Wszystko przez pierścionek / Argentyński sen
Przedstawiamy "Wszystko przez pierścionek" oraz "Argentyński sen", dwa nowe romanse Harlequin z cyklu HQN ŚWIATOWE ŻYCIE DUO.
Dla Mareki Dixon bycie osobistą asystentką Cayetana Figueroi jest bardzo trudne, bo skrycie się w nim kocha. Dobrze jednak wie, jak mocnym punktem w jej CV będzie ta praca. Dlatego zawsze jest do dyspozycji i wykonuje każde polecenie. Nawet wybiera pierścionek zaręczynowy dla przyszłej żony swojego szefa. Omyłkowo paparazzi to ją okrzykują wybranką Cayetana. Wobec tych doniesień jego narzeczona zrywa zaręczyny. Cayetano musi się jednak jak najszybciej ożenić, by zachować firmę. Proponuje więc Marece, żeby za niego wyszła…
Teodora dowiaduje się z testamentu ojca, że aby odziedziczyć dom, musi poślubić argentyńskiego biznesmena Alejandra Valqueza. Dzięki temu małżeństwu Alejandro odzyska część rodzinnej ziemi. Układ wydaje się korzystny dla obu stron, ale Alejandro nie chce się żenić. Zmienia jednak zdanie, gdy poznaje intrygującą Teodorę…
Fragment książki
Mareka Dixon całe życie stawiała czoła różnym wyzwaniom. Obudzić się, zanim budzik przestanie dzwonić. Wysiąść dwa przystanki przed biurem, by dowieść sobie, że potrafi szybkim spacerem spalić kalorie po ulubionych lodach czekoladowych, które zjadła poprzedniego wieczora. Albo że potrafi zupełnie wyrzucić z głowy myśli o... nim.
Nie musiała czytać poradników psychologicznych, by wiedzieć skąd się biorą. Nie. Na pewno nie dziś. Żyła według zasady – liczy się praca, żadnej zabawy. Ta maksyma nie pozwalała jej na myśli o nadmiernym bagażu emocjonalnym. Zwłaszcza niedzielnymi wieczorami między szóstą a ósmą – tuż po powrocie do domu z kolejnej wizyty u rodziców.
Tej niedzieli musiała jednak skupić się na miejscu, do którego miała dotrzeć – Smythe Square w zamożnej londyńskiej dzielnicy Knightsbridge. Jednym z tych oszałamiająco szykownych i niewiarygodnie drogich punktów miasta, gdzie każdy zwyczajnie wyglądający przechodzień od razu wzbudzał podejrzliwą i pogardliwą uwagę. Nawet ze strony zwykłego personelu sklepów i restauracji. Z każdym krokiem Mareki jej niemodnie poskręcane loczki i krągła figura przyciągały coraz więcej oceniających i protekcjonalnych spojrzeń. Superluksusowe, wymuskane i niebotycznie drogie auta widziało się tu równie często, co gdzie indziej budki z rybą i frytkami. Towarzyszące eleganckim paniom ufryzowane małe pudelki nosiły kaftaniki droższe niż roczna pensja Mareki. Świat luksusu oddychał własnym snobistycznym życiem, a każdy obcy musiał się w nim czuć jak intruz.
Dzisiaj Mareka z ulgą wybrała nieco swobodniejsze, ale jak zawsze eleganckie spodnium. Nie zapomniała też o szpilkach na wysokim obcasie. Jej ultra wymagający, zawsze ultra elegancki i ultra inteligentny szef miliarder bawił po drugiej stronie Atlantyku. Tak przynajmniej sądziła. Nie musiała tracić cennego kwadransa na walkę z dziko rozwianymi lokami i drugiego na nieskazitelny makijaż, o jaki zwykle dbała przed wyjazdem do biura. Skończyła pracę parę minut przed siódmą. Opuściła lunch, bo płynący strumień mejli od jej odpowiedniczek w Nowym Jorku i Argentynie zdawał się nie mieć końca. Ale Mareka kochała te swoje wyzwania. W ich obliczu kwitła jak kwiat na wiosnę. Bo wiedziała, że gdy kiedyś spełni swoje marzenia i ruszy własną drogą, każdy tydzień pracy jako osobistej sekretarki Cayetana Figueroi w europejskiej gałęzi jego ogromnego imperium biznesowego będzie w jej CV cenniejszy od złota.
A kiedyś ten czas nadejdzie, ale o tym wolała teraz nie myśleć. Musiała załatwić jeszcze jedną sprawę.
Spojrzała na wyświetlacz komórki. Niebieski punkt na mapie pokazywał, że jest już blisko celu. Setny raz sprawdziła, czy dziwna, elegancka czarna karta, wielkości zwykłej karty kredytowej, wciąż jest w jej portfelu. Była to jedyna rzecz, jaką tego popołudnia znalazła w ozdobnym pudełku dostarczonym dla jej szefa przez elegancko ubranego kuriera. Jako osobista asystentka Cayetana po tej stronie Atlantyku, Mereka przywykła do organizacji ekstrawaganckich przyjęć i zakupu luksusowych prezentów, choć sama zwykła oglądać je tylko w filmach i ociekających blichtrem telewizyjnych shows. Dla ludzi o jego pozycji takie wydatki były chlebem powszednim, co jednak zawsze oszałamiało Merekę. Czemu ludzie wydają na snobizm taką masę pieniędzy zamiast pomagać biednym?
Jednak tajemnicza przesyłka i jej zwartość dowodziły, że Mereka wskoczyła na nowy poziom pracy. Gdy więc Cayetano zadzwonił do niej godzinę temu, niespodziewanie informując, że jest w Londynie na przeciągającym się spotkaniu w słynnym biznesowym kompleksie Canary Wharf, poczuła jeszcze większe zdenerwowanie. Nie chciała rozważać, dlaczego czuje się dotknięta i zmieszana tym, że szef nie raczył jej poinformować, że wrócił do Londynu. A jej niepokój wzrósł, bo takie zachowanie Cayetana budziło w niej stare demony i kompleksy, że sama do niczego się nie nadaje.
Szybko jednak zepchnęła te uczucia gdzieś głęboko. Wiedziała, że przede wszystkim musi się trzymać najlepszej pracy, jaką miała w życiu. Ponadto szef zawsze przekazywał jej informacje, mówiąc szybko i oczekując, że nie uroni ani jednego zmysłowo akcentowanego słowa, a potem wykona wszystkie polecenia.
Cayetano nie znosił sprzeciwu.
Odpowiedziała więc tylko najbardziej rzeczowym tonem, na jaki umiała się zdobyć, że otrzymała przesyłkę z czarną kartą, adresem i telefonem na odwrocie. Oczywiście pojedzie pod wskazany adres w Knightsbridge i poczeka na Cayetana.
Nikogo nie obchodziło, że był piątek i siódma wieczorem. Że musi opuścić ulubiony serial w streamingu oraz wielką porcję ulubionych lodów. I już dwanaście godzin męczy się na dziesięciocentymetrowych szpilkach. Ani że obcisły pasek od eleganckiego drogiego spodniumu, zamówionego przez Figueroa Industries u najlepszych londyńskich designerów, ledwie pozwala jej oddychać.
Trzy miesiące temu Mareka pobiła rekord długości pracy poprzednich czterech osobistych sekretarek Caeytana. Uważała to za swój sukces, choć wiecznie niezadowoleni z córki rodzice kpili i kręcili nosem. Dla niej był to krok milowy ku spełnieniu głęboko skrywanego marzenia. Cena, którą płaciła. I dlatego godziła się na ryzyko, że zawładną nią uczucia, których wobec szefa nie powinna żywić żadna sekretarka.
Aż podskoczyła i zamarła na świergotliwy dźwięk komórki. Niebieski punkcik wskazywał, że Mareka jest na miejscu. Stała na chodniku przed przedszklonym czteropiętrowym budynkiem. Przez wielkie szyby widziała tylko rozwieszone na ścianach niezwykłe obrazy i dzieła sztuki jak na wystawie podświetlone dyskretnymi światłami.
Był to ten rodzaj sztuki, który jej rodzice potrafili natychmiast rozpoznać i nazwać. Od niej zawsze oczekiwali tego samego. Zwłaszcza przy tych rzadkich okazjach, gdy zapraszali córkę na uroczyste przyjęcia w swoich kręgach towarzyskich. Były to obrazy, których nie znosiła i po stokroć przysięgała sobie, że nigdy ich nie kupi. Nawet gdyby jakimś cudem wygrała miliony na loterii. Do dziś dźwięczały jej w uszach drwiące uwagi matki i ojca, gdy nie udawało jej się rozpoznać różnych autorów. Nie zgadłaś, córko, musisz się poduczyć.
– Przepraszam, młoda damo, zgubiłaś się? – Ze wspomnień wyrwał ją głos wysokiego ochroniarza, który przyglądał jej się podejrzliwym wzrokiem.
– Skąd. Jestem, gdzie miałam być – odparła śmiało i rezolutnie.
Może nawet zbyt śmiało, bo rozglądając się wokół nie mogła dostrzec nazwy ani wejścia do galerii.
Nie do wiary. Miała zepsuć sobie wieczór, opuszczając ulubiony serial tylko po to, by wybrać obrazy dla swojego szefa?
Z poczuciem zawodu unikała kontaktu wzrokowego z ochroniarzem. Jednak pod marynarką jego eleganckiego garnituru dostrzegła ostrzegawczy zarys kolby pistoletu.
– Czyli gdzie? – usłyszała pytanie drugiego ochroniarza, który nagle stanął obok niej.
– Bo jeśli nie masz tu nic do roboty, młoda damo, proszę odejść, zanim wezwę policję – dodał pierwszy ochroniarz.
Nie zapominaj, że reprezentujesz Caeytana Figueroę, pomyślała.
Sięgnęła do portfela, wyjęła czarną kartę i jak tarczę podsunęła ją pod oczy ochroniarzy.
– Mam umówione spotkanie – przerwała, widząc komicznie połączoną ze strachem zmianę wyrazu twarzy obu mężczyzn na widok nazwiska na karcie.
– Oczywiście, pani wybaczy. Przepraszam za nieporozumienie. Tędy proszę.
Z głosu pierwszego ochroniarza znikł nawet najmniejszy ton ironii.
Z otwartymi ze zdziwienia oczyma Mareka patrzyła, jak wysokie na cztery metry drzwi otwierają się bezszelestnie i odsłaniają szeroki oszałamiający korytarz.
Marmurowa posadzka niosła echo ostrego stukotu jej szpilek i dudnienie butów ochroniarzy. Dopiero po kilku krokach Mareka zrozumiała, że to niezwykłe foyer stanowi część galerii sztuki. Mijając wiszące na ścianach obrazy, doszli do windy wciśniętej w sam koniec korytarza. Obok, pod największym malowidłem stał ozdobnie rzeźbiony szezlong. Mareka była pewna, że widziała już ten obraz, ale nie mogła sobie przypomnieć, gdzie i kiedy.
Nie wiedziała, co robić. Usiąść na szezlongu, podziwiać dzieła sztuki i czekać na przyjście Cayetano?
– Winda zawiezie panią na właściwe piętro. Wystarczy wprowadzić kod znajdujący się na odwrocie karty.
Mereka od niechcenia skinęła głową. Udawaj tak długo, aż się uda, pomyślała. Ale wprowadzając kod, z trudem powstrzymywała drżenie rąk. Drzwi windy rozsunęły się bezszelestnie. Gdy weszła, jeden z ochroniarzy wszedł za nią, nacisnął guzik drugiego piętra i błyskawicznie wyszedł.
– Miłego wieczoru, proszę pani.
Drzwi windy zasunęły się, a Mareka z ulgą oparła się o lustrzaną ścianę windy i odetchnęła głęboko.
Jeśli Cayetano nie wysłał jej tu po zakup któregoś z obrazów, to co ona tu robi?
Winda dotarła zbyt szybko, by Mareka zdążyła uspokoić nerwy. Wyszła wprost na pozbawiony okien hol oświetlony trzema kunsztownymi kryształowymi żyrandolami. Ściany od podłogi po sufit pokrywały kremowe jedwabne zasłony. Ten sam głęboki odcień miał luksusowy dywan i stojące pod ścianą designerskie miękkie sofy.
Hal świecił pustką. Mareka podejrzliwie rozejrzała się wokół. Po chwili jej niepewny wzrok padł na stojącą pośrodku, podzieloną na przegrody, długą przeszkloną gablotę. Stanęła jak wryta. Za nieskazitelnie czystymi kryształowymi szybami, na atłasowych ozdobnych poduszkach, leżały najwspanialsze dzieła sztuki jubilerskiej, jakich nigdy w życiu nie widziała.
Uszczypnęła się, by sprawdzić, czy nie śni.
W pierwszej przegrodzie lśniły dziesiątki brosz ze zwierzęcymi motywami. Wzrok Mareki przykuła brosza w kształcie gotowej do skoku czarnej pantery o oczach i ogonie wykonanych z małych okrągłych brylantów. Tuż obok leżała brosza w formie kolibra o piórach z szafirów, rubinów i szmaragdów. A jeszcze dalej inna – wąż z litego złota o łuskach z żółtych brylantów.
Druga przegroda oślepiła jej oczy ozdobnymi nakryciami głów i koronami, jakie Mareka widziała tylko na głowach królów na błyszczących zdjęciach luksusowych magazynów.
Oszołomiona podeszła do trzeciej przegrody, spojrzała i poczuła, że brakuje jej tchu. W środku lśniły niezwykłe naszyjniki i bransolety. Patrzyła jak urzeczona. Nagle usłyszała za sobą dyskretne kobiece chrząknięcie. Obróciła się. Metr za nią stała smukła gustownie ubrana kobieta.
Miała na sobie czarną elegancką sukienkę obciskającą biodra rozkloszowaną na linii kolan. Było w tej kobiecie coś pociągającego, czego Mareka jednak nie potrafiła określić. Może zmieszały ją wielkie kanciaste okulary nieznajomej i jej jasnoniebieskie oczy lub kruczoczarne pasemka włosów, które od razu wzięła za perukę. Ale nie miała czasu na do domysły, bo kobieta już wyciągnęła rękę na powitanie.
– Pani Smythe? – spytała Mareka głosem pozbawionym modulacji.
Mereka ścisnęła wyciągniętą dłoń.
– Tak – odparła nieznajoma.
Uścisk nieznajomej był tak samo neutralny jak barwa jej głosu. Ani mocny, ani słaby.
– Spodziewałam się pana Figueroi.
– Jestem jego osobistą sekretarką. Mareka Dixon. Szef spóźni się trochę. Nie chciał opuszczać spotkania, więc wysłał mnie.
Na jej twarzy pojawił się grymas zniecierpliwienia, ale Mareka zachowała kamienny spokój.
– I coś pani dla niego wybierze? – spytała nieznajoma.
Mareka ukradkiem spojrzała na gablotę i serce podeszło jej do gardła. Chciała od razu zaprzeczyć i powiedzieć kobiecie, że lepiej poczekać na Cayetana, ale czy nie dlatego pracowała dla niego tak długo, że wierzył jej intuicji?
– Tak, wybiorę – odpowiedziała, usiłując maskować niepewność brzmiącą w jej głosie.
Na twarzy nieznajomej pojawił się cień rozbawienia, który jednak zniknął tak szybko, jak się pojawił.
– Świetnie, więc proszę ze mną.
Omijając gablotę, obie udały się w stronę ukrytej po prawej stronie niszy. Gdy weszły, oczom Mareki ukazała się wieńcząca niszę jedwabna zasłona, którą kobieta odsunęła jednym ruchem dłoni. Obie stanęły przed małą szklaną gablotą. Marekę przeszył nagły i dziwny dreszcz. W gablocie milcząco lśniły dziesiątki pierścionków zaręczynowych.
Gdy pierwszy szok przelał się przez nią jak wodospad, nagle zrozumiała, dlaczego tak bardzo wzbraniała się przed zadaniem, jakie wyznaczył jej Cayetano. Przyczyna była prosta. W jej snach i marzeniach wszyscy mężczyźni mieli oczy koloru zielonego mchu i włosy koloru brązu. Byli wysocy, ale wspaniale wysportowani. Mieli szerokie bary i wąskie biodra.
I wszyscy mówili wyraźnie argentyńskim akcentem, który sprawiał, że od razu czuła, jak po jej ciele rozlewa się miękka fala ciepła.
W zeszłym roku Mareka towarzyszyła Cayetanowi Figueroi w wyjeździe na szczyt państw grupy G7 w malowniczym włoskim Abruzzo. Nigdy nie zapomniała tego wyjazdu. Zrobiła wtedy coś jej zdaniem tak wariackiego, że gdyby dowiedzieli się o tym rodzice, pewnie potępiliby ją na wieki. Przyjęła zaproszenie szefa na wspólną kolację. Kończąc deser, do szaleństwa zakochała się w najbardziej pociągającym, najprzystojniejszym i zdaniem tabloidów najbardziej bezwzględnym mężczyźnie na ziemi.
Cóż z tego, że od razu zrozumiała bezsens tego uczucia i pogrzebała je głęboko na dnie serca? Nic. Bo teraz, patrząc na wyłożone na śnieżnym aksamicie lśniące pierścionki, czuła, jak przenika ją dreszcz dziwnego ciepła.
– Pani Dixon?
Westchnęła głęboko i odwróciła wzrok od gabloty w stronę kobiety, której nazwisko mówiło, że jest właścicielką tego miejsca i niezwykłej kolekcji. Mareka już miała na końcu języka pytanie, komu oświadcza się Cayetano, ale szybko je zdusiła. Taki brak dyskrecji i próżna ciekawość mogłyby ją kosztować utratę pracy. Opanowała się resztką siły woli. Podeszła do sofy i usiadła obok stojącego przy sofie rzeźbionego antycznego stolika. Leżała na nim ozdobna srebrna taca. Stał na niej srebrny kubełek z lodem, a w nim butelka szampana Dom Perignon ze starego rocznika, dwa wysokie kryształowe kieliszki i talerzyk z truflami. Mareka znała ten kosmicznie drogi rocznik, bo wiele razy kupowała go na prośbę dyrektorów Cayetano Industries. Ale sam Cayetano nieczęsto pozwalał sobie na taki sprawunek. Szanował pieniądze.
Jeśli zrobił to teraz, musiał mieć ważny powód. Jaki? To pytanie nie dawało jej spokoju. Czyżby szef wypisywał się z tabloidowej listy „najbardziej pożądanych kawalerów świata”, na której czele królował od lat?
Siadając na sofie, czuła, że ma kolana jak z waty. Skupiła wzrok na tacce z pierścionkami, którą pani Smythe przed chwilą położyła na stoliku. Którym z nich Cayetano ozdobi palec narzeczonej? Może tym z rzadkim błękitnym brylantem? Albo leżącym obok z różowym brylantem w kształcie gruszy osadzonym w kręgu małych brylancików?
Pani Smythe z dyskretną elegancją mówiącą o arystokratycznym pochodzeniu napełniła kieliszki i jeden z nich podała Marece.
– Nie przeszkadzam w wyborze – powiedziała, skinąwszy głową.
Mareka prawie nie zauważyła jej wyjścia. Upiła łyk szampana, żeby się uspokoić. Jeśli już musi utopić swoją naiwną miłość, to najlepiej w starym szampanie. Mocno potrząsnęła głową, by nie wybuchnąć histerycznym śmiechem, który w niej wzbierał. Nagle zadzwoniła jej komórka. Podskoczyła, szybko odstawiła kieliszek i chwyciła komórkę.
– Już na miejscu, panno Dixon?
Zawsze od razu rozpoznawała ten głos, bo nie sposób było pomylić go z żadnym innym. Niski, opanowany, na wskroś męski z lekką chrypką i seksowny do granic możliwości.
– Tak, już jestem – odparła, mocniej ściskając telefon w dłoni.
– Świetnie. Będę za pół godziny. Nie chciałbym tracić czasu na oglądanie setek pierścionków. Proszę wybrać mi tylko kilka – powiedział Cayetano.
– Więc… więc to dla pana? – spytała zmieszanym głosem. – Zaręczyny?
Przez chwilę w telefonie słyszała tylko ciszę.
– Tak – odpowiedział tym samym nieco obojętnym, pewnym i niskim głosem.
Cayetano nigdy nie zdradzał swoich prawdziwych uczuć.
Coś w Marece nagle pękło i umarło. Nienawidziła tego uczucia. Tym bardziej, że nie przyniosło jej żadnej ulgi i wyzwolenia. Zamiast tego wywołało chęć obrony. Jak w dzieciństwie, gdy rodzice przy każdej okazji próbowali umniejszać jej poczucie własnej wartości. Kurczowo chwyciła się tego wspomnienia.
– Więc proszę przyjąć gratulacje – odparła śmiałym głosem.
Znów zapadła między nimi cisza.
Dlaczego Cayetano miałby dbać o jej uczucia?
– Dziękuję – odparł po dłuższej chwili.
– Mam przygotować oświadczenie dla prasy?
– Nie potrzeba. Wszystko jest załatwione.
Do Mareki znów wróciło wspomnienie z dzieciństwa. I znów jak kiedyś poczuła się zupełnie niepotrzebna.
– Ach tak, rozumiem, więc zobaczymy się tutaj – powiedziała.
– Jasne – odparł i skończył rozmowę.
Mareka odłożyła telefon, by nie słyszeć dzwoniącej w nim ciszy.
I dobrze, pomyślała, dodając sobie odwagi. Sięgnęła po kieliszek z szampanem i upiła kolejny, tym razem głębszy łyk. Poczuła, jak w żołądku rozlewa jej się miłe ciepło. Jeśli Cayetano się zaręcza, to nie będzie musiała już o nim marzyć. Koniec z mrzonkami. I wspomnieniami o romantycznej kolacji w Abruzzo. Choć dałaby sobie wtedy głowę uciąć, że przez jedną króciutką chwilę szef pragnął ją pocałować.
Teraz wreszcie będzie mogła poświęcać wieczory i weekendy na bardziej twórcze zajęcia. Zrobić pierwszy krok na drodze do utworzenia małej fundacji charytatywnej, o której marzyła całe dorosłe życie. Mareka chciała pomagać młodym kobietom walczyć o ich prawa i mówić ich własnym głosem. Zdążyła już nawet zaoszczędzić wystarczająco dużo pieniędzy, by zacząć spełniać to marzenie.
Fragment książki
W testamencie ojca Teddy zauważyła tylko jeden paragraf i nie dotyczył on wcale pieniędzy. Chodziło w nim o zawarcie związku małżeńskiego. Z przerażeniem popatrzyła na ich rodzinnego adwokata.
– Małżeństwo? – zapytała.
Benson pokiwał ponuro głową.
– Obawiam się, że tak. I to w ciągu miesiąca. W przeciwnym razie twój kuzyn Hugo odziedziczy wszystko: wszelkie nieruchomości, akcje, udziały… i Marlstone Manor.
– Nie może być! – wykrzyknęła. – Przecież tata powiedział, że Manor należy do mnie, jest moim domem… Powtórzył to jeszcze na dzień przed śmiercią. Przyrzekał, że zawsze będę miała dach nad głową.
– Twój ojciec zmienił testament miesiąc wcześniej niż zdiagnozowano u niego raka. Widocznie miał przeczucie, że nie pozostało mu wiele czasu i chciał uporządkować swoje sprawy.
Jego sprawy? To był jej dom i jej sprawy. Jej życie! Jej bezpieczeństwo. Jak ojciec mógł przekazać wszystko kuzynowi, który nie pofatygował się nawet, żeby choć raz odwiedzić go podczas choroby?
Teddy czuła się całkowicie zaszokowana. Nerwowo mrużyła oczy, jakby się chciała przebudzić ze złego snu. Czy to się dzieje naprawdę? Idiotyczna rozmowa z prawnikiem ojca w bibliotece w ciągle jeszcze jej domu? Jakaś makabryczna pomyłka.
Przez pięć miesięcy pielęgnowała tatę umierającego na raka trzustki. Odszedł przy niej, do ostatniej chwili trzymała go za rękę. To był jedyny moment w ich życiu, gdy poczuli się ze sobą blisko związani. Na parę dni przed śmiercią zdążył jej opowiedzieć trochę o swym dzieciństwie, co nagle wyjaśniło wiele na temat jego trudnej osobowości. Zrozumiała, dlaczego ciągle o wszystko się czepiał i trudno go było zadowolić; dlaczego nieustannie ją kontrolował i nie zważał na jej zdanie w żadnej kwestii. Na sam koniec nawet mu wybaczyła. Powiedziała, że go kocha, pomimo że poprzysięgła sobie nigdy tego nie robić. A on przez cały czas wiedział, że ją oszukuje? Zdradza? Czemu dała się nabrać? Dlaczego nie miała żadnych podejrzeń? Po co była nagle tak naiwna, by złapać się na ułudę rodzinnej sielanki?
– Ojciec dał mi wyraźnie do zrozumienia, że Marlstone Manor pozostanie moim domem. – Teddy starała się mówić jasno i bez emocji. – Z jakiej okazji miałby zmienić zdanie? Nie muszę chyba wychodzić za mąż, by odziedziczyć coś, co i tak należy teraz do mnie. To jakiś skandal!
Benson uderzył znacząco długopisem w rozłożony dokument.
– Niestety jest jeszcze coś… Twój ojciec wyznaczył… pana młodego.
– Co takiego?!
– Zapisał tu, że masz poślubić Alejandra Valqueza.
Teddy z niedowierzaniem odczytała nazwisko. Przed oczami pojawił się zamazany obraz z przeszłości, a na nim rosły, ciemnowłosy mężczyzna, czy może bardziej playboy o tajemniczym uśmiechu upadłego anioła. Wokół niego stado kobiet przypominające rój natrętnych pszczół. Poczuła, że płoną jej policzki. To naprawdę musi być jakiś makabryczny sen. Nawet ojciec nie potrafiłby być tak okrutny, by wystawić ją na pośmiewisko i zmusić do ślubu z kimś całkowicie nieprzystającym do niej ani do jej stylu życia. Cała prasa brukowa i strony plotkarskie wyszydziłyby taki „związek” bezlitośnie. Nikt nie uwierzyłby w parę: Valquez i ona. Już widzi te upokarzające nagłówki: „Kulawa dama z Marlstone Manor wrabia znanego argentyńskiego playboya w małżeństwo dla pieniędzy”.
Czym sobie na to wszystko zasłużyła? Czy w ten sposób na sam koniec ojciec postanowił okazać, jak bardzo brzydził się jej kalectwem? Wystawiając ją na niekończące się drwiny i szyderstwo? Czyniąc z niej przedmiot żartów powtarzanych w pubach przy piwie przez najbliższe dziesięć lat?
Teddy powoli przywoływała się do porządku. Musiała znów spojrzeć w stronę adwokata. Panikowanie i histeria na pewno w niczym nie pomogą, trzeba powrócić do zwykłego modus operandi, czyli dystansu i opanowania.
– Czy ten zapis można w jakikolwiek sposób obejść?
– Nie, jeśli chcesz pozostać właścicielką i mieszkanką Marlstone Manor.
Popatrzyła za okno na niezmienione przez lata bezkresne ogrody i pola, zielone doliny, rzędy żywopłotów, rzekę, która przepływała przez las, nieruchomą taflę jeziora, klony, buki i cisy rosnące tu od stuleci. Rodzinna posiadłość była dla niej wszystkim. Domem, sanktuarium, natchnieniem do pracy, która polegała na ilustrowaniu książek dla dzieci. Wszystkie świetne rysunki botaniczne zainspirowało prawdziwe, najbliższe otoczenie.
Czy ojciec naprawdę ani trochę się o nią nie troszczył? Nie wiedział, co sądziła o ludziach pokroju Alejandra? Przecież obaj bracia Valquez, również młodszy Luiz, byli nieprzyzwoicie bogaci, zniewalająco przystojni i spotykali się jedynie z modelkami i gwiazdami filmowymi. Z pięknymi, doskonałymi kobietami.
Dla starszego Valqueza dziewczyny takie jak ona nie istniały. Gdy wiele lat wcześniej przedstawiono ich sobie na imprezie polo, na którą siłą zabrał ją ojciec, chyba nie odezwali się do siebie ani słowem. Alejandro wypatrzył natomiast stojącą tuż za jej plecami blond piękność, która wkrótce została jego oficjalną narzeczoną. Ich gorący romans nie schodził miesiącami z pierwszych stron brukowców, aż supermodelka Mercedes Delgado… nie pojawiła się w wyznaczonym terminie na ślubie!
Dlaczego ojciec postanowił zmusić takiego właśnie mężczyznę do związku z własną córką? Czego dla niej pragnął?
Teddy nigdy dobrze nie żyła ze swym ojcem, a on nigdy nie ukrywał, że wolałby mieć syna. Krytykował ją od dziecka za wszystko, co robiła i mówiła, a ona i tak, jak większość małych dziewczynek, bardzo go kochała i szukała jego akceptacji. Dopiero po wielu latach zrozumiała, że dla taty naprawdę liczyły się jedynie interesy, pieniądze i odnoszenie sukcesów. W trakcie rozwodu z matką poruszył niebo i ziemię, by uzyskać pełnię opieki nad córką, lecz zrobił to nie z miłości, a po to, by odnieść kolejne spektakularne zwycięstwo.
Być może chciał teraz swym okrutnym zapisem w testamencie ukarać Teddy za to, że uważała, że swym postępowaniem wpędził matkę do grobu. A może wstydził się córki wiodącej życie starej panny i postanowił zmusić ją do związku z mężczyzną, który w inny sposób nigdy nie zwróciłby na nią uwagi?
Nazwisko Valquez kojarzyło się jednoznacznie z bogactwem, prestiżem, oszałamiającym tempem życia i genialną grą w polo. Gdyby któryś z braci naprawdę chciał się ożenić, Teddy znalazłaby się jako absolutnie ostatnia na liście potencjalnych kandydatek.
Obecnie należało jednak porzucić dalsze dywagacje i powrócić do rozmowy z prawnikiem.
– Dlaczego Alejandro Valquez miałby przystać na taki układ? Po co mu to?
– Dwadzieścia lat temu Paco, ojciec Alejandra, miał wypadek podczas gry w polo, w wyniku którego uległ porażeniu czterokończynowemu, czyli został całkowicie sparaliżowany poniżej szyi. Twój ojciec odkupił od niego wtedy pewien areał ziemi, chcąc w ten sposób wesprzeć finansowo rodzinę Valquez – wyjaśnił Benson. – Jednak czas mijał, a ziemia pozostała w waszym posiadaniu, mimo że Alejandro wielokrotnie składał oferty wykupienia jej z powrotem. Po waszym ślubie tytuł własności automatycznie powróci do Valquezów.
A więc ojciec potraktował ją jak towar wymienny! Jak mógł? Przecież mamy już dwudziesty pierwszy wiek i kobiety od dawna same wybierają sobie partnerów. Z miłości.
Teddy od dziecka marzyła skrycie o uczuciu jak z bajki, chociaż nie zaznała go ani nie widziała w domu rodzinnym. Rodzice rozwiedli się, gdy miała zaledwie siedem lat, i pozostali w bardzo wrogich relacjach. Pomimo wszystko uważała, że ludzie powinni się wiązać wyłącznie z miłości i dbać o nią, nie zaś wikłać się w małżeństwo z powodów finansowych. Nie łatwo będzie zmienić nagle własne głębokie przekonania. Nie zamierza upodobnić się do matki, która wyszła za człowieka dla jego pozycji społecznej i marnie skończyła.
Teddy popatrzyła ponownie na Bensona. Musi znaleźć się jakiś ratunek.
– Czy Alejandro już wie?
– Tak, ale ma związane ręce.
– To znaczy?
– Twój ojciec zaaranżował wszystko w ten sposób, że jeżeli Valquez nie zgodzi się na małżeństwo z tobą, to sporny areał zostanie sprzedany.
– Tak bogaty człowiek odzyska swą ziemię, gdy tylko znajdzie się ona na wolnym rynku.
– Obawiam się, że nie, bo zapis nakazuje sprzedaż deweloperom. Zresztą pewien lokalny deweloper już czeka na taką okazję. Jestem skłonny uważać, że Valquez prędzej zaryzykuje małżeństwo z nieznaną kobietą, niż odpuści rodzinną ziemię. Jednym słowem, jest to jedyny korzystny układ dla was obojga.
Wściekłość i gorycz Teddy powoli zbliżały się do zenitu. Czyżby Benson, podobnie jak ojciec, uważał, że sama nie ułoży sobie życia?
Zanim wyszła z biblioteki, posłała prawnikowi jedno ze swych najbardziej morderczych spojrzeń.
– Może pan przekazać panu Valquezowi, że nie sądzę, aby jakiekolwiek okoliczności zmusiły mnie do zgody na fikcyjne małżeństwo.
– Żartuje pan? – warknął złowieszczo Alejandro po wysłuchaniu przedstawiciela prawnego Marlstone Inc. w swym londyńskim biurze.
– Jeśli chce pan kiedykolwiek odzyskać Mendoza Land, który zmarły Clark Marlstone odkupił od pańskiego ojca, musi pan przyjąć te warunki.
– On wcale go nie odkupił! – zaprotestował Valquez. – Ukradł go! Zapłacił ułamek od prawdziwej wartości ziemi, wykorzystując sytuację finansową ojca po wypadku, i nazwał to dodatkowo pomocą! Zmanipulował wszystkich, by uwierzyli, że wyświadcza nam przysługę, podczas gdy w rzeczywistości za bezcen położył swoje łapska na czymś wartym fortunę! Sukinsyn! – gorączkował się dalej.
– Było, co było. A teraz ma pan szansę odzyskać wszystko, nie płacąc ani grosza. I na tym się skupmy.
Alejandro wciągnął głęboko powietrze. Nic bardziej mylnego. Zapłaci za to sowicie. Własną wolnością, wartością, którą ceni sobie najwyżej.
– Nie pamiętam nawet, żebym kiedykolwiek poznał córkę Marlstone’a. Teodora, czy tak? – upewnił się, zerkając przelotnie w dokumenty. – Kim jest? Co ma do powiedzenia w tej sprawie? A może to ona za wszystkim stoi?
Wydawało mu się, że potrafi sobie ją bez trudu wyobrazić. Kolejna tania, rozpuszczona córka bogatego tatusia, karierowiczka pragnąca łatwo się dorobić. Z pewnością namówiła chorego ojca do kombinowania i zmiany w testamencie, żeby bez najmniejszego wysiłku zostać żoną i współwłaścicielką fortuny. Po jego trupie!
– Jest tak samo poirytowana jak pan – odpowiedział prawnik. – Zamierza podważyć ważność testamentu.
Akurat! Wszystkie kobiety potrafią świetnie grać. Teodora Marlstone na pokaz będzie wściekła i oprotestuje, co tylko się da, żeby ukryć swe prawdziwe motywy. Pewnie, że chciałaby go poślubić. Jest wymarzoną partią, najbardziej atrakcyjnym kawalerem do wzięcia w całej Argentynie, jeśli nie w Ameryce Południowej.
– Jakie ma szanse?
– Marne. Testament jest praktycznie nie do ruszenia. Clark napisał go, będąc w pełni władz umysłowych, co potwierdziło na jego prośbę aż trzech lekarzy. Można zakładać, że podejrzewał, że któreś z was nie zaakceptuje warunków i zacznie szukać luki w przepisach. Podważenie zapisów wydaje się niemożliwe, a procedury trwałyby wieczność i kosztowały majątek. Moja rada brzmi: podporządkować się ostatniej woli Marlstone’a i maksymalnie ją wykorzystać. A samo małżeństwo ma przecież potrwać tylko sześć miesięcy.
Łatwo powiedzieć!
Alejandro westchnął zrezygnowany. Miał już dosyć na głowie. Sama opieka nad przysposobioną dwójką nastoletnich sierot była wielkim wyzwaniem dla kawalera. A teraz jeszcze żona? Piętnastoletni Jorge był nadal w wieku, kiedy nie potrafił się zdecydować, czy autorytety są bardziej po to, by się im przeciwstawiać, czy żeby je szanować. Ponadto przypominał mu do złudzenia młodszego brata Luiza, którym również zajmował się od małego. Wiedział więc już doskonale, jakich poświęceń to wymaga. Prawie osiemnastoletnia Sofi była odrobinę dojrzalsza, a ostatnio wyraziła nawet chęć przeprowadzki do Buenos Aires i studiowania kosmetologii. Jednak pełna niezależność od kontroli Valqueza i reszty jego domowego personelu nie wchodziła na razie w grę.
Małżeństwo musi być bardzo trudną decyzją do podjęcia, bo dotyczy zobowiązania wobec bliskiej osoby. Jak można w ogóle podjąć taką decyzję, poślubiając nieznajomą kobietę? Na sam dźwięk słowa „ślub” robił się zazwyczaj nerwowy. Bał się tego rodzaju więzi. Pamiętał matkę, która dumnie obnosiła się z kosztowną obrączką i prowadziła dom, a po wypadku ojca uciekła do Paryża w poszukiwaniu nowego życia, zostawiając tę samą obrączkę na kopii pozwu rozwodowego oraz dwóch małych synków w całkowitym osłupieniu.
Alejandro sam także posmakował goryczy zerwanego narzeczeństwa. Nawet więcej: nie spodziewał się takiego obrotu zdarzeń. Uczucie przesłoniło mu doświadczenie. Doskonale przecież wiedział, że wszystkie kobiety pragnęły tylko pieniędzy i poczucia bezpieczeństwa, i nie zawahałyby się przed niczym, by osiągnąć swój cel. Potrafiły się zakochiwać i odkochiwać na zawołanie w zależności od zasobności męskiego portfela. Nie zastanawiał się, czy miały to może wpisane w kod DNA. Po prostu nie zamierzał już nigdy dać się zmanipulować ani ogłupić przez związek z kobietą.
Robił się zresztą coraz starszy i sprytniejszy. Nie pozwalał już, by emocje przesłaniały mu fakty lub odrywały od bieżących zadań. Nie dzięki emocjom czy uczuciom odbudował podupadające imperium ojca. Uczynił to katorżniczą pracą i sprytem, przechytrzając konkurencję i oponentów, a wszelkie przeszkody równając z ziemią.
Zaistniała obecnie sytuacja nie będzie stanowić żadnego wyjątku.
– Gdzie ona jest? – zapytał Alejandro lokaja, który otworzył drzwi w rezydencji Marlstone Manor. Starszy człowiek wyglądał na postać z czasów kolonialnych, miał liberię, krzaczaste siwe brwi i zasadnicze spojrzenie.
– Panna Teddy jest zajęta.
Jaka szkoda, że nie kimś innym, pomyślał z ironią Valquez.
– Jestem pewien, że wciśnie mnie jakoś w swój napięty grafik.
Panna Teodora Marlstone czekała prawdopodobnie na to, by utrwaliły się jej świeżo polakierowane paznokcie lub równo rozprowadzony po ciele samoopalacz. Bo czymże innym mogłaby być zajęta pusta jak wydmuszka, rozpieszczona córeczka tatusia? Już samo jej imię... Teddy! Nawet nie wiadomo, czy to on, ona czy może jakaś zabawka.
– Jeśli zechce pan tutaj zaczekać, przekażę pannie Teodorze, że nalega pan na rozmowę.
– Posłuchaj no, człowieku, i bez urazy – przerwał mu Alejandro. – Nie mam czasu tkwić tu i czekać, aż twoja pracodawczyni skończy nakładać sobie tipsy, więc albo od razu mnie do niej zaprowadzisz, albo sam ją znajdę.
– To nie będzie konieczne – odrzekł nagle chłodny, damski głos zza pleców lokaja.
Po chwili w drzwiach ukazała się młoda, drobna kobieta, zupełnie niekojarząca się z salonem kosmetycznym. Miała na sobie ubranie, które wyglądało, jakby zakupiono je w sklepie z używaną odzieżą, i fryzurę zdecydowanie nie dobraną przez stylistów. Cały strój pasowałby bardziej mężczyźnie, i to rosłemu. Na niej prezentował się niczym źle rozłożony namiot.
Po co ubierała się w tak odrażający sposób? Starała się coś udowodnić? Przecież miała za chwilę odziedziczyć nieruchomość wartą miliony. Skoro stać ją na najmodniejsze ciuchy, to dlaczego robi z siebie nędzarkę?
Wtedy zauważył, że opiera się na lasce. Westchnął odruchowo.
A więc dlatego!
– Panna Marlstone?
– Owszem, panie Valquez, miło pana ponownie widzieć.
Nie lubił sytuacji, w których druga osoba miała nad nim przewagę, bo wiedziała więcej niż on. „Bądź blisko z przyjaciółmi, a z wrogami jeszcze bliżej” brzmiało jego życiowe kredo. W przypadku panny Teddy coś jednak nie dawało mu spokoju; budziła współczucie.
– Spotkaliśmy się już?
Uśmiechnęła się prawie niewidocznie, lecz oczy pozostały nieruchome.
– Tak. Nie pamięta pan?
Przebiegł w pamięci kilka ostatnich imprez. Spotykał się i sypiał z tyloma kobietami... ale nie przypominał sobie dziewczyny o tak lodowatym spojrzeniu. Miała gęste, ciemne brwi i rzęsy, wyraziste, klasyczne rysy i niewinne, młodzieńcze usta, które wykrzywiała, podobnie jak on sam, w cynicznym grymasie.
– Obawiam się, że nie. W swojej pracy spotykam mnóstwo ludzi.
Patrzyła na niego w irytująco stanowczy sposób. Czuł się, jakby przejrzała go na wylot i nie widziała w nim wcale wszechmocnego biznesmena, lecz nieśmiałego dziesięcioletniego chłopca, który musi dać z siebie wszystko po wypadku ojca i odejściu matki.
Nie używała w ogóle makijażu. Nie starała się ukryć pod maską z kosmetyków. Z drugiej jednak strony jej zachowanie wyglądało na przemyślane pod każdym względem, była wręcz zbyt opanowana.
– Spotkaliśmy się ładnych parę lat temu na imprezie z okazji Brytyjskiego Dnia Polo.
– Naprawdę?
– Na tej samej, na której poznał pan swą późniejszą narzeczoną...
Alejandro zacisnął zęby, bo precyzyjnie trafiła w czuły punkt. Jaki ojciec, taka córka! Chce się nim zabawić, wyszydzić go, przypomnieć… a tego nienawidził najbardziej: przypominania mu własnej głupoty sprzed lat, gdy jako dwudziestoczterolatek wierzył jeszcze w istnienie miłości z wzajemnością i szczęśliwych związków, na które pieniądze lub ich brak nie mają wpływu.
– Przykro mi, ale nadal zupełnie nie pamiętam naszego spotkania. – Przypatrywał się dziewczynie uważnie, próbując określić, ile ma lat. Musiała być przynajmniej po dwudziestce, choć bez makijażu i w zaniedbanym stroju wyglądała na o wiele młodszą. – Przedstawiono nas sobie?

