Powieść obyczajowa
Serena
34,99 zł
24,35 zł
34,99
24,35
KUP TERAZ

Serena

2 opinie
Liczba stron: 288
Oprawa miękka
ISBN: 9788327675941
Premiera: 2021-07-07

Opowieść o życiu i miłosnych perypetiach członków szkockiego rodu MacGregorów

Serena miała już dosyć dobrych rad swoich krewnych, którzy nieustannie wtrącali się w jej życie. Celował w tym zwłaszcza ojciec, senior rodu. Daniel MacGregor marzył, żeby córka w końcu wyszła za mąż i rodziła mu kolejne wnuki. Serena uciekła na Karaiby, gdzie została krupierką na luksusowym jachcie. Tam poznała zniewalającego hazardzistę Justina Blade’a. Zakochali się w sobie, choć oboje bali się zaangażowania w trwały związek. Serena nie miała jednak pojęcia, że to romantyczne spotkanie zaaranżował jej ojciec…

Nora Roberts

Kryminały pisze jako J.D. Robb, ponieważ wydawca uważał, że nie powinna publikować tak dużo książek pod tym samym pseudonimem. Przez jakiś czas pracowała jako aplikantka sądowa. Zaczęła pisać, kiedy zamieć śnieżna uwięziła ja w domu z dwoma małymi synami, Danem i Jasonem. Kilka pierwszych rękopisów zostało odrzuconych, pierwszy doczekał się publikacji w 1981 roku. Dzisiaj ma na koncie ponad sto sześćdziesiąt powieści przetłumaczonych na dwadzieścia pięć języków. Uznawana za królową romansu, jest laureatką wielu literackich nagród, a jej książki zajmują czołowe miejsca na listach bestsellerów. Jest pierwszą autorką, którą przyjęto do Romance Writers of America Hall of Fame. Czytelnicy cenią ja za świetną konstrukcję powieści oraz umiejętne łączenie wątków romansowych i sensacyjnych. Wraz z drugim mężem, którego poznała, gdy robił dla niej półki na książki, mieszka w stanie Maryland. Jej hobby to ogrodnictwo..

ROZDZIAŁ PIERWSZY

 

Przyjmowanie nowych pasażerów zawsze wywo­ływało zamieszanie, a nawet lekką panikę. Jedni pojawiali się na statku zmęczeni lotem do Miami, inni byli podnieceni zbliżającym się rejsem. Celebration, cumujący przy nabrzeżu ogromny liniowiec wycieczkowy, był ich przepustką w nieznane, oferu­jącą zabawę, odpoczynek, przygodę. Po wejściu na pokład przestawali być księgowymi, menedżerami, nauczycielami, stawali się pasażerami, którym wszyscy będą nadskakiwać przez najbliższych dzie­sięć dni. Tak zapewniały foldery reklamowe.

Serena stała samotnie na pokładzie obserwacyj­nym i przypatrywała się ludziom. Z daleka barwny i gwarny tłum wyglądał sympatycznie, z bliska tych tysiąc pięćset osób – a wszyscy sprawiali wrażenie, jakby chcieli wejść na statek dokładnie w tej samej chwili – mogło napawać lękiem. Kucharze, barmani i stewardzi już uwijali się jak w ukropie. Odpoczną dopiero wtedy, gdy minie owych dziesięć dni. Tylko jej się nie spieszyło, mogła rozkoszować się każdą mijającą minutą.

Dopóki statek nie wypłynął z portu, miała czas dla siebie. Pamiętała swój pierwszy rejs, w który wyru­szyła tuz po ósmych urodzinach. Jako dziecko, zresztą najmłodsze, finansowego potentata Daniela MacGregora i doktor Anny Whitefield MacGregor, podróżowała pierwszą klasą. Stewardzi przynosili jej do łóżka gorące bułeczki i świeży sok pomarańczowy. Czuła się wtedy wspaniale, podobnie jak teraz, kiedy została członkiem załogi i gnieździła się w maleńkiej kabinie. Smak przygody pozostawał ten sam.

Gdy powiedziała rodzicom, że chce pracować na Celebration, ojciec zaczął głośno sarkać. Nie po to przecież jego córka kończyła studia! Gdy wpadał w złość, zaczynał mówić z wyraźnym szkockim akcentem. I w tej złości argumentował, że dziew­czyna, która ma w kieszeni dyplom renomowanego Smith College, a na tym dyplomie celujące z angiel­skiego, historii i socjologii, nie będzie szorowała pokładów na jakimś statku pasażerskim. Serena z całą powagą odparła, że nie zamierza szorować pokładów, matka wybuchnęła śmiechem i zaczęła przekonywać Daniela, aby pozwolił córce robić, co chce. A że Daniel, mężczyzna wielki i postawny, był zupełnie bezbronny wobec swoich kobiet, jak je nazywał, to skapitulował.

Serena zaciągnęła się na Celebration, dyplom zaś schowała na dno szuflady. Trzypokojowy apartament w rodzinnej rezydencji w Hyannis Port zamieniła na maleńką kabinę na statku. Nikogo tu nie ob­chodziło, jaki ma iloraz inteligencji ani jakie szkoły i z jakimi wynikami kończyła. Nie mieli pojęcia, że jej ojciec mógłby od ręki kupić Celebration i wszyst­kie inne liniowce ich armatora, ani że jej matka jest wybitnym chirurgiem, specjalistką od operacji kla­tki piersiowej. Nie wiedzieli, że jeden z jej starszych braci jest senatorem, a drugi prokuratorem stano­wym. Patrzyli na nią i widzieli po prostu Serenę. To jej w zupełności wystarczało.

Uniosła głowę. Czuła, jak wiatr targa jej gęste, jasne włosy o złotym odcieniu, jak na starych obrazach. Miała wysoko osadzone kości policzko­we, mocno zarysowany, znamionujący upór pod­bródek, jasną, brzoskwiniową cerę, której nie imała się opalenizna, i ciemnoniebieskie oczy. Ojciec twierdził, że są fioletowe, inni woleli mówić, że fiołkowe, ona zaś upierała się, że są niebieskie. Mężczyznom się podobały, działały jak magnes. Serena zawsze miała powodzenie, pociągała swoim urokiem, ale niewiele sobie z tego robiła, bo faceci jej nie interesowali.

Uważała, że trzeba być głupcem, aby wzdychać do dziewczyny z powodu oczu w kolorze irysów. W końcu to tylko cecha genetyczna. Od dwudziestu sześciu lat słuchała zachwytów na temat swoich oczu, więc szybko jej spowszedniały i przestała na nie reagować.

W bibliotece ojca wisiał portret babki, też Sereny. Każdemu, kto chciałby słuchać, mogła wyjaśnić zasady dziedziczenia kośćca, koloru oczu czy tem­peramentu, ale mężczyźni, których spotykała, nie byli zainteresowani wykładami, a ona nimi.

Prawie wszyscy pasażerowie już się zaokrętowa­li. Niedługo na pokładzie orkiestra zacznie grać calypso, statek rzuci cumy i ruszy w kolejny rejs. Serena jeszcze przez jakiś czas będzie mogła obser­wować wakacyjny tłum, słuchać rytmicznej muzyki i beztroskich śmiechów. Będzie bufet tak obfity, że nikt nie przeje pierwszego poczęstunku, będą egzotyczne drinki, zapanuje radosne podniecenie. Przy relingach zaczną gromadzić się ci, którzy będą chcieli odprowadzić wzrokiem oddalający się ląd.

Przyglądała się spóźnialskim, którzy w pośpiechu wchodzili na pokład. Celebration ruszała w ostatni rejs tego sezonu. Po powrocie do Miami pójdzie na suchy dok, gdzie zostanie poddana dwumiesięczne­mu przeglądowi. A kiedy znowu wypłynie, Sereny nie będzie już na pokładzie. Postanowiła, że koniec z pracą na statku. Podjęła ją, żeby odetchnąć po latach studiów, wyzwolić się na chwilę od oczekiwań rodziców i własnych niepokojów.

Coś zyskała w ciągu minionego roku. Poznała smak niezależności, o którą zawsze tak walczyła, udało się jej wypłynąć na szerokie wody, i to dosłownie, zamiast osiąść zaraz po studiach na mieliźnie małżeństwa, jak większość jej koleżanek z roku.

Owszem, zasmakowała swobody i niezależności, ale ciągle nie miała tego, co najważniejsze: celu. Co uczyni z resztą swojego życia? Nie interesowała jej kariera polityczna, którą wybrali obaj bracia. Karie­ra akademicka też jej nie pociągała. Szukała przygo­dy i wyzwań, a tego uniwersytet nie mógł jej dać. Podobnie jak ciągłe rejsy na Bahamy.

Czas zejść na ląd, Rena, pomyślała z uśmiechem. Kolejna przygoda już gdzieś tam czeka na ciebie. Tym bardziej intrygująca, że jeszcze nieznana, jesz­cze nieodgadniona.

Odezwała się syrena, znak dla niej, że pora zejść do kabiny i przebrać się.

Pół godziny później była już w okrętowym kasy­nie, odziana w służbowy smoking. Włosy związała w luźny węzeł na karku, żeby nie opadały na twarz. Wkrótce będzie miała tak zajęte dłonie, że nie zdoła odgarniać niesfornych kosmyków.

Żyrandole już zapalono. Przez bulaje wychodzą­ce na oszklony pokład spacerowy wpadały resztki zmierzchającego światła. Przy ścianach stały długie rzędy automatów do gry, niczym żołnierze czekają­cy na pierwszy atak. Serena poprawiła muszkę, z którą nigdy nie mogła dojść do ładu, i podeszła do kierownika, nie zwracając uwagi, że podłoga pod stopami zaczyna się lekko kołysać.

– Serena MacGregor melduje się na służbie – oznajmiła.

Dale Zimmerman, niewysoki, szczupły mężczyz­na o sympatycznej, zawsze opalonej twarzy, jas­nych, kręconych włosach i jasnoniebieskich oczach, odwrócił się powoli i zmierzył ją lustrującym spoj­rzeniem. Uważano go za uwodziciela i amanta, z czego był bardzo dumny, i robił wszystko, by utrzymać tę opinię.

Uśmiechnął się czarująco.

– Rena, czy ty nigdy się tego nie nauczysz? – powiedział z westchnieniem, wetknął pod pachę trzymane w ręku papiery i poprawił jej muszkę.

– Przynajmniej masz zajęcie.

– Jeśli rzeczywiście chcesz zejść po tym rejsie, to twoja ostatnia szansa na zasmakowanie raju. – Zwieńczył swe słowa głębokim spojrzeniem w oczy Sereny.

Uniosła brwi. Kiedy pojawiła się na statku przed rokiem, Dale, swoim zwyczajem, usiłował namówić ją na pójście do łóżka. Odmówiła i odtąd ciągle przekomarzali się na ten temat. Bardziej ku zasko­czeniu Dale’a niż jej z czasem zostali przyjaciółmi.

– Będę tego żałowała do końca życia – oznajmiła smętnie. – Za to ta mała ruda z Dakoty będzie miała co wspominać. – Uśmiechnęła się kpiąco.

Dale zmrużył oczy.

– Czy ktoś ci już kiedyś mówił, że za dużo widzisz?

– Wszyscy. Ciągle. Który stół mam dzisiaj?

– Dwójkę. – Wyjął papierosa i patrzył za od­chodzącą Sereną. Gdyby rok temu ktoś mu powie­dział, że zaprzyjaźni się z dziewczyną, która dała mu kosza, ba, będzie żywił wobec niej braterskie uczu­cia, odesłałby tego kogoś do psychiatry.

Wzruszył ramionami i wrócił do studiowania grafiku. Żałował, że Serena rezygnuje z pracy, i to nie tylko z powodów osobistych. Poza innymi zale­tami była najlepszą krupierką blackjacka, jaką miał na pokładzie.

W kasynie było osiem stołów do tej hazardowej gry. Krupierzy wymieniali się przy nich co pół go­dziny. Zaczynali wczesnym popołudniem i praco­wali do drugiej w nocy, z krótką przerwą na kolację. Czasami do trzeciej, jeśli toczyła się ostra gra. Pasażerowie musieli być zadowoleni.

Przy dwójce obok Sereny stanął młody Włoch, który niedawno awansował na krupiera. Serena uśmiechnęła się do niego, pamiętając, o co prosił ją Dale. Miała sprawdzić, jak chłopak sobie radzi w nowej roli.

– Przygotuj się, Tony – powiedziała z uśmie­chem, spoglądając ku szklanym drzwiom, za który­mi czekali już pierwsi amatorzy hazardu. – To będzie długa noc. – W dodatku cały czas na nogach, pomyślała.

Gdy Dale dał sygnał, by otwarto drzwi, tłum pasażerów wypełnił salę kasyna. Pierwszego dnia zawsze napływali tłumem, nigdy pojedynczo. Ubra­ni byli wakacyjnie, w dżinsy, szorty, niektórzy bo­so. Serena potrafiła już rozróżnić hazardzistów, gra­czy i gapiów. Byli tacy, których noga nigdy wcześ­niej nie postała w kasynie. Ci, przywabieni gwarem, zwykle zwiedzali najpierw salę, przyglądali się ciekawie stołom i automatom do gry, wreszcie wymie­niali niewielkie kwoty na sztony.

Byli tacy, którzy traktowali grę jak dobrą zabawę i nie dbali o to, czy wygrają, czy przegrają. Dla nich liczyła się sama gra.

Byli wreszcie nałogowcy. Artyści i obsesjonaci hazardu, którzy cały rejs potrafili spędzić w kasynie. Nie mieli żadnych wspólnych cech. Hazardować się mogła miła starsza pani z małego miasteczka na zapadłej prowincji i szef wielkiej agencji reklamo­wej z Madison Avenue. Serena rozpoznawała ich dopiero wtedy, kiedy siadali do gry. Uśmiechnęła się do pięciu osób, które wybrały jej stół, i rozpieczętowała cztery talie.

– Witamy na pokładzie. – Zaczęła tasować karty.

Wystarczyła godzina, by kasyno spowiła atmo­sfera hazardu. To ona przyciągała ludzi. Kusiła, jak kusił brzęk monet sypiących się z automatów. Se­rena nigdy nie grała na automatach, może dlatego, że wyczuwała w sobie hazardzistkę i wolała nie ryzykować.

Co pół godziny zmieniała stół, potem przerwa na kolację i znowu to samo. Po zachodzie słońca tłum w kasynie zgęstniał, zaczęły przeważać stroje wie­czorowe, jakby o tej porze gra wymagała bardziej uroczystej oprawy.

Gracze się zmieniali, zmieniała się karta. Serena nigdy się nie nudziła. Wybrała tę pracę, bo po­znawała tu przeróżnych ludzi, nie tylko zamożnych, wśród których dotąd przebywała. Teraz miała przy stole Teksańczyka, dwoje nowojorczyków, Koreań­czyka i jakiegoś pana z Georgii. Pochodzenie Kore­ańczyka rzucało się w oczy, resztę towarzystwa zidentyfikowała po akcencie. To była jej zabawa – rozpoznawanie gości.

Serena sięgnęła po kartę i poprzestała na osiemnastu. Nowojorczyk zagrał, mruknął niezadowolo­ny i pokręcił głową, że czeka. Koreańczyk zebrał dwadzieścia dwa i wstał od stołu. Szczupła blondyn­ka z Nowego Jorku w małej czarnej czekała z damą i dziewiątką. Dżentelmen z Georgii dobrał kartę. Miał osiemnaście, czekał.

Teksańczyk zastanawiał się. Miał czternaście. Serena pokazała ósemkę – za dużo. Poprosił o na­stępną kartę. Serena odkryła dziewiątkę – jeszcze gorzej.

-     Skarbie. – Nachylił się ku niej. – Jesteś za ładna, żeby tak ogrywać ludzi.

-     Przykro mi. – Z uśmiechem odsłoniła swoją kartę. – Osiemnaście – oznajmiła przed rozpoczę­ciem obstawiania.

Najpierw zobaczyła banknot studolarowy, dopie­ro potem zdała sobie sprawę, że ktoś zajął miejsce Koreańczyka. Podniosła wzrok i dostrzegła zielone oczy, chłodne, bezdenne, spoglądające prosto na nią. Z bursztynową obwódką wokół tęczówki. Prze­szedł ją lodowaty dreszcz, ale nie odwróciła wzroku.

Miał twarz arystokraty, lecz w jego żyłach z pew­nością nie płynęła błękitna krew, Serena była tego niemal pewna. Może świadczyła o tym linia ust, a może mocno zarysowane czarne brwi. Nie wiedzia­ła, odczucie było zupełnie irracjonalne, właściwie bardziej ostrzeżenie niż odczucie: „Uważaj, masz do czynienia z kimś potężnym, ale pozbawionym arysto­kratycznej subtelności. Z człowiekiem bezwzględ­nym, który zmierza prosto do celu i zawsze wy­grywa”. Miał długie czarne włosy kładące się mięk­ko na kołnierzyku koszuli. Twarz ciemna, ale raczej ogorzała niż opalona w czasie kąpieli słonecznych, jak u Dale’a. W przeciwieństwie do nonszalanckiego Teksańczyka i zahukanego prowincjusza z Georgii przyjął czujną postawę kota gotowego do skoku. Do­piero kiedy uniósł lekko jedną brew, Serena uświado­miła sobie, że gapi się na niego wbrew wszelkim zasadom dobrego wychowania.

– Sto – powiedziała, przytomniejąc, i wymieniła studolarowy banknot na sztony, odczekała, aż gra­cze obstawią grę, i rozdała karty.

Nowojorczyk spojrzał na dziesiątkę, którą odkry­ła Serena, i dobrał do czternastu. Przegrał. Nowy gracz czekał z piętnastoma. Grał w milczeniu, paląc długie, cienkie cygaro. Na pewno był hazardzistą.

Nazywał się Justin Blade. Jego przodkowie polo­wali z łukiem. W pewnym sensie był arystokratą, Komanczem z domieszką krwi skromnych francus­kich imigrantów i walijskich górników.

Nie wiedział, co to zahamowania. W młodości zaznał biedy, ale teraz nosił koszule z najlepszego jedwabiu. Bogactwo stało się dla niego tak oczy­wiste, że nawet go nie zauważał. Po raz pierwszy wygrał pieniądze, kiedy miał piętnaście lat, przy stole bilardowym. Z czasem przerzucił się na wy­tworniejsze gry. Tak, był hazardzistą, ale takim, który doskonale potrafił oceniać własne szanse.

Zajrzał do kasyna, żeby spędzić kilka godzin przy stole, wyłącznie dla odprężenia. Mógł sobie po­zwolić na przegraną. I wtedy zobaczył ją, jasno­włosą dziewczynę w smokingu. Jej gesty, sposób, w jaki trzymała głowę, cała jej postawa mówiły o dobrym pochodzeniu. Ale było w niej coś jeszcze: jakaś siła magnetyczna, która sprawiała, że męż­czyźni musieli za nią szaleć.

Justin patrzył na jej dłonie, szczupłe, delikatne, o długich palcach i zadbanych paznokciach po­krytych bezbarwnym lakierem. Jaka to musiała być rozkosz poczuć te palce na własnej skórze!

Spojrzał jej prosto w twarz. Serena lekko się zachmurzyła, ale wytrzymała spojrzenie. Dlaczego ten milczący człowiek jednocześnie irytował ją i ciekawił? Od momentu, gdy usiadł przy stole, nie odezwał się ani słowem ani do niej, ani do pozostałych graczy. Wygrywał z wprawą profesjonalisty, ale nie sprawiało mu to widocznej satysfakcji, jakby w ogóle nie brał udziału w grze. I nie przestawał przyglądać się Serenie spokojnym, chłodnym wzrokiem.

– Piętnaście – powiedziała Serena, wskazując jego karty.

Skinął, że dobiera, a kiedy pojawiła się szóstka, przyjął ją z kamienną twarzą.

– Ależ masz szczęście, synu – dobrodusznie sapnął Teksańczyk i zaraz się skrzywił, widząc nędzne resztki swoich sztonów. – Nie to co ja. Ale nic tam, miło, że komuś karta idzie. – Znowu biedak przegrał z dwudziestoma dwoma na ręku.

Serena zebrała dwadzieścia dla domu i przesunę­ła w stronę nowego gracza dwa sztony po dwadzieś­cia pięć dolarów. Wyciągnął dłoń i ich palce na moment się spotkały. Serena poderwała głowę. Leciutkie dotknięcie, a wrażenie było tak potężne, jakby przywarli do siebie całym ciałem. Powoli cofnęła dłoń i powiedziała spokojnie:

– Nowy krupier. – Jej pół godziny właśnie dobie­gło końca. – Życzę miłego wieczoru. – Odeszła, przysięgając sobie, że się nie obejrzy, ale oczywiś­cie odwróciła głowę i zobaczyła utkwione w nią zielone oczy.

Zirytowana wzruszyła ramionami i dostrzegła, jak na ustach zielonookiego pojawia się nieznacz­ny uśmiech. Jakby przyjmował wyzwanie wyczy­tane w jej twarzy. Serena odwróciła się do niego plecami.

– Dobry wieczór – przywitała graczy przy no­wym stole.

Księżyc ciągle stał wysoko, kładąc srebrne re­fleksy na wodzie. Było po drugiej, na pokładzie nikogo. Serena lubiła tę porę. Pasażerowie już spali, załoga, poza wachtą na mostku i w maszynowni, miała jeszcze kilka godzin do podjęcia pierwszych porannych obowiązków. A ona, sam na sam z mo­rzem, mogła popuszczać wodze fantazji.

Wciągnęła głęboko słone powietrze. O świcie zawiną do Nassau. W porcie kasyno jak zwykle będzie zamknięte, miała więc dzień dla siebie, ale wolała noce.

Wracała myślami do milczącego gracza. Należał do mężczyzn, którzy pociągają kobiety, ale nie zdziwiłaby się, gdyby okazało się, że jest sam. Sprawia wrażenie samotnika, rozmyślała, wysta­wiając twarz do wiatru. Intrygujący. I atrakcyjny. A przy tym niebezpieczny.

Lubiła niebezpieczeństwo. Miała je we krwi.

Ryzyko można wyliczyć, skalkulować straty i zyski, a jednak… Coś jej mówiło, że w przypadku zielonookiego arytmetyka musi zawieść.

– Lubi pani noc.

Serena zacisnęła dłonie na relingu. Nigdy nie słyszała jeszcze jego głosu, nie słyszała też, jak się zbliża, ale doskonale wiedziała, kto stoi za jej plecami. Z trudem powstrzymała się przed gwałtow­nym ruchem czy okrzykiem, tylko serce waliło jej jak młotem, kiedy zielonooki wynurzył się z mroku i stanął obok niej.

– Do końca dopisywało panu szczęście? – zapy­tała, siląc się na spokój.

Justin nie spuszczał z niej oczu.

– Na to wygląda.

Mówił czysto, bez lokalnych naleciałości, dlate­go nie potrafiła powiedzieć, skąd pochodzi.

– Jest pan bardzo dobry. Rzadko mamy w kasy­nie profesjonalistów.

W jego oczach błysnęły iskierki rozbawienia, po czym wyciągnął cienkie cygaro i zapalił. Serena powoli rozluźniła palce zaciśnięte na relingu.

– Dobrze się pan czuje na statku?

– Lepiej niż się spodziewałem. – Zaciągnął się cygarem. – A pani?

– Ja tu pracuję, nie płynę dla przyjemności.

Justin oparł się o reling.

– To żadna odpowiedź, Sereno.

Przeczytał jej imię na identyfikatorze.

– Owszem, dobrze się czuję na statku – powiedziała. – Panie…

– Blade. Justin Blade. Zapamiętaj.

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ

Anna Kaczor
2021-08-22

Serena należy do wpływowej i bogatej rodziny, jednak po prestiżowych studiach, które skończyła z dużymi osiągnięciami, postanawia podjąć pracę. Z dala od rodziny i jej wpływów, na statku wycieczkowym, młoda kobieta zostaje krupierką. Praca dostarcza jej sporo satysfakcji i cieszy się, że na nią się zdecydowała, jednak nadchodzi czas, aby skończyć i zająć się czymś innym. To ma być jej os...
AnnieK
2021-08-02

Lubię od czasu do czasu sięgnąć po coś lżejszego. Szukając takich lektur trafiłam na książki pani Nory Roberts. Spodobały mi się od pierwszej przeczytanej historii. Za mną już dwa cykle napisane przez tę autorkę, więc czas na kolejny. Niedawno, Wydawnictwo HarperCollins postanowiło wznowić serię „MacGregorowie”, co stało się pretekstem, aby sięgnąć po pierwszą część, czyli „Serenę”. Zac...