Zapisz na liście ulubionych
Stwórz nową listę ulubionych
Zapisane w gwiazdach / Nie poślubię milionera
Zajrzyj do książki

Zapisane w gwiazdach / Nie poślubię milionera

ImprintHarlequin
Liczba stron320
ISBN978-83-291-2342-6
Wysokość170
Szerokość107
EAN9788329123426
Tytuł oryginalnySpanish Marriage SolutionPlaying by the Greek’s Rules
TłumaczPatrycja KaniewskaJan Kabat
Język oryginałuangielski
Data premiery2026-09-29
Więcej szczegółówMniej szczegółów
Idź do sklepu
Idź do sklepu Dodaj do ulubionych

Przedstawiamy "Zapisane w gwiazdach" oraz "Nie poślubię milionera", dwa nowe romanse Harlequin z cyklu HQN ŚWIATOWE ŻYCIE DUO.

Siostra Alice Smith – Emily – która zmarła po wypadku, zostawiła list z prośbą, by Alice zajęła się jej małym synkiem. Sebastián Castellano – mąż Emily – nie jest ojcem chłopca i Emily obawiała się, że nie będzie go otaczał wystarczającą troską. Alice jedzie do Hiszpanii po dziecko. Nie przewiduje sprzeciwu ze strony Sebastiána, a jednak zderza się z odmową. Jeśli chce się zaopiekować siostrzeńcem, będzie musiała zostać w Hiszpanii z Sebastiánem…

Romantyczna archeolog Lily Rose pragnie miłości, rodziny i gromadki dzieci. Kolejne rozczarowanie mężczyzną, który ją oszukał, nie zniechęca jej. Jednak by wyleczyć zranione serce, potrzebuje przelotnego romansu. Najlepszym kandydatem wydaje się jej szef Nik Zervakis, grecki playboy i milioner, w którym na pewno nigdy się nie zakocha i za którego nigdy nie wyszłaby za mąż…

Fragment książki

Alice Smith mogła dokładnie wskazać moment, w którym jej życie legło w gruzach. Było to dokładnie wtedy, kiedy poznała swojego szwagra. I choć minęło pięć lat, sytuacja nie uległa zmianie. Sebastián Castellano, dziesiąty książę Aveiry, wciąż był nieziemsko przystojny, dokładnie tak, jak wtedy, gdy Emily po raz pierwszy przyprowadziła go na spotkanie rodzinne. Mimo upływu lat, Alice nadal czuła motyle w brzuchu przy każdym spotkaniu.
Ostatni raz widziała go na pogrzebie Emily dwa miesiące temu. Sebastián przyleciał specjalnie z Hiszpanii, żeby móc wziąć w nim udział. Nie zamienił wówczas ani słowa ani z Alice, ani z nikim innym, siedział na końcu kościoła i wyjechał zaraz po złożeniu trumny. Pogrzeb męża Alice – Edwarda, był dzień później. Alice nie oczekiwała, że Sebastián się pojawi. Dlaczego miałby to zrobić? Emily i Edward mieli romans, wyjechali razem do Szwajcarii, gdzie ich samochód rozbił się o górę. 
Ten romans nie był jednak teraz dla Alice ważny. Liczył się dla niej tylko Diego, czteromiesięczny syn Emily i Edwarda. To właśnie dla niego przyleciała do Sevilli. Podróż była wyczerpująca, trwała całe czterdzieści osiem godzin, a ze względu na brak bezpośrednich lotów z Auckland, była zmuszona przesiadać się aż trzy razy. Z lotniska do rodzinnej posiadłości Castellano dostała się taksówką. Czuła się okropnie, miała jet lag, a gorące i zakurzone powietrze utrudniało jej oddychanie. Czarny garnitur, który włożyła, nie pomagał. Była cała spocona, a nerwy, które odczuwała, jadąc do hacjendy rodziny Castellano, rosły z każdym przebytym kilometrem. Sebastián był trudnym człowiekiem, wiedziała, że konfrontacja z nim nie będzie łatwa, ale nie miała wyjścia. Jej siostrzeniec był dla niej najważniejszy na świecie i musiała zabrać go do Nowej Zelandii. Tam był jego dom. 
Alice dotarła na miejsce, przed nią rozpościerał się ogromny drewniany wybieg, który pamiętała z poprzednich wizyt w domu Sebastiána. Rodzina Castellano słynęła z hodowli koni andaluzyjskich. Konie z ich hodowli były najbardziej pożądanymi końmi na świecie. Wykorzystywano je do ujeżdżania, skoków przez przeszkody i wielu innych dyscyplin sportowych. Sebastián był z kolei światowej sławy hodowcą i trenerem. Alice uwielbiała odwiedzać stajnie, robiła to przy każdej wizycie. Przyjeżdżała tu w każde święta Bożego Narodzenia, dzięki hojności Sebastiána, który opłacał podróż Alice, Edwarda oraz swoich teściów, gdy ci jeszcze żyli. I choć powinna cieszyć się z wizyt w słonecznej Hiszpanii, jedyną rzeczą, która sprawiała jej radość, to czas spędzany z końmi. Kochała je od dziecka w przeciwieństwie do Emily, która zawsze się ich bała. Gdyby Emily żyła, to z pewnością przeraziłby ją widok wspaniałego, lśniącego czarnego ogiera, który właśnie kłusował wokół zagrody na uwiązie. Uwiąz trzymała postać stojąca pośrodku zakurzonego kręgu zagrody, obserwująca, jak koń krąży wokół niego. 
Mężczyzna był niezwykle wysoki. Sprawiał, że Alice mierząca sto siedemdziesiąt pięć centymetrów wzrostu czuła się jak krasnoludek. Jego ramiona były szerokie i muskularne. Miał figurę sportowca, a czarna koszulka i zakurzone spodnie dżinsowe, które teraz miał na sobie, tylko podkreślały jego wspaniałą fizyczność. Kruczoczarne włosy lśniły niczym grzywa konia i choć jego twarz była lekko odwrócona, nie musiała jej widzieć, żeby ją sobie przypomnieć. Ta twarz nawiedzała ją w snach. Precyzyjnie wyrzeźbione rysy arystokraty, wysokie kości policzkowe, prosty nos i jędrne, zaciśnięte usta. Oczy w kolorze ciemnego, dymnego złota. 
Nie informowała go o tym, że przyjedzie. Nie chciała, żeby znał cel jej podróży, dopóki nie staną twarzą w twarz. To nie była rozmowa, którą chciała przeprowadzić przez telefon, a już na pewno nie z Sebastiánem. W torebce trzymała list Emily. Był pognieciony i poplamiony łzami. Stanowił dowód woli jej siostry i zamierzała mu go pokazać, gdyby wdali się w kłótnię. Miała nadzieję że do tego nie dojdzie, że Sebastián, potomek starożytnego księstwa, którego historia i interesy opierały się na więzach krwi, nie będzie chciał wychowywać dziecka będącego owocem romansu jego żony z innym mężczyzną. Był taki dumny ze swoich więzów rodzinnych, że Alice nawet nie potrafiła wyobrazić sobie, że będzie chciał opiekować się Diego. Może nawet się ucieszy, że Alice zabierze od niego ten problem.
Kiedy przyjechała, Lucia, gosposia zajmująca się hacjendą rodziny Castellano, powitała ją jak dawno zaginioną córkę. Poinformowała, że pan Sebastián znajduje się w stajni i zajmuje się swoim nowym zakupem. Lucia próbowała namówić Alice, żeby usiadła i wypiła coś zimnego, ale Alice nalegała na natychmiastowe spotkanie z Sebastiánem. Chciała mieć tę rozmowę z głowy najszybciej, jak to możliwe.
To właśnie dlatego stała teraz w palącym słońcu, obserwując, jak wspomniany nowy nabytek, piękny koń, zatrzymuje się tuż przed Sebastiánem. Mężczyzna wyjął z kieszeni jabłko, a koń zjadł je bezpośrednio z jego dłoni. Była jak zahipnotyzowna tym widokiem. Sebastián z czułością głaskał konia po nosie. Emily raz wspomniała, że Sebastián miał magiczną rękę do zwierząt. Mówiła, że kochał konie bardziej niż własną żonę. Alice nie przykładała wtedy wagi do słów siostry, która uwielbiała być w centrum uwagi, ciągle otoczona opieką. W rzeczywistości Emily miała rację.
Kierownik stajni otworzył bramę zagrody i wpuścił Alice do środka. Sebastián krótko rozmawiał z kierownikiem po hiszpańsku, zanim zwrócił się w jej kierunku. I wtedy, tak jak zwykle, serce Alice zaczęło szybciej bić. Zdarzało jej się to za każdym razem, gdy go widziała. Nienawidziła tego.
Poznała go pięć lat temu, po burzliwym ślubie jego i Emily. Przyjechali do Nowej Zelandii, żeby mógł poznać rodziców żony, i to właśnie wtedy, kiedy stali niezręcznie na tarasie jej rodzinnego domu, w chwili, gdy jego złote oczy spotkały się z jej, poczuła niemal instynktowny cios. Cios w brzuch, silny pociąg fizyczny, a nawet coś więcej, przynajmniej dla niej. Nie potrafiła ubrać w słowa natury emocji, które ją ogarnęły, czuła, że ma w nim bratnią duszę. Nie miała pojęcia dlaczego. Nie znała go, nigdy wcześniej go nie spotkała. Po prostu coś dotarło do jej wnętrza i zacisnęło palce na jej sercu. 
Ale była żoną Edwarda, a on właśnie ożenił się z Emily, więc nie dało się z tym nic zrobić. Odłożyła swoje uczucia, zignorowała je, zakopała tak głęboko, że mogła niemal udawać, że nie istniały. Nie było jej trudno, gdyż Sebastián i Emily mieszkali w Hiszpanii. Alice stała się profesjonalistką w ukrywaniu uczuć. Nigdy nie dała Sebastiánowi żadnego znaku. Nie mógł podejrzewać, że coś do niego czuje. Jednak za każdym razem, gdy znajdował się blisko, czuła ten sam cios, to samo przyciąganie, które pchało ją do niego niczym magnes. A najgorsze było to, że czasami Sebastián przyglądał jej się z błyskiem w oku. Błyskiem, który sprawiał, że mogła podejrzewać, że on czuje do niej to samo. Jednak ignorowała również te znaki, bo przecież obydwoje byli po ślubie.
Teraz, na padoku, Sebastián odwrócił od niej wzrok, powiedział coś do kierownika zagrody Tomasa i wrócił do swojego konia. Tomas opuścił zagrodę, zamknął za sobą bramę i zwrócił się do Alice.
– Pani Smith – powiedział Tomas z ciężkim akcentem. Musiał być nowym pracownikiem Sebastiána, ponieważ Alice go nie znała, a z upływem lat zdążyła poznać większość osób pracujących dla rodziny Castellano. – Su Excelencia jest zajęty. Ale może pani poczekać w hacjendzie, aż będzie mógł z panią porozmawiać. 
Przeszła ją fala gniewu. Była zgrzana, spocona i cierpiała na jet lag, a im dłużej zwlekała z rozmową dotyczącą Diego, tym trudniej jej będzie ją przeprowadzić. Bo oczywiście w kontaktach z Sebastiánem nic nigdy nie było łatwe. Nie chodziło o to, że z nim nie rozmawiała. Rozmawiała. Ale tylko wtedy, gdy nie było innego wyjścia, a nawet wtedy ich rozmowy były krótkie, sztywne i niezręczne. Był dla niej uprzejmy, ale również zimny i zdystansowany, więc starała się go unikać, kiedy mogła, a kiedy nie mogła, traktowała go z lodowatą formalnością. Przez chwilę żywiła nawet nadzieję, że Emily nie zauważy, że jej siostra i mąż się nie dogadują.
Była to fałszywa nadzieja.
Emily szybko doszła do wniosku, że skoro Alice i Sebastián się nie lubią, trzeba ich do siebie zbliżyć, żeby nauczyli się dogadywać. Bardzo ją to męczyło i w końcu Alice musiała powiedzieć Emily, żeby przestała. Tak, może nie pałali do siebie zbytnią sympatią, ale byli dorośli i potrafili pogodzić się z wzajemną nienawiścią, nie rujnując przy okazji relacji rodzinnych. Emily nie musiała wiedzieć, że to, co czuła Alice, dalekie było od nienawiści.
Alice wpatrywała się w wysoką postać stojącą w zagrodzie, ale on już się nie obejrzał. Czy wiedział, dlaczego Alice tu jest? Czy dlatego kazał jej czekać w hacjendzie? Czy Emily powiedziała mu, że Diego nie jest jego? Czy wiedział, że miała romans z Edwardem przed wypadkiem samochodowym? Czy było to dla niego tak samo szokujące, jak dla niej?
Naprawdę powinna go posłuchać i zaczekać na niego w domu. Było gorąco, rozmowa przebiegłaby lepiej w chłodnym domu. Jednak od kiedy otworzyła firmę inwestycyjną, stała się niecierpliwa. Niezwykła czekać na mężczyzn. Brała sprawy w swoje ręce i zaczynała rozmowę, zanim mężczyźni mogliby ją potraktować z góry. Bycie kobietą w świecie finansów było skomplikowane, ale starała się nie pozwolić, by płeć miała wpływ na jej firmę. Takie podejście powinno pomóc jej w rozmowie z Sebastiánem. 
Miała lata praktyki w ukrywaniu tego, co do niego czuła, w ukrywaniu własnych uczuć i właśnie w ten sposób zamierzała negocjować tę konkretną sytuację. Powie mu logicznie i spokojnie, że Emily wysłała jej list w sprawie Diego i że siostra życzyła sobie, aby to Alice go wychowała. Właśnie dlatego tu była. Żeby zabrać siostrzeńca z powrotem do domu, do Nowej Zelandii, gdzie jest jego miejsce. I Sebastián nic nie mógł z tym zrobić. Koniec historii. 
Sebastián próbował skupić się na Halcónie, swoim nowym ogierze, ale było to trudne. Wciąż czuł w sobie silny wstrząs wywołany nieoczekiwaną obecnością Alice. Odzyskanie nad sobą kontroli okazało się trudne. Znacznie trudniejsze, niż powinno, zwłaszcza po tylu latach praktyki. Sztuki kontroli nauczył się wcześnie, ponieważ jego ojciec nie tolerował niczego innego niż całkowite panowanie nad sobą. Okazało się to przydatne, gdy wszystkie jego plany, wszystkie marzenia na przyszłość rozsypały się po śmierci Emily. Z drugiej jednak strony, był przyzwyczajony do ciosów, jakie niesie życie, a spotkanie Alice po raz pierwszy było jednym z nich.
Nie od razu wiedział, kim ona jest. Stała wówczas na tarasie domu rodziców Emily i patrzyła na malujący się przed nią widok, na błękitną wodę, uśmiechała się na słowa ojca. Jej włosy opadały na ramiona lśniącymi falami, czarnymi jak krucze pióra, i choć jej rysy nie miały w sobie nic z filigranowej urody Emily, było w nich coś, co przykuło jego uwagę. Silna twarz, ożywiona i wyrazista. Nietypowo piękna, ale mimo to urzekająca. Czarne brwi, rzymski nos i zmysłowe usta. Miała skórę w kolorze ciemnego miodu, a kiedy jej brązowe oczy spotkały się z jego, poczuł w sobie radykalną przemianę. Jakby ziemia poruszyła się wokół własnej osi, zmieniając grawitację, zmieniając pory roku, zmieniając nawet powietrze, którym oddychał. Wtedy Emily ich sobie przedstawiła i zrozumiał, bez cienia wątpliwości, że stało się najgorsze – poślubił niewłaściwą siostrę.
Halcón opuścił głowę i szturchnął Sebastiána w rękę, domagając się kolejnego przysmaku, ale Sebastián nie zwracał na niego uwagi. Nie musiał się odwracać, żeby wiedzieć, że Alice nie poszła do domu, tak jak jej powiedział. Czuł, że go obserwuje, zawsze czuł, kiedy to robiła. Nawet teraz, po tylu latach, wciąż odbierało mu to dech. 
Obiecał sobie jednak w dniu, w którym ją poznał, że będzie ignorował to uczucie. Nie mógł pozwolić, żeby pociąg fizyczny, bo na pewno tylko to odczuwał, zniszczył mu życie. Jego uczucie było bez znaczenia. Ona była bez znaczenia. Przecież już ożenił się z kobietą, z którą chciał spędzić życie. Złożył jej przysięgę, obiecał, że dotrzyma jej do końca swoich dni. Książęta Aveiry z rodziny Castellano, jak wiele razy mówił mu ojciec, mieli honor we krwi, a ponieważ nie był prawdziwym Castellano, musiał się nauczyć być honorowym. I nauczył się. To była lekcja, której nigdy nie zapomni.
Kiedy więc usłyszał, jak wypowiada jego imię niskim, chrapliwym głosem, który zdawał się głaskać jego skórę i chwytać coś w środku, nie odwrócił się od razu. Skupił uwagę na koniu, chwytając wodze i podchodząc bliżej.
– Sebastiánie – powtórzyła Alice – muszę z tobą porozmawiać. To ważne.
Oczywiście, że to było coś ważnego. Nie przeleciałaby tu bez zapowiedzi aż z Nowej Zelandii dla jakiejś bzdury. Podejrzewał, że powodem jej wizyty był Diego. Nic innego nie zmusiłoby jej do przemierzenia połowy świata. 
Nawet ja – pomyślał.
Zanim poznał Emily, miał wiele kochanek. Miał doświadczenie w kontaktach z kobietami. Wiedział, kiedy kobieta go pożądała, a Alice zdecydowanie go pożądała. Zauważył ogień w jej ciemnych oczach w chwili, gdy ich spojrzenia się spotkały. To sprawiło, że koniecznym było, by nigdy nie zdradził jej swoich uczuć, i jak dotąd nigdy tego nie zrobił. Tak że nie, nie przyjechała tu dla niego, ale nawet gdyby to on był powodem jej podróży, nie miał zamiaru nic z tym nie zrobić. Fakt, że ich współmałżonkowie mieli romans, tylko wzmocnił jego postanowienie.
– Tak jak powiedziałem Tomasowi, jestem zajęty – rzucił szorstko. – Idź do hacjendy. Lucia da ci kawę. Będę za pół godziny. 
Nie czekając na odpowiedź, chwycił Halcóna za grzywę i wdrapał się na grzbiet ogiera z nonszalancką łatwością właściwą długoletnim ćwiczeniom. 
Wiesz, dlaczego tu jest i wciąż myślisz, że koń jest ważniejszy? – pomyślał.
Och, koń był ważny. To nowa rasa wywodząca się od koni bojowych, na których w starożytności książęta jeździli na bitwy. Nic jednak nie było ważniejsze niż Diego. Jego syn. A Diego był jego synem, wyniki badań DNA nie były ważne. Był obecny podczas porodu, jako pierwszy trzymał Diego na rękach. Kiedy spojrzał na jego buzię po raz pierwszy, poczuł ten sam uścisk, jaki poczuł przy spotkaniu z Alice.
Nie sądził, że Alice się nie dowie, kto jest biologicznym ojcem Diego. Choć po części spodziewał się jej wizyty, nie ucieszyła go ona. Potrzebował czasu, żeby zdecydować, co zrobi z tą sytuacją, co zrobi z nią, a musiał coś zrobić. Nikt nie zabierze mu Diego. Nikt.
Sebastián sterował koniem bez najmniejszego wysiłku. Halcón zatrzymał się, gdy mężczyzna położył dłoń na jego szyi, ale wciąż towarzyszyło mu napięcie. Charakterna z niego bestia. Sebastián lubił konie z charakterem. Nigdy ich nie łamał, za to naprowadzał na dobre tory i umacniał ich charakter. 
– Nie chcę kawy – powiedziała Alice – chcę z tobą porozmawiać. I to natychmiast.
W jej głosie pobrzmiewała nuta chłodnego autorytetu, zupełnie inna od ciepła, które kiedyś przenikało każde jej słowo. Zauważył, że ciepło zniknęło niedługo po tym, jak założyła swoją firmę inwestycyjną, w tym samym czasie zauważył też, że iskra namiętności, która tak go pociągała w dniu, w którym się poznali, zgasła. Jakieś wewnętrzne światło w niej zgasło, a ona sama stała się chłodna i twarda. Nie wiedział, co się stało, nie pytał. Nigdy nie rozmawiał o niej z Emily, która wiedziała, że temat jej siostry był drażliwy.
Żal ścisnął mu serce na myśl o zmarłej żonie. Zawiódł Emily i wiedział o tym, ale Diego nie zawiedzie. Nigdy. Ignorując Alice, popędził konia kłusem wokół zagrody, oceniając jego tempo. 
W końcu znudzi się czekaniem i zrobi to, co powiedziałem – pomyślał. Tylko że Alice nie wyszła. Stała przed zagrodą i pochylona nad słupkami ogrodzenia obserwowała go. Dała mu jasno do zrozumienia, że nie zamierza się ruszyć.
Emily nigdy nie była w stajni. Bała się koni, co powinno być dla niego ostrzeżeniem, którego nie chciał zauważyć. Była drobna i delikatna. Podobało mu się to, że został obsadzony w roli jej obrońcy. Po to się urodził – by chronić, zupełnie tak jak dawni książęta.
Fragment książki

Lily naciągnęła kapelusz, by osłonić oczy przed gorącym greckim słońcem, i łyknęła wody z butelki. Usiadła na spieczonej ziemi, podczas gdy jej przyjaciółka oczyszczała z grudek ziemi starannie oznaczony fragment rowu.
‒ Jeśli kiedykolwiek wspomnę o miłości, możesz mnie tu zakopać.
‒ To komora grzebalna. Wrzucę cię tam, jeżeli chcesz.
‒ Wspaniały pomysł. „Tu spoczywa Lily, która strawiła życie na studiowaniu dziejów gatunku ludzkiego i nie potrafiła zrozumieć mężczyzn”.
Spojrzała ponad ruinami starożytnego miasta Aptery. Za ich plecami połyskiwało w upale piękno Gór Białych, a przed nimi rozciągał się migotliwy błękit Morza Kreteńskiego.
Brittany usiadła i otarła pot z czoła.
‒ Przestań się zadręczać. Ten facet to kłamliwy szczur. – Zerknęła ku grupie mężczyzn pogrążonych w rozmowie. – Na szczęście leci jutro do Londynu do swojej żony. Niech Bóg ma w opiece tę kobietę.
‒ Nie wypowiadaj słowa „żona”. Czuję się koszmarnie.
‒ Powiedział ci, że jest singlem. To on kłamał. Jutro już nie będziesz musiała na niego patrzeć, a ja nie będę miała ochoty go zabić.
‒ A jeśli ona się dowie i zechce się rozwieść?
‒ Będzie miała szansę życia z kimś lepszym. Zapomnij o nim.
Jak mogła zapomnieć, skoro wciąż o tym myślała?
Czy tak bardzo pragnęła znaleźć kogoś wyjątkowego, że zignorowała znaki widoczne gołym okiem?
‒ Planowałam naszą przyszłość. Mieliśmy w sierpniu objechać wyspy greckie. Zanim wyjął z portfela zdjęcie rodzinne zamiast karty kredytowej. Te tulące się do niego dzieciaki. Jak mogłam popełnić tak koszmarny błąd w ocenie? Rodzina jest dla mnie świętością. Mając do wyboru rodzinę albo pieniądze, za każdym razem wybrałabym rodzinę. – Przyszło jej do głowy, że brakuje jej jednego i drugiego. – Nie wiem co gorsze: że w ogóle mnie nie znał czy że porównałam go ze swoją listą i wydał mi się doskonały.
‒ Z listą?
‒ Próba zachowania obiektywności. – Pomyślała o emocjonalnym ugorze, jakim była jej przeszłość, i doznała poczucia porażki. Czy tak miała wyglądać jej przyszłość? – Kiedy bardzo się kogoś pragnie, może to zakłócić proces podejmowania decyzji. Znam podstawowe cechy, jakimi musi się odznaczać mężczyzna, żeby zapewnić mi szczęście. Nie umawiam się z nikim, kto nie spełnia trzech warunków.
‒ Duży portfel, duże ramiona i duży...
‒ Nie! Jesteś okropna. – Lily się jednak roześmiała. – Po pierwsze musi być czuły. Po drugie musi być uczciwy, choć nie wiem, jak to sprawdzić. Myślałam, że profesor Ashurst też taki jest. Nie mówię już o nim „David”. – Zerknęła na archeologa, który ją olśnił. – Masz rację. To kłamliwy drań.
‒ Nazwałam go kłamliwym szczu...
‒ Nigdy nie wypowiem tego słowa.
‒ Powinnaś. Ma moc terapeutyczną. Ale nie mówmy o nim. Profesor Dupek to już historia, jak wszystko, co wykopujemy. Co jestem numerem trzecim na twojej liście?
‒ Wiara w wartości rodzinne. Teraz wiem, dlaczego mnie zmylił. Bo już miał rodzinę. Moja lista ma wyraźną skazę.
‒ Nie. Potrzebny ci jest bardziej wiarygodny test na uczciwość. I może powinnaś dodać do tej swojej listy określenie „singiel”. Musisz się odprężyć. Przestań szukać trwałego związku i zabaw się.
‒ Mówisz o seksie? Nic z tego. Muszę być w facecie zakochana, żeby z nim sypiać. Jedno z drugim jest w moim przypadku nierozerwalnie związane. A w twoim?
‒ Seks to seks, miłość to miłość. Jedno jest przyjemnością, drugiego należy za wszelką cenę unikać.
‒ Ja tak nie myślę. Coś ze mną nie tak.
‒ Wręcz przeciwnie. To nie zbrodnia pragnąć związku. Oznacza po prostu, że często łamiesz sobie serce. – Brittany odsunęła włosy z czoła. – Co za upał, a jeszcze nie ma dziesiątej.
‒ To lato, w dodatku Kreta.
‒ Dałabym wszystko za kilka godzin spędzonych w domu. Nie jestem przyzwyczajona do takiej pogody.
‒ Całe lato kopiesz nad Morzem Śródziemnym.
‒ I jęczę każdego dnia.
Brittany wyciągnęła nogi, a Lily poczuła ukłucie zazdrości.
‒ Wyglądasz w tych szortach jak Lara Croft. Niesamowicie.
‒ Za dużo łażenia w poszukiwaniu pradawnych reliktów. Posłuchaj, nie myśl więcej o tym facecie. Wybierz się z nami wieczorem na oficjalne otwarcie nowego działu muzeum archeologicznego, a potem spenetrujemy bar na wybrzeżu. Profesora tam nie będzie, więc zapowiada się wspaniały wieczór.
‒ Nie mogę. Rano dzwonili z agencji zatrudnienia i zaproponowali mi sprzątanie.
‒ Jesteś magistrem archeologii. Po co ci te fuchy?
‒ Muszę spłacić studia. Zresztą uwielbiam sprzątać. To mnie odpręża.
‒ Uwielbiasz?!
‒ Nie ma to jak doprowadzić czyjś dom do porządku, choć szkoda, że wypadło akurat dzisiaj. Na pewno świetnie bym się z wami bawiła, ale skupię się na pieniądzach. Płacą ekstra. Sytuacja awaryjna.
‒ Sprzątanie to sytuacja awaryjna?
‒ Czasem. Właściciel postanowił nagle wrócić. Większość czasu spędza w Stanach. Wyobrażasz sobie? Ktoś jest tak bogaty, że nie potrafi się zdecydować, w której posiadłości chce nocować?
‒ Jak się nazywa?
‒ Nie wiem. Ochrona wpuści nas o wyznaczonej porze, a cztery godziny później moje konto powiększy się o znaczną sumę.
‒ Cztery godziny? Co to, pałac minojski?
‒ Willa. Mam dostać plan parteru. I nie wolno mi robić kopii.
‒ Plan parteru? – Brittany omal nie zachłysnęła się wodą. – Zaintrygowałaś mnie. Mogę iść z tobą?
‒ Jasne... sprzątanie czyjejś łazienki jest o wiele bardziej ekscytujące niż koktajl na tarasie muzeum, kiedy nad Morzem Egejskim zachodzi słońce.
‒ To Morze Kreteńskie.
‒ Geograficznie wciąż Egejskie, ale tak czy owak zamiast iść na przyjęcie, będę czyściła podłogę. Czuję się jak Kopciuszek. A ty? Zamierzasz kogoś poznać i rozbudzić uśpione życie miłosne?
‒ Nie mam życia miłosnego, tylko seksualne, które na szczęście nie jest uśpione.
‒ Może masz rację. Muszę wykorzystywać mężczyzn erotycznie zamiast traktować każdy związek poważnie. Byłaś jedynaczką? Nie chciałaś mieć rodzeństwa?
‒ Nie, ale dorastałam na małej wyspie. To tak, jakby się żyło w dużej rodzinie. Wszyscy o wszystkim wiedzieli.
‒ Miałaś szczęście. Ja byłam chorowitym dzieckiem i nikt nie mógł długo ze mną wytrzymać. Cierpiałam na koszmarną egzemę, zawsze chodziłam w bandażach. Nikt nie chciał dzieciaka, któremu coś dolega.
‒ Jezu, Lily, rozdzierasz mi serce, a nie jestem sentymentalna.
‒ Zapomnij o tym. Powiedz mi o swojej rodzinie.
Uwielbiała słuchać takich historii. Przypominały jej barwny sweter, którego sploty zapewniały ciepło i chroniły przed chłodnymi wichrami życia.
‒ Jesteśmy normalną amerykańską rodziną. Rodzice rozwiedli się, kiedy miałam dziesięć lat. Mama nienawidziła życia na wyspie. W końcu wyszła ponownie za mąż i przeniosła się na Florydę. Tata był inżynierem i całe życie pracował na platformach wiertniczych. Mieszkałam z babcią na Puffin Island.
‒ Była ci bliska?
‒ Bardzo. Umarła kilka lat temu, ale zostawiła mi chatę nad morzem, żebym miała dokąd wracać. – Wsunęła łopatkę w ziemię. – Babcia nazwała ten dom Domem Rozbitka. Mówiła, że jest dla ludzi zagubionych w życiu, nie na morzu. Wierzyła, że ma uzdrawiającą moc.
‒ Chętnie spędziłabym tam miesiąc. Muszę się uzdrowić.
‒ Czuj się zaproszona.
‒ Może skorzystam. Wciąż nie wiem, co robić z sierpniem.
‒ Wiesz, czego ci potrzeba? Seksu. Dla samej przyjemności, bez tych uczuciowych bzdur.
‒ Nie znam takiego. Zawsze się zakochiwałam.
‒ Więc znajdź sobie kogoś, w kim nie mogłabyś się nigdy zakochać. Kogoś, kto zna się na sprawach łóżkowych. Nie będziesz niczym ryzykować. – Urwała, kiedy zbliżył się do nich Spyros, archeolog z miejscowego uniwersytetu. – Odejdź, Spy, to rozmowa dziewczyn.
‒ Jak myślisz, dlaczego się do was przyłączam? To bardziej interesujące niż rozmowa, którą przed chwilą prowadziłem. – Podał Lily puszkę coli dietetycznej. – To nieudacznik.
‒ Wiem. Otrząsnę się z tego.
Kucnął obok niej.
‒ Mam ci pomóc? Słyszałem coś o seksie. Jestem do usług.
‒ Jesteś koszmarnym flirciarzem. Nie ufam ci.
‒ Nie musisz, chodzi przecież o seks. Potrzebujesz prawdziwego mężczyzny. Greka, który wie, jak sprawić, żebyś poczuła się kobietą.
Lily parsknęła śmiechem. Nie miała rodziny, ale miała przyjaciół.
‒ Zapominasz, że kiedy nie sprzątam willi bogaczy ani nie haruję tu za darmo, to pracuję dla najczystszego okazu greckiej męskości.
‒ No tak. – Spyros się uśmiechnął. – Nik Zervakis. Szef potężnego ZervaCo. Przedmiot fantazji każdej kobiety.
‒ Nie mojej. Nie ma dla niego miejsca na mojej liście.
Brittany pokręciła głową.
‒ Zdradź co nieco. Chcę wiedzieć o nim wszystko. Począwszy od stanu konta, a skończywszy na tym, skąd u niego tak wspaniałe mięśnie, które widziałam na jakimś zdjęciu.
‒ Niewiele o nim wiem. Jest genialny i onieśmiela wszystkich. Na szczęście spędza większość czasu w San Francisco albo w Nowym Jorku. Odbywam u niego staż od dwóch miesięcy i przez ten czas odeszły dwie jego asystentki.
‒ Dlaczego?
‒ Nie wytrzymały. Robota jest nieludzka, niełatwo też dla niego pracować. Patrzy na człowieka tak, że ma się ochotę zniknąć. Ale jest przystojny. Kobiety gadają o nim cały czas.
‒ Wciąż nie rozumiem, dlaczego tam siedzisz.
‒ Próbuję tego i owego. Mój grant badawczy kończy się w tym miesiącu. Nie wiem, czy będę mogła to ciągnąć. Muzeum nie płaci zbyt dobrze, nie chcę zresztą mieszkać w dużym mieście. Uczyć też nie mam zamiaru...
‒ Jesteś ekspertem w ceramice.
‒ To tylko hobby.
‒ Masz talent. Powinnaś się tym zająć.
‒ Nie wyżyje się z tego, a marzenia nie pokryją rachunków. Czasem żałuję, że nie studiowałam prawa, ale nie nadaję się do roboty biurowej. Nie radzę sobie z techniką. Popsułam ostatnio fotokopiarkę, ale warto mieć w CV wzmiankę o tym, że pracowało się dla ZervaCo. I zanim mi powiecie, że wykształcona kobieta nie powinna się dać zastraszać, to spotkajcie się z nim.
Spyros wstał.
‒ Wielu ludzi się go boi. Dla niektórych jest bogiem.
Brittany schowała do plecaka butelkę wody.
‒ Dla tych, którym płaci, albo dla kobiet, z którymi sypia.
Lily zaczęła się wachlować kapeluszem.
‒ Jego ochrona ma trzymać je od niego z dala. Nie wolno nam łączyć żadnych rozmów, które nie były wcześniej umówione.
‒ Więc jego ludzie chronią go przed kobietami? Niesamowite. – Brittany była wyraźnie zafascynowana.
‒ Podziwiam go. Podobno nigdy nie kieruje się uczuciami. Stanowi moje przeciwieństwo. Wie, co powiedzieć, i to w każdej sytuacji. Chcę być taka jak on.
Brittany wybuchnęła śmiechem.
‒ Żartujesz.
‒ Nie. Jest jak maszyna do lodu. Też zamierzam taka być. A wy? Czy kiedykolwiek się zakochaliście?
‒ Nie! – zaprzeczył zdecydowanie Spy, ale Brittany milczała.
‒ Brittany? Byłaś kiedykolwiek zakochana?
‒ Nie wiem. Może.
‒ Coś takiego. Twarda Brittany ulega sile miłości – zauważył Spy.
Lily zignorowała go.
‒ Dlaczego uważasz, że się zakochałaś? Jakieś konkretne powody?
‒ Wyszłam za niego.
Spyros parsknął śmiechem, a Lily gapiła się tylko.
‒ No, fakt, to dobry powód.
‒ To był błąd. Wielki, jak zawsze w moim przypadku. Możesz to nazwać miłosnym tornadem.
‒ Wygląda bardziej na huragan. Jak długo trwało?
Brittany wstała.
‒ Dziesięć dni. Przestań się uśmiechać, Spy, bo wylądujesz w tym rowie.
‒ Chciałaś powiedzieć: dziesięć lat – zauważyła Lily.
‒ Nie. Dziesięć dni. Przeżyliśmy miesiąc miodowy, nie mordując się nawzajem.
‒ Co się stało?
‒ Uczucia zaćmiły mi zdrowy rozsądek. Od tamtej pory nigdy się nie zakochałam.
‒ Bo się nauczyłaś, jak tego nie robić. Podrzuć kilka wskazówek.
‒ Nie mogę. Unikanie emocjonalnego zaangażowania stanowiło coś naturalnego po tej historii z Zachem.
‒ Seksowne imię.
‒ Seksowny szczur.
‒ Jeszcze jeden. Ale byłaś młoda, a to wiele tłumaczy. A ja nie mam tej wymówki, poza tym jestem niepoprawną recydywistką. Trzeba mnie zaprogramować na nowo.
‒ Niekoniecznie. – Brittany wsadziła łopatkę do plecaka. – Jesteś po prostu ciepła, przyjacielska i urocza. Facetom się to podoba.
‒ Poza tym wystarczy na ciebie spojrzeć, by wiedzieć, że wyglądałabyś wspaniale nago – wtrącił Spy.
‒ Ciepła, przyjacielska, urocza? Wspaniałe cechy, ale niekoniecznie u kobiety. Podobno można się zmienić. No cóż, zamierzam to zrobić. Nie zakocham się więcej. Pójdę za twoją radą i zafunduję sobie niezobowiązujący seks.
‒ Dobry plan. – Spy zerknął na zegarek. – Zdejmij ubranie, a ja załatwię nam pokój.
‒ Mało śmieszne. – Lily spojrzała na niego ze złością. – Zamierzam znaleźć sobie kogoś, kogo w ogóle nie znam i do kogo nic nie czuję.
Brittany nie była przekonana.
‒ W twoich ustach brzmi to jak przepis na klęskę.
‒ Będzie idealnie. Muszę tylko wyszukać odpowiedniego faceta, który nie ma nic  wspólnego z moją listą, i uprawiać z nim seks. Musi się udać. Operacja Lodowa Dama.

Nik Zervakis stał obrócony plecami do swojego gabinetu, wpatrując się w błękitne morze i słuchając swego asystenta.
‒ Zadzwonił?
‒ Zgodnie z pańskimi przewidywaniami. Podziwiam pańską domyślność. Biorąc pod uwagę takie pieniądze, już dawno straciłbym nerwy.
Nik mógł mu powiedzieć, że chodzi głównie o władzę.
‒ Skontaktowałeś się z prawnikami?
‒ Spotykają się jutro rano z przedstawicielami Lexosa. Sprawa załatwiona. Gratulacje szefie. Amerykańskie media biją się o wywiad z panem.
‒ Najpierw trzeba podpisać umowę. Potem wydam oświadczenie, ale żadnych wywiadów. Załatwiłeś rezerwację w Athenie?
-- Tak, ale wcześniej jest oficjalne otwarcie nowego działu w muzeum.
‒ Zapomniałem. Masz harmonogram?
Asystent zbladł.
‒ Nie, szefie. Wiem tylko, że chodzi o zabytki minojskie.
‒ Mam wygłosić mowę?
‒ Liczą na kilka słów z pana strony.
‒ Owszem, ale bez związku z kulturą minojską. – Nik poluzował krawat. – Przedstaw plan.
‒ Vassilis podstawi samochód o szóstej piętnaście, zdąży pan pojechać do willi i się przebrać. Po drodze zabiera pan Christine. Stolik zarezerwowano na dziewiątą.
‒ Coś jeszcze?
‒ Dzwonił pański ojciec. Kilka razy. Poprosił mnie o przekazanie wiadomości.
‒ Czyli?
‒ Pragnie panu przypomnieć, że bierze ślub w przyszłym tygodniu. Sądzi, że pan zapomniał.
Nik wcale nie zapomniał.
‒ Jeszcze coś?
‒ Oczekuje pana na uroczystości. I mam panu przypomnieć, że rodzina jest najważniejsza.
Nik nie skomentował tego. Dlaczego czwarty ślub miałby stanowić powód do świętowania? Dowodził tylko, że ktoś nie pojął wcześniej trzykrotnej lekcji.
‒ Zadzwonię do niego z samochodu.
‒ Jeszcze jedno... powiedział, że jeśli się pan nie pojawi, to złamie mu pan serce.
Było to typowe ojca. Zbyt emocjonalne.
Niklaus podszedł do biurka.
‒ Możesz odejść.
Gdy drzwi się zamknęły za asystentem, znów odwrócił się w stronę morza. Nie był nawykły do introspekcji, a przeszłość miała znaczenie tylko o tyle, o ile wpływała na przyszłość. Oddawanie się od dawna ignorowanym wspomnieniom nie było przyjemnym doświadczeniem.
Dlaczego tak się przejmował kolejnym ślubem ojca?
Nie był już naiwnym dziewięciolatkiem, zdruzgotanym przez zdradę matki i stęsknionym za poczuciem ładu i bezpieczeństwa.
Nauczył się, jak samemu o nie zadbać. Emocjonalnie przypominał niezdobytą twierdzę. Nigdy by nie pozwolił, by jakiś związek zakłócił jego spokój. Nie wierzył w miłość, a małżeństwo było dla niego czymś kosztownym i bezsensownym.
Ojciec, skądinąd człowiek inteligentny, nie podzielał jego poglądów. Potrafił stworzyć imperium biznesowe, ale w życiu miłosnym nie kierował się intelektem. Nik pomyślał, że gdyby z podobną beztroską traktował interesy, już dawno by zbankrutował.
Ojciec każdy swój związek traktował z romantycznym optymizmem, całkowicie niewłaściwym dla człowieka żeniącego się po raz czwarty. Wszelkie prośby, by zachować rozwagę, były określane jako cyniczne.
Nik zastanawiał się, jakim cudem tak dobrze radzi sobie w biznesie, podczas gdy jego rodzina przypomina spaghetti, które rozbryznęło się na podłodze.
Tym razem nie poznał panny młodej i nie zamierzał tego robić. Śluby go przygnębiały. Dwoje ludzi płacących fortunę za kolejny błąd.

Lily postawiła torbę w marmurowym holu i niemal otworzyła usta ze zdumienia. Willa Harmonia stanowiła przykład najwyższego luksusu.
Wyszła na taras.
Ogród przecinały maleńkie ścieżki prowadzące ku pomostowi nad samym morzem.
Wyrwana z oszołomienia przez uporczywy sygnał komórki, wyjęła ją z kieszeni. Okazało się, że to właściciel firmy sprzątającej. Poinformował ją, że pozostali pracownicy ulegli wypadkowi i nie dotrą na miejsce.
‒ Och, czy są ranni?

Napisz swoją recenzję

Podziel się swoją opinią
Twoja ocena:
5/5
Dodaj własne zdjęcie produktu:
Recenzje i opinie na temat książek nie są weryfikowane pod kątem ich nabywania w księgarniach oraz pod kątem korzystania z nich i czytania. Administratorem Twoich danych jest HarperCollins Polska Sp. z o.o. Dowiedz się więcej o ochronie Twoich danych.
pixel