Zdobędę twoje serce / Przypadek i przeznaczenie
Przedstawiamy "Zdobędę twoje serce" oraz "Przypadek i przeznaczenie", dwa nowe romanse Harlequin z cyklu HQN ŚWIATOWE ŻYCIE DUO.
Talia Parrish i Dain Anzelotti poznają się na przyjęciu urodzinowym matki chrzestnej Daina. Są sobą tak zauroczeni, że spędzają razem noc. Talia wie, że dla zwykłej baristki nie ma miejsca w życiu australijskiego milionera, więc nazajutrz wyjeżdża bez słowa pożegnania. Dain bezskutecznie stara się ją odszukać. Dopiero rok później przypadkiem wpadają na siebie w Nowej Zelandii. W oczach Talii płonie ten sam ogień, ale z jakiegoś powodu nie chce się spotykać z Dainem. On jednak tym razem nie zamierza pozwolić jej odejść…
Alex Constantinou, gwiazda futbolu, unika dziennikarzy. Nie wie, że piękna kobieta, z którą utknął na dwie godziny w windzie, to początkująca reporterka Isabel Peters. A ona nie wie, że ten przystojny mężczyzna to Constantinou, z którym ma przeprowadzić wywiad. Oboje spóźniają się na samolot do Nowego Jorku i spędzają razem noc w londyńskim hotelu. Kiedy Alex dowiaduje się, kim jest Isabel, trudno mu uwierzyć, że ich pierwsze spotkanie było przypadkowe…
Fragment książki
Talia
– Och, Talia, dzięki Bogu, że jesteś!
Pomimo zmęczenia uśmiecham się do szefowej kuchni, Kiri.
– Gdzie mnie potrzebujesz?
– Wszędzie! – Kiri jest bliska łez. – Kelnerzy są tak niedoświadczeni, że wymagają szkolenia, nie wskazówek. Frytkownica nie nagrzewa się do odpowiedniej temperatury, a ja…
– Kelnerów biorę na siebie – przerywam.
Jest jasne, że szefowa doszła do granicy stresu, więc muszę działać. Na szczęście rozwiązywanie problemów grożącej eksplozją kuchni to coś, co robiłam w życiu więcej razy, niż chciałabym pamiętać. Jeśli szybko zapanuję nad tym, co się dzieje na sali, Kiri skupi się na swoich magicznych daniach.
– Brakuje kieliszków do Affogato…
Kiri kontynuuje wyliczanie katastrof.
– Coś znajdę.
– Tak, ale ekspres do kawy szaleje, a pierwsze zamówienie na Espresso Martini było już dziesięć minut temu …
– Affogato i Espresso Martini? Naraz? – znów jej przerywam.
– Zamówiła też tiramisu! – jęczy Kiri.
Ta klientka musi być podobna do mnie! Kawa to moja jedyna prawdziwa miłość i będę potrzebować własnej dawki kofeiny, żeby przetrwać następnych kilka godzin.
– Wynajęci animatorzy się spóźnili i podobno dopiero są w drodze! – Kiri wrzuca patelnię do zlewu z całej siły, dużo gwałtowniej, niż to konieczne.
Ekskluzywna restauracja na szczycie góry oddzielona jest od ziemi zaledwie półgodzinną jazdą wagonikiem kolejki linowej, jednak z kapryśnym ekspresem do kawy i spóźnionymi animatorami nie wygląda to wcale różowo. Nie jestem artystką, nie umiem animować imprez, ale mogę zapanować nad kawą.
– O zaległe Martini się nie martw – zapewniam Kiri, która z wściekłością miesza bulgoczącą zawartość wielkiego gara.
– Widziałaś prognozę pogody? – warczy niewzruszenie, bo zapętliła się już w swej spirali zagłady. – Nadchodzi jakaś apokaliptyczna burza!
– Tak? Naprawdę? To już koniec świata? – Usiłuję po prostu rozśmieszyć Kiri. Jej gorączkowe mieszanie w garze ustaje.
– Wiem… Tracę rozum.
– Damy radę. Skup się na jedzeniu. Zajmę się resztą. Ale nawet ja nie mogę zmienić pogody!
– Jesteś pewna? – Kiri skacze między blatem a płonącym grillem. – Uważam, że jesteś boginią.
Nie jestem. Ale przywykłam do pracy zmianowej z minimalną przerwą pomiędzy zmianami. Pracuję tak, odkąd miałam trzynaście lat i dostałam pierwszą fuchę jako pomoc kuchenna. Kiedy Romy – właścicielka kawiarni, w której pracuję na zmianie dziennej – zadzwoniła na pół godziny przed zamknięciem, mówiąc, że kierownik znajomej restauracji na górze ma grypę i potrzebują pomocy, zgodziłam się. Jasne, że już i tak pracuję często po dwanaście godzin dziennie, a później wieczorem biorę zmiany w nocnej knajpie od północy do zamknięcia, ale potrzebuję pieniędzy i to nie tylko z powodu tutejszych kosztów życia.
Queenstown jest mega drogie. Śnieżny, górski raj na ziemi, na południu Nowej Zelandii jest oszałamiająco piękny i super popularny wśród bogatych. Wszędzie są tu same luksusowe pensjonaty. Wydaje się, że co drugi klient kawiarni jest miliarderem. Ubierają się w eleganckie swetry z wełny merynosów, noszą wyłącznie dżinsy znanych marek, których twarzami są gwiazdy rocka, i mieszają się ze zwykłymi podróżnikami, przybyłymi tu, by cieszyć się widokami i przeżyć prawdziwą przygodę. Jedni i drudzy jednak mają tak samo wysokie oczekiwania co do obsługi.
Mam kilka zleceń w gastronomii i jednocześnie rozwijam działalność w mediach społecznościowych, ponieważ nie tylko muszę zarobić wystarczająco dużo, by przeżyć, ale także wspieram moją siostrę. Ava jest cztery lata młodsza i jest geniuszem, ale nawet ze swoimi stypendiami potrzebuje dodatkowego wsparcia, a ja nie chcę, by nasza zdemoralizowana rodzina przeszkodziła jej w osiągnięciu sukcesu.
Dosyć filozofii. Ruszam na salę. Szczerze mówiąc, jest dość kiepsko. Główny gość, Simone Boras, jest Australijką, podobnie jak jej goście, a na swoje siedemdziesiąte siódme urodziny zarezerwowała całą restaurację. Są głośni, śmieją się, przyjechali dobrze się bawić, więc naprawdę będziemy potrzebować animatorów, żeby utrzymać energię i odwrócić uwagę od opóźnień.
– Simone, jestem Talia. – Uśmiecham się do niej. – Przyszłam przyrządzić twoje specjalne Espresso Martini.
Simone jest uprzejma i czarująca, ale zauważam lekką przekorę w jej uśmiechu. Oczekuje tylko tego, co najlepsze. Więc działam szybko. Nie zajmuje mi dużo czasu, żeby opanować ekspres do kawy i robię jej Espresso Martini. Nikt nie robi lepszej kawy niż ja. Zachwyt Simone jest szczery.
– Dziękuję, Talia!
Nie przeszkadzają mi goście o wysokich standardach, kiedy doceniają moją pracę.
– Czy możemy dostać jeszcze takie dwa? – woła do mnie jeden z gości. – Wyglądają nieziemsko!
– Oczywiście. – Uśmiecham się. – Zaraz przyniosę!
Przygotowując kolejne Espresso Martini, omawiam strategię z kelnerami. Atmosfera na sali poprawia się. Sprawdzam też, co u Kiri. Chaos w kuchni zmalał.
Przed przyjściem tutaj udało mi się wziąć szybki prysznic, włożyć czystą sukienkę, poprawić fryzurę i nałożyć minimalny makijaż. Dałabym wiele, by móc odpocząć. Zamiast tego idę do magazynu po dodatkowe kieliszki. Niesamowity widok z okien dodaje mi energii. Bo oto właśnie zachodzi słońce, a chmury z dzikością mkną po niebie, by zasłonić wierzchołki gór ponurym całunem. Poniżej migoczą światła miasta, a w oddali połyskuje tafla jeziora. Kiedyś naprawdę będę miała dzień wolny. Zwinę się w kłębek przed dużym oknem na szczycie góry, napiję się czegoś gorącego i słodkiego i nie będę robić nic tylko patrzeć. I po prostu oddychać. Ale teraz oddychanie jest jedyną rzeczą z tej listy, na którą mogę sobie pozwolić. Wchodzę do magazynu, zamykam drzwi, odwracam się i…
Nagle nawet mój oddech ustaje. Szczęka mi opada. Mózg… A mózg?
W środku ktoś stoi. Wysoki. Muskularny. Potargane włosy. Kaloryfer na brzuchu. Intensywnie niebieskie oczy. Szczegóły wbijają się w mój umysł jeden po drugim w postaci serii mentalnych stopklatek. Pasują do gorączkowego bicia mojego serca. Wiem o brzuchu, bo człowiek jest półnagi. Jak wyrzeźbiony… taki totalny „Wow! Ale ciacho!”.
W ręku ma elegancką białą koszulę i najwyraźniej nie przejmuje się swoim stanem nagości ani moimi wybałuszonymi oczami. Wiem, że mam otwarte usta, ale kompletnie mi w nich zaschło i nie mogę ich zamknąć. Nie mogę zrobić nic, bo mój mózg się zawiesił. Obecna wizualizacja jest dla niego zbyt trudna. Tymczasem gość spokojnie zaczyna zapinać koszulę. On szczerze jest nie z tej ziemi. A może...?
– To ty jesteś tym animatorem? – szepczę. – Pewnie będziesz tańczył?
Jego oczy rozszerzają się w niemym zdumieniu.
– Spóźniłeś się – dodaję. – Ale to nic. Nie zaczęli nawet jeść deseru. Rozmawiają.
On ani drgnie. Czuję, że moja twarz robi się coraz gorętsza.
– Czy jest jakiś problem? – Jakaś część mojego mózgu odżywa. Jestem przyzwyczajona do rozwiązywania problemów. – Trzeba ci pomóc czy coś w tym stylu?
– Musiałem zetrzeć gąbką ślad z mojej koszuli.
– Gdzie?
– Tutaj.
Muszę podejść bliżej, żeby zobaczyć małą plamkę.
– Och, nikt tego nie zauważy!
Podnoszę wzrok i czuję się… uwikłana w jego spojrzenie. Jest niesamowicie przystojny. Musi za każdą imprezę zarabiać krocie.
– Myślałam, że macie jakieś specjalne koszule na występy – brnę bezmyślnie.
– Mmm… – Kiwa głową, sięga po czarną marynarkę, której nie zauważyłam, i wyciąga z kieszeni czarny jedwabny krawat. W jego oczach pojawia się błysk, który sprawia, że przechodzą mnie ciarki. – Czy mogłabyś mi pomóc z krawatem?
Nie wierzę ani przez sekundę, że nie potrafi sam go zawiązać.
– Nie potrafię tego zrobić bez lustra – dodaje, najwyraźniej czytając mi w myślach.
– Jasne.
Podchodzę bliżej i biorę krawat. Animator jest dużo wyższy ode mnie, więc muszę stanąć na palcach. Czuję boski zapach jego wody po goleniu. Z wrażenia zapominam, co miałam zrobić. Chwieję się. Natychmiast mnie przytrzymuje. Jego dotyk działa na mnie jak prąd elektryczny. Nagle to nie tylko jego ręka obejmuje mnie w talii, lecz jego ramię owija się wokół moich pleców. Prawie się o niego opieram. Nie cofam się jednak. Przypominam sobie o Simone.
– Goście są dość hałaśliwi – mamroczę, wiążąc mu w końcu krawat. – To urodziny, wiesz?
– Wiem.
Jest absolutnym profesjonalistą. Ma w sobie spokój, pewność siebie, zero pośpiechu. Jestem zazdrosna o Simone i jej imprezę. Czy uda mi się zerknąć na jego występ? Zalewa mnie fala pożądania. Prawie się duszę. Normalnie nie gapię się na mężczyzn. Wolę ich unikać – mam inne priorytety. Poza tym boję się, że odziedziczyłam po matce okropnego pecha do facetów. Ale nie mogę przestać się gapić na niego.
– Postarasz się dla niej? Ona jest taka miła…
Moje palce wydają się przyklejone do jego krawata. Nie umiem ich oderwać. Jesteśmy tak blisko, że to szaleństwo. Udaje mi się odwrócić wzrok od jego ciała, ale zatrzymuję się na ustach.
– Czy ty jesteś tu kierowniczką sali?
Kręcę głową.
– Robię kawę. Robię dużo kawy. Uwielbiam parzyć kawę!
Kiwa głową.
– Ja też kocham swoją pracę.
– Założę się, że jesteś naprawdę dobry.
– Tak mi mówią – odpowiada z powagą.
Powinnam już iść, ale mnie nie puszcza, więc jestem całkowicie unieruchomiona i wcale nie narzekam. Kolejny długi moment, kiedy stoimy zbyt nieruchomo, zbyt cicho, zbyt blisko. Moje serce wali tak mocno, że on musi to czuć. Nie znam tego uczucia. Z sekretnego źródła nisko w moim brzuchu rozprzestrzenia się ciepło i faluje we mnie jak coś zakazanego. Nie chcę, żeby to się skończyło, choć nie mam czasu na takie rzeczy. Ava polega na mnie. Romy polega na mnie. Kiri polega na mnie. Simone też. I ja polegam na sobie. Nie ma nikogo innego, na kim mogłabym polegać.
– Naprawdę zależy ci na tym, żeby ona dobrze się bawiła? – pyta.
– Tak, zależy mi. I nie dlatego, że za to zapłaciła. Jest miła. To, jak ludzie tacy jak ona traktują ludzi takich jak ja i ty, mówi o nich wiele.
– Ludzie tacy jak ona?
– Obscenicznie bogaci. – Pomijając sam fakt rezerwacji całej restauracji, Simone ma charakterystyczny jedwabny strój i błyszczące klejnoty. Większość ultra bogatych ludzi, których spotkałam, jest przyzwyczajona do tego, że dostają wszystko, czego chcą. W najlepszym wypadku biorą takich ludzi jak ja za pewnik, nie okazując im wdzięczności, a w najgorszym – traktują ich jak śmieci. Ale ona jest w porządku.
– Wobec takich ludzi jak ty i ja?
– Takich, którzy potrafią przetrwać w branży usługowej! – Uśmiecham się półgębkiem. Dobrze mi z nim, gdy mnie tak trzyma. Przychodzi mi do głowy najgłupsza możliwa myśl, że chce mnie pocałować. Jeszcze bardziej szalone jest to, że zamierzam mu pozwolić…
– Talia? – Nagle zza drzwi dobiega głos Kiri. – Znalazłaś coś?
Błyskawicznie wracam do rzeczywistości. On się cofa. No tak. Przecież całkowicie zapomniałam, po co tu przyszłam i nawet nie mam pojęcia, jak długo tu tkwię!
– Miałam szukać kieliszków – przypominam sobie oszołomiona.
– I dlatego stoisz tak blisko mnie? – Nie umie ukryć rozbawienia.
– Wiązałam ci krawat.
– Przepraszam, moja słodka. Dziś nie mam szczęścia. – Pochyla się i całuje mnie w policzek, a w zasadzie tak delikatnie muska ustami, że zastanawiam się, czy aby sobie tego nie wymyśliłam. Nie reaguję. Nie mogę. Mój mózg to papka.
Dain
Jestem kompletnie zakręcony. Wiem tylko tyle, że pewna nieznajoma baristka, biorąc mnie za kogoś innego, uparła się, że mam się postarać dla gości na imprezie. W rezultacie wszystko, czego teraz chcę, to postarać się dla niej we wszelki możliwy, cielesny i zmysłowy sposób. To pragnienie było – odkąd ją tylko zobaczyłem – tak silne, że najzwyczajniej w świecie pocałowałem ją w policzek i poczułem się jak rażony piorunem. Choć po takim wstrząsie wrócił mi rozum, wciąż się na nią gapię. Ma szokująco piękne, duże, brązowe oczy – jak sarna! Ze swoją szczupłą, długonogą sylwetką i lśniącymi włosami w kolorze czarnej kawy jest trochę jak młody jelonek Bambi z filmu Disneya. Piękność ta zmaterializowała się przede mną w chwili, gdy schowany w przypadkowym schowku, bez koszuli, walczyłem z atramentową plamą na rękawie. Ze słodkim skupieniem pomogła mi się ubrać, jakby była supersprawną opiekunką w szkole z internatem. Większość kobiet mnie rozbiera, a ta pomogła mi zrobić coś dokładnie przeciwnego i był to jeden z najgorętszych momentów mojego życia. Kto by pomyślał. Bądź tu mądry.
Talia. To delikatne imię dla delikatnej istoty i mam ogromną ochotę posmakować czegoś więcej niż tylko jej imienia. Seks to sprawa, której nie traktuję zbyt poważnie, ale muszę przyznać, że uznanie mnie za animatora imprez wraz z subtelną sugestią, że mógłbym być tancerzem erotycznym lub striptizerem, było dla mnie kompletną nowością. Rozbiorę się, ale dla niej, jeśli tylko zechce. Biorąc pod uwagę, że ostatnio zatraciłem proporcje pomiędzy pracą a życiem prywatnym bardziej niż zwykle, nic dziwnego, że pożądanie tak mocno mnie dopada. Jednak Talia jest w pracy i nie mogę jej nękać.
Czuję się chwilowo zbyt rozbawiony i skonsternowany, by myśleć czy rozmawiać. Dobrze, owszem, zbyt podniecony. Wychodzę ze schowka i idę do restauracji. Wchodzę, wywołując poruszenie. Zerkam za siebie, głupio próżny, mając nadzieję, że Talia zobaczy reakcję na moje pojawienie się. Ale ona wcale za mną nie poszła! Uchodzi ze mnie powietrze i powolnym krokiem idę w stronę Simone. Kobieta obok niej robi mi miejsce.
– Miałeś tu być kilka godzin wcześniej – strofuje mnie Simone, gdy się ściskamy na powitanie. – Ale się nie gniewam.
Niektórzy uznają Simone za osobę raczej płytką, typową ekscentryczkę z socjety w Sydney. Mylą się. Ma bystry zmysł biznesowy. Jest też jedyną osobą z mojej przeszłości, z którą utrzymuję stały, prawdziwy kontakt, a w życiu jest moją matką chrzestną.
– Spotkanie się przeciągnęło. Wybaczysz mi, prawda?
Simone się uśmiecha.
– Jeśli zainwestujesz w mój projekt, wiesz, że ci wszystko wybaczę.
Mój uśmiech staje się odrobinę sztuczny. Chociaż jest prawie rodziną, Simone nadal chce ode mnie pieniędzy. Jak wszyscy.
– Wiesz, że nie mogę ci dać odpowiedzi bez wglądu w dokumenty.
– Czy musisz być zawsze taki zasadniczy, Dain?
– Tak!
Moja rodzina od dziesięcioleci zajmuje się deweloperką. Firmę założył mój prapradziadek. Przez dekady odnosiła wielkie sukcesy, aż została niemal całkowicie zniszczona przez brutalny rozwód moich rodziców. Podobnie jak ja.
Odbudować ją – i siebie… – mogłem także tylko ja. Dzięki Simone udało się. Dotrzymałem obietnicy danej mojemu dziadkowi. Anzelotti to obecnie największa firma w Australii budująca luksusowe apartamenty. Budujemy ich tysiące każdego roku i wciąż nie możemy skrócić list oczekujących. Ekspansja na Nową Zelandię nigdy nie była moim priorytetem, ale Simone od dwóch lat przekonuje mnie do inwestycji w tym kraju. Zorganizowanie jej dzisiejszego przyjęcia urodzinowego akurat tutaj było po części celowym działaniem, żeby sprowadzić mnie do Queenstown.
Niestety jestem w nieplanowany sposób rozproszony, w związku z pojawieniem się Talii. Tak, to ona tu rządzi. Jest ultraefektywna – minimalizm działań, maksymalny efekt. Ona także jest świadoma mojej obecności i miejsca, które zajmuję obok Simone. Jej twarz jest niczym obraz, ale pod profesjonalną maską. Nie będę kłamać, jestem wniebowzięty.
– Czy wszystko idzie zgodnie z planem, Simone? – pyta, nie patrząc na mnie.
Nie mogę się powstrzymać. Droczę się z nią.
– Słyszałem coś o zamówionych animatorach? Spóźniają się?
Rumieniec oblewa jej policzki i rzuca mi złowrogie spojrzenie.
– Dowiem się i dam znać.
Odliczam sekundy do jej powrotu.
– Zaraz będzie tu piosenkarka.
– Piosenkarka? – udaję zdziwienie. – Nie animator, nie tancerz?
– Nie!
– Będę potrzebowała więcej kawy, żeby nie zasnąć przed występem – przyznaje Simone, nieświadoma podtekstów między kelnerką a mną. – Czy jest szansa na latte?
– Oczywiście – odpowiada Talia. – Zaraz przyniosę.
– Przepraszam na chwilę – mamroczę, bo nie mogę usiedzieć już dłużej w miejscu.
Talia stoi przy ekspresie do kawy. Zbliżając się, muszę stłumić irytującą chęć, by poklepać ją po krągłościach. Publiczne flirtowanie to nie moja bajka i zdecydowanie nie dotykam kobiet w obecności innych ludzi – nawet nie trzymam za rękę. Dyskrecja jest dla mnie wszystkim. Moje życie osobiste jest całkowicie prywatne. Kobiety zazwyczaj same chcą do mnie przyjść. Wiem, że to brzmi arogancko, ale to prawda. Jestem jednym z najbogatszych kawalerów w Australii.
Tylko że teraz nie jesteśmy w Australii, a ta kobieta unika mojego wzroku.
– Naprawdę nie mogę się doczekać występu piosenkarki – zaczynam konwersacyjnym tonem.
Jej rumieniec się pogłębia. Trochę mi wstyd, że się z nią drażnię.
– Mogłeś mi powiedzieć, że jesteś jej partnerem – szepcze.
Co? Ona myśli, że jestem partnerem Simone? Ze striptizera awansowałem na utrzymanka!
Fragment książki
Jeśli chodzi o szczęście, Isabel Peters nie mogła narzekać na jego brak. Udało jej się wynająć sympatyczne, nie za drogie mieszkanie na Upper East Side, wygrała kartę do pobliskiego fitness klubu, więc może nie odzyska ośmiu straconych niedawno kilogramów, dostała do przygotowania ważny temat dotyczący walki o fotel burmistrza Nowego Jorku.
Ale kiedy w londyńskim biurze firmy Sophoros specjalizującej się w grach komputerowych położyła swoją wizytówkę na mahoniowej ladzie i poprosiła o rozmowę z Leandrosem Constantinou, los się od niej odwrócił.
– Obawiam się, że to niemożliwe, panno Peters – oznajmiła nienagannie ubrana i umalowana recepcjonistka. – Pan Constantinou jest w drodze powrotnej do Stanów.
Izzie zaklęła w duchu. Rano, zanim wsiadła we Włoszech do samolotu, dostała esemes od swojego szefa, żeby wybrała się do Londynu i spróbowała namówić Constantinou na wywiad dla stacji NYC-TV. Niestety, trafiła na korki i na taksówkarza, który zdawał się nie rozumieć, jak bardzo jej się spieszy. Przygryzając dolną wargę, schowała wizytówkę do torebki.
– Dużo się spóźniłam?
– Kilka godzin.
Coś w głosie i twarzy blondynki sprawiło, że Izzie zawahała się. Czyżby Leandros Constantinou, znany z niechęci do prasy, siedział zabarykadowany w swoim gabinecie? Nie miała jednak czasu na podchody. Samolot do Nowego Jorku odlatywał za trzy i pół godziny; zamierzała na niego zdążyć.
Skinąwszy na pożegnanie, z cichym westchnieniem zarzuciła torebkę na ramię i ruszyła do grubych szklanych drzwi, za którymi czekał na windę tłumek ludzi spragnionych kawy i papierosa. Nikogo nie potępiała za nałogi, sama też je miała. Tyle że jej nałogiem było objadanie się i wizyty w fitness klubie. Ale co ma robić dziewczyna, której matka to słynna hollywoodzka aktorka, a siostra – znana modelka?
Kiedy drzwi windy się rozsunęły, tłum skierował się do środka. Powinna była dołączyć do tych ściśniętych sardynek, przecież się spieszyła, ale już jazda na górę wiele ją kosztowała, a na sam widok ciasnej klatki zrobiło jej się niedobrze.
Zerknęła nerwowo na schody. Nie, zejście na dziesięciocentymetrowych szpilkach z pięćdziesiątego piętra to kiepski pomysł. Lepsza będzie winda. Przecież da radę; jest rozsądną kobietą, która codziennie wykonuje mnóstwo odpowiedzialnych zadań. Rozejrzała się po holu. Obok stała kobieta o idealnej figurze ubrana w suknię i buty od znanego projektanta. Nieco dalej mężczyzna w średnim wieku, sądząc po rozmiarach brzucha – miłośnik słodyczy, a za nim drugi ze smartfonem – wysoki, wysportowany, w szytym na miarę garniturze…
Nie była w stanie oderwać od niego oczu. W życiu nie widziała, żeby garnitur tak dobrze na kimś leżał. Żeby spodnie tak ciasno opinały uda. Przeniknął ją żar. Wolno przeniosła spojrzenie wyżej na twarz mężczyzny i wstrzymała oddech. Kiedy ona pożerała wzrokiem jego brzuch i uda, on przyglądał jej się badawczo, ze znawstwem, bez cienia skrępowania. Po chwili przerwał kontakt wzrokowy i ponownie zajął się szukaniem czegoś w smartfonie.
Na co liczyłaś? – skarciła się w duchu. Że zacznie ślinić się na twój widok?
Nagle ciszę wypełniły dźwięki latynoskie. Krzywiąc się, Izzie wydobyła z torby komórkę.
– I co? – usłyszała głos szefa.
– Przykro mi, James. Nie zdążyłam. Wyleciał już do Stanów.
Nie miała pojęcia, kim jest Leandros ani jak wygląda. Dziś rano, kiedy szykowała się do powrotu z Toskanii, gdzie spędzała urlop z przyjaciółkami, po raz pierwszy z esemesów Jamesa dowiedziała się o firmie Sophoros i bijącej rekordy popularności grze „Behemoth”. Niejaki Frank Messer, były szef działu oprogramowania w Sophorosie, zjawił się rano w NYC-TV, twierdząc, że to on jest autorem gry. Gotów był udzielić stacji wywiadu.
– Okej, dopadniemy go na Manhattanie.
– My?
– Zamierzałem powiedzieć ci, jak wrócisz, ale… Catherine Willouby przechodzi na emeryturę. Szefowie chcą wypróbować kilka osób na jej miejsce, między innymi ciebie.
Catherine od lat prowadziła wiadomości w weekendy.
– Jestem dwa pokolenia od niej młodsza, zajmuję się sprawami lokalnymi, nie mam doświadczenia…
– Nie szkodzi. Tracimy młodszych odbiorców. Dzięki tobie możemy ich odzyskać.
Izzie zakręciło się w głowie. Powinna być wniebowzięta, że szefowie mają o niej tak dobre zdanie, ale…
– Co ma do tego Constantinou i Sophoros?
– Rzadko zajmujesz się poważnymi tematami. Trzeba pokazać, że potrafisz… Dobra, masz się stawić jutro o dziesiątej rano. Na przesłuchanie. Przy okazji przeprowadzisz wywiad z Messerem.
– James, ja…
– Wysłałem ci mejlem kilka pytań. Poćwicz, wszystko będzie dobrze – rozłączył się.
W tym momencie rozległ się dźwięk znamionujący przyjazd windy. Podniósłszy torbę, ciemnowłosy Adonis skierował się do pustej kabiny. Poza nimi dwojgiem w holu nie było nikogo więcej. Izzie ruszyła przed siebie, ale metr od windy nogi przyrosły jej do podłogi, a serce zaczęło walić jak młotem.
– Jedzie pani? – spytał mężczyzna, przytrzymując drzwi.
Postąpiła krok naprzód i znów stanęła, z trudem wciągając w płuca powietrze.
– Źle się pani czuje?
– Boję się wind. Zwykle korzystam ze schodów.
Mężczyzna zacisnął usta.
– Spieszę się na lotnisko, więc…
– Ja też.
Przypomniała sobie, jak siedziały z siostrą w ciemnej kabinie, z podkulonymi nogami, dygocząc ze strachu. Wołały o pomoc i płakały, pewne, że nikt ich nie znajdzie i będą tak tkwić do rana. Albo lina się urwie.
– Przepraszam, nie mam czasu…
Mężczyzna wcisnął przycisk. Biorąc głęboki oddech, Izzie rzuciła się do środka. Adonis przytrzymał drzwi, żeby jej nie zgniotły.
– Co, do jasnej…?
– Ja… muszę zdążyć na samolot.
Mężczyzna wzruszył ramionami. Winda pomknęła w dół. Nie jest źle, pomyślała Izzie. Kilka minut i będzie po wszystkim. Powtarzała to niczym mantrę, spoglądając na wyświetlające się numery pięter. Trzydzieści cztery… Na trzydziestym trzecim wsiadło dwóch biznesmenów, wysiedli na trzydziestym drugim. Winda nabierała prędkości. Trzydzieści… dwadzieścia dziewięć… dwadzieścia osiem… Do licha, coś za szybko! Izzie zerknęła na mężczyznę. On też patrzył z niepokojem na wyświetlacz.
– Co… co się dzieje? – szepnęła.
– Nie wiem…
Więcej nie zdążył powiedzieć. Winda zatrzymała się z przeraźliwym zgrzytem. Dwójka pasażerów wylądowała z hukiem na podłodze. Po chwili kabina zakołysała się, jakby się zastanawiała, czy opaść niżej, czy zostać tu, gdzie jest. Na szczęście włączył się hamulec bezpieczeństwa.
W ciszy, jaka nastała, Alex wstrzymał oddech. Przygniatał swoim ciałem ciało dziewczyny. Usiłował ją jedynie złapać. Opierając dłonie o podłogę, uniósł się. Dziewczyna leżała twarzą w dół, dysząc ciężko.
– Hej, nic ci nie jest?
Nie odpowiedziała. Delikatnie przekręcił ją na bok. Wzrok miała przerażony, twarz bladą jak kreda. Na jej czole wyrastał fioletowy guz.
– Winda… nie spadnie niżej?
– Nie. Włączył się hamulec.
Próbując usiąść, rozejrzała się nerwowo.
– Ja… Boże… ja nie…
– Nie ruszaj się. Oddychaj spokojnie. Wdech, wydech… Bardzo dobrze. Nie przestawaj, wdech, wydech.
Po minucie czy dwóch jej panika ustąpiła, twarz odzyskała kolor.
– Lepiej?
– Tak, dziękuję. Tylko moje okulary…
Alex dojrzał je w rogu kabiny, na szczęście były nieuszkodzone. Podniósł je i wsunął dziewczynie na nos.
– Uderzyłaś się w głowę – powiedział. – Nie masz zawrotów?
– Nie.
Po chwili wcisnął na ścianie przycisk z rysunkiem telefonu i przycisnął słuchawkę do ucha.
– Halo! – odezwał się męski głos. – Nikomu nic się nie stało?
– Chyba nie. Kiedy winda ruszy?
– To może potrwać kilka godzin. Generator wysiadł, a winda utknęła między piętrami. Trzeba będzie państwa wyciągnąć górą.
– Pospieszcie się. Kobieta, która jest ze mną, uderzyła głową o podłogę – rzekł Alex. Nie wspomniał, że jest właścicielem połowy budynku. Co by to dało?
– I co? – spytała Izzie. – Rozsuną drzwi?
– Tkwimy między piętrami, a generator nie działa. Trochę to potrwa.
– Potrwa? Ja… boję się wind… Ja…
– Ciii. Jak masz na imię?
– Izzie, od Isabel.
– Posłuchaj, Isabel, wszystko będzie dobrze. Za kilka godzin nas wyciągną.
– I nie spadniemy? Na pewno?
– Na sto procent. Jestem Alex. – Przysunął jej torbę. – Masz coś, co mogłoby posłużyć za kompres?
– Nie wiem.
– Mogę zajrzeć? – Zawsze go dziwiło, ile rzeczy kobiety potrafią upchać do torebki. Batonik, butelka wody, książki, szczotka do włosów, pełne opakowanie aspiryny. – Chryste, czy wy wszystko musicie z sobą nosić? Nawet rolkę z taśmą do usuwania kociej sierści?
– A usiadłeś kiedyś w czarnej spódnicy na kanapie w domu kociary?
– Nie usiadłem… Może to? - Wydobył chłodną puszkę coli i przyłożył dziewczynie do czoła.
Izzie podskoczyła.
– O rany! Za trzy godziny mam samolot!
– Ja też, ale raczej nie zdążymy.
– Rano mam przesłuchanie. I muszę przeprowadzić wywiad!
Alex zabrał rękę i odwrócił wzrok. Weź się, chłopie, w garść! Nie powinien podziwiać jej oczu, długości rzęs, wykroju ust. Zauważył ją w holu, zanim wsiedli do windy. Zdyszana, szeptała coś do telefonu. Wyobraził sobie, jak leżą w łóżku, nadzy, a ona…
– Alex? Masz ochotę? – spytała, podając mu butelkę wody.
Wziął. Może woda ostudzi jego rozgrzane libido? Nagle zauważył wystającą z torby książkę ze skąpo ubraną, przytuloną parą na okładce.
– Czytujesz takie romansidła? – Wyciągnął książkę na wierzch.
– Oddaj.
– Co wam, kobietom, się w tym podoba? – Zaczął kartkować strony.
– A ty pewnie wozisz ze sobą Otella?
– Wielkie nadzieje Dickensa. Możesz sprawdzić.
– Oddaj.
– Pytam serio. O co chodzi? Marzysz o takim facecie jak na okładce? Czekasz na rycerza, który przyjedzie na białym koniu i porwie cię w ramiona?
– Nie potrzebuję żadnych rycerzy. – Izzie oparła się o ścianę. – Sama potrafię się obronić.
– Skoro tak twierdzisz. – Oddał książkę. – Co porabiasz w Londynie? Jesteś tu prywatnie czy służbowo?
– Służbowo. Szef złapał mnie we Włoszech, tuż przed moim wylotem do Stanów.
– A czym się zajmujesz?
– Pracuję w mediach, a ty?
– W rozrywce. Prowadzę własną firmę. We Włoszech też byłaś służbowo? – Nienawidził takich rozmów o niczym, ale przynajmniej Izzie wydawała się spokojniejsza.
Potrząsnęła głową.
– Nie. Pojechałyśmy grupą ośmiu przyjaciółek do Toskanii na kurs gotowania. Mieszkałyśmy w pięknej wilii nad morzem i uczyłyśmy się przyrządzać miejscowe potrawy.
– Twój facet będzie zachwycony.
– Nie mam faceta.
Nie rozumiał, dlaczego ta wiadomość go ucieszyła.
– Wyobrażam sobie, jakie wrażenie musiałyście wywrzeć na tubylcach.
– Jo z pewnością. Faceci szaleją na jej punkcie.
– Myślę, że na twoim również.
Izzie zamrugała, spuściła oczy. To w Nowym Jorku jeszcze mieszkają nieśmiałe dziewczyny? – zdumiał się Alex. Tak dawno żadnej nie spotkał, że sądził, że to wymarły gatunek.
Nagle rozległ się ostry zgrzyt i windą szarpnęło. Alex upuścił butelkę, przycisnął dłonie do podłogi. Isabel zaś przywarła do niego z całej siły.
– Co się dzieje? – wrzasnęła przerażona.
– Cii, spokojnie…
Kołysanie ustało, ale Izzie nie wróciła na miejsce. Piersi jej falowały, palce wbijały się w jego uda, zapach jej perfum wdzierał mu się do nosa. Alexowi zakręciło się w głowie; wolałby, żeby zaciskała palce na innej części jego ciała…
Po chwili, zorientowawszy się, gdzie trzyma rękę, cofnęła ją gwałtownie, jakby odgadła, o czym on myśli.
– Przepraszam… - szepnęła. Nadal siedziała na jego kolanach i drugą ręką obejmowała go za szyję.
– Gdybyśmy byli bohaterami twojej książki – rzekł ironicznym tonem – pewnie zaczęlibyśmy się teraz kochać?
Szybko zsunęła się na podłogę.
– Dlatego w windach są kamery. Boże, że też mnie to musiało spotkać! Ja… ja… – Znów była bliska paniki.
– Przyłóż z powrotem puszkę do czoła.
Posłuchała. Wiedział, że musi ją czymś zająć. Zastanawiał się, co by powiedział swojej siostrze Gabby, która cierpiała na straszną klaustrofobię.
– Mam pomysł. Zabawmy się. Zdradź mi o sobie coś, czego nikt nie wie. Potem ja ci wyjawię jakąś swoją tajemnicę.
Popatrzyła na niego dziwnie, ale skinęła głową.
– W siódmej klasie, kiedy Steven Thompson poprosił mnie do tańca, oznajmiłam mu, że skręciłam nogę w kostce.
– Nie lubiłaś chłopaka?
– Uwielbiałam, ale myślałam, że moja siostra to na nim wymusiła. Okazało się, że nie.
– Biedaczysko. Jakie wy jesteście dla nas niedobre.
– Nie wyobrażam sobie, aby ciebie ktoś odtrącił.
Myliła się. Ale nie zamierzał opowiadać jej, jak rzuciła go jedyna kobieta, na której mu zależało.
– Twoja kolej.
– Żałuję niektórych swoich decyzji – odparł zgodnie z prawdą. – Czasem ma się tylko jedną szansę w życiu; należy ją mądrze wykorzystać.
Izzie westchnęła.
– To jutrzejsze przesłuchanie to taka właśnie szansa. Na awans. Ale sama nie wiem, czy mi na nim zależy.
– Dlaczego?
Zanim zdążyła odpowiedzieć, zadzwonił telefon. Alex sięgnął po słuchawkę, po chwili odwiesił ją.
– Musimy poczekać jeszcze ze dwie godziny…
Pomoc zjawiła się po dwóch godzinach i kwadransie, akurat gdy z Heathrow odlatywał samolot do Nowego Jorku.
– Gotowi? – spytał z szerokim uśmiechem strażak, który wszedł do kabiny przez otwór w suficie. Kiedy Izzie skinęła głową, założył jej uprząż. – Następne piętro jest trzy metry nad nami. Będziemy się wspinać po drabinie. Proszę nie patrzeć w dół.
Na Izzie padł blady strach.
– Będę tuż za tobą – obiecał Alex.
– Ale…
– Chcesz się stąd wydostać czy nie?
Ruszyli. Izzie pierwsza, Alex za nią.
– Powoli. Świetnie sobie radzisz…
Nogi jej drżały, serce waliło jak młotem. Izzie wspinała się szczebel po szczeblu.
– Proszę nie patrzeć w dół! – powtórzył strażak.
Za późno: spojrzała i nie była w stanie wykonać kolejnego kroku.
– Nie… nie mogę…
Alex zacisnął ręce na jej talii.
– Możesz. No, śmiało. Idziemy razem.
W porządku. Skupiła się. Uniosła prawą nogę, wymacała szczebel, postawiła na nim stopę, wzięła głęboki oddech, teraz lewa noga. Prawa, lewa, prawa… Trwało to wieczność, ale wreszcie ktoś sięgnął od góry i chwycił ją za ramiona. Uf, wreszcie stała na twardym, równym gruncie.
Po chwili z szybu wyłonił się Alex.
– W porządku? – Przytuliwszy ją mocno, oparł brodę na jej głowie. – Widzisz? Już po wszystkim.
Dygocząc ze zdenerwowania, przycisnęła twarz do jego piersi.
– Ratownicy czekają w holu na dole – oznajmił strażak. – Niestety generator wciąż nie działa, muszą państwo zejść schodami.
Schody jej nie przerażały; to do windy nie zamierzała już nigdy w życiu wsiąść – ale po zejściu z dwudziestego trzeciego piętra zamiast odpocząć, musiała odpowiadać na pytania młodego lekarza.
– Ile palców pani widzi? Ma pani zawroty głowy? Mdłości?
– Nic mi nie jest, przysięgam.
Lekarz nie ustępował; dopiero po paru minutach dał jej spokój.
– W porządku. Lepiej jednak, żeby przez najbliższe dwadzieścia cztery godziny ktoś miał na panią oko.
– Zamierzam przebukować bilet do Stanów. W samolocie będę otoczona ludźmi.
Lekarz skrzywił się.
– Po takim uderzeniu w głowę podróż samolotem nie jest wskazana.
– Trudno, nie mam wyjścia.
Podziękowawszy lekarzowi, podeszła do Alexa, który trzymał komórkę przy uchu.
– Rozmawiam ze swoją sekretarką – rzekł, zasłaniając mikrofon. – Najbliższy lot do Stanów jest dopiero jutro. Daj mi swój bilet, Grace się wszystkim zajmie…
– Ale… – Isabel urwała. Wyjęła bilet z torby. – Muszę zdążyć…
Alex skinął głową i zaczął dyktować przez telefon informacje. Izzie usiadła na jednym ze skórzanych foteli pod ścianą. Jeśli wyleci o świcie, to biorąc pod uwagę różnicę czasu, może zdąży na wywiad z Messerem. Tyle że pewnie samoloty nie wylatywały o świcie.
To była jej życiowa szansa. Praca prezenterki… marzyła o tym od czterech lat. Przychodziła do studia o ósmej rano, podczas gdy inni zjawiali się o dziesiątej, i wychodziła jako ostatnia. Nie miała żadnego życia osobistego. Praca była jej życiem. I dobrze. Za dziesięć lat będzie się mogła pochwalić osiągnięciami zawodowymi, a nie serią koszmarnych związków z jakimiś nieudacznikami.
Nie sądziła jednak, że tak szybko będzie musiała wykonać skok na głęboką wodę. Czekała ją wielka próba. Czy przejdzie ją pomyślnie, czy wykosi konkurencję? Bała się. Zawsze w takich chwilach zżerały ją nerwy. Już raz jako osiemnastolatka zmarnowała okazję. Zacisnęła powieki: to było dawno temu, od tego czasu nauczyła się panować nad tremą.
Potarła oczy. O wszystko się zawsze martwiła: o pracę, o wygląd, o przyszłość. A gdyby w windzie nie zadziałał hamulec bezpieczeństwa? Nie miałaby żadnej przyszłości. Świadomość tego faktu ją otrzeźwiła.
– W porządku? – spytał Alex, zajmując sąsiedni fotel.
– O dziwo tak.
– Proszę. – Podał jej bilet. – Wylatujesz jutro o jedenastej trzydzieści.
Czyli w Nowym Jorku wyląduje o pierwszej trzydzieści miejscowego czasu. Może Jamesowi uda się przekonać Messera i szefów, żeby zostali dłużej.
– Dzięki.
– Drobiazg. Co powiedział lekarz?
– Że nic mi nie jest. Tylko muszę uważać na głowę.
– Nie ty na głowę, tylko ktoś na ciebie. Przynajmniej przez dwadzieścia cztery godziny. Czy któraś z twoich przyjaciółek mieszka w Londynie?

