Willa w Monterey
Przedstawiamy "Willa w Monterey" nowy romans Harlequin z cyklu HQN ŚWIATOWE ŻYCIE EKSTRA.
Prywatny detektyw Zane Montoya jest już bliski pojmania przestępcy, którego ściga od miesięcy. Niespodziewanie w drogę wchodzi mu młoda dziewczyna, Iona MacCabe. Zane nie wie, czy jest ona wspólniczką przestępcy i czy powinien przekazać ją w ręce policji, lecz rudowłosa piękność intryguje go tak bardzo, że zaprasza ją do swojej nadmorskiej willi w Monterey…
Fragment książki
– Hej, Mitch, czy w kartotece Demaresta było coś na tego dzieciaka? Mniej więcej sto pięćdziesiąt pięć, sto sześćdziesiąt centymetrów wzrostu, pięćdziesiąt pięć, sześćdziesiąt kilo wagi?
Zane Montoya wpatrywał się w mroczny parking motelu, starając się wyłowić z cienia jakieś użyteczne szczegóły. Ale kimkolwiek był ten dzieciak, robił wszystko, żeby tylko nie znaleźć się w kręgu światła lamp ulicznych. Zane’owi zjeżyły się włosy na karku. Od pięciu godzin czatował pod oknem pokoju motelowego Brada Demaresta; przejął sprawę od Mitcha, który zachorował na grypę. Montoya Investigations deptało Demarestowi po piętach od sześciu miesięcy. Można powiedzieć, że po raz pierwszy od wielu tygodni coś drgnęło w sprawie, kiedy dostali cynk, że ten motelik z pokojami na godziny, położony na przedmieściach Morro Bay, jest ostatnią kryjówką faceta. A intuicja podpowiadała Montoi, że młodziak wyraźnie przeprowadza rekonesans. I zdecydowanie mu się to nie podobało, bo gdyby Demarest się pojawił, to szczeniak mógłby zwrócić na nich jego uwagę albo – co gorsze – spłoszyć, zanim zdołaliby go zatrzymać i oddać w ręce policji.
– Czy to dziewczyna, czy chłopak? – wychrypiał Mitch.
– Chyba nie sądzisz, że ja bym… – szept sfrustrowanego Montoi urwał się nagle, bo postać cofnęła się nieco i w żółtym blasku latarni ukazała się piegowata buzia, ogniście rude loki wymykające się spod mocno naciśniętej na czoło czapki z daszkiem i wreszcie wyraźna wypukłość piersi pod obcisłą czarną koszulką, spodnie panterki i buty. – To jest dziewczyna. I to dziewczyna, której obecność tutaj nic dobrego nie wróży. Bo po co by się ubierała po wojskowemu, jak GI Jane?
– W każdym razie młoda kobieta, w wieku między osiemnaście a dwadzieścia pięć lat, biała, z rudymi włosami do ramion.
Kiedy Zane próbował porównać jej rysy ze zdjęciem z kartoteki policyjnej, dziewczynę skrył cień.
– Nie kojarzę jej – mruknął bardziej do siebie niż do Mitcha.
Zane ponownie przejrzał kartotekę Demaresta, ale w jego najbliższym otoczeniu nie zauważył nikogo, kto by pasował do opisu tej dziewczyny.
Mitch westchnął ciężko.
– Jeśli ona się plącze koło jego pokoju, to znaczy, że jest jego kolejną ofiarą.
– Nie sądzę. Jest za młoda – odparł Zane. Niegdysiejszy producent filmowy kategorii B, Demarest, typowy pasożyt LA, miał krótki epizod z filmem porno, po czym znalazł sobie bardziej lukratywne zajęcie polegające na mamieniu bogatych kobiet, z których miał rzekomo robić gwiazdy filmowe. Ale ta dziewczyna ze swoją bladą cerą, piegami, piersiami, które nie znały silikonu, i ukradkowymi działaniami, mogła być wszystkim, tylko nie celem takiego faceta.
– Nie bądź taki pewny – odparł Mitch. – On zawsze działał z wielkim rozmachem i wcale nie był wybredny.
– Niech to szlag! – zaklął Zane, widząc, że dziewczyna podchodzi do drzwi pokoju Demaresta. – Zadzwoń do Jima, niech przyśle posiłki – dodał ostro – a sam niech się tu zaraz zamelduje.
– Czy Demarest się pojawił? – wychrypiał podniecony Mitch.
– Nie. – Dzięki Bogu. – Ale Jim musi przejąć inwigilację. Mamy kłopot. – Surowym wzrokiem zmierzył parking. – Bo obojętne, kim jest ta dziewczyna, właśnie włamała się do motelowego pokoju Demaresta.
Wetknął komórkę do tylnej kieszeni, wysiadł z samochodu i ruszył przez parking.
Tylko tego brakowało, żeby mu po pięciu godzinach siedzenia w cholernym samochodzie ta piegowata imitacja GI Jane spieprzyła pół roku pracy.
Iona MacCabe otworzyła drzwi wytrychem, którego zdobycie zajęło jej tydzień. W cienkiej smużce światła wpadającego przez wąską szparę między zasłonami tańczyły drobinki kurzu, ale było zbyt ciemno, by mogła zobaczyć cokolwiek innego poza dwoma wielkimi łożami. Serce skoczyło jej do gardła, kiedy usłyszała za sobą kroki, ale gdy się odwróciła, żeby zamknąć drzwi, dostęp do nich zablokowała jej wysoka postać.
Brad!
Zamarła, kiedy postać wyciągnęła rękę i zablokowała otwarte drzwi.
– Nie sądzę – odezwał się opryskliwy głos.
Nie Brad.
Krótkotrwałe uczucie ulgi ustąpiło, kiedy poczuła obejmujące ją w talii męskie ramię. Uderzyła plecami o bardzo twardą pierś i straciła grunt pod nogami.
– Puszczaj! – pisnęła, kiedy tajemniczy mężczyzna wyniósł ją z pokoju, kopniakiem zamknął drzwi i ruszył z nią przez parking.
Muskularne ramię opasujące ją pod piersiami stężało, a dziewczynie zaparło dech, kiedy sobie uświadomiła, że to uprowadzenie może być gorsze od spotkania z Bradem, alfonsem i oszustem.
– Uniemożliwiam popełnienie przestępstwa – warknął bezosobowy głos. – I radzę ci, zamknij się, bo jeśli nas ktoś zauważy, to twoja sytuacja będzie o wiele gorsza.
Złapała mężczyznę za ramię, usiłując się uwolnić, ale trzymał zbyt mocno. Usłyszała odgłos otwierania drzwi samochodu i zaczęła wyrywać się na dobre. Ktoś ją porwał!
Pokonała pięć tysięcy mil, przez dwa tygodnie żyła tylko dzięki własnemu sprytowi, przez tydzień czyściła wychodki w najnędzniejszym motelu na świecie, od przedwczoraj nie miała w ustach przyzwoitego posiłku i teraz, dosłownie kilka kroków od celu, miałby ją zamordować jakiś świr!
– Jeżeli mnie nie puścisz w tej chwili, to zacznę wrzeszczeć na całe gardło. – Nabrała tchu, ale natychmiast twarda dłoń zasłoniła jej usta i to, co miało być rozdzierającym krzykiem, zamieniło się w całkowicie niegroźny pomruk.
Wierzgała z całej siły, nie napotykając jednak żadnego oporu; wisiała w powietrzu. Nagle przez odór gnijących śmieci przedarł się jakiś czysty bardzo męski zapach.
On nie pachnie jak lump, pomyślała. Ta jej refleksja dała mężczyźnie akurat tyle czasu, że zdążył się obrócić i wrzucić ją do samochodu na miejsce pasażera. Ciemna głowa mężczyzny wznosiła się nad nią, ale rysy twarzy były niewidoczne w mroku. Serce waliło jej jak oszalałe. Intruz syknął jej do ucha:
– Jeśli wydasz chociaż najmniejszy dźwięk, zostaniesz natychmiast aresztowana.
Aresztowana. Dotarł do niej sens tego słowa. Facet jest gliniarzem, więc mnie nie zabije. Mimo to lęk jej nie opuścił; czuła strumyczek potu między piersiami. Zabiorą jej okresową wizę z pozwoleniem na pracę, której załatwianie zajęło jej dwa miesiące. Zostanie deportowana, a wtedy może się pożegnać z choćby drobną częścią dwudziestu pięciu tysięcy funtów jej ojca, z którymi uciekł Brad.
– Kiwnij głową, jeśli zrozumiałaś, co do ciebie powiedziałem – odezwał się znów, wyraźnie wkurzony.
Skinęła głową, zaciskając palce na wytrychu, który wsunęła sobie pod pośladek. Mężczyzna uniósł dłoń i dziewczyna zaczerpnęła powietrza.
– Dlaczego mi od razu nie powiedziałeś, że jesteś gliniarzem? – Uznała, że atak jest najlepszą formą obrony, a zarazem może odwrócić od niej jego uwagę i umożliwić jej ucieczkę. – Niepotrzebnie się wystraszyłam.
– Nie jestem gliniarzem, tylko prywatnym detektywem. – Wyciągnął coś z tylnej kieszeni spodni i otworzył. – Uznała, że jest to jakiś dokument służący identyfikacji, ale w panujących ciemnościach nie widziała go tak samo, jak nie widziała jego właściciela.
– A teraz zapnij pas, bo jedziemy.
Zamknął drzwi samochodu, wsiadł na miejsce kierowcy i uruchomił silnik, a ją ogarnęła wściekłość.
Nie jest nawet normalnym gliniarzem?
– Chwileczkę, dokąd mnie zabierasz? – zapytała, kiedy wycofywał samochód. Może zbyt pochopnie uznała, że jednak nie jest porywaczem.
– Zapnij pas, bo jak nie, to sam ci zapnę.
– Nie zapnę – oznajmiła, a mężczyzna zatrzymał samochód przed motelem. – Mam tu pokój i pracę i nigdzie nie jadę. A ty, jeśli jesteś fałszywym policjantem, nie możesz mnie do tego zmusić.
Sięgnęła do klamki, ale mężczyzna zablokował ją swoim muskularnym ramieniem.
– Nie zostaniesz tutaj. – Jego głos przypominał groźny pomruk. – A ja mogę cię zmusić. Chcesz się przekonać?
Usiłowała poruszyć palcami, ale jego uścisk był zbyt mocny.
– Puść klamkę – mruknął, a ona poczuła jego miętowy oddech. – I pomóż mi w dochodzeniu.
– Nie mogę – warknęła, nie bardzo panując nad złością. – Za mocno mnie trzymasz.
Puścił jej rękę, a ona puściła klamkę.
– To bolało, chyba złamałeś mi palec.
Najwyraźniej nie zrobiło to na nim wrażenia. Podetknął jej pod nos dużą otwartą dłoń.
– Dawaj klucz.
– Jaki klucz? – Próbowała udawać niewiniątko.
– Ten, na którym siedzisz. – Strzelił z palców tak, że aż podskoczyła. – Masz dziesięć sekund albo wezmę go sobie sam.
Zaczął odliczać. Wyjęła klucz i wsadziła mu w garść, przyznając się do porażki. Wolała, żeby jej nie gmerał pod pośladkiem swoimi długimi silnymi paluchami.
– Zadowolony? – burknęła. – Żeby go dostać, musiałam wyszorować pięćdziesiąt kibli, a w tej dziurze to nie jest zwyczajna harówa.
Kpiący śmiech, jaki usłyszała w odpowiedzi, przyprawił ją o zupełnie niestosowny dreszcz. Co się z nią, do jasnej cholery, działo?
– Tylko nie próbuj nigdzie uciekać – powiedział, wysiadając z samochodu. – Jeśli będę musiał po ciebie wrócić, to na pewno mnie nie polubisz.
Skrzyżowała ramiona na piersi, napięta i wściekła.
– Ja cię już nie lubię.
Zarechotał niewesoło.
Iona patrzyła za nim spode łba, kiedy szedł do recepcji motelu, po czym zaczęła fantazjować, co by było, gdyby tak uciekła w noc. Ale kiedy w ostrym świetle zobaczyła jego wysoką wysportowaną sylwetkę, porzuciła fantazjowanie. Po dziesięciu minutach rozmowy z Gregiem, nocnym recepcjonistą motelu, mężczyzna wrócił. Kiedy się zbliżał, światło księżyca oblało swoim blaskiem jego szerokie ramiona, wąskie biodra, długie nogi i elastyczny krok drapieżnika. Kimkolwiek był, musiał mieć znacznie więcej siły od niej i jak się zorientowała, nie zawahałby się przed jej użyciem.
Zatrzymał się koło samochodu i wyjął smartfon. Kiedy rozmawiał, na jego twarz padło niebieskie światło neonu informującego o wolnych pokojach. Iona oniemiała. Jej porywacz mógł być z powodzeniem supermodelem. Na widok jego mocnych zmysłowych ust, orlego nosa z niewielkim garbkiem, wystających kości policzkowych, oliwkowej cery i ciemnego zarostu wezbrało w niej coś w rodzaju histerii. Spojrzał na nią, a jej na widok jego szafirowych oczu i niezwykłych granatowych obwódek źrenic zamarło serce w piersi. Czy to gra świateł? Nawet Daniel Craig nie ma takich niebieskich oczu.
Wsiadł do samochodu i szczęśliwie jego niesamowita twarz znów znalazła się w cieniu.
Cóż z tego, że jest taki przystojny, skoro to bandzior i świr. Powtarzała sobie te słowa jak mantrę, gdy tymczasem mężczyzna ruszył, nie zwracając na nią najmniejszej uwagi.
– Jeśli nie żądam zbyt wiele – zwróciła się do niego, kiedy opuścili motelowy parking – to chciałabym wiedzieć, dokąd mnie zabierasz. Bo mój portfel, mój paszport i cały dobytek znajdują się w pokoju numer sto osiem. A nie chciałabym, żeby mi ktoś to zwinął.
Co nie znaczy, że miała w tym portfelu majątek, to samo dotyczyło jej „dobytku”, ale zarówno karta kredytowa, jak i paszport były dla niej bardzo ważne, jeśli miała się kiedykolwiek wydostać z tego zakazanego kraju.
– Ciekawe pytanie jak na kogoś takiego… – powiedział i skręcił w główną ulicę Morro Bay.
Dziewczyna najeżyła się.
– Nie jestem złodziejką, jeśli to masz na myśli.
– Aha. To co robiłaś w pokoju Demaresta? Chciałaś mu wyszorować kibel po godzinach?
Słysząc nazwisko Brada, jeszcze bardziej się najeżyła. To znaczy, że znał Demaresta. Albo o nim wiedział. Zastanawiała się, czy to dobrze, czy źle.
– Posłuchaj – powiedział nieznoszącym sprzeciwu głosem i ze śmiertelnym spokojem: – albo cię oddam w ręce policji Morro Bay, a oni cię zamkną, albo powiesz mi wszystko, co wiesz o Demareście.
Rytmicznie uderzał dużym palcem o kierownicę, gdy tymczasem wyjeżdżali z miasteczka, oddalając się coraz bardziej od jej celu i paszportu.
– Jeżeli się próbuje odzyskać coś, co zostało ukradzione, to to nie jest kradzież – powiedziała, zważywszy swoje szanse. Nie miała ochoty mówić temu aroganckiemu facetowi czegokolwiek, ale z drugiej strony nie chciała też wylądować w celi.
– Formalnie rzecz ujmując, jest to w dalszym ciągu kradzież.
Ten facet był nie tylko bandziorem i świrem; był zadufanym w sobie bandziorem i świrem, z oczami bardziej niebieskimi od Daniela Craiga.
Daj sobie spokój z tymi oczami. Wygląd bywa zwodniczy, już się o tym przekonałaś.
– Na ile?
– Co na ile? – zapytała zaskoczona.
– Na ile cię Demarest ustrzelił?
Zadane rzeczowym, beznamiętnym tonem pytanie zawierało w sobie potężny ładunek upokorzenia. Popełniła błąd, głupi błąd, wierząc facetowi, który nigdy nie był tym, za kogo się podawał. Ale przez ostatnie dwa tygodnie starała się ten błąd naprawić, a to też się liczy.
– Nie mnie, mojego ojca. – Mówiąc to, wyglądała przez okno. Samochód zatrzymał się na urwisku powyżej Morro Bay i chociaż dziewczyna nie widziała oceanu, to wyraźnie go czuła. Spragniona świeżego powietrza otworzyła okno i zapach ziemi i morza przyniósł jej wspomnienie Kelross Glen, małego miasteczka położonego u podnóża Cairngorms, w którym spędziła pierwsze dwadzieścia cztery lata życia, cały czas usiłując się z niego wyrwać, i o którym marzyła przez ostatnie dwa tygodnie. Zamknęła okno, odcinając się od bolesnych wspomnień.
Nie mogła tam wrócić, dopóki nie naprawi szkód spowodowanych dziecinną potrzebą podróżowania, która rzuciła ją w ramiona Brada. Musi odzyskać przynajmniej jakąś cześć pieniędzy ojca. I jeśli to będzie wymagało tropienia tego łajdaka po wszystkich spelunach wybrzeża kalifornijskiego i znoszenia towarzystwa tego aroganckiego faceta, który koło niej siedział, to zrobi to.
– Na ile Demarest ustrzelił twojego ojca? – Ostry głos wyrwał ją z zamyślenia.
– Na dwadzieścia pięć tysięcy – odparła. Były to oszczędności całego życia Petera MacCabe’a, który chciał pomóc córce w spełnieniu marzeń, ale obietnice Brada, że ją urządzi w artystycznym światku Los Angeles, okazały się tak samo fałszywe i puste jak on sam.
Teraz kiedy puściła farbę Detektywowi Pięknisiowi i znalazła sposób na to, żeby dostać się do pokoju Brada, na pewno w końcu odzyska pieniądze taty.
– Chyba nie wierzysz w to, że facet trzyma w motelowym pokoju dwadzieścia pięć tysięcy w irlandzkich banknotach, co?
Zmrużyła oczy.
– Nie jestem Irlandką, jestem Szkotką. – Jak można nie odróżniać akcentu irlandzkiego od szkockiego? – Ciekawe, gdzie miałby je trzymać. Może na koncie w banku?
– Kiedy oszukał twojego ojca?
– W grudniu.
A dokładniej dwudziestego trzeciego. Wesołe Boże Narodzenie. I pomyśleć, że ona temu człowiekowi uwierzyła, kiedy jej zaproponował, żeby wyskoczyli do Inverness kupić prezent dla niej i dla jej ojca. Bo ojciec puścił farbę, że spienięży wszystkie obligacje, żeby pomóc jej szczęściu z jej nowym chłopakiem. Nie miała odwagi mu powiedzieć, że ją i Brada trudno było nawet nazwać parą.
– To trzy miesiące temu. – W głosie detektywa wyczuła litość, była wściekła. – Do dziś nie ma śladu po tych pieniądzach.
To niemożliwe, żeby znikły. W każdym razie nie wszystkie.
– Jak to? Przecież chyba nie wydał ich na swoje utrzymanie.
– Bierze kokainę. Taką sumę może przepuścić przez nos w jeden weekend.
– Jak to? – Kokaina? Czy to dlatego wydawał jej się taki kruchy, kiedy szedł do sklepu z upominkami Kelros?
– Prawdopodobnie się z tym ukrywał, kiedy był w… – nie dokończył. – Skąd jesteś?
– Z pogórza, z północnej Szkocji.
– To dlatego na dwa miesiące zniknął nam z radaru – mruknął pod nosem. – Rozumiałem, że woli omijać miasto, bo unika swoich ofiar, ale że ucieknie do Europy…
– A ma jeszcze inne ofiary? – zapytała tępo.
– Querida, to jest hochsztapler wysokiej klasy i do tego uzależniony od kokainy. Jak myślisz, jaka jest w tym moja rola?
– Nie mam pojęcia, jaka jest twoja rola – warknęła. Czy facet musi traktować wszystkich z góry?
– Nazywam się Zane Montoya i prowadzę prywatne biuro detektywistyczne z siedzibą w Carmel. Od sześciu miesięcy badamy sprawę Demaresta. Zbieramy dowody, rozmawiamy ze świadkami, badamy przepływ pieniędzy, a to wszystko na zlecenie towarzystwa ubezpieczeniowego, które miało niezręczność ubezpieczyć niektóre z jego ofiar. – Przerwał na chwilę, czekając, aż te informacje do niej dotrą.
Czyli jej ojciec nie był jedynym, który dał się uwieść błyskotliwym kłamstwom Brada? Na samą myśl o tym żołądek podjechał jej do gardła. Już parę miesięcy temu pokonała w sobie absurdalną wiarę w to, że Bradowi Demarestowi na niej zależało i że podziwiał jej artystyczne talenty, co jej pomogło wydostać się z Kelross Glen. Ale rewelacje Montoi były jak ostatni zardzewiały gwóźdź do trumny jej dumy i szacunku dla samej siebie.
– Jest to skomplikowane dochodzenie na wysokim poziomie, którego mało nie spieprzyłaś przez swój głupi numer – ciągnął Montoya.
Zignorowała nutę irytacji w jego głosie. Dla niej ważny był tylko ojciec. Peter MacCabe był dobrym człowiekiem, który chciał dla swojej córki spełnienia marzeń. A ona to zniszczyła, wpuszczając do ich życia zawodowego oszusta.
Przez resztę drogi jechali w milczeniu. Iona zastanawiała się, co robić dalej.

