem – mruknął.

– Hm – odchrząknęła. – Proszę wejść.

– Grazie.

Patrzyła, jak pochyla ciemną głowę i wchodzi do środka, a kiedy ją mijał, wyczuła ciepły zapach bergamotki, egzotycznych przypraw i czegoś jeszcze. Nagle zaczęła się zastanawiać, czy nie wzięła za wiele na swoje barki, ale zdała sobie sprawę, że o to nie dba.

– Zacznijmy tutaj, dobrze? – powiedziała, pospiesznie przytaczając fakty z historii domu, których tak skrupulatnie się uczyła. Nic dziwnego, bo pokochała Ermecott Manor jak własny dom. – To jest Wielka Sala, która została zbudowana w połowie siedemnastego wieku, chociaż witraże pojawiły się dopiero prawie siedemdziesiąt lat później. – Wskazała na okna, a ten nagły ruch sprawił, że jej nieskrępowane stanikiem piersi zachwiały się pod delikatnym jedwabiem, przypominając jej, że wciąż ma na sobie sukienkę Sylvie i musi wyglądać jak idiotka. Czy to dlatego Niccolò Macario wziął gwałtowny wdech, jak gdyby w pokoju nagle zabrakło tlenu?

– Lepiej pójdę i przebiorę się w coś bardziej odpowiedniego – powiedziała szybko.

Spojrzał jej w oczy.

– Dlaczego miałaby pani to robić?

– Czy to nie oczywiste? – zaśmiała się nerwowo. – To sukienka wieczorowa.

– To także bardzo piękna kreacja, w której idealnie wtapia się pani w to zabytkowe otoczenie – skomentował. – Z pewnością lepiej niż dżinsy, w które, jak się domyślam, zamierzała się pani przebrać.

Ku swojemu przerażeniu, Lizzie zarumieniła się, bo to zabrzmiało jak komplement, chociaż nie miała zbyt dużego doświadczenia w tym zakresie. Nie spotykała się z nikim od czasów Dana, który miał w zwyczaju z niej szydzić, z sobie tylko znanych powodów. To, dlaczego tolerowała to tak długo, było osobną kwestią i bardziej wynikającą z jej niskiej samooceny niż jakiejkolwiek zalety jej byłego chłopaka.

Spojrzała w dół na szmaragdowy jedwab, spływający jej do stóp. Nie chciała iść na górę i ryzykować, że czar, jaki zdawał się na nią rzucać, pryśnie. Chciała trzymać się tego rozkosznego uczucia i cieszyć się każdą sekundą jego towarzystwa. Podnosząc głowę, napotkała jego hebanowe spojrzenie i modliła się, by agent nieruchomości nie zadzwonił nagle do drzwi wejściowych.

– Naprawdę tak pan myśli? – zapytała naiwnie.

– Naprawdę – odpowiedział z powagą.

Nie mogła odwrócić wzroku i wydawało się, że on też nie może. Nigdy wcześniej nie wpatrywała się tak w nikogo. Dan zarzucał jej głównie oziębłość. Mówił jej, że była jak bryła lodu. Cóż, w tej chwili z pewnością tak się nie czuła. Krew buzowała jej w żyłach, piersi wezbrały, a ściśnięte sutki napierały na śliski jedwab sukni. Czy on to zauważył? Czy to dlatego sam był najwyraźniej spięty?

– W takim razie może przejdziemy do zwiedzania parteru? – wymamrotała, kierując się w stronę korytarza prowadzącego z Wielkiej Sali.

– Perfetto – odparł z uśmiechem, który pozbawił ją tchu.

Niccolò podążał za kobietą o jaskrawych włosach przez zacienione pokoje, zmuszając się do skupienia na wyłożonych boazerią ścianach i wytartych posadzkach oraz świetle wpadającym przez witraże. Rozglądał się dookoła okiem konesera i myślał o tym, jak piękny był ten dom i o ile lepiej by wyglądał, gdyby zainwestowano w niego trochę pieniędzy.

– To pokój, który rodzina pierwszych właścicieli obrała za jadalnię – poinformowała go rudowłosa przewodniczka. – Dawał im odrobinę prywatności, z dala od czujnych oczu służby.

– Ach, te czujne oczy służby – zauważył. – Chociaż w tak dużym domu nie sposób byłoby jej nie mieć.

– Tak, służba potrafi być nieznośna – w głosie Lizzie pojawiła się kwaśna nuta.

Te słowa dały mu pretekst, by zajrzeć jej w oczy, które tak go urzekły. Miały naprawdę niezwykły kolor świeżych pistacji i były otoczone rzęsami tej samej barwy, co jej włosy. Jej nieumalowane usta były niezwykle kuszące i wpatrywał się w nie o sekundę dłużej, niż było to konieczne. Czy to dlatego, ku jego nieoczekiwanemu zachwytowi, zarumieniła się?

Zmieszana odwróciła się do niego plecami i zobaczył kołysanie jej równie rozkosznych pośladków, obleczonych w lśniący jedwab. Jasnorude włosy sięgały jej prawie do pasa, a on zastanawiał się, jakie to uczucie wpleść palce między ich ciężkie pasma. Serce mu waliło i nagle Niccolò poczuł, że żyje. Smutek na chwilę go opuścił z powodu nagłych, pilnych potrzeb ciała. Zapragnął dotknąć jej miękkich ust swoimi własnymi. Odczuwał pożądanie tak silne, jak w latach młodzieńczych, kiedy jego zachowaniem rządziła niepowstrzymana powódź hormonów. Zacisnął usta. I proszę, do czego to doprowadziło.

– Szuka pan domu dla rodziny? – zapytała.

Jej słowa odciągnęły go od bolesnych myśli. Zmrużył pytająco oczy.

– Jeśli... jeśli zdecyduje się pan na zakup – dodała szybko. – W pobliżu jest wiele dobrych szkół.

Doskonale wiedział, o co jej chodziło. Próbowała ustalić, czy jest kawalerem. To się zdarzało. Nawet często. Niezdarne pytanie wywołane bezowocnym poszukiwaniem zarysu obrączki lub zdjęcia uśmiechniętego dziecka na wyświetlaczu w telefonie.

– Nie, nie mam rodziny – uciął. – I ta sytuacja się nie zmieni.

– Rozumiem – powiedziała.

Wiedział, że podał jej więcej informacji, niż było to potrzebne, i zastanawiał się, co go do tego skłoniło. Czy chciał jej uświadomić, jakim naprawdę jest człowiekiem? Ostrzec ją, że pomimo niezwykłej chemii między nimi nie szuka żony?

– Jeśli musi pani wiedzieć, szukam w południowej Anglii nieruchomości do zagospodarowania.

– Do zagospodarowania? Nie może pan tego zrobić! – wybuchła.

– Dlaczego?

– Ponieważ to jest zabytek klasy pierwszej. Istnieją ścisłe zasady dotyczące tego, co można z nim zrobić, a czego nie.

– A pani sobie wyobraża, że co chcę z nim zrobić? – zapytał z ironią. – Dodać trzypiętrową dobudówkę z boku i podziemny basen?

– Nie wiem, proszę mi powiedzieć! – odparła, jak gdyby dotknął ją do żywego. – Zbyt wielu ludzi tutaj przybywa, obnosząc się ze swoimi pieniędzmi i próbując...

– Próbując co?

Potrząsnęła głową, jak gdyby powiedziała za dużo.

– To nieważne.

– Nie, proszę powiedzieć. Jestem ciekaw.

Wzruszyła ramionami, a w przyćmionym świetle ciemnozielone ramiączka jej sukienki mieniły się.

– Próbując wszystko zmienić.

 

 

Napisz swoją recenzję

Podziel się swoją opinią
Twoja ocena:
5/5
Dodaj własne zdjęcie produktu:
Recenzje i opinie na temat książek nie są weryfikowane pod kątem ich nabywania w księgarniach oraz pod kątem korzystania z nich i czytania. Administratorem Twoich danych jest HarperCollins Polska Sp. z o.o. Dowiedz się więcej o ochronie Twoich danych.
pixel